Blog > Komentarze do wpisu

Nakazy- rozkazy, a gdzie wolna wola?!

            Poznałem go w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Fizycznie wyróżniał się ponadprzeciętnym wzrostem i absurdalnie małą sprawnością, zwłaszcza w stosunku do warunków fizycznych. Jeśli zaś chodzi o zachowania, cechowała go uległość wobec dorosłych i brak kontaktu z rówieśnikami. Z czasem zwróciłem uwagę, że Marian (imię zmyślone) w ogóle nie jest wypuszczany z domu. Jego matka, nauczycielka, wymagała od niego ponadprzeciętnych wyników, które chciała osiągnąć za wszelką cenę. Posuwała się do presji na innych nauczycieli, by ci stawiali jej dziecku lepsze stopnie, bo przecież on się uczy i zawsze może to udowodnić. I to była prawda, uczył się i pracował. Był świetny z przedmiotów wymagających nauki pamięciowej, a całkiem niezły w dziedzinach wymagających logicznego myślenia, czy wyciągania wniosków. Owocowało to bardzo dobrymi wynikami w nauce. Brak kontaktów z rówieśnikami musiał mu zostać zrekompensowany przez uznanie nauczycieli, potem wykładowców, a na koniec, pracodawców. Spotkałem go w kawiarni, gdy mieliśmy około trzydziestki, akurat spotkało się tam kilka osób z naszego rocznika, jemu zaś towarzyszyła młoda kobieta. Rozpoczęły się rozmowy i wspomnienia. On też mówił o sobie. Już wtedy zarabiał krocie. Stać go było na to, by w Polsce kupić nowego mercedesa klasy E, którego używał kilka razy do roku, bo na co dzień mieszkał w USA. Miał status materialny o jakim nie mógł pomarzyć nikt z klasy. Nie miał tego za darmo- miał wiedzę i umiejętności. Jednak to, co powiedziała mi po cichu jego towarzyszka, gdy Marian oddalił się na moment, poddało w wątpliwość sens wszystkiego, co do tej pory osiągnął. Okazało się, że towarzyszy mu, bo poprosili ją o to jej rodzice, przyjaźniący się z rodzicami Mariana. Niewyobrażalna sytuacja: Prawie trzydziestoletni, majętny facet, potrzebuje pomocy własnych rodziców, by znaleźć sobie towarzyszkę na czas odwiedzin w rodzinnym mieście.

            W poprzednim felietonie, zatytułowanym “Upośledzacie ich na początku drogi” postawiłem tytułową tezę, mając na myśli księży. W dwóch komentarzach została ona podważona. Być może dlatego, że nie wyjaśnialem na przykładzie, na czym polega owo upośledzenie. Czy po lekturze przypadków mojego wieloletniego kolegi (w jednej klasie spędziłem z nim dwanaście lat) wyjaśniło się, jakiego rodzaju umiejętności zostały w nim zabite poprzez restrykcyjne wychowanie w izolacji od Świata? On robił tylko “pożyteczne” rzeczy. Zdobył cenne umiejętności. Stał się nieprzyzwoicie bogaty- w bardzo krótkim czasie. Na inwestycjach zna się lepiej, niż moi wszyscy znajomi razem wzięci, biegle włada angielskim, niemieckim i francuskim. Jednak rodzice, dokonując wyborów za swoje dziecko, pozbawili go jednej, ekstremalnie ważnej umiejętności, determinującej jakość życia społecznego. Pozbawili go odpowiedzialności. On robił to, co mu kazano. Najpierw w domu, potem przełożył to na pracę. W krótkim czasie on zaczął wydawać polecenia podwładnym. Jedyny rodzaj odpowiedzialności, jakiego się nauczył, to odpowiedzialność przed władzą. Władza jest zadowolona- jest dobrze. Pytanie tylko, co z odpowiedzialnością przed ludźmi, czy kiedykolwiek nauczył się jej, by wejść w jakieś pozazahierarchiczne stosunki międzyludzkie? Czy nauczył się zauważać oczekiwania innych, konsekwencje ignorowania, rozczarowania, czy ranienia innych. Bo dom uczył go tylko posłuszeństwa wobec władzy. Mało tego, decyzje strategiczne  podejmowała tylko władza, nie on. On, co najwyżej, planował taktykę realizacji narzuconych mu zadań.


