Blog > Komentarze do wpisu

Smutne, ale prawdziwe.

             Podczas ostatniego pobytu w Polsce miałem okazję spędzić sporo czasu na rozmowach z pijącym alkoholikiem. Oczywiście, rozmawiałem w czasie jego przerwy w piciu- inaczej nie miałoby to żadnego sensu. Nie mam bladego pojęcia, czy udało mi się w nim zasiać jakieś wątpliwości, natomiast jego zachowanie z całą pewnością mogę dziś wykorzystać, by pokazać czytelnikom nałogowe mechanizmy towarzyszące chorobie alkoholowej.

             Moim rozmówcą był czterdziestoletni mężczyzna, tak silnie upośledzony chorobą alkoholową, że nie jest już w stanie utrzymać się w żadnej pracy. Gdyby nie współuzależniona matka, musiałby zacząć się leczyć lub umrzeć, lecz ma stworzony przez rodzicielkę komfort picia. Nie odczuwa wszystkich skutków nałogu, bo matka bierze na siebie te, które jest w stanie udźwignąć. Pokój tego nieszczęśnika wygląda bardzo schludnie- gdy jest trzeźwy, pedantycznie dba o porządek. Jedynym świadectwem głębokiego uzależnienia osoby tu mieszkającej jest lekki zapach wydalin i wydzielin, którymi zanieczyszczał łóżko i dywanik podczas ciągów pijackich. Tego ciężko się pozbyć- mimo wymiany pościeli i regularnego używania detergentów, materac i chodnik przesiąknęły charakterystyczną wonią- musiały przyjąć swoje.

             Zanim jednak dotarliśmy w to miejsce, miałem okazję przysłuchiwać się rozmowie, jaką mój towarzysz prowadził podczas podróży autobusem. Interlokutorką była jego znajoma, która w pewnym momencie zaczęła mu dogryzać ironicznymi słowami, że u mamusi jest mu wygodnie. To czuły punkt alkoholika postawionego w takiej sytuacji: Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jako mężczyzna w sile wieku, powinien co najmniej sam się utrzymywać, choć dobrze by było, gdyby powoli zaczynał odciążać emerytowaną matkę, a on nie dość, że tego nie robi, to korzysta ciągle z jej opieki. Wiele osób uważa, że jest to wynikiem podłości i wyrachowania alkoholika, lecz nie jest to zgodne z prawdą. Choroba alkoholowa ma to do siebie, że uruchamia silne mechanizmy iluzji i zaprzeczeń, czyli w tłumaczeniu na polski, mechanizmy, którymi alkoholik próbuje okłamać sam siebie, żeby sobie podnieść samoocenę. Mój towarzysz nie był wyjątkiem, też je stosował. Pierwszą jego reakcją była próba przemilczenia tematu w nadziei, że rozmowa skieruje się na inny tor, ale uparta rozmówczyni drążyła, wobec czego alkoholik spróbował ataku, starając się otworzyć dyskusję o tym, że syn rozmówczyni jest za granicą, a ona go nie odwiedza. Kobieta spytała, czy gdy on był za granicą, to chciał, by go odwiedziła matka, on musiał przyznać, że nie. Kobieta triumfalnie powiedziała- No widzisz! Po co miałam tam jechać, denerwować go? A ty dlaczego wróciłeś? Dobrze ci u mamusi? Nakarmi, zrobi pranie....- Rozmowa znalazła się w punkcie wyjścia. Jak myślicie...? Co zrobił mój towarzysz? Nie..., nie zareagował zwiększoną agresją (co nie było takie znowu całkiem niemożliwe), ale nagle zaczął mówić- Nooo..., tak, tak..., nie ma jak u mamy, mamę trzeba kochać! Rozmówczyni nie zaryzykowała głośnej kłótni i nie zapytała, czy to co robi, jest wyrazem miłości matki... i dobrze, naprawdę..., to nie był czas, ani miejsce. Zbyt dużo świadków, praktycznie każdy alkoholik odebrałby to jako publiczne poniżanie i albo zaczęłaby się awantura, albo by się obraził i nie odzywał. Nie warto w takich sytuacjach liczyć na cud nawrócenia, oceniajmy realnie możliwe skutki naszych słów.

           Zanim pociągnę opowieść dalej, jedna uwaga: Idę o zakład, że w głowach wielu czytelników zgromadził się pokaźny zbiór inwektyw, oceniających powyższe postępowanie uzależnionego. Rozumiem uczucia, jakie się budzą w każdym człowieku, gdy słyszy takie historie, ale trzeba zrozumieć jedno: Mieć w tym momencie pretensje do tak zdegenerowanego alkoholika o to, że nie wykonuje swoich ról życiowych, to tak, jak mieć pretensje do człowieka bez nogi, że spowalnia marsz grupy. Zachowanie alkoholika wynika z natury jego choroby. Na pewno nie możemy pozwolić mu się z tego powodu krzywdzić. Nikt od nas nie wymaga, by mu pomóc, jeżeli nie czujemy się na siłach. On jest dorosły, on odpowiada za siebie. Dlatego możemy pomóc, ale nie musimy. Jednak ostatnią głupotą jest się na niego obrażać. Nie można obrażać się na skutki choroby- z nimi można walczyć, ale z pewnością nieroztropne jest obrażać się na nie. Najlepsze, co można zrobić, to dać alkoholikowi poczuć skutki jego picia. Nie chce się leczyć, więc nie nadaje się do pracy- nie ma co mu jej załatwiać. Niech sam coś ze sobą zrobi. Dostanie mandat od policji- niech płaci, a jak nie ma pieniędzy, niech odpracuje społecznie (sądy chętnie korzystają z tej możliwości, zamiast karać kosztownym dla państwa więzieniem). Posika się, niech śpi brudny, a gdy dotrze do niego, co zrobił- niech sam to wypierze i się umyje. W sytuacji zaś zagrażającej życiu alkoholika, najlepiej zawiadomić policję- ta go zawiezie na izbę wytrzeźwień, bądź na dołek. Nie zamarznie, zostanie zbadany przez lekarza, no i dostanie rachunek za swoje wyczyny. Ja wiem, że to brzmi bezdusznie, ale naprawdę bezduszne jest stwarzanie alkoholikowi komfortu picia- wtedy skażemy go na powolną śmierć w męczarniach- psychicznych i fizycznych. To może trwać latami, a co najgorsze, będzie się odbywać kosztem innych ludzi. Dlatego pierwsza pomoc dla alkoholika, to dać mu odczuć swój brak akceptacji dla jego picia, dać mu poczuć konsekwencje i zdecydowanie stawiać leczenie, jako pierwszy warunek jakiejkolwiek innej pomocy.

             Ważne! Pamiętajmy, że alkoholik jest człowiekiem, więc jakiekolwiek przestępstwo dokonane na jego osobie, jest przestępstwem jak każde inne. Jeżeli więc ktoś sobie wymyśli, że może alkoholika napaść, pobić, okraść, jeżeli ktoś go fałszywie oskarży przed sądem, to sam jest przestępcą. I to ohydnym, bo przestępstwo na osobie chorej jest sprawą wyjątkowo podłą. Dotyczy to również prokuratorów i sędziów, którzy korzystają z okazji łatwego łupu, notorycznie przypisują alkoholikom wszystkie winy, które ci popełnili, jak również te, których nie popełnili. To są zwykłe przestępstwa sądowe, niczym nie różnią się one od przestępstw sądów stalinowskich.

             Wróćmy jednak do mojego towarzysza. On wie, jak nisko upadł: Wie, że przebywa z ludźmi, którzy mu w żaden sposób nie imponują, wybiera ich towarzystwo jedynie dlatego, że oni akceptują jego picie, bo sami piją. On wie, że jest osobą totalnie bezproduktywną, zachowującą się jak małe dziecko, choć jest już dawno dorosły. Wie, że pijąc pogrąża się, niszczy też swoją matkę i otoczenie. Pomimo tego, że wie, to nie chce tego faktu uznać. Nie chce nawet o tym myśleć. Jednocześnie bardzo się boi życia na trzeźwo. Nie..., nie dlatego, że życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Ten jakże nośny cytat z filmu „Psy 2” jest zwykłą bzdurą. To życie po pijanemu jest nie do przyjęcia, jednak strach przed trzeźwością wynika z tego, że alkoholik wszystko co robił w dorosłym życiu, robił z etanolem w żyłach. Cieszył się i smucił, świętował sukcesy i porażki, kochał się i nienawidził, uprawiał seks i uczestniczył w krwawych bójkach. Życie na trzeźwo jest dla niego nieznane, więc się go boi. Wstydzi się siebie, wstydzi się stanąć na trzeźwo naprzeciw ludzi, którzy widzieli jego upodlenie. To dlatego nie idzie się leczyć. Nie dlatego, że picie mu się podoba- on od dawna pije, by nie czuć cierpienia, choć w efekcie, to cierpienie staje się większe i większe.

