RSS
środa, 29 stycznia 2014

            Wyobraziłem sobie, że jestem recenzentem zatrudnionym w „Informatorze kulturalnym”, a moim zadaniem jest zachęcić jak najszerszą publiczność do wzięcia udziału w kontrowersyjnym show. Oto i efekt mojej zabawy w krytyka sztuki nastawionego na zdobycie widza:

 

 INFORMATOR KULTURALNY.

 

            Nieformalny Klub Kretyna przy Parlamencie RP w składzie:

 

            -Parlamentarny Zespół „Stop ideologii gender” pod przewodnictwem posłanki Beaty Kempy (SP),

            -Parlamentarny Zespół d.s. Przeciwdziałania Ateizacji Polski pod przewodnictwem posła Andrzeja Jaworskiego (PiS),

 

            z gościnnym udziałem

 

            -Parlamentarnego Zespołu d.s. Badania Przyczyn Katastrofy Tu 154 M z 10 Kwietnia 2010 Roku pod przewodnictwem posła Antoniego Macierewicza (PiS)

 

            oraz z rotacyjnym udziałem pozostałych posłów PiS i SP,

 

             ma zaszczyt zaprosić na ogólnopolskie tournée jednego z najznamienitszych performerów ostatnich tygodni. Proszę Państwa: Jedyny, niepowtarzalny, obrazoburczy, kontrowersyjny człowiek- kloaka, ostentacyjny nihilista i anarchista,

 

ks. dr hab. Dariusz Oko.

 

             O artyście i jego sztuce:

 

            Ks. dr hab. Dariusz Oko niewiele nam mówi o swoim życiu. Najwidoczniej traumatyczne dzieciństwo i dojrzewanie ma do nas krzyczeć poprzez jego PERFORMANCE. Możemy się tylko domyślać, że musiało się stać coś strasznego: Może jako chłopiec został przyłapany na masturbacji i zbyt surowo ukarany, może jego pierwsza miłość naśmiewała się z jego ptaszka, a może kochał się skrycie w napastniku Unii Oświęcim, klubu hokejowego z jego rodzinnego miasta. Tego nie wiemy. Dość powiedzieć, że został księdzem, a tam dotychczasowa trauma została powiększona o coś nowego- do strachu przed karą i wykluczeniem, doszedł lęk przed okazaniem seksualności. Dziś- w wieku 54 lat te wszystkie doświadczenia eksplodowały, znalazły ujście w artystycznej negacji wszystkich dotychczasowych wartości. Bunt przez ponad pół wieku utrzymywanego w celibacie mężczyzny znalazł ujście w szalonych, miejscami improwizowanych monologach. To dlatego wybrał performance, jako formę wyrazu, performance, w którym na pierwszy plan wysuwa się aspekt seksualności, nierzadko traumatyzowanej. Znamy przecież przypadki publicznych okaleczeń, a nawet śmierci performerów podczas ich występów. Nie inaczej jest z księdzem Oko. On publicznie masturbuje się słowem, stara się swoimi sadomasochistycznymi wizjami przerażać i szokować. Celowo za odbiorców wybiera debili i niewolników, stąd jego zainteresowanie wodzowskimi partiami konserwatywnymi. To właśnie takich ludzi najłatwiej wciągnąć w spektakl i używając ich, niczym zwierząt w żywych szopkach, sterując ich odruchami warunkowymi wciągnąć w widowisko. Nie dość, że sam jest twórcą i tworzywem, wciąga też w tę grę nieświadomą widownię, która współtworzy spektakl, stając się częścią tworzywa.