            Jest kilka zawodów, które w ten sposób pozbawiają człowieka umiejętności odnalezienia się w wolnym społeczeństwie, gdzie oprócz swoich oczekiwań i pragnień, liczą się oczekiwania i pragnienia innych. Nauczenie się asertywności, to duża sztuka. Jak negocjować, jak słuchać i być słuchanym, by nie poniżać i nie dać się poniżyć. Ciężko się tego nauczyć, jako ksiądz albo żołnierz. Cięzko się tego nauczyć, mając nadmiernie restrykcyjnych rodziców, a co dopiero mówić o przedłużeniu tej zależności na taki zawód, który czyni z człowieka półniewolnika. Robotnik, czy inteligent, może wybrać pracodawcę, może wybrać miejsce pracy. Żołnierz, czy ksiądz tego zrobić nie mogą. Oni nie decydują, oni co najwyżej proszą o przychylenie się do prośby. To jak mają się nauczyć planować życie, skoro nieustannie ktoś to robi za nich?!

            Chyba każdy widział bajeczkę o Rambo. Facet wiedział, jak przeżyć w najgorszych warunkach, a nie wiedział, jak żyć między ludźmi. Oczywiście, jako “dobry” bohater, był przedstawicielem “dobrych idei”. Tyle tylko, że w realnym życiu, należałoby przynajmniej szacunek dla innych idei, bo dobro, to pojęcie względne, jak każda ocena. Zazwyczaj się zdarza, że popałniamy błędy (wręcz z definicji człowieka są nam przypisane), więc należy się strzec “guru”, “wodzów” i “liderów”, którym się wydaje, że błędów nie popełniają. Wracając do Rambo, nawet wizje z takich bajek czasami się spelniają. W Polsce pamiętamy sprawę “człowieka gór”, komandosa, który zaszył się gdzieś w polskich górach. A schodząc bardziej na Ziemię, chyba każdy zauważył, że rodziny żołnierzy są dość specyficzne i trzeba włożyć sporo wysiłku, by się przestawić na ich zwyczaje. Zwyczaje księży są jeszcze bardziej specyficzne.


            Wolna wola, prawo wyboru postępowania wraz z prawem do ponoszenia konsekwencji swych czynów, to czynnik determinujący prawidłowy rozwój osobowości. Mówi o niej nawet Biblia, czyniąc z niej dar od samego Boga. Ksiądz, czy żołnierz, jako pozbawieni tej wolności, są okaleczeni przez system, jaki panuje w ich środowisku. Żeby się z tego wyrwać, musieliby zaczynać od nowa, niejako zanegować całe swoje dotychczasowe życiowe wybory. Murarz zmieni pracodawcę i dalej może wykorzystywać to, czego się nauczył, lecz jak pracodawcę może zmienić ksiądz lub wojskowy? Jest to co najmniej utrudnione!



niedziela, 06 października 2013, baluwolanda.blog.onet.pl
Tagi: wolna wola
-Woland.
Komentarze
2013/10/06 19:15:42
Myślę, że ten brak wolnej woli i przymus podporządkowania się swojemu "pracodawcy" widać na przykładzie niedawnej, głośnej sprawy w mediach - księdza Lemańskiego. Sprzeciwił się swojemu biskupowi, ale chcąc nie chcąc musiał podporządkować się jego woli - zrezygnował z funkcji proboszcza i wyprowadził ze swojej parafii.