             Zgadnijcie, jak mogła zatem wyglądać nasza rozmowa (a znamy się jak łyse konie), skoro mój rozmówca nie chciał mówić o swoim pijackim życiu? To bardzo proste. To pierwsze, co zechce zrobić mózg uzależnionego: Rozmawiać albo o przeszłości i pięknych chwilach z okresu, gdy jeszcze nie był zdegenerowany, albo też uciec w marzenia, czy też raczej mrzonki. Słyszałem więc wspominki naszych wspólnych wyczynów, słyszałem historie, które znam na pamięć. Słyszałem też o tym, że mój towarzysz planuje wyremontować kuchnię, potem łazienkę, ale najpierw musi gdzieś wyjechać, najlepiej do Niemiec. Słyszałem wszystko, tylko nie to, co zrobić, by nie pił. Jego zaś opowieści o teraźniejszości praktycznie nie istniały lub też raczej sprowadzały się do opowiadania o innych ludziach, przy czym na ogół było to opowiadanie krytyczne. Gdy mówił o sobie, mówił o przebłyskach trzeźwości, gdy zrobił coś pożytecznego lub co najmniej neutralnego. Każda niedestrukcyjna czynność urastała do rangi perełki wartej upamiętnienia. Dzień spędzony z bratem przy kryciu papą szopy, odebranie bratanicy z przedszkola, zrobienie zakupów i tego typu drobiazgi, o których człowiek zdrowy nie wspomina, gdyż są dla niego oczywiste. Najchętniej jednak wyrażał krytykę cudzych zachowań. Najbardziej przeraziło mnie, gdy zaczął się skarżyć na dziesięcioletnią sąsiadkę, że przestała mu mówić „dzień dobry”. Poniosło go, zaczął wykrzykiwać, że przecież on ma czterdzieści lat i nie będzie się małolacie kłaniać. Że on ją na rękach nosił, że mu kiedyś laurki robiła. Problem w tym, że nie chciał zauważyć, iż ta dziewczynka się go najzwyczajniej w Świecie bała i dalej się go boi. Że widziała go już nie raz i nie dwa zakrwawionego, zataczającego się, wymiotującego, oddającego mocz byle gdzie. Boi się jego zachowań, wstydzi się też przed rówieśnikami, boi się ich reakcji na takiego znajomego. Ale on nie chce przyjąć tego do wiadomości, bo to naprawdę zbyt ciężkie, nawet dla alkoholika, który robił tyle głupich rzeczy.


            Myślę, że jesteście ciekawi moich reakcji. Zrobiłem to, co mogłem zrobić. Mocno się pilnowałem, by go nie poniżać, ani nawet nie stosować mentorskiego tonu, by czuł się równoprawnym rozmówcą. Powiedziałem mu, że ja wiem to, co i on wie- że nigdy nie utrzyma się w pracy, jeżeli będzie pić, a w takim stanie marne ma szanse przestać pić bez terapii. No i stało się to, co przewidywałem. Potwierdził moje obawy, że w ogóle nie bierze pod uwagę możliwości leczenia. Ma taki komfort picia, że dla niego terapia jest ograniczeniem wolności- nie odbiera jej jak pomocy, lecz traktuje ją jak zniewolenie. I tu skończyły się moje możliwości. Już tłumaczę dlaczego: W tym momencie on był zamknięty na dyskusję, nastawiony na „NIE”! Każdą moją kontynuacje tematu odebrałby, jak dręczenie. Ja wiem, że wielu czytelników podda w wątpliwość to tłumaczenie. To zastanówmy się wspólnie: Jak myślicie, ile osób przede mną próbowało go w podobnym momencie dyskusji przekonywać i „truć mu dupę”? Ile osób mu mówiło, jak krzywdzi rodzinę, zwłaszcza matkę, jak krzywdzi otoczenie? Dziesiątki, moi Drodzy, dziesiątki... i robili to długo i do znudzenia. I co? Nie znaleźli tego magicznego przełącznika, który go przestawi z funkcji powolnej autodestrukcji na funkcję zdrowienia i przejęcia na siebie odpowiedzialności za swoje życie! Tego przełącznika po prostu nie ma! Zmienić się można na drodze długotrwałej pracy nad sobą, a nie za pomocą magicznego pstryczka. Gdyby takowy istniał, dawno by go ktoś odnalazł. Chyba nie sądzicie, że dookoła są sami podli ludzie, którzy radują się, gdy ktoś stacza się w takie bagno i go tam świadomie popychają. Nie muszę tego dowodzić- wszyscy wiemy, że na drodze każdego alkoholika znalazły się dziesiątki osób próbujących go nakłonić do zerwania z nałogiem. Jednak do podjęcia leczenia alkoholika może zmusić jedynie odczucie na własnej skórze wszystkich skutków swojego picia. Trzeba mu powiedzieć, że najlepszą drogą jest terapia, ale on musi czuć skutki picia i być pewnym, że nikt ich za niego nie przyjmie na siebie. Alkoholik zawsze powie, że dopóki on nie będzie sam chciał, to nie przestanie pić. Jednak on sam nie będzie chciał poddać się leczeniu- uzależnieni trafiają na terapię zmuszeni groźbą wyrzucenia z domu, groźbą rozwodu, nakazem sądowym, groźbą trafienia do więzienia, etc.... Mój rozmówca nie stanął przed żadną z tych gróźb. Przez to nie ma szans poczuć tego, że albo się wyrwie z nałogu, albo zginie marnie. Co też się z całą pewnością stanie, tylko że on tego nie czuje, bo gdy się upija- dociera do pościelonego łóżka. Gdy jest brudny- jest myty, gdy jest ranny- wzywana jest karetka, gdy się spompuje- matka wszystko pierze i szoruje, gdy ma siłę coś zjeść- matka czeka z gotowym talerzem. On nie ma szans wyrwać się z nałogu. On odpowiada za swoje picie, natomiast jego matka odpowiada za to, że on nie odczuwa wszystkich konsekwencji picia. To wszystko: Tak proste i tak trudne zarazem, bo tak ciężko zaakceptować gorzką prawdę, że nie każdemu, kto się przewróci, należy pomagać wstać, ponieważ on musi mieć jeszcze siłę, by samodzielnie ustać. To jest ryzykowne. To prawda, jednak czy operacja serca nie jest również ryzykowna? Jednak większość z nas rozumie, że tylko ona może uratować życie po ciężkim zawale. Dlaczego tak ciężko zrozumieć, że w wypadku alkoholika, jedynie ryzykowny zabieg zostawienia go sam na sam ze skutkami jego picia ma szansę skłonić go do podjęcia terapii?!

 


wtorek, 03 grudnia 2013, baluwolanda.blog.onet.pl
-Woland.

Polecane wpisy

Komentarze
2013/12/03 01:43:41
Uff... długie, ale dobrnęłam do końca. :) W jego przypadku jest tak, że pije, bo jest dorosły i wolny, a Twoje rady aby poszedł na terapię są zamachem na jego wolność. Masz rację, że matka daje mu komfort picia i pozbawia odczuć mu jego skutki na sobie. Jest alkoholikiem, ale dla matki jest jej dzieckiem, którego nie chce wyrzucić na ulicę - i tak powstaje błędne koło.
-
2013/12/03 09:53:32
Tyle, że matka wcale nie musi wyrzucać go na ulice, a jedynie nie wpuszczać do domu po alkoholu. On sam będzie wybierać, czy chce pić i nocować poza domem, czy być trzeźwym i nocować w domu.
-
2013/12/03 10:27:18
Przy alkoholizmie trzeba stosować drastyczne środki, zacieranie śladów tylko pogłębia stan chorobowy, zresztą pijący alkoholik wspaniale wykorzystuje każde przejawy dobroci skierowane w jego stronę, samo mówienie, tłumaczenie nie zda się na wiele - pijący doskonale opanowuje grę aktorską potrafiąc przekonać rozmówce, że od dłuższego czasu nie "leczy się" już alkoholem...
Tak, w tej chorobie należy pijącego zostawić zupełnie samego - tylko dotknięcie dna może u niego odbudować instynkt samoobronny przed swoim uzależnieniem...
-
2013/12/03 10:49:05
@Ankabieg,
Ja nawet bym tego nie nazywał drastycznym środkiem. Jeżeli nie zrobię sobie śniadania, nie zjem- to normalne. Żeby zrobić śniadanie, muszę kupić produkty- to też normalne. Żeby kupić produkty, muszę na nie zarobić- to równie normalne i oczywiste. Problemem alkoholika znajdującego się pod opieką osoby współuzależnionej jest to, że on nie zderza się z naturalnymi konsekwencjami swoich czynów. Dlaczego ma dbać o przygotowanie śniadania, zabezpieczenie produktów i środków na ich zakup, skoro on je dostanie bez tego? Dbałość o takie rzeczy przeszkodziłaby w piciu, a jego uzależniony mózg domaga się alkoholu. I nie czuje presji ważniejszej potrzeby, bo ta potrzeba jest zaspokajana przez nadopiekuńczą matkę.
-
2013/12/03 10:58:03
Wolandzie, czy przeczytałeś książkę, którą Ci już dawno temu polecałam ?

lubimyczytac.pl/ksiazka/37721/pod-mocnym-aniolem

Najkrótsza diagnoza w niej zawarta, a wygłoszona przez lekarza alkoholikowi, to : "Pijesz, bo pijesz". I pić będziesz, można dodać. Chodzi o sprowadzenie do parteru alkoholika, który zawsze znajdzie tysiąc powodów, dla których pije. Przypominam, że Pilch wie, o czym pisze.
Czy możliwe jest wyjście z alkoholizmu ? Teoretycznie tak, praktycznie bardzo rzadko.
-
2013/12/03 11:12:34
@Begonijko,
Niestety, wyleciało mi z głowy, ale tym razem ją (książkę sobie zamówię.
Co do tych wyzdrowień:
Wiedza na temat alkoholizmu i wychodzenia z niego bardzo się udoskonaliła- zebrano olbrzymią ilość obserwacji, już nie poruszamy się w tym temacie po omacku. Ilość osób wychodzących z nałogu wzrasta, to nie to samo, co było w Polsce ćwierć wieku temu.
-
2013/12/03 11:28:42
Świetny tekst i zgadzam się z tym, co piszesz. Co nie zmienia faktu, że nadal nie zgadzam się na to, o czym piszesz. Czyli - nadal nie potrafię współczuć alkoholikowi. Startował z takiej samej pozycji, jak my wszyscy. Oczywiście, mógł mieć patologiczne dzieciństwo, jednak dziś to już nie stanowi usprawiedliwienia. Osobiście znam wiele osób, które właśnie z tego powodu wyniosły się z domu i nigdy nie sięgną po alkohol jako lekarstwo na smutki. Mają rodziny, pracują, cieszą się życiem - lepszym, gorszym, ale nie zasłaniają się dzieciństwem.
Wreszcie jednak ktoś napisał jasno i wyraźnie - osobiście sugeruję publikację, choćby jako ulotkę terapeutyczną - jak bardzo winni są współuzależnieni. Matki, żony, kochanki, nawet często dzieci, choć w ich wypadku trudno je potępiać. Współuzależnieni zwalają całą winę na alkoholika - w końcu to on pije, nie oni. To on jest wszystkiemu winien. Otóż nie. Umówmy się - każdy z nas umie i wie to, czego się nauczył. Relacje z partnerami, opieka nad dziećmi, stosunek do osób starszych, empatia, relacje pracownicze - tak naprawdę wychowanie człowieka a szkolenie psa niewiele się od siebie różnią, prócz metod i umiejętności logicznego myślenia. Pies reaguje na bodźce w sposób wyuczony - czy z człowiekiem naprawdę jest aż tak bardzo inaczej? Porównanie może brutalne, ale obrazowe, jak sądzę.
Pozdrawiam bardzo ciepło.
-
2013/12/03 11:31:39
Czy ja wiem, Wolandzie ? Może. Z moich obserwacji wynika, że ilość alkoholików (zwłaszcza tych w białych kołnierzykach i eleganckich sukniach) wzrasta...ale może jestem "w mylnym błędzie: .
-
2013/12/03 11:58:37
@Viridianathewitch,
Mój tekst ma na celu ułatwienie zrozumienia natury choroby alkoholowej, zrozumienia motywacji i toku myślenia alkoholika. Jakie uczucia to wzbudzi? To już jest poza moim zasięgiem, nie mam mocy, ani aspiracji, by nakazywać współczucie. Wręcz przeciwnie, zachęcam do wsłuchiwania się w swoje własne uczucia i szczere, absolutnie szczere reagowanie na nie, BYLE ZE ŚWIADOMOŚCIĄ KONSEKWENCJI, żeby równie szczerze sobie odpowiedzieć na pytanie, czy naprawdę warto tak reagować.
Tak, alkoholik ponosi część winy za swoje uzależnienie, choć uzależnienie się nie było jego intencją. Tak samo dziecko ponosi odpowiedzialność za zapalenie płuc, gdy wbrew nakazowi rodziców nie wysuszyło dobrze głowy i wyszło bez czapki na mróz. Tak samo młodzieniec ponosi odpowiedzialność za złamanie kręgosłupa, gdy wbrew tysiącom ostrzeżeń, popisywał się skacząc na główkę do rzeki. Mamy z grubsza rzecz biorąc cztery możliwości:
- mścić się za nieprzestrzeganie dobrych rad
- pozostawienie ofiary własnej niefrasobliwości same sobie
- udzielenie fałszywej pomocy (tak jak matka z opowiadania)- w przypadku młodzieńca od kręgosłupa, można go okłamywać, karmiąc mrzonkami, zamiast uczyć żyć z nowym ograniczeniem
- udzielenie prawdziwej pomocy, czyli działanie zgodnie z zaleceniami terapeutów.
-
2013/12/03 12:00:50
@Begonijko,
Nie znam statystyk ilościowych, ale piszę o odsetku tych, którym się udało skutecznie pomóc, a nie o ilości nowych alkoholików. Kiedyś zgłaszającym się do poradni uzależnień wszywano esperal, dziś poddaje się ich nowoczesnej psychoterapii- jest różnica w skuteczności, Ikka może Ci potwierdzić.
-
2013/12/03 12:26:01
Wiem, Wolandzie, czytałam szereg informacji podanych przez Ikkę, niemniej bliski jest mi punkt widzenia przedstawiony przez viridianathewitch, chociaż i tu wiem, że współuzależnienie rodziny, to też choroba. Pisaliśmy o tym sporo, jako że ten temat powraca u Ciebie od czasu do czasu. Nie zgadzam się jednak z Twoim symbolicznym porównaniem przypadłości alkoholowej do ... braku amputowanej nogi, czy czegoś w tym stylu. Alkoholizmem nie zarażamy się przecież drogą infekcji, fundujemy sobie tę chorobę sami. Alkohol daje kopa, lubimy ten stan, a później to tylko sprawa ruletki, albo wpadniemy w ciąg, albo nie. Skoro jednak wiemy, że jest takie ryzyko, bo nie jesteśmy kretynami, to po co w ogóle zaczynamy igrać z ogniem ??? Wybacz, taki sam szlag mnie trafia, kiedy widzę półtonowych obżartuchów, na których robią niezły interes bariatrzy, wmawiając biedakom, że skoro żrą za dużo ( ile lat musi trwać dojście do pół tony ???), to są chorzy i trzeba im pomóc. Przepraszam za przejście z opilstwa na obżarstwo, ale praprzyczyna jest chyba taka sama.
-
2013/12/03 12:47:05
@Begonijko,
Naturą każdego uzależnienia jest to, że mózg dąży do kontaktu z przedmiotem uzależnienia i stara się odrzucić wszystko, co staje mu na przeszkodzie. Czy to jest patologiczne obżarstwo, czy opilstwo- nie gra roli. Faktem jest, że taka jest natura tej choroby, więc jest wielce nieroztropnym złościć się na to. Oczywiście możesz, ale osobiście sugeruję zaakceptowanie faktów i skupienie się na tym, jak reagować na zachowania chorego.
Jeżeli wbrew regułom bezpieczeństwa, będę pracować przy maszynie, która ma zdjętą osłonę i stracę nogę, będzie to taką samą konsekwencją mojej głupoty, jak uzależnienie od alkoholu, czy obżarstwa- wiedziałem, że nie mogę tego robić. Jeżeli, mimo wiedzy, będę obniżać odporność organizmu, ganiając po mrozie bez czapki i zachoruję, to będzie to taka sama konsekwencja głupiego zachowania, jak i uzależnienie. Jedyna różnica jest taka, że gdy człowiek zachoruje na zapalenie płuc, to nie ma siły podnieść się z łózka, nie ma siły pracować, więc stara się wyleczyć- alkoholik chce dalej pić. Jednak już człowiek mimo, że przeszedł zapalenie płuc, gdy zapomni o regułach, znowu złapie jakąś chorobę.
Tak samo wirusy i bakterie działają podstępnie, jak i podstępnie działają sztucznie pobudzane "hormony szczęścia".
-
2013/12/03 12:56:24
Wolandzie, ja się nie złoszczę na uzależnionego, tylko uznaję drogę wskazywaną przez terapeutów ( pisałam o przypadku brata mojej przyjaciółki ze służby zdrowia) : nie pomagać, nie usprawiedliwiać, nie rozczulać się, nie dać się wciągnąć w pokrętną manipulację nałogowca. Trudno, każdy jest kowalem swojego losu. Na tym polega brutalna akcja / metoda, przedstawiona w programie ( chyba BBC ?) "Interwencja". Chcesz się leczyć, to już, teraz, natychmiast. Nie ? To Requiem aeternam, bo do tego w końcu ta droga prowadzi.
-
2013/12/03 13:12:45
Zgadza się! Po prostu: Tu nie ma na co czekać, bo z czasem będzie coraz trudniej.
-
2013/12/03 14:38:32
Czasami mam wrażenie dr Wolandzie, że wszyscy jesteśmy współuzależnieni (nie tylko alkoholizmu to tyczy). Znam teorie potwierdzone badaniami, że dotyczy to 80% populacji USA. U nas wcale nie jest lepiej. O dziwo na współuzależnienie odporna jest znakomita większość mężczyzn. Jak się jednak okazuje (też naukowe badania), im bardziej "wyzwolona" ze schematów kobieta (feministka?), tym tez bardziej odporna na współuzależnienie. Coś w tym jest. Od dawna już bowiem psychologowie (potwierdza to neuropsychologia) twierdza, że to nie środek powoduje chorobę. Przyczyną jest niedojrzałość emocjonalna, a w konsekwencji nie radzenie sobie z tą sferą funkcjonowania i funkcjonowaniem w społeczeństwie w ogóle. Potem tylko kontakt ze środkiem, przedmiotem, lub osoba, która daje ulgę i syndrom powtórzeń. |Dlaczego jesteśmy niedojrzali? Kwestia wychowania, nie tylko przez rodziców, także społeczność. Przy czym szkodzi w takim samym stopniu nadopiekuńczość, jak i zbytni rygoryzm.
Pomyślności.
-
2013/12/03 15:18:38
@Ikka,
Nigdy nie spotkałem się z przypadkiem uzależnienia bez kontaktu z przedmiotem uzależnienia, dlatego zwalenie całej winy na niedojrzałość emocjonalną uważam za przesadę. Ja raczej traktuję ją, jako jeden z czynników mogących spowodować uzależnienie. Innym są nadmiernie wykształcone mechanizmy iluzji i zaprzeczeń. Z drugiej strony wiadomo, że osoby z niewykształconymi mechanizmami obronnymi popadają w choroby psychiczne na tle niskiej samooceny i kompleksów.
Na swoje potrzeby staram się upraszczać wszystko do odpowiedzi na proste pytania:
Jak się zachowywać w obliczu uzależnienia? Co robić, żeby zminimalizować szkody? Jak przywrócić osobę uzależnioną realnemu życiu?
-
2013/12/03 15:31:58
Jak świat światem najgorzej jest z matkami. To prawie graniczy z cudem aby matka zaczęła pozwalać na upadek, nie prała, nie dokarmiała, nie sprzątała... Że nie wspomnę o babciach.

Ikko - ileż ja znam feministek wyzwolonych, które dodatkowo katują się poczuciem winy, że one wyzwolone tak dały się omotać...
-
Gość: Piotr Opolski, *.internetia.net.pl
2013/12/03 20:40:23
Z ciekawością przeczytałem tekst. Komentarza nie będzie. Mój wujek a zarazem ojciec chrzestny zapił sie na smierć.
Pozdrawiam
-
2013/12/03 22:00:00
@Missjonash,
Na szczęście, cuda się zdarzają- na ogół tym, którzy nad cudami popracują.
@Piotrze,
Ja też miałem w rodzinie kilka ofiar śmiertelnych- w tym brat matki, 33 lata...
Najgorsze jest to, że po przekroczeniu pewnej granicy, śmierć wydaje się być mniejszym złem, skoro na drugiej szali mamy obłęd i cierpienie. Choć na szczęście jest też trzecia droga- trzeźwość.
-
2013/12/04 10:04:54
Wszystko sprowadza się do teorii wędki i ryby. Czy to alkoholizm, czy obżarstwo, czy długotrwałe bezrobocie. Alkoholizm jest łatwy (przynajmniej na początku) i dlatego nie potrafię współczuć. Siedzenie na cudzym garnuszku i nie kalanie rączek pracą, bo "w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem" też jest łatwe i też nie potrafię współczuć, choć tutaj akurat bywają wyjątki. Żyję na tym samym rynku pracy i jakoś daję radę, choć wiek, wykształcenie i choroba nie ułatwiają mi tego. Obżarstwo też jest łatwe, z wyjątkiem sytuacji, kiedy (jak podopieczny mojej znajomej) ma się zaburzony receptor sytości i łaknienia - ale to niewielki odsetek obżartuchów.
Wszyscy (niemal) żyjemy w tych samych realiach, mamy te same trudności życiowe, niektórzy z nas mają jeszcze gorzej i mimo tego, zachowują odpowiedzialność - dlatego nie umiem współczuć tym pozostałym. I dlatego, że przekonałam się wielokrotnie, że wygoda tych ludzi jest niepojęta. Postawa roszczeniowa również. Zwłaszcza od czasu, kiedy te wszystkie słabości charakteru nazwano chorobami. Oczywiście, uogólniam, ale wiadomo, o co chodzi.
Ściskam.
-
2013/12/04 11:28:23
Viridiano - zapewniam Cię, ze alkoholizm jest chorobą, ciężką, przewlekłą i śmiertelną. Ma swój numer statystyczny F.10.2 w klasyfikacji chorób. Ma swoje objawy, rokowania. A chory cierpiii jakby był w piekle. Gorzej, ze razem z nim cierpią inni, najbliżsi... Wiem też jak trudno to zaakceptowac komuś kto nie przeżył tego na własnej skórze (lub żył z alkoholikiem w bliskim związku).
-
2013/12/04 11:51:57
@Viridianathewitch,
Łatwe? Tak, łatwe, czy raczej, dające natychmiastową, często pozorną ulgę, jak wszystko, co jest nierozważne. Przykład:
Facet wraca z pracy do domu. Spieszy się, chce wreszcie odpocząć Wciska gaz do dechy, bo wydaje mu się, że coś zaoszczędzi. Oczywiście nie przyjdzie mu do pustego łba policzyć, że nawet jak przez wioski będzie gnał 120 km/h, to i tak zaoszczędzi co najwyżej 5 minut w stosunku do spokojnej jazdy, bo ma do pokonania ledwie 15 km. Mimo to, zaspokaja swoje złudzenie. A tutaj go czeka:
a)wypadek i do końca życia wózek inwalidzki dla niego, śmierć dla kierowcy samochodu, który zatrzymał się przepuścić dziecko za zakrętem- zamiast 5 minut wcześniej w domu, szpital, prokurator, wyrzuty sumienia, depresja
b)patrol policji i mandat- w domu 10 minut później, niż gdyby jechał przepisowo i 500 złotych mniej w portfelu
c)fotoradar- kierowca nie jest oburzony, że jest idiotą, lecz że musi zapłacić mandat- dojechał całe 5 minut wcześniej, normalnie ŚWIAT MOŻNA ZDOBYĆ, wykorzystał je by wziąć pilota do ręki i poprzerzucać kanały
Łatwe, głupie, bez sensu, ale jednak ludzie to robią.
A dziewczę, które w ostatniej chwili przed imprezą myje włosy, nie ma czasu ich wysuszyć, łąpie zapalenie opon mózgowych, lekceważy pierwsze objawy, ma powikłania i porażenie? Lenistwo- nie zabezpieczyła odpowiedniej ilości czasu, chciała osiągnąć szybki efekt.
Zasada jest taka sama, jak przy sięganiu po alkohol dla szybkiego podbicia nastroju. Tylko przy odrobinie pecha, szkody są nieodwracalne.
-
2013/12/04 12:03:58
@Missjonash,
Do tego dochodzi ciężki przebieg choroby z różnymi powikłaniami: od pospolitych wypadków i urazów spowodowanych sytuacjami wynikającymi z picia, przez problemy prawne, ciężkie problemy zdrowotne (paleta chorób wynikających z picia alkoholu, jakże często krzyżowo łączonego z paleniem lub narkotykami jest imponująca- serce, nowotwory, obniżenie odporności, miażdżyca (powolne amputace kończyn), zwiotczenie mięśni, zaburzenia seksualne....
Jednak moją wyobraźnię najbardziej pobudzają choroby psychiczne- zespół Korsakowa (alkoholik robi się niekomunikatywny, z rozumnego człowieka staje otępiały, z nagłymi atakami agresji, ciężko się z nim dogadać, nie potrafi niczego się nauczyć, jest jak dziecko upośledzone umysłowo). Padaczka alkoholowa, delirium (czyli halucynacje prowadzące często do panicznej ucieczki przed jakimś strasznym wytworem wyobraźni, nawet ucieczki w samobójstwo), omamy wzrokowe i słuchowe, mania prześladowcza, chorobliwa zazdrość i podejrzenia o zdradę, etc....