            O co chodzi w sztuce proponowanej przez księdza Oko? Wiemy przecież, że jako dziecko, a potem ksiądz, musiał chować do wnętrza wszystkie swoje fantazje związane ze sferą seksualną. Nie mogąc ich fizycznie doświadczyć, potęgował tylko ich natężenie poprzez wyobraźnię. A była ona chora na strach i osamotnienie. Znikąd pomocy! Lecz to właśnie ona dała mu spełnienie. Erotyczne i artystyczne. Uwalniając swoje najbardziej wyuzdane seksualne wizje, czerpie dziką satysfakcję z infekowania nimi publiczności. W jego zboczonych wyobrażeniach mamy nie tylko erotykę, lecz przede wszystkim jest w nich sadomasochistyczny obraz totalnej katastrofy. Czego tam nie ma?! Krzywda i cierpienie kobiet, rozpad małżeństwa, gehenna homoseksualistów, industrialne metafory. W twórczości księdza Oko seksualność ludzka staje się umięśnioną maszyną, pełno tam tłoków poruszających się wewnątrz rur wydechowych, a także szynek i wędlin na sprzedaż. Jest tam eutanazja, narkotyki, jest wszystko, co zboczony umysł księdza potrafi sobie wyobrazić. Porwania, gwałty, ucinanie głowy, ćwiartowanie ciał i wreszcie ich zanurzenie w niebycie. „Teksańska masakra piłą mechaniczną”, to bajka dla przedszkolaków, przy twórczości księdza Oko. Prowokacja artystyczna, jakiej nad Wisłą nie widziano. (*)

            Zbuntowany performer, ks. dr hab. Dariusz Oko nie poprzestaje jednak na uzewnętrznieniu tłamszonych latami emocji seksualnych. W swoistym manifeście nihilisty uderza we wszystko, co go ukształtowało. Swój performance nazywa wykładem, lecz w pełni świadomie odrzuca wszystko, co ma związek z przekazywaniem wiedzy: epatuje karkołomną liczbą pomówień i regularnych kłamstw, nigdy nie podając dowodów, uzasadnień, ani źródeł. Nawet w przypadkach prostych, n.p. gdy wystarczyłoby podać tytuł rzekomego dokumentu WHO, performer, traktując widownię jak ostatnich idiotów, jedynie opowiada, co ma się tam znajdować, nie zadaje sobie nawet trudu, by jego słowa brzmiały prawdopodobnie. To swoisty wyraz pogardy i negacji wobec dotychczasowych nauczycieli księdza Oko, zwłaszcza Papieskiej Akademii Teologicznej, na której się przecież doktoryzował i habilitował. Człowiek z tytułem doktora habilitowanego dobrze wie, że taki wykład nie obroniłby się, ani jako praca naukowa, ani nawet jako rozprawka gimnazjalisty, bo nie ma tam ani jednego faktu, czy choćby cytatu, są same wyobrażenia zbuntowanego artysty. Wobec występów księdza Oko, nawet sceniczne podarcie Biblii przez Nergala staje się ledwie pikantnym szczególikiem. Ksiądz Oko bowiem uderza w samą istotę swojej wiary- Dekalog. Kpiąc z przykazania „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” oskarża zbiorowo ateistów o najgorsze zbrodnie, jakby mówił swemu Bogu- „Wal się, to ja, geniusz, ksiądz doktor habilitowany Dariusz Oko, mogę oskarżać kogo chcę i o co chcę i możesz mi skoczyć ze swoim Dekalogiem, ja to wszystko zagryzę Ciałem i zapiję Krwią Chrystusa i co mi zrobisz"?! Nergalowe darcie Biblii jest wobec tej artystycznej profanacji ledwie dziecinną igraszką. A na tym nie koniec, bo ten król nihilistów dokonuje tych wszystkich prowokacyjnych bluźnierstw występując jako kapłan i naukowiec, sfinansowany od początku do końca przez Rzeczpospolitą, podczas, gdy jego główną sceną staje się Parlament.

            Czy w dobie takich artystów, jak Merilyn Manson, czy Adam „Nergal” Darski jest jeszcze zapotrzebowanie na kolejnych bluźnierczych performerów? Jak widać, jest, szczególnie pośród stłamszonego artystycznie środowiska konserwatywnych katolików.