-
2013/10/07 00:13:12
Na takich przykładach widać całą samotność księży w walce z problemami w jakie sami się wpakowali. Przez całą tą otoczkę pseudoświętości, ludzie, nawet wierzący, czują do nich dystans, rozmawiają z nimi inaczej niż z przyjaciółmi, mówią nie to co myślą, lecz to, co im się wydaje, że ksiądz chce usłyszeć. I nagle- w obliczu konfliktu, największe zainteresowanie i zrozumienie wykazują ci, co do Kościoła podchodzą z dystansem. Gorliwi katolicy w najlepszym wypadku udają, że tego nie widzą, a w najgorszym, uznają za zdrajcę lub zagubionego (taka ładna nazwa dla cżłowieka niespełna rozumu). Do kogo on się ma zwrócić? Przecież nie otworzy swojego kościoła. Nie pójdzie do innego, niż katolicki. Pójdzie do innej pracy? Już sobie wyobrażam rozmowę kwalifikacyjną:
-Ostatnie miejsce pracy i zawód?
-Parafia, zawód ksiądz.
-Powód zakończenia stosunku pracy?
-Nie zgadzałem się z przełożonym.
-Zadzwonimy.
-Ale ja nie mam telefonu.
-Tak, tak, zadzwonimy.
-
2013/10/07 09:34:31
Przyznam, że teraz zastanawiam się nad celem Twojego artykułu.
Wybór zawodu księdza czy żołnierza, nieodwołalnie wiąże się z ta podległością, o której piszesz. Czy chodzi Ci o odstraszenie od powyższych zawodów? Czy może o zmiany w ich strukturach? Co jest, wiadomo, niewykonalne. Czy może o społeczne zrozumienie dla ich drogi bez wyjścia?
-
2013/10/07 11:04:47
Każdy z nas jest jakoś ograniczony, choćby prawem, czy normami społecznymi. Istotna jest jednak świadomość tych granic. Ważne jest również pytanie o położenie tych granic. Gołym okiem widać, że zarówno armia, jak i hierarchia kościelna dostrzega konieczność zmian i te zmiany następują. Armia dostrzega pozytywny wpływ, jaki wywiera na żołnierza życie rodzinne, podejmowanie niezależnych, codziennych decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. W domu, w przeciwieństwie do koszar, on decyduje do spółki z małżonką, i widzi na bieżąco efekty. Jest tam częściej- częściej to robi. ma wolny czas- może organizować sobie życie społeczne. Nie na zasadzie podwładny- przełożony, lecz jako członek równoprawnej wspólnoty, gdzie się negocjuje, a nie rozkazuje lub wykonuje rozkazy. W heirarchii wojskowej tego mieć nie będzie, to będzie nad nim wisieć, ale ważne jest, by mieć tego świadomość. Nie przenosić wojska do domu, wiedzieć ile daje równość ludzi. Przede wszystkim, jest się wtedy częścią wspólnoty, a człowiek jest istotą stadną, to duża potrzeba. Potrzebna jest jeszcze chęć.
Kościół też mógłby coś zmienić. Przede wszystkim, musi sobie uświadomić krzywdę, jaką wyrządza swoim duchownym, robiąc z nich jakąś pseudoelitę, z którą ludzie nawet rozmawiają w inny sposób, niż między sobą. Mając wybór bycia częścią społeczeństwa a zamkniętą kastą, wybierają kastę, choć mogą być z ludźmi. Inaczej odbierasz księdza, gdy organizuje rekolekcje, a inaczej byś go odebrała, gdyby się zapisał n.p. do klubu dyskusyjnego i zabierał głos nie jako mentor, a jako jeden z dyskutantów. To oni wybudowali dookoła siebie mur. Powinni mieć świadomość jego istnienia, tego jak on dzieli. Ten mur nie daje żadnej gwarancji na to, że w jego obrębie jest bezpiecznie, za to daje gwarancję skutecznego podziału.
Co można zrobić? Rewolucją, do której Kościół ewidentnie jeszcze nie dojrzał, byłoby zrezygnowanie z życia w swoim gronie na rzecz życia pomiędzy ludźmi (zamiast mieszkać na plebanii, czy w klasztorze, którą opłacają wierni, księża powinni wynajmować mieszkania między ludźmi, spotykać się z nimi tam, gdzie ludzie się spotykają na równych prawach). To niesie odpowiedzialność za to mieszkanie i to, co dookoła nich. To dobry początek. Rewolucją byłoby zakładanie rodzin. Spędzanie z nimi czasu, wspólne podejmowanie decyzji, wspólna odpowiedzialność. Przecież tak żyli pierwsi chrześcijanie, to już było. Zamieniono to na nadętą banię pychy w barwach fałszywej świętości.
-
2013/10/07 11:10:25
Odpowiadając jednak na pytanie o cel tej notki: Na razie celem jest zdiagnozowanie stanu rzeczy. Rozwiązanie każdego problemu zaczyna się od jego sformuowania. I temu ma służyć to, co napisałem.
-
2013/10/07 11:37:53
Rozumiem. Jakkolwiek potrafiłam ocenić i zrozumieć treść tego, co napisałeś, miałam kłopot z ukierunkowaniem komentarza, który jest w pewnym sensie odpowiedzią na tekst. Stąd moje pytanie :)
Odpowiadając na całość, w tym Twoje wyjaśnienie w komentarzu - moim zdaniem, tak długo, jak długo będzie istniała hierarchia w Kościele, tak długo zmiany, o których mówisz, nie będą możliwe. Religia jest, poniekąd, ciągłym szukaniem odpowiedzi, interpretacją, analizą - dlatego zawsze ktoś będzie musiał być "bardziej" - uprawniony, oświecony czy kompetentny. i jakkolwiek jestem absolutnie za zniesieniem celibatu i udziałem duchownych w zwykłym, codziennym życiu, to tę kwestię też widzę średnio, przynajmniej dopóki nie zmieni się ludzka mentalność. Oczekiwanie, że ksiądz będzie stale do dyspozycji na plebanii (po co wtedy plebania - nie wiem, może, żeby organista miał gdzie kawę wypić), ostracyzm wobec "księżowej" (księżny? :) ), że o dzieciach nie wspomnę. I nie wiem, czy te najbardziej zagorzałe przeciwniczki, nie byłyby jednocześnie największymi zwolenniczkami dostrzegania w księdzu mężczyzny. Ale to takie poboczne rozważania.
-
2013/10/07 11:48:11
@Wolandzie
W całości zgadzam się z Twoim tokiem myślenia. Księża wybierając ten "zawód", w odróżnieniu od pozostałych ludzi świeckich, nie mają drogi odwrotu. Jedyną możliwością jest porzucenie stanu kapłańskiego, ale nie znajdą innej pracy, ponieważ są wykształceni teologicznie i nie potrafią nic innego oprócz modlitwy (notabene - bardzo lekka praca bez żadnej odpowiedzialności). To prawda, że tworzą zamknięte środowisko, które ma kontakt z wiernymi głównie w kościele. Byłam świadkiem rozmów o księżach na wsi na Kaszubach, gdzie ludzie są w większości religijni, ale widzą też drugą stronę medalu. Gdy przyjmują kolędę, dają pieniądze w kopercie i rozmawiają z księdzem jak napisałeś - "pod publiczkę", ale po jego wyjściu krytykują pazerność i zdzieranie pieniędzy z wiernych w postaci dużych opłat za sakramenty.
-
2013/10/07 12:20:01
Wolandzie, za czasów Świętej Inkwizycji pewnie byś za takie rewolucyjne pomysły wylądował na stosie, w charakterze heretyka. Moim zdaniem, cała ta pozorna "burza mózgów" w KRK polega na ostrych kombinacjach co zrobić, aby nic nie zrobić i nadal tkwić w wygodnym przecież dla hierarchów systemie. Kościół to przecież opoka, prawda ? Zauważ, że rozmaite "wyskoki" papieża Franciszka wcale nie budzą zachwytu Ich Purpurencji i dałabym sobie prawą rękę odjąć, że w skrytości ducha gorliwie się modlą, aby to dziwadło czym prędzej udało się do Domu Ojca... Nie wiem, co myśleć o tym papieżu, ale skoro coś wydaje się zbyt piękne, aby było prawdziwe, to pewnie takie jest. Nie należy też zapominać, że kościół, to swoisty Klub Kawalerów ( z badań amerykańskich wynika, że 40 % księży to homoseksualiści, a co z resztą, to aż przykro myśleć w świetle licznych skandali), któremu takie "kawalerstwo" jest jak najbardziej na rękę... cokolwiek to znaczy.
Kiepsko znam się na wojsku, chociaż Tato był w młodości marynarzem na okręcie wojennym i trochę mi o tym opowiadał, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić dyskusji podwładnego z dowódcą o podejmowanych decyzjach. Oczywiście, bezwzględne wykonywanie rozkazów wielokrotnie prowadziło do nieszczęścia, ale czy w ogólnym rozrachunku nie jest również warunkiem bezpieczeństwa wykonywanej operacji i samych żołnierzy ?
Podsumowując, nie ma przymusu bycia księdzem, czy zawodowym żołnierzem i jeśli się kimś takim zostaje, to musi to być wynikiem przyzwolenia na ograniczenie własnej woli, a może nawet akceptacji faktu, że ktoś decyduje za mnie ...
-
2013/10/07 12:44:46
@Viridianathewitch,
Właśnie dlatego tak niespieszno mi było do proponowania rozwiązań. Problem jest, widoczny jak na dłoni. Że jest to problem trudny, też nietrudno sobie uzmysłowić. I dlatego, gdyby ktoś chciał naprawdę go rozwiązać, wywołałby "burzę mózgów", by zebrać możliwe pomysły (od zachowawczych po rewolucyjne) i wybrać z nich coś, co daje szanse rozwiązania problemu, a odrzucić to, co nijak nie wpłynie na tę sytuację. To ciężka praca i nie dla mnie- ani się nie czuję na siłach, ani nie jestem do tego uprawniony, ani nikt mi za to nie płaci.
@Amber,
Myślę, że sztuczność rozmów ksiądz- parafianin świetnie obrazuje ten skecz:
www.youtube.com/watch?v=OaBHmUXawgg
@Begonijka,
Nie potrzeba inkwizycji- spróbowałbym takie herezje głosić na pielgrzymce radyjosłuchaczy, a zasłabłbym w drodze z niewiadomych przyczyn.
Przymusu bycia księdzem, czy wojskowym nie ma, ale jest możliwość regulacji wpływu hierarchii na życie prywatne. Jest możliwość większej integracji ze społęczeństwem, zamiast tworzenia oddzielnej kasty.
-
2013/10/07 12:57:10
Jest możliwość, Wolandzie, tyle że kasta wcale tego nie chce. To fajnie być Wielebnym, Eminencją, KIMŚ ponad przeciętnego zjadacza chleba wyrastającym i całuski w pierścień, a i w bezpośrednio rękę zbierającym. I to w przyklęku. Nawet panprezes, chociaż bez koloratki, na taką wiernopoddańczą postawę czasem się załapuje i robi to na nim piorunujące wrażenie. Zbawicielem się ogłosił ! :))
-
2013/10/07 13:22:08
Do tego zmierzam :)
-
2013/10/07 19:38:18
@Wolandzie
Znam ten skecz, jest genialny. :))
-
2013/10/07 22:45:29
PS Obejrzałam program Tomasza Lisa, w którym wypowiadali się mężczyźni - ofiary księży pedofilów. Ich relacje są porażające, a działania księży obrzydliwe... Dziękuję mediom, że to nagłaśniają.
-
2013/10/10 20:36:26
Zgadzam sie ze wszystkim co piszesz, temat odpowiedzialnosci w tym ujeciu jedt arcywazny. Jestem terapeuta, pracuje m.in.z ofiarami pedofili, nie rzadko wymagaja oni terapii cale zycie:-(