RSS
środa, 30 stycznia 2013

            Chyba każdy słyszał o pojęciu „konstruktywna krytyka”, jednak nie każdy wie, co ono oznacza... i nie ma się co dziwić, albowiem jest to coś takiego, jak egzotyczne zwierzę, które w Polsce można zobaczyć jedynie w cyrku lub zoo. Nasz kraj nigdy nie był naturalnym siedliskiem konstruktywnej krytyki, która przegrywa w konkurencji z demagogią. Pozwolę sobie na przypomnienie, co pod tym pojęciem rozumiemy. Otóż, konstruktywna krytyka jest przede wszystkim przedstawieniem faktów (zachowań, stanów, wydarzeń). Zdania: „Józek jest głupi”, „Zosia jest leniwa”, „Krysia jest obłudna”, „Zenek jest tchórzem”  nie są faktami, lecz oceną. Ocena jest dopuszczalną formą w konstruktywnej krytyce pod warunkiem, że występuje razem z wnioskiem pozwalającym rozwiązać problem i ten wniosek jest ściśle związany z oceną. Konkretyzując: Jeżeli ktoś zechce ocenić, że „Woland to debil”, niechże potrafi odpowiedzieć na pytanie „No i co z tego...?!” ...Bo na pewno nie to, że Woland nie ma racji, gdyż nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę podaje dobry czas, więc choćby przypadkiem Woland tę rację mieć może i trzeba wziąć to pod uwagę. Konstruktywną kontynuacją takiej oceny jest: „To spytajmy eksperta, czy Woland ma rację, skoro Wolandowi nie można ufać”. Jeżeli jednak nie ma związanego z tym wniosku, to stwierdzenie „Woland to debil” jest jedynie dowodem na nikłą wiedzę i niską kulturę osobistą osoby wydającej taką ocenę. Oczywiście zamiast Wolanda może się tu znaleźć dowolnie wybrana osoba, to tylko przykładowe założenie.

            Czy zauważyliście, że przeciętnemu młodemu Polakowi wydaje się, że jeżeli ktoś mu opowiada jakąś historię, to robi to po to, by on raczył dokonać oceny postaci w niej zawartych? Najlepsze jest to, że jest to zależność odwrotnie proporcjonalna do wiedzy, znaczy: „Im mniej wie, tym bardziej uważa, że powinien daną osobę ocenić i z niewiadomych przyczyn sądzi, że wszyscy z niecierpliwością czekają na jego wyrok”. Sami chętni do sędziowania. Pewna popularna święta księga głosi: „Nie sądźcie, albowiem sami będziecie osądzeni”, ale młodzi Polacy takie szczegóły mają w dupie. Gorzej, że dorośli im tego nie uświadamiają, czy też nie potrafią uświadomić. Wyroki wydajemy dopiero, gdy zbierzemy materiał dowodowy. Dopóki go nie mamy, powinniśmy jedynie brać pod uwagę nasze obawy. Natomiast do publicznego wydawania wyroków uprawniony jest tylko sędzia- żeby nim zostać, trzeba się dużo uczyć i praktykować. Tyle tytułem wstępu.

            Przeczytałem dziś ciekawy artykuł o Andrzeju „Kaczorze” Kaczkowskim, trzeźwym od 15 lat narkomanie poruszającym się na wózku inwalidzkim- jego zdjęcie, podnoszonego na wózku przez tłum na koncercie w Jarocinie, zostało wyróżnione przez „Onet”, jako jedno z najciekawszych w roku- przeczytajcie, warto- kliknij tu, jeśli chcesz poznać jego historię. Zwrócę uwagę na najciekawsze, najważniejsze od strony możliwości wykorzystania w życiu jej elementy, inne niż destrukcja, która akurat przez kalectwo bohatera jest ukazana w sposób bardzo obrazowy.

            Andrzej twierdzi, że brał narkotyki, gdyż był zafascynowany postacią Aldousa Huxley’a, autora słynnych książek opisujących eksperymentowanie na sobie samym z narkotykami. Tu widzimy, jak szkodliwe mogą być takie publikacje: Kaczor sobie wymyślił, że dokonywanie „narkotycznych eksperymentów” samo w sobie uczyni go wielkim i sławnym, jak A. Huxley- zapomniał tylko, że jego idol odebrał wykształcenie, a eksperymenty dokładnie opisywał. Zwrócę tu uwagę, że Andrzej za powód ćpania uznał fascynację znaną osobą, a ja jestem nieco odmiennego zdania, powód jest nieco głębszy- chciał w prosty sposób dokonać czegoś wielkiego, chciał poprawić sobie samopoczucie, podnieść swoją samoocenę, wkręcił sobie, że zwykłe ćpanie uczyni go osobą ważną, użyteczną społecznie, że zostanie naukowcem nie ucząc się, lecz narkotyzując się, że ta prosta czynność uczyni go kimś na miarę jego idola. I zobaczcie jak ładnie wyłuskał sobie tylko to, co mu odpowiadało- odrzucił naukę (gdyby rzeczywiście chciał naśladować Aldousa, nie zrezygnowałby z niej), zostawił narkotyki. Pozwolę sobie też przy okazji powodów sięgania po narkotyki zauważyć, że NIGDY, ABSOLUTNIE NIGDY nie zdarzyło się tak, by powodem sięgania po to świństwo była ich słaba dostępność. Wiecie do czego zmierzam...??? Przeróżne halucyny i narkusie lansują kłamliwy slogan o tym, że zakazany owoc kusi najbardziej. Żaden uzależniony nie wciągnął się w nałóg z powodu niedostępności narkotyków, nigdy to nie było powodem. Powodem zawsze jest chęć regulacji uczuć.

            Kolejną ciekawą sprawą poruszoną w artykule jest tematyka przymusowego pobytu w zakładzie psychiatrycznym. Zauważmy, jak popularnym jest twierdzenie, że nie da się nikogo wyleczyć z uzależnienia pod przymusem. Wyleczyć się nie da, ale żeby dać szansę osobie uzależnionej do podjęcia świadomej decyzji, trzeba ją często pod przymusem odtruć i dać czas na przemyślenia, zdobywanie wiedzy, zapewnić fachową moderację wniosków. Pod tym względem, przymus ma sens. Zobaczcie: Facet stracił praktycznie wszystko, jego pozycja społeczna była poniżej zera, rozwalił rodzinę (jego żona też się uzależniła), stracił z powodu zażywania narkotyków prawie dokumentnie władzę w kończynach (są zdolne tylko do minimalnego wysiłku na skutek uszkodzenia móżdżku), a jednak nawet w takiej sytuacji odtrucie i terapia pozwoliły mu znaleźć sens dalszego życia w trzeźwości, znaleźć motywację. Odkrył poza tym, że próba samobójcza, której dokonał, była próbą wbrew sobie, odkrył że kocha życie, ale umysł zatruty narkotykiem nie pozwalał mu tego dostrzec, nie potrafił zdiagnozować nawet tak silnego uczucia, jak miłość życia.

            Trzecią rzeczą, na którą pragnę zwrócić uwagę, jest to, że Andrzej Kaczkowski nie zmarnował życia. On zmarnował TYLKO JEGO CZĘŚĆ, poniósł wiele NIEODWRACALNYCH strat, przez co ograniczyła mu się możliwość wyboru dróg życiowych, ale nie zmarnował życia- teraz pomaga innym, choć nie jest w pełni samodzielnym i sam musi korzystać z pomocy. Mało tego, ma również możliwość realizacji swojej pasji, nie opuszcza żadnego Przystanku Woodstock, ani Jarocina, jeździ też na inne imprezy muzyczne, zwłaszcza antynarkotykowe i jeździ tam w celu, w jakim zostały stworzone- dla muzyki, dla rozmów z ludźmi, dla wymiany doświadczeń, dla pokazania na własnym przykładzie, że warto być trzeźwym. Na przekór tym, którym się wydaje, że takie imprezy są po to, by pić i ćpać. Bzdura, by pić i ćpać jest sieć (legalna, bądź nielegalna) dystrybucji alkoholu i narkotyków, muzyka jest do słuchania.

            Wracając do mojego wstępu: Wyobraźcie sobie (nawet nie musicie sobie wyobrażać, sami możecie poczytać), że komentatorzy pod artykułem o Andrzeju Kaczkowskim uznali, że został napisany po to, żeby oni mogli jako sędziowie ocenić, czy Andrzej jest „cacy”, czy „be”. No nie, moi drodzy, artykuł z całą pewnością nie powstał w tym celu, mało tego, nikogo nie interesuje, czy anonim X ocenia bohatera artykułu dobrze, czy źle, ponieważ rzeczony anonim nie jest żadnym autorytetem. Najgorsze jest to, że takich anonimów jest zatrzęsienie i każdemu się wydaje, że gdy ktoś zada sobie trud opowiedzenia im takiej historii, to dlatego, że prosi o ocenę. A ocena jest na cały siusiak potrzebna- liczą się FAKTY, liczą się WNIOSKI. Goła ocena pozbawiona tych elementów jest tylko dowodem na małą wiedzę i brak wychowania oceniającego.

            Na zakończenie zapraszam do UWAŻNEGO wysłuchania tekstu utworu Jacka Kaczmarskiego, ze szczególnym uwzględnieniem kwestii, które wygłasza Stach:

 

            Czyż nie przypomina Wam ta postać niektórych komentatorów spod wspomnianego artykułu? Zarozumiały młodzik wpada w nową sytuację i zamiast się pokornie uczyć, wydaje kategoryczne oceny, podejmując ryzykowne, wątpliwe moralnie zachowania. Ustawia się tak, jak mu wygodnie, niczym chorągiewka, tak jak wiatr zawieje, żeby mieć najmniejszy opór- typowy konformista. I nie zauważa tego, że poddając się wiatrowi, nie ma kontroli nad swoim życiem, pada tam, gdzie go rzuci podmuch, pakując w kłopoty siebie i otoczenie. „(...) STACH! ZA DUŻO GĘBĘ DRZESZ, ZA MAŁO WIESZ...”!!!



A u świętego Sławomira właściwie nie wiadomo o co chodzi. Za zajączka się przebrał, by biegać po rosie- kliknij, by poczytać.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

            To się narobiło: Sekta kozła toruńskiego zdziwiła się filmem zrobionym przez National Geographic. Jak to zwykle bywa u ludzi mających kłopot z logicznym myśleniem, prominentni przedstawiciele sekty stwierdzili: „Teraz tak będzie myślał Świat”. Błąd, heretycy, Świat tak myśli i dokładnie te myśli oddaje film. Gdyby sekta nie była tak zaślepiona, domagałaby się od swoich przywódców ujawnienia opinii prezydenta USA, Baracka Obamy, toż Jarosław Kaczyński do niego pisał list, więc i jakaś odpowiedź była- JUŻ WTEDY BYŁO AŻ ZA DOBRZE WIADOME, CO MYŚLI ŚWIAT. Ponieważ Kaczyński jej nie ujawnił, można się tylko domyślać, że to dyplomatyczny sposób odesłania natręta do wszystkich diabłów. Domagałaby się sprawozdania od Macierewicza i Fotygi z ich „amerykańskiej MISJI kongresowej”. Opinię Brzezińskiego poznał cały Świat. Co myśli Europa, widać było po reakcjach na projekcję PiSowskich gniotów propagandowych na temat Smoleńska prezentowanych na pokazach w Brukseli. I po tym wszystkim, najwyższe tuzy partyjne PiS udają zdziwienie i wzburzenie „jednostronnością”. No, tak się składa, że fakty są bardzo jednostronne, bardziej być nie mogą, to natura faktów. Nie wiem, dlaczego sekcie się wydaje, że jeśli oni pójdą krzyczeć, to je zakrzyczą. No, jakim trzeba być zbokiem umysłowym, żeby tak wykombinować?! Może w ichnim "Debilowie" tak jest, że jak coś powie kozioł, to sekta pytań nie zadaje nawet, jeżeli widzieli na własne oczy coś innego. I Świat to rozumie, zwłaszcza USA, gdzie mają tak zboczone sekty, że sekta żoliborsko- toruńska jest przy tym, niczym „lelija czysta”. Świat się nauczył postępować z niereformowalnymi czubkami. Chcą głosić swoje końce świata i inne katastroficzne wizje, to niech sobie głoszą, jest wolność słowa, ale w National Geographic wystąpią dopiero przy okazji programu o najdziwniejszych sektach Świata.



A u świętego Sławomira właściwie nie wiadomo o co chodzi. Za zajączka się przebrał, by biegać po rosie- kliknij, by poczytać.

23:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
czwartek, 24 stycznia 2013

            Moi ulubieńcy, kolejowi związkowcy, dali znak o sobie. Wystosowali list p.t. „Zanim nas przeklniesz”, w którym zapewniają pasażerów, że oni są CACY, tylko zarząd jest BE. Za późno, złodziejska bando, dawno jesteście przeklęci. Wiecie, jaki jest pretekst do tegorocznego strajku? Za „Onet”, korzystającym z serwisu „PAP”:

            „O co chodzi? Spółki z Grupy PKP chcą zmienić sposób uzyskiwania przez kolejowych emerytów prawa do zniżek. Takich emerytów jest ponad 100 tys. Z końcem 2012 r. system miał się zmienić. Dotychczas to spółka kolejowa płaciła za zniżki dla wszystkich emerytów, a ci mieli przez to prawo do 99-proc. ulgi.

Wedle propozycji pracodawców, aby emeryt kolejowy uzyskał zniżkę 80-procentową (a nie 99-proc.), powinien zapłacić 140 zł na rok dla II klasy (w I klasie byłoby to 160 zł). Celem zmiany są i oszczędności, i weryfikacja realnej liczby osób korzystających z ulgi. Dzięki temu PKP płaciłyby tylko za tych, którzy mają zamiar jeździć, a nie za wszystkich.

Związkowcy żądają albo zachowania ulg w niezmienionej formie, albo po 720 zł podwyżki jako rekompensatę. PKP oszacowało, że taka podwyżka kosztowałaby spółki całej grupy nawet 800 mln zł na rok.”


            Gratuluję pomysłu na dodatkowe milionowe straty w walce o utrzymanie dotychczasowych strat wynikających z nadzwyczajnych przywilejów. Gratuluję postawienia na szali istnienia firmy naprzeciw biletowi za 1% ceny zamiast za 20% ceny, czyli nadal pięciokrotnie mniej, niż płaci przeciętny Polak, dopłacający jednocześnie do PKP, czy chce, czy nie chce, żeby spełniać fanaberie związkowców. Panie związkowiec, jeden z drugim, znasz pan bajkę o E.T.??? „A E.T. W PIZDU!” Gdy już rozwalicie firmę tak, że nikt was nawet za symboliczną złotówkę nie będzie chciał kupić, nie ważcie się, kanalie pieprzyć, że to przez rząd! Na całym ŚWIECIE, każdy pracownik zdaje sobie sprawę, że dodatki typu: „premie, dopłaty do obiadów, bony, dopłata do rekreacji, zniżki na komunikację” mają charakter tymczasowy, zależący od kondycji firmy. Polskie związkowe wieprze mają to w dupie, dla nich ekonomia kręci się nadal pomiędzy Marksem a Leninem!

            Sprawy mają się tak: PKP przypomina nieco zrzeszenie przewoźników dyliżansowych. Oferują usługi poniżej krytyki (za wyjątkiem Intercity oraz Mazowieckich Linii Kolejowych) i zerowy komfort podróży zdezelowanymi składami, obsługa jest niewykształcona, nikt z nich nie chce korzystać za wyjątkiem tych, co mają bezpłatne przejazdy. Może mi panowie związkowcy wytłumaczą, dlaczego NIGDY nie zaprotestowali przeciwko zatrudnianiu DEBILI bez znajomości języków obcych na stanowiska wymagające kontaktu z obcokrajowymi pasażerami? Dlaczego Polska jest jednym z nielicznych krajów UE, gdzie konduktor nie zna angielskiego lub niemieckiego? Panów interesuje, co możecie dostać gratis? W ryj nawet jest ciężko dostać za darmo- na ogół trzeba dać pretekst. Ludzie NIE CHCĄ KORZYSTAĆ Z PKP, wolą swoje samochody, bądź komunikację minibusową, więc i kasy jest mniej. A związkowe świry, zamiast stawiać nacisk na dostosowanie się do wymagań klientów, chcą utrzymać zabytkową strukturę firmy z czasów, gdy ludzie nie mieli wyboru- jedynie PKP lub PKS.

            Możemy sobie palić głupa, udawać że Świat stoi w miejscu, ale i tak przewozy pasażerskie będą się rozwijać dwutorowo: gęsty ruch w metropoliach dla przewozu pracowników i uczniów oraz komfortowe, dalekobieżne pociągi klasy IC i EC dla biznesmanów i pracowników w delegacjach służbowych. Cała reszta się zawali, bo nikt w warunkach tam oferowanych NIE CHCE podróżować. A warunki się nie zmienią, bo pieniądze nie biorą się z mitycznej BRALNI pieniędzy. Liczba kolejarzy będzie się zmniejszać, podobnie jak liczba kowali, płatnerzy i rusznikarzy. A związkowcom sugerowałbym raczej walkę o poprawę jakości usług- może nie wszystko stracone, jednak trzeba ratować co się da. Wasz MATRIX jest widoczny jak na dłoni nawet dla laików, więc na nic wasi agenci Smith się nie zdadzą.

W przygodach świętego Sławomira, Woland tworzy i wyśpiewuje coraz to bardziej tkliwe pieśni, wrzuca je na "Wrzutę", więc kliknij, by odsłuchać.

21:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
wtorek, 22 stycznia 2013

            Wielokrotnie zastanawiałem się, jak to jest, że dwie podobnie ubrane, podobnej figury kobiety, potrafią wyglądać zupełnie odmiennie. Konkretnie chodzi mi tu o odróżnienie zmysłowości i wulgarności. Przejrzałem net pod kątem zdjęć o zabarwieniu erotycznym, pogrzebałem w pamięci, by porównać wnioski z moimi doświadczeniami i WYDAJE MI SIĘ, że wiem (z naciskiem na „wydaje mi się”).

CHODZI O ŚWIADOMOŚĆ!!!

            Jeżeli umówię się z kobietą na kolację i ona po długim zastanowieniu wybierze na kreację wydekoltowaną sukienkę, to z dużym prawdopodobieństwem mogę założyć, że będzie w niej wyglądać zmysłowo. Nie z powodu dekoltu samego w sobie, ale z powodu takiego, że ta kobieta zdając sobie sprawę z własnej kobiecości i jej atutów, chcąc tego wieczoru wyglądać jak najlepiej, wybrała właśnie ten strój. Ona w ciągu tego wieczoru będzie świadoma, że jej biust przyciąga spojrzenia i budzi podziw mężczyzn i zazdrość kobiet (lub coś w tym stylu, aż taki magik, to ze mnie nie jest, żeby wiedzieć dokładnie, co kobieta sobie myśli), będzie z tego powodu dumna, zadowolona, etc.. I naprawdę da się w jej oczach zauważyć tę kobiecą dumę i świadomość własnej atrakcyjności oraz chęć jej pokazania. Ta sama kobieta w równie wydekoltowanym topie podczas samotnego biegania od gara do gara w kuchni już nie będzie mieć tego zmysłowego wyglądu, bo jej świadomość aktualnie skoncentrowana jest na przyrządzeniu posiłku. Jednak i to bardzo łatwo może się zmienić, jeżeli do kuchni wejdzie facet, na którym tej kobiecie zależy, a ona zauważy, że z miną zgłodniałego psa wpatruje się w jej pośladki. Znowu uświadomi sobie swoją atrakcyjność i to ukazaną tak, jak chciałaby ją ukazać- mężczyźnie, na którym jej zależy lub co najmniej nie jest jej obojętny. Z miejsca pojawi się jej ten uroczy błysk w oku.

            Naszło mnie, żeby o tym napisać, bo w niedzielę trochę się poszwendałem po galerii handlowej, gdzie przyuważyłem niezwykle zgrabną kobietę, ubraną w sposób mocno podkreślający jej kształty, a jednocześnie było w niej coś odpychającego. Mówiąc bez ogródek, miała taką minę, jakby gówno poczuła. W ogóle nie widziałem w niej radości z bycia atrakcyjną kobietą, a jedynie zniechęcenie życiem. Od razu mi się lampka zaświeciła, miałem ochotę się zapytać „gdzie zgubiłaś zmysłowość, kobieto?!” Oprócz tej postaci, jako że był dzień wolny od  zajęć szkolnych, mogłem napotkać całe tabuny nastolatek. Nastolatki, jak to nastolatki, ubrane były niekiedy bardzo śmiało, lecz bardziej czułem ich bunt, przekorę, podkreślenie własnej indywidualności, niż komunikat: „jestem kobietą i dobrze mi z moją kobiecością”.

            Jeszcze większy dysonans pomiędzy wyglądem ogólnym a wyrazem twarzy zauważyłem na zdjęciach z jakiegoś reportażu o tancerkach go- go. Cóż z tego, że dziewczyny były niemalże nagie, cóż, że uchwycone były w pozach nasuwających jednoznaczne skojarzenia, skoro ich miny mówiły „jestem zmęczona, przed kim ja się tu w ogóle mizdrzę?!” Co tam zdjęcia z nocnego klubu, weźmy takie pornole, których pełno jest w sieci. Zakładam, że każdy „z ciekawości”, bądź przez tak zwany „przypadek” widział taką produkcję choć raz. Co najmniej 50% dziewcząt z tych filmików jest ewidentnie zniecierpliwiona oczekiwaniem na zakończenie zdjęć, w myślach zastanawiając się już na co przeznaczą pieniądze z tego „dzieła”. Wzrok jakiś wbity w jeden punkt za kamerą, jęki na podobieństwo zegara z kukułką..., gdzież jest ta zmysłowość?! To oczywiście można odegrać, ale trzeba mieć talent aktorski i trzeba chcieć z niego skorzystać. Gdy tego nie ma, facet wyczuwa raczej wulgarną arogancję, a nie zmysłowość. No..., chyba że jestem jakimś wyjątkiem, choć nie sądzę..., raczej jestem nudną średnią statystyczną- zawsze, gdy smaliłem cholewy do jakiejś urodziwej kusicielki, to okazywało się, że wybierałem taką, do której na casting zgłaszało się 80% dostępnego w okolicy chłopa.

            Po tych przydługich rozważaniach, przejdę do wniosków: Ja chyba nigdy nie zrozumiem facetów uganiających się za dwadzieścia lat od siebie młodszymi dziewczętami albo, co gorsza, gwałcicieli. Zupełnie nie pojmuję, co może kręcić człowieka w kobiecie, która (z dowolnych przyczyn) nie jest na niego otwarta, nie chce go kusić, nie chce dać się uwieść. Nieważne, czy to małolata, która nie zdaje sobie sprawy z własnej seksualności i raczej traktuje ją jako element imponowania rówieśnikom, niż ukierunkowanie na seks, czy też jest to kobieta znudzona, zmęczona, zniechęcona, niewierząca w siebie, a może po prostu taka, której ten akurat facet zupełnie nie odpowiada...., oj, takich powodów jeszcze trochę mógłbym wymieniać, a i tak bym nie wyczerpał listy. W każdym razie za najbardziej emocjonujące w kontaktach z płcią przeciwną (i nie musi to być koniecznie łóżko) uważam to, że widzę akceptację, zrozumienie i wreszcie chęć tych kontaktów. Kobieta, która nie jest nastawiona na okazanie swej seksualności, traci zmysłowość. To widać w jej oczach. To się może zmienić w przeciągu kilku sekund, bo tyle mniej- więcej potrzeba kobiecie, by zmienić twarz na widok jakiegoś Jamesa Bonda, bądź innego szczęściarza, na widok którego zaczyna jej bić szybciej serce. Dopóki jednak tego nie ma, to po prostu nie ma i już! Pytanko do facetów: Czy czuliście erotyzm obserwując zapracowaną kasjerkę w supermarkecie? Chociażby była młodą, śliczną osóbką? Ale jeżeli tylko wpadliście jej w oko, to jej twarz od razu zmieniała tryb na „uwodzenie”, a jej oczy nabierały tego błysku, który tygrysy lubią najbardziej. A kobiet nie pytam, bo nie chcę mieć rozwianych złudzeń, że coś z tego wszystkiego rozumiem :)

Nie mów do mnie „MISIU”, mów do mnie „TYGRYSIE”!

 

Jeżeli zaś chcesz posłuchać śpiewów bojowych Wolanda, to w przygodach świętego Sławomira znajdziesz linki na „wrzutę”- kliknij.



piątek, 18 stycznia 2013

            W latach dziewięćdziesiątych przez Polskę przewaliła się kampania na rzecz wstrzymania tuczu gęsi na stłuszczone wątroby. Nie wiem, czy pamiętacie materiały filmowe z dość makabrycznego procesu karmienia: Gęsi gonione jakimś wąskim korytarzem, wyłapywane były jedna po drugiej i nawlekane na rurę ledwo się mieszczącą do dzioba, którą wtykano nieszczęsnym ptakom głęboko w gardło, niemalże do samego żołądka, by wtłoczyć przez nie o wiele za duże, jak na potrzeby zwierzęcia, ilości paszy. Ptaki cierpiały męczarnie nie tylko z powodu samego zabiegu karmienia, ale i z powodu schorzeń wywołanych tuczem, nierzadko popełniały samobójstwo (tak przynajmniej to wtedy wyjaśniano), tłukąc łbami o ściany. Niedawno zdało mi się, że mam „deja vu”.


            Wąską uliczką przy budynku jadłodajni fast food dla zmotoryzowanych, powoli przemieszczały się samochody, by odebrać swoją porcję paszy treściwej. Obserwowałem to siedząc na lekkim podwyższeniu w autobusie, który miał przystanek dokładnie naprzeciw okienka, z którego wydawano potrawy. Widziałem te wygłodzone, zabiedzone twarze w stylu Mr. Creosote ze skeczu Monty Pythona. I tak samochód za samochodem, była pora śniadaniowa. Pomyślałem sobie, że robią sobie niepotrzebny kłopot, pakując te burgery do pudełek, skoro wystarczyłaby rura, jak dla gęsi. Różnica jest taka, że oni to robią dobrowolnie: wyjeżdżają ze swoich miejsc pracy specjalnie po tę paszę, płacą za nią żywą gotówką i zaczynają ją żreć jeszcze za kierownicą, żeby nie zasłabnąć z głodu podczas jazdy!!!

            Gdy byłem mały, rodzice zawsze mnie uczyli, żeby jeść spokojnie i się nigdzie nie spieszyć, bo nikt mi tego talerza nie zabierze. Pomijając już to, że takiego syfu, który trzeba zalać zaciapą z ketchupu i musztardy, żeby dało się zjeść, nikt by mi w domu na talerz nie podał, to po prostu panowała zasada, żeby jeść z godnością, a nie jak wygłodniały zwierz. Jasna cholera, jak można tę bułę z wkładką mięsnopodobną zatopioną w zaciapie żreć jeszcze za kierownicą, jadąc przez centrum miasta. No, oświećcie mnie, czym się wtedy zmienia biegi i przełącza kierunkowskazy, musztardą czy ketchupem?! I potem się to wylizuje z kółka na zakrętach?!


            Nie wykazuję przesadnej empatii, co...??? Wytłumaczę się odrobinę: Ja naprawdę lubię dobrze zjeść, sam nienajgorzej gotuję, sam wybieram chabaninę, żeby mi żadnego świecidełka pompowanego dziwnymi płynami nie wcisnęli, poświęcam temu swój czas i środki w większej, niż przeciętna ilości. I żadna siła mnie od talerza nie oderwie, zanim spokojnie nie skończę, ale też i jeżeli do talerza zasiadam, to nic innego nie robię, a już na pewno nie prowadzę pojazdu mechanicznego! Z drugiej strony tej jadłodajni znajdowała się sala konsumpcyjna. Można było zostawić samochód na parkingu, siąść przy stoliku i zjeść jak człowiek, a nie jak gęś podczas tuczu. Mówi się, że dzisiejszy Świat goni zbyt szybko, ale to nieprawda. To ludzie gonią, jakby zmysły postradali. I to po co?! Naprawdę nie da się znaleźć rozwiązania alternatywnego dla tego okienka dla zmotoryzowanych??? I słowa te kieruję do konsumentów, a nie do usługodawców, którzy zapewniają to, czego sobie klient życzy.

A przez pole świętego Sławomira przeszedł właśnie tajfun- kliknij, by poczytać.



20:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (27) »
wtorek, 15 stycznia 2013

 

            Zaczynam dziś od piosenki- jest krótka i choć z lekka wulgarna i chropowato brzmiąca, to łatwo wpada w ucho. Ta krótka, banalna w gruncie rzeczy melodia z równie banalnym tekstem znakomicie ilustruje problem niedojrzałości emocjonalnej. Brak odpowiedzialności za własne życie, brak chęci jej podjęcia- podmiot liryczny chce tylko uciec od rzeczywistości w swój świat, którym na chwilę obecną wydaje mu się być piwo. Motyw ten od lat jest głównym marzeniem niedojrzałej młodzieży: zero pracy, a w zamian zabawa, „zmiana świadomości” (czyli narkotyki, czy alkohol), „wolna miłość” (czyli seks z kim mamy ochotę i kiedy mamy ochotę). Ani jednego słowa o konsekwencjach: Jak zabawa, to koszty i stracony czas, jak narkotyki, to dochodzi do tego zdrowie, a jak seks, to dzieci, choroby weneryczne, AIDS, brodawczak (niektóre typy nowotworów, zwłaszcza rak szyjki macicy). I ani jednego słowa o odpowiedzialności, czyli jak się przygotować na poniesienie kosztów. O takim to życiu marzą sobie dorastające dzieci, niezależnie od tego, czy są to kontestujący punkowcy, czy dzieci kwiaty, rastamani, czy też miłośnicy techno albo zbuntowani hiphopowcy albo rozmarzeni miłośnicy poezji śpiewanej. Usłyszycie to w rozmowach nastolatków, usłyszycie to w muzyce, której słuchają. To całkiem normalne, że młodzi niechętnie widzą odpowiedzialność. Nienormalne jest, gdy dorośli ich tej odpowiedzialności nie uczą, bo to na nich spoczywa ten obowiązek.

            Spójrzmy na jeszcze jeden fragment twórczości niedojrzałej emocjonalnie młodzieży. Zamieszczę część tłumaczenia z serwisu „Tekstowo” niesamowicie kiepskiego przeboju dyskotek (Young- grupa Tulisa), więc obejdzie się bez muzyki:

 

Wybacz mi to, co zrobiłam
Bo jestem młoda, tak, jestem młoda
Wybacz mi to, co zrobiłam
Bo jestem młoda, tak, jestem młoda

Nie mam zamiaru ciebie wystraszyć
To tylko zabawa, to tylko zabawa
Nie mam zamiaru ciebie wystraszyć
To tylko zabawa, to tylko zabawa

Żyjemy na krawędzi życia
Nie idziemy na kompromisy
Spieszymy się, bo brakuje nam czasu

Wybacz nam to, co zrobiliśmy
Bo jesteśmy młodzi, jesteśmy młodzi, jesteśmy młodzi
Powiedziałam: "Wybacz nam to, co zrobiliśmy"
Bo jesteśmy młodzi, jesteśmy młodzi, jesteśmy młodzi

 

            Zauważmy, znowu ten sam motyw. Podmiot liryczny nawet nie zauważa, że życie to nie jest zabawa, a uciekanie od odpowiedzialności, to nie nauka. Takie jest spojrzenie dzieci, wobec których popełniono błędy wychowawcze. I temu trzeba przeciwdziałać, niezbędna jest skoordynowana profilaktyka w okresie dojrzewania. Niestety, ale dorośli najzwyczajniej w Świecie nie mają jaj, żeby podjąć te tematy. Nie są kompletnie przygotowani do dyskusji na temat odpowiedzialności. Na ogół działają stosując przemoc, bądź są obojętni. Nie rozmawiają, bo nie są do rozmowy przygotowani. Wystarczy, że dzieciak odwróci kota ogonem, pytając, czy rodzic był doskonały, a rodzic wymięka i się gubi. To samo jest, gdy dzieciak zapyta „co ja z tego będę miał” i powie, ile może zdobyć pieniędzy poprzez kradzież albo prostytucję, czy handel narkotykami. Nieprzygotowany rodzic zapomina języka w gębie i nie stać go nawet, by powiedzieć: No pokaż mi tego bogacza, który dorobił się na handlu narkotykami! Pokaż mi tą prominentkę, która się dorobiła na prostytucji!

            Wczoraj czytałem na blogu pani Piekarskiej o nastolatce, która tuż po uzyskaniu pełnoletności, przed skończeniem szkoły średniej zagrała w kilku filmikach pornograficznych. Oczywiście, sprawa się wydała i młodzież, rówieśnicy, ją zaszczuli. Dziewczyna popełniła samobójstwo. I co...??? I jajco!!! Dorosłym nadal brak jaj, by rozmawiać z młodzieżą o seksie, prostytucji, a przede wszystkim O UCZUCIACH. Przysposobienia do życia w rodzinie (czy jak się to teraz nazywa) CZĘSTO (przepraszam za uogólnienie, ale nie wiem, jak to inaczej czytelnie ująć) uczą jakieś cipciaki i cipunie, którzy czerwienią się na pierwszy komentarz uczniów, bo nie są przygotowani do prowadzenia takich zajęć. Nie są przygotowani nauczyciele tego przedmiotu, nie są przygotowani katecheci, nie są przygotowani nauczyciele WOS, ani biologii, ani poloniści. Konserwatyści są tak zesrani na samą myśl o słowie „seks”, że chcą ustawowo naukę o seksualności wykluczyć ze szkół, a cała reszta nie chce sobie brać na głowę dodatkowego problemu, więc nie protestuje.

            Do stałego elementu lansu młodzieżowego (wśród chłopców od dawien dawna, wśród dziewcząt dopiero to się zaczyna) jest zgrywanie swobodnych seksualnie. Tyle, że to tylko poza. Wiecie, gdzie kończy się ta swoboda? Tam, gdzie zaczyna się związek ze swoim partnerem, ze swoją partnerką. Jak żyję, nie spotkałem faceta dumnego ze swobodnej seksualnie partnerki, rozchylającej nogi przed każdym facetem. Nie spotkałem także kobiety dumnej z faceta, który ciupcia wszystko co chodzi i na drzewo nie ucieka. A WY SPOTKALIŚCIE??? Osoby niewierne są wykluczane przez zakochanych. Traktowane w każdej społeczności bardzo przedmiotowo, jak materiał do wykorzystania. Co stoi na przeszkodzie, żeby to uświadomić młodzieży? Żeby o tym podyskutować? Czy nauczyciele naprawdę są takimi gogusiami, że nie potrafią tego zrobić? Żeby być konstruktywnym, pokażę swój pomysł, na który trzeba by poświęcić wystarczającą ilość godzin lekcyjnych.

            Wstępem dyskusji, byłoby zawsze przygotowanie kilku utworów. Mogą to być filmy, może to być muzyka, może to być poezja. Ważne, żeby były na zadany temat, na przykład o tym, że chcemy po prostu napić się piwa, pokochać się, zabawić- nie chcemy nic złego, tylko się wyszaleć. Część przygotowywaliby uczniowie, a część nauczyciel. I  potem omówienie. Czy w ogóle jest realne takie marzenie? Skąd wziąć środki? Jak je zdobyć, skoro „nicnierobienie” kosztuje, a nikt za nie chce za to płacić. Lenie śmierdzące są wykluczane z każdej społeczności. Można zarobić w przestępczości zorganizowanej, ale to się wiąże z wykluczeniem społecznym (nie oszukujmy się, nikt nie zaufa złodziejowi albo mordercy), można prostytucją, ale znowu nie ma się co oszukiwać- ten sposób na pieniądze też się wiąże z wykluczeniem, bo nawet jeśli ktoś by chciał skorzystać z takich usług, to po cichu, bez zobowiązań, żeby mu to nie przeszkadzało w klasycznym związku. Można się zapytać o to, co powiecie swoim dzieciom? Czy powiecie, że tatuś jest złodziejem, a mamusia sprzedaje ciało? Jak to dziecko później przedstawi rodziców w szkole? Przecież o tym można dyskutować godzinami! Czy naprawdę nauczyciele tego nie potrafią?!


            Na zakończenie przypomniałem niedawno prezentowany na blogu utwór Cohena w wykonaniu Macieja Zembatego i Johna Portera (przetłumaczony przez nich). Historia dziewczyny, która oddawała się wszystkim chłopcom, by wreszcie po rozczarowaniu brakiem uczucia, strzelić sobie w głowę z „czterdziestki piątki”. Czy miała szanse na zdobycie uczucia w ten sposób? Żadnych! Uczucie, miłość, wiążą się z zaufaniem, bezpieczeństwem, wzajemnym poleganiu na sobie. Nikt, absolutnie nikt nie będzie polegać na partnerce/ partnerze, który idzie do łóżka z każdym, jest na żądanie wszystkich, a jak się jest dla wszystkich, to tak naprawdę nie jest się dla nikogo. Czy o tym nie da się porozmawiać z młodzieżą?



22:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
piątek, 11 stycznia 2013

            Nie lubię podłączać się do zbyt głośnych dyskusji, ale czasami są one tak istotne, że szkoda mi stracić szansę wyrażenia swojej opinii. Chodzi mi o zamieszanie wokół fotoradarów: Zewsząd rozlega się płacz, że ministerstwo finansów znalazło nowy sposób gnębienia Polaków i łatania dziury budżetowej z ich kieszeni. Otóż, gówno prawda, fotoradar nie rozróżnia narodowości, fotoradar wyłapuje idiotów, którzy mimo ograniczenia prędkości i jak byk ustawionej informacji o radarowej kontroli prędkości, przekraczają prędkość dozwoloną, stwarzając zagrożenie.

            Jednym z najczęstszych argumentów jest to, że ograniczenia prędkości są bezpodstawne. TAAAK....?! A na jakiej podstawie to szanowni kierowcy oceniają? Ja przytoczę przykład jednego „bezpodstawnego” ograniczenia prędkości do 70 km/h na „Gierkówce” na bezpiecznie wyglądającym zakręcie w okolicach Siewierza. W deszczową pogodę tuż obok zakrętu ustawiały się zawsze samochody pomocy drogowej (ustawiały, bo dziś ten zakręt jest przebudowany i dostosowany do większych prędkości), bo było pewne, że znajdzie się kilku kierowców wiedzących lepiej, że ograniczenie jest „bezpodstawne” i wypadną  z drogi. Naprawdę, tam pomoc drogowa już czekała i zawsze miała klientów. Innym przykładem takich „bezpodstawnych” znaków są ograniczenia przy robotach drogowych. Oczywiście, kierowcy się burzą, że przecież wieczorem nikt tam nie pracuje. Owszem, nie pracuje nikt, ale na drodze leży żwir, który będzie sobie spokojnie leżał, gdy przejedziesz po nim 30 km/h, lecz gdy przejedziesz 70 km/h, wyskoczy spod kół tak, by innym uczestnikom ruchu rozbijać szyby. Albo będzie inne zagrożenie, o którym kierowca nie ma bladego pojęcia, bo i nie ma obowiązku wiedzieć. Ma tylko obowiązek przestrzegać ograniczeń.

            Zauważyliście, że zawsze kierowcy zauważają „bezsensowne” ograniczenia prędkości gdzieś daleko od swojego miejsca zamieszkania? Jakoś nie protestują przeciw ograniczeniu do 30 km/h na swoim osiedlu, bo nie mają ochoty wyciągać swojego dziecka spod kół pojazdu. Jednak gdy kierowca wyjedzie ze swojego Grajdołkowa, to wszelkie ograniczenia stają się dla niego głupie. Jednak lokalni mieszkańcy nie protestują w swoim Wydziale Ruchu Drogowego przeciw ograniczeniom. Niedawno przeczytałem wypowiedź jednego z posłów, który coś bredził o tym, że fotoradary powinny stać TYLKO w miejscach niebezpiecznych. Otóż miejscem niebezpiecznym jest każde miejsce, gdzie kierowcy przekraczają dozwoloną prędkość! Uważacie, że to dobry pomysł, by byle Zenon Manciula z prawem jazdy oceniał, jaka prędkość jest bezpieczna?

            Zróbmy eksperyment: Niech każdy, kto ma wątpliwości, postara się na dłuższej trasie policzyć, ile razy zaklął (choćby w myślach), gdy nagle był w niebezpieczny sposób mijany przez jakiegoś pirata drogowego. To właśnie pojechał taki, który wie, co jest bezpieczne, a co nie! Naprawdę chcemy, by tacy kierowcy byli bezkarni? Naprawdę chcemy być takimi kierowcami? Naprawdę chcemy, by tego uczyć kolejne pokolenia kierowców? Że nieważne są przepisy, ważne jest nasze WIDZI MI SIĘ?!

            Powrócę do wspomnianej „Gierkówki”. Nie bez powodu jest to jedna z najniebezpieczniejszych dróg w Polsce. Da się na niej absolutnie bezpiecznie jechać z prędkością 120 km/h, ZA WYJĄTKIEM SYTUACJI, gdy na skrzyżowaniu, gdzie jest ograniczenie do 70 km/h nie znajdzie się ciągnik z przyczepą przejeżdżający w poprzek, na drugą stronę trasy. Co się wtedy dzieje? Samochody nagle hamują, czasem zbyt późno. A ta wyjątkowa sytuacja wcale NIE JEST TAKA WYJĄTKOWA, gdyż „Gierkówka” jest dość gęsto usiana KOLIZYJNYMI skrzyżowaniami. A przynajmniej była (nie wiem, na ile ją pod tym względem zmodernizowano).

            Nie tak dawno temu (myślę, że jakieś 2 miesiące przed Mistrzostwami Europy) rozmawiałem z doświadczonym, ale typowo polskim kierowcą (z polską mentalnością) z mojej rodziny. Ze względu na pracę, pokonuje służbowym samochodem ok. 2 tysięcy kilometrów tygodniowo. Pochwalił mi się, że gdy jeździł z Wrocławia do Warszawy, to wybierał trasę przez Śląsk, a ze względu na utrudnienia na „Gierkówce”,  przez jakiś okres czasu jechał nawet na trasę krakowską. Nadkładał przez to prawie 200 kilometrów w stosunku do najkrótszej drogi, ale stwierdził, że za paliwo i samochód płaci mu firma. Na moją uwagę, że przecież i tak nie ma szans przejechać w czasie krótszym, niż dużo krótszą, choć wolniejszą trasą przez Wieluń- Bełchatów- Radom, odpowiedział mi, że go „TO DENERWUJE- TAK CIĄGNĄĆ SIĘ PRZEZ WIOCHY”. Wybaczcie, ale uważam, że jeżeli ktoś ma tak słabe nerwy, że nie potrafi myśleć logicznie i wybiera trasę dłuższą, gdzie samochód spali więcej paliwa, zajmie mu więcej czasu pokonanie tej trasy, a jedyną zaletą (czyżby zaletą?) będzie to, że może tam jechać z większą prędkością, to uważam, że tej osobie należy się psychoterapia, a nie jazda jako kierowca. Ludzie, którzy nie panują nad emocjami nie powinni siadać za kierownicę! Na marginesie: Ten człowiek przez to, że wybierał trasy, na których da się pogonić, już raz musiał oddać prawo jazdy za punkty. I zwróćcie uwagę na jedno: On nie zyskiwał niczego, nawet czasu, bo jeździł okrężnymi, za to szybszymi, drogami. Ale JEGO DENERWOWAŁA JAZDA PRZEZ WIOCHY! Nie lepiej zapanować nad emocjami, nie przekraczać przepisów, jechać najkrótszą drogą, zaoszczędzić czas, pieniądze, nie stwarzać zagrożenia? Nie jego osoba jest tu jednak najbardziej istotna, ale to, że większość Polaków łamie przepisy nie dlatego, że coś im to daje (bo liczącego się czasu nie zaoszczędzą), a dlatego, że NIE POTRAFIĄ UTRZYMAĆ EMOCJI NA WODZY.

            A propos zaoszczędzonego czasu (kiedyś już o tym pisałem), zróbcie sobie raz w życiu jeszcze jeden eksperyment: Gdy będziecie jechać na jakiś dystans powyżej 50 kilometrów w dwa samochody, niech jeden kierowca jedzie zgodnie z przepisami, a drugi tak, jak jeździ na co dzień, czyli przekraczając dozwoloną prędkość. Zobaczycie, że ten od łamania przepisów gówno zaoszczędzi. Kiedyś, zupełnym przypadkiem, wyjechałem z budowy jednocześnie z truckiem z naszej firmy. Okazało się, że razem musimy zatankować na stacji, na której tankowaliśmy firmowe samochody na klucz szyfrowy. Klucz był jeden, więc musiałem zaczekać na ciężarówkę. Postanowiłem sprawdzić, ile zaoszczędzę, jeśli będę jechać ostro. Na odcinku 70 kilometrów zaoszczędziłem CZTERY MINUTY! Szybki van, którym miejscami jechałem 150 km/h  nad ociężałym truckiem z ogranicznikiem prędkości ustawionym na 90 km/h zyskał 4 minuty. Sprawdźcie i Wy, a zobaczycie, że Wasze narażanie się na mandaty, a przede wszystkim Wasze stwarzanie zagrożenia dla siebie i innych uczestników ruchu przekłada się na 5- 15 minut oszczędności (w zależności od długości trasy). Jak to możliwe? Jedziemy szybko, dopóki nas nie przyblokuje kolumna samochodów. Wtedy zwalniamy, a ktoś, kto jedzie cały czas dopuszczalną prędkością, nas dogania. Sprawdźcie sami!!! Najśmieszniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że większość kierowców dojeżdża tylko do pobliskiego zakładu pracy, pokonując trasę 10- 15 kilometrów. Na takiej trasie nawet przekraczając dwukrotnie dopuszczalną prędkość, nie da się nic zaoszczędzić!!! I byłbym zobowiązany, gdyby mi tu nagle nie wyskakiwali sami „kierowcy, którzy dziennie robią 500 kilometrów albo i więcej”, bo to aż śmiesznie wygląda. Wybaczcie, ale mało prawdopodobne jest, by mój blog czytali głównie zawodowi kierowcy. Raczej wręcz przeciwnie: Ludzie spędzający tyle godzin za kółkiem, są zbyt zmęczeni, by czytywać amatorskie blogi- szkoda im na to czasu.

            Rzućmy okiem na film z artykułu- kliknij, by obejrzeć. Do wypadku doszło, bo nałożyło się kilka czynników: długi TIR zasłonił widoczność kierowcy, droga była śliska, a na drogę wtargnęła grupka dzieci zza zasłony TIR- a, więc kierowca nie miał szans ich dostrzec. Gdyby kierowca przekroczył dozwoloną prędkość, dzieciak by nie żył. Mógłby przekroczyć, bo to była prosta i na ogół widać na niej więcej, nie zawsze jedzie z naprzeciwka olbrzymi ciągnik siodłowy z naczepą. Jednak czasem się to zdarza. Ponieważ nie można wyeliminować ruchu dużych samochodów, nie można wyeliminować ruchu nierozważnych dzieci, bądź osób niedowidzących, bądź pieszych pod wpływem środków odurzających, przepisy regulują ten element bezpieczeństwa, który da się w prosty sposób kontrolować- tym elementem jest prędkość. Taka jest metodyka działań z zakresu bezpieczeństwa: Regulujemy ten jego (bezpieczeństwa) element, który można regulować, na który mamy duży wpływ. Powiedzcie mi, dlaczego tylu osobom zależy na pozbawieniu nas wpływu na kontrolę tego elementu bezpieczeństwa ruchu drogowego, jakim jest prędkość pojazdów?!

            Na zakończenie pytanie do przemyślenia (nie musicie na nie mi odpowiadać, odpowiedzcie sami sobie, byle szczerze): Jak byście nazwali człowieka, który jeżdżąc zbyt szybko, gwałtownie przyspieszając, gwałtownie hamując, zużywa więcej paliwa, szybciej zużywa klocki hamulcowe, opony oraz inne podatne na wyeksploatowanie elementy pojazdu, naraża się na mandaty, oszczędza na tym wszystkim 10 minut dziennie (pod warunkiem, że nie złapie go policja albo nie spowoduje kolizji), wie o tym i dalej tak robi, „bo go drażni zbyt wolna jazda”???


21:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (21) »
niedziela, 06 stycznia 2013

             Mózg, to dziwny przetwornik- jego wnioski z odebranych informacji bywają absurdalne. Prosty przykład: Przebojowy film „Psy” i „Psy 2” zyskał sobie rzesze wielbicieli, a wiele cytatów z tych filmów stało się kultowymi. Pamiętacie w jakich okolicznościach padły słowa „wyrwałem chwasta”? Wielokrotny morderca oczekujący na wykonanie wyroku śmierci opowiadał, jak na własną rękę wymierzał sprawiedliwość zabijając ofiary, które robiły rzeczy społecznie nieakceptowalne (n.p. przepijały jałmużnę na dzieci). Każde morderstwo oceniał słowami „wyrwałem chwasta”! Jak by nie patrzeć, poruszony był tu dylemat moralny: „Czy należała mu się aż kara śmierci? Przecież straszliwe czyny były motywowane społecznym interesem- nie zabijał niewiniątek”. Jednak scenarzysta go uśmierca, można się zatem domyślać, że jest to symboliczna kara, jakby wina została uznana. I wydawać by się mogło, że taka interpretacja jest jak najbardziej naturalna. Niestety, nie dla wszystkich: Mózgi patologiczne rządzą się swoimi prawami i od czasu emisji filmów Psy i Psy 2, słowami „wyrwałem chwasta”, mordercy określają zabicie NIEWINNEJ ofiary. Przykładem może być głośne w latach dziewięćdziesiątych morderstwo warszawskiego maturzysty, porwanego po ognisku wieńczącym zdany egzamin. Żaden dylemat moralny, żaden problem winy i kary mordercom się po głowach nie kołatał. Po prostu tępo naśladowali samą zbrodnię, nie zwracając uwagi na jej konsekwencje, ani motywy. Niedawno z kolei media obiegła wiadomość, że „mama Madzi” najprawdopodobniej oglądała w telewizji film, który opowiadał o podobnej zbrodni. Wskazuje na to pomysł zgłoszenia porwania, miejsce ukrycia zwłok i kilka innych podobieństw. Gdyby to była rzeczywista inspiracja, to po prostu brakuje mi słów nad tym, do jakich wniosków może dojść patologiczny mózg oglądając film, jak absurdalne potrafią być to wnioski.


            To oczywiście najcięższe przykłady. Na co dzień stykamy się z lżejszym kalibrem idiotycznych wniosków patologicznych mózgów. W wypadku mózgu uzależnionego, śmierć pijącego kolegi  zostanie przetworzona na hasło: „Trzeba pić, bo i tak się umrze”, zamiast „Trzeba przestać pić, bo dobrze by było dobrze wykorzystać życie, zobaczyć coś ciekawszego, niż cztery ściany pijalni piwa”. Osobiście poznałem mężczyznę, który po obejrzeniu filmu „Leaving Las Vegas” marzył, by zginąć jak główny bohater tego filmu, odtwarzany przez Nicolasa Cage’a, znaczy..., zapić się na śmierć. Zdawał się w ogóle nie zauważać całego brudu, gnoju i obrzydliwości ostatnich tygodni życia bohatera. Innym przykładem, o tyle dla mnie wstrząsającym, że w ten sposób film odbierało wiele znanych mi osób, była reakcja na film Oliviera Stone’a „The Doors”. Mnóstwo, naprawdę mnóstwo znanych mi osób, naprawdę świetnie zobrazowaną destrukcję życia Jima Morrisona, odbierało jako wzór do naśladowania. Takie „ten, to miał życie...”, bez refleksji nad tym, że właśnie ten człowiek mógł mieć wspaniałe życie, ale je sfajdał- nie tylko sobie, ale i Pameli. Kto jak kto, ale on naprawdę mógłby w życiu zobaczyć rzeczy, które zwykłym śmiertelnikom wydają się nieosiągalnym marzeniem- wybrał jednak codzienną walkę z nudnościami spowodowanymi głodem narkotykowo- alkoholowym, bądź zatruciami. Super wybór i super wnioski widzów, podziwiających jego „fajne” życie.


            Nie tak dawno temu rzucił mi się na jakimś forum przykład z kompletnie innej beczki. Artykuł dotyczył nowej formy sprawdzania prędkości- na długim odcinku, powiedzmy 20 km, będzie liczony czas przejazdu każdego samochodu i na tej podstawie, będzie liczona średnia prędkość pojazdu- jeśli będzie przekraczać prędkość dozwoloną, będzie naliczany mandat. Oczywiście musiał znaleźć się czubek, który się wypowiedział nie inaczej, jak: „to teraz trzeba pruć ile się da, a przed radarem stanąć na piwo”. Chłopczyk zaczął się odgrażać, że na złość radarowi, nie dość że najpierw będzie wszystkich uczestników ruchu narażać nadmierną prędkością, nie dość że sam celowo potem opóźni swą podróż, zatrzymując się na piwo, to jeszcze będzie ją kontynuował na podwójnym gazie. Po prostu pięknota!!! Biję zakład, że temu koledze się wydawało, że napisał coś inteligentnego.


            Jak widzimy, ludzie ogarnięci patologią nie potrzebują niczyjej pomocy, by dopuszczać się rzeczy idiotycznych, szkodliwych, czasem zwykłych zbrodni. I powiedzcie mi, jak wobec tego mam nazwać człowieka, który takim ludziom mówi, że to dobrze, że się zachowują, jak zachowują? Jak nazwać kogoś, kto pochwala życie w patologii? I jak nazwać kogoś, kto w tym celu wykorzystuje jedno z najbardziej znanych miejsc Polski- Klasztor Jasnogórski??? Pewnie każdy coś niecoś o tym słyszał, ale na wszelki wypadek zamieszczę link do relacji z pielgrzymki kibiców na Jasną Górę- kliknij, jeśli chcesz przeczytać. Salezjanin (powoli ten zakon urasta do najbardziej zboczonego i zwyrodniałego zakonu działającego na terenie Polski) ks. Jarosław Wąsowicz. Ten łajdak w zakonnych szatach wmawiał kibolom, że dostają kolegia za wyrażanie swoich patriotycznych poglądów. Jeżeli nikt nie był nigdy na meczu ligowym, to wyjaśnię, że najłagodniejsze z nich mówią o tym, że klub X jest starą kurwą, a klub Y, to żydowski klub i chuj mu za to w dziób. Oczywiście ranga tych poglądów podnoszona jest kastetem, kostką brukową, sztachetą, nożem. Ten tchórzliwy zakonny śmierdziel, dla podłechtania kupy, którą nosi między uszami wmawia kibolom, że tak naprawdę, to oni są wszyscy religijnymi patriotami. A miał taką okazję powiedzieć: „Stoimy razem przed cudowną ikoną Izraelitki Marii z rodu Judy, matki Jezusa Chrystusa, również Żyda. Czy teraz ktoś z was ośmieli się zaśpiewać coś o żydowskich kurwach”?!




Tymczasem w przygodach świętego Sławomira czeka nas rozwiązanie zagadki kokonu- kliknij, by poczytać.

22:43, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
wtorek, 01 stycznia 2013

            Mamy Nowy Rok! Dzień, jak co dzień, ale zawsze się nam marzy, że będzie to dzień przełomu w naszym życiu. Oby! Wczoraj zastanawiałem się, jakiego przełomu życzyłbym Polsce i Polakom i z pomocą przyszedł mi pewien znajomy, który dopiero co wrócił z wizyty w Polsce i podczas spotkania sylwestrowego, powiedział mi takie niewinne zdanie: „Wiesz..., ile razy jadę do Polski, tyle razy czuję stres, nie wiem dlaczego, ale zawsze boję się, co tym razem się wydarzy”. I teraz wiem, czego bym z nastaniem roku 2013 życzył Ojczyźnie i Rodakom.

            Z całego serca życzę Polsce, by Polacy przestali wreszcie sami sobie stwarzać stresujące sytuacje. Żeby małżeństwa były sobie wierne lub na tyle uczciwe, by powiedzieć „do widzenia”, zamiast kombinować, jak tu ukryć zdradę. Żeby ludzie współpracowali, zamiast rywalizować, żeby pracownicy rzetelnie wykonywali swoją robotę, zamiast się bać, czy nie poniosą konsekwencji służbowych za swoje zaniechania. Żeby pracodawcy byli uczciwi i przestrzegali warunków zatrudnienia, zamiast łamać reguły i potem wydawać fortuny w sądach pracy na prawników, a jeśli już im się zdarzy potknięcie, niech powiedzą „przepraszam” i wyrównają straty pracownikowi, zamiast karmić hydrę prawniczą. Żeby kierowca zdjął nogę z gazu przy ograniczeniu prędkości, zamiast się zastanawiać, czy fotoradar mu zrobił zdjęcie... i żeby nie pił, zamiast się zastanawiać, czy alkomat może mu wykazać stan po spożyciu. Żeby sprzedawca oferował towar pełnowartościowy, zamiast się martwić zwrotami. Żeby klient płacił, a nie wstydził się, że go ochroniarz przyłapał na kradzieży. Żeby każdy obywatel zajmował się zdobywaniem informacji i wiedzy, zamiast zajmować się domysłami i fałszywymi oskarżeniami. Żebyśmy wreszcie zaczęli koncentrować się na tym, co możemy zmienić, czyli na nas samych przede wszystkim i naszym najbliższym otoczeniu, żeby inżynier nie uczył spawacza, jak prowadzić spaw, żeby ślusarz nie uczył ekonomisty, jak układać budżet, a nauczyciel lekarza, jakie leki zaordynować. Żeby każdy zajmował się tym, co potrafi. Żeby wreszcie każdy zdał sobie sprawę z zakresu własnej odpowiedzialności i własnych granic.

            Ten tekst był przypominany przy różnych okazjach, ale jest na tyle mądry, że przypomnień nigdy za wiele, bo czas najwyższy, by zastąpił on nam modlitwę Polaka z „Dnia Świra”.

 

Modlitwa o pogodę ducha.

 

Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi,
abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.

 

            To wersja skrócona do meritum, pełny tekst można znaleźć w sieci, a jego autorstwo przypisuje się Markowi Aureliuszowi, cesarzowi rzymskiemu, filozofowi, reprezentantowi stoicyzmu.

 

W przygodach świętego Sławomira od Dwóch Światów dowiadujemy się, czy chomiki są dobrymi zaklinaczami węży- kliknij, by poczytać.



11:54, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
Tagi