 

            (*)SPISANE BĘDĄ CZYNY I ROZMOWY (Czesław Miłosz). Pewnie myślicie, że przesadzam, że sobie to wszystko zmyśliłem. Że ksiądz nie może mieć takich zdegenerowanych fantazji. Załączam zatem kilka cytatów z występów księdza Dariusza Oko, zaczerpniętych ze strony GAZETY WYBORCZEJ- kliknij tu, jeżeli chcesz poczytać cały artykuł.

 


Mężczyźni żyją w rozpasaniu. Chcą seksu, nic więcej

Genderyzm jest promowaniem rozwiązłości, rozpusty. To krzywdzi głównie kobiety. Dlatego mają coraz większe problemy, żeby znaleźć partnera, męża, który byłby stabilny, rozumny. No bo mężczyźni, którzy żyją w rozpasaniu seksualnym, nie nadają się na męża. Chcą seksu, nic innego, potem idą do następnej. Niemożliwe są trwałe związki, małżeństwa. A to dla kobiety niemożność założenia małżeństwa i posiadania dzieci jest nieszczęściem. A to jest efekt rewolucji seksualnej, że coraz trudniej o odpowiedzialnego mężczyznę.



Tam, gdzie zamykają kościoły, zamykają przedszkola. A otwierają co? Burdele

Efektem rewolucji genderowej jest eksplozja prostytucji w Europie. To ma być lepiej dla kobiet? Widać taką prawidłowość: tam gdzie zamykają kościoły, zamykają przedszkola. A otwierają co? Burdele. Naczynia połączone. Im mniej wiary, kościołów, tym więcej domów publicznych. W Holandii, jak zniszczono kościół, to kobiety już całkiem jawnie, na witrynach sklepowych, są jak połcie szynki. Wybierasz sobie szynkę - szynkę babuni, szynkę wiejską, to teraz możesz sobie wybrać połeć kobiety. No jakie upodlenie.



Oni tak pomagają, że kobiety znikną

Oni mówią, że promują kobiety. Czynią dobrze kobietom. Ale często właśnie gardzą kobiecością. Judith Butler już po cichu mówi; no niby walczymy o kobiety, ale bycie kobietą to jest takie upodlenie. To produkt kulturowy, który musi zaniknąć. Zatem właściwie kobiet nie będzie. Oni tak pomagają, że kobiety zanikną. No super.



Coming out się wyzwolił. Droga odwrotna jest zakazana

Oni mówią, że wszystko w seksualności jest płynne i powinno być płynne. Jak to super. Szczególnie dobrze, gdy ktoś pojmowany jako "hetero", deklaruje się jako "homo". To brawo, jak to dobrze. Coming out wyzwolił się. Ale droga odwrotna jest zakazana. Nigdy. Jak ktoś mówi: "Byłem gejem, ale to było straszne. Wyzwoliłem się". A takich osób jest wiele. Mają rodziny, żony, dzieci. Ale to jest zakazane. Ci ludzie są szczególnie znienawidzeni. Nawet bardziej niż ja. Są prześladowani, bo zakładają kłam ich teoriom. Bo to jest sprzeczność.



Oni chcą manipulować kobietami

Małżeństwo jest niejako prześladowane przez genderystów. Simone de Beauvoir mówiła, że kobietom nie można dać wyboru, czy będą się realizować zawodowo czy w rodzinie, bo za wiele wybrałoby rodzinę. Szatańskie myślenie. Oni chcą manipulować kobietami. No dajmy kobietom wolność. Która chce robić karierę, niech robi, ale wiele chciałaby zostać w domu z dziećmi. Dlaczego im nie wolno? Bo rodzina jest miejscem przekazywania kultury, wiary, wartości, no to trzeba to zniszczyć. Na zachodzie liczy się, że stworzenie miejsca w żłobku czy przedszkolu jest bardzo kosztowne, jakby dało się 1/10 tych pieniędzy kobiecie, to chętnie zostałaby w domu z dziećmi. Ale nie wolno? Dlaczego? Bo to jest przeciw genderyzmowi.



500 tysięcy prostytutek musi służyć chuci mężczyzn europejskich

Legalizacja eutanazji, narkotyków. Tam, gdzie zanika chrześcijaństwo, rodzą się duchowe demony. W Hiszpanii mamy już ponad 500 tys. prostytutek. W 90 proc. to biedne kobiety z Afryki, Azji, Ameryki Południowej, Europy Wschodniej. Muszą służyć chuci mężczyzn europejskich. Rozpasanych, którzy muszą mieć seks codziennie, nieustannie. To są niewolnice seksualne. Te kobiety są kuszone najpierw obietnicą jakiejś pracy. Przyjeżdżają i na początek dochodzi do zbiorowego gwałtu, odebrania paszportu, a potem ma służyć. Jak kobieta się zbuntuje, jest mordowana bez pardonu. Głowa ucinana, podzielone zwłoki i ginie. Nie ma człowieka. W Europie są miliony takich kobiet. Tu, w Warszawie, jest wiele takich miejsc, gdzie kobiety, jako niewolnice seksualne, są gwałcone i wykorzystywane. Ale o tym genderyści nie mówią. Tym się nie zajmują. A to też jest efekt rewolucji seksualnej.



Dlaczego oni chcą, żeby dzieci masturbować w wieku dwóch lat?

Jak jest realizowana ta globalna rewolucja? Poprzez globalną rewolucję seksualną. Skąd się biorą te absurdy w ich programach? WHO, Światowa Organizacja Zdrowia. Dlaczego oni chcą, żeby dzieci masturbować w wieku dwóch lat? Żeby zburzyć tabu seksualne. Ale jeżeli dzieci seksualizuje się w wieku dwóch lat, to jest podobnie, jakby dawać im wódkę i narkotyki. Jeżeli dzieciom będziemy dawać wódkę, narkotyki, seks - w wieku dwóch lat - to mocne jednostki może się oprą, ale bardzo wielu zostanie narkomanami, alkoholikami, seksnarkomanami. Ale to pozwala na zerwanie z dotychczasowa kulturą. To cel genderystów. Wedle zasady szatańskiej, ale skutecznej: nie walczycie z Kościołem wprost, ale seksualizujecie młodzież.



Lekarze stosują takie porównanie inżynierskie, że seks gejowski to jest tak, jakby tłok silnika, zamiast w cylindrze silnika, poruszał się w rurze wydechowej. To jest medycznie i technicznie katastrofa. Bo i samochód nie pojedzie, i rura się rozwali. I stąd biorą się choroby i problemy. Bo zakończenie przewodu pokarmowego nie do tego służy. Biedni są ludzie, którzy tego nie rozumieją. To nie jest do tego przystosowane. Tam natychmiast powstają rany, otwarte rany, a tam jest kał, krew, często też ślina i wszystkie płyny ustrojowe, które dostają się do krwi. Dlatego ci ludzie są potem tak schorowani i tak cierpiący.





00:25, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 27 stycznia 2014

            Świat składa się z doskonałości, antydoskonałości i rzeczywistości. Nie wierzycie? Posłuchajcie zatem wykładu o prawdziwej naturze Świata.

            Weźmy Niebo, gdzie wszystko jest super, bo dowodzi dobry Pan, któremu chodzi o to, by wszyscy byli szczęśliwi. Poddani się cieszą, choć właściwie nie wiadomo z czego, bo nigdy niekończące się imprezy polegają tam na ciągłym wysłuchiwaniu chórów anielskich. Wiecie, jak tam musi być świetnie, skoro nawet w takich okolicznościach, bez seksu i gorzałki, wszyscy się radują?! Niebo jest doskonałością, a odpowiadającą mu antydoskonałością jest Piekło. Tam włada zły typ (zwany dla niepoznaki Złym), któremu chodzi o to, żeby wszyscy poddani mieli przechlapane. Żeby było śmieszniej, ci poddani oddają mu cześć i zrobią dla niego wszystko. No i jest jeszcze rzeczywistość. Tam włada raz lepszy, raz gorszy i w ogóle ciężko za tym nadążyć. Człowiek w rzeczywistości jest niby dobry i chce dobra innych, ale do czasu, gdy się czegoś przestraszy, na przykład tego, że ten inny może mieć lepiej od niego. Wtedy stara się z tej dobroci upupić bliźniego lub przynajmniej dorobić mu gębę.

            Weźmy coś innego. Na przykład teleturniej. Teleturniej doskonały, to na przykład „Wielka gra”. Tam elegancko ubrani zawodnicy wykazywali olbrzymią wiedzę, natomiast zwycięzca teleturnieju był w ogóle typem, który w danym temacie wiedział wszystko nie tylko o meritum, ale nawet o anegdotkach łączących się zaledwie pośrednio z  konkursowym zagadnieniem. Zwycięzca zgarniał kupę kasy, z którą mógł zrobić, co chciał. Antyteleturniej, to n.p. „Randka w ciemno”. Tam przeróżnie przyodziani uczestnicy wykazywali się ilorazem inteligencji plasującym się gdzieś pomiędzy lodówką a pralką „Frania”. Błyskotliwe inaczej pytania doczekiwały się karkołomnych odpowiedzi, a zwycięzcy w nagrodę musieli wspólnie jechać na wakacje tam, gdzie im kazano. Nawet, jeśli działali sobie na nerwy, musieli to wytrzymać i dać się przy tym filmować wiedząc, że to wszystko będzie wyemitowane w telewizji w porze największej oglądalności. W szczególności zaś, wszystkie wpadki, kłótnie i obciachowe zdarzenia. Tak, żeby wszyscy znajomi mieli temat do niewybrednych żartów na najbliższe ćwierć wieku. A jak jest z quizami w rzeczywistości? Różnie, przygotowałem stosowny materiał filmowy:

            Weźmy teraz państwo doskonałe. Taki Bajland na przykład. Wyobraźcie sobie, że nie ma on nawet rzecznika prasowego, bo tam nie ma się do czego przyczepić, więc nie ma też i z czego się poddanym tłumaczyć. Włada tam normalny, fajny, mądry, dobrodusznie uśmiechnięty król z małżonką i pięknym, dzielnym, sprawnym we władaniu mieczem i jeździe wierzchem królewiczem. Wszyscy cieszą się powszechnym szacunkiem. Królewicz, gdy tylko zacznie mu furczeć, wsiada na koń i opuszcza rodziców, by zamiast siedzieć u nich na garnuchu, wsławić się czymś niezwykłym, co da mu prawo defloracji pięknej córki królewskiej pary z sąsiedniego państwa. Weźmie, zabije gdzieś w Fantaluzji smoka, dostanie smakowitą królewnę za żonę i połączy oba królestwa w jedną krainę mlekiem i miodem płynącą. Poddani później wiwatują, życzą szczęścia, czekają z radością na dzieci królewskiej pary, nikt nie bredzi, że Bajlandczycy chcą wykorzystać Fantaluzjan, jako tanią siłę roboczą, a nikt z Bajlandczyków nie farmazoni, że Fantaluzjanie zabierają im pracę. Każdy robi swoje i jest gitara!


            Istnieje też antypaństwo. Na przykład Wolska. Tam, pomimo że jest demokratycznie wybrany premier i prezydent, mawia się o nich z pogardą, używając jedynie nazwiska i to nadając wówczas głosowi ton nauczyciela karcącego sztubaka. Mimo istnienia konstytucyjnych władz, Wolska twierdzi, że prezydentem zawsze dla nich był i będzie denat, który się wsławił tym, że zginął w katastrofie. Niektórzy twierdzą nawet, że rządzi tam i król, który wsławił się również śmiercią, ale jakieś 1981 lat temu. No i tym, że zorganizował onegdaj niedopitym imprezowiczom jakiegoś sikacza serwowanego w stągwiach na nieczystości, co do dziś Wolacy z rozrzewnieniem wspominają. Tam musiała być zabawa, skoro goście stwierdzili, że właśnie wino z dzbanków po fekaliach im najlepiej wchodzi. W każdym razie niektórzy z Wolaków uważają, że ten dobry człowiek jest królem Wolski. To nie wszystko. Oni sądzą, że premierem jest, był i będzie, bo się najlepiej do tego nadaje, niezdarny gamoń, co w życiu sportu nie zaznał, podobnie, jak i kobiety, całe życie mieszkał u mamusi, nie kuma żadnych zdobyczy techniki, nie bardzo wie po co jest bank, komputer, internet, nie umie prowadzić samochodu, nie zna języków obcych i jest obrażony na prezydenta i premiera, że on nimi obu nie jest, to znaczy jest, ale tylko w Wolsce dla Wolaków. Jest tak dzielny i odważny, że na samą ochronę wydaje okrągły milion co rok. Z tej swojej odwagi kazał nawet wykupić sąsiednią posesję, bo mu się zdało, że ktoś go z tamtej strony zaskoczyć we śnie może, a nigdzie nie rusza się bez wianuszka pochlebców, bo nie tylko napaści się boi, lecz i spojrzenia w oczy, a nawet kilku szczerych słów. Mówić lubi, ale mu zbyt często nie pozwalają, a to ze strachu, że premieroprezydent Wolski walnie babola. Ma od tego rzecznika prasowego- jak to w Wolsce, rzecznik ów najchętniej opowiada o swoim penisie. Za wolskiego superagenta 007 robi żigolak fotografujący się przy walizkach z pieniędzmi, rzygający przy każdym większym piciu. Najchętniej wchodziłby w stosunki z burdelmamuśkami, lecz ku chwale Wolski, nie zawahał się przytulić wyglądającej jak jego własna ciocia posłanki z partii rządzącej i za to został wolskim posłem. Posłowie Wolski robią różne śmieszne rzeczy. Potrafią zamówić za pieniądze, które Wolska otrzymała od Państwa, modlitwę o deszcz. Niedawno zaprosili na spotkanie z Wolakami nietypowego profesora: Chodzi w sukience, nie ma baby, bo uważa, że w Niebie jest wszechmocny Pan, któremu jest to miłe. Ten profesor uważa się za normalnego. Przyjechał nauczać, że seks jest nienormalny (chyba, że zgodzi się na niego pan w sukience), bo można stać się maniakiem seksualnym zwłaszcza, jeżeli się nie uważa, że w Niebie mieszka wszechmocny Pan, któremu brak seksu jest miły (trochę to skomplikowane, co?)! I ten profesor twierdzi, że najbardziej zbrodniczą rzeczą na Świecie jest, jak się w takiego Pana nie wierzy. A jeżeli do tego się uważa, że właściwie, to kobieta i mężczyzna są równi sobie, więc mogą robić to samo, to jest to zbrodnią absolutną. Tak twierdzi tkwiący w celibacie profesor w sukience. Wiecie dlaczego? Bo może to doprowadzić do stanu, gdy mężczyźni będą chodzić w sukienkach i nie będą mieli kobiet, ani dzieci. Wolacy nie widzą tu sprzeczności, uważają, że to uczta intelektualna. Wyborcy Wolski potrafią także w liczbie blisko 60 tysięcy przybyć do Stolicy, by ich uzdrowił, a może nawet wskrzesił, specjalista od uzdrawiania i wskrzeszania gadaniem. Kupują więc bilety, a całą tą szopkę organizuje pan w różowej, czy też raczej purpurowej sukience, dziwnej czapce na głowie i z miniaturką starożytnego narzędzia tortur na szyi. Tak, dobrze się domyślacie, to jeden z tych panów w sukienkach, co nigdy baby nie mieli i boją się, że panowie zaczną chodzić w sukienkach i baby, ni dzieci mieć nie będą. To on kasuje za bilety, opłaca tego pana od wskrzeszania (również w sukience, tyle że czarnej), po czym okazuje się, że nie został wskrzeszony nawet Rysiek z „Klanu”, ani Hanka z „M jak miłość”. Wręcz przeciwnie, po występie hochsztaplera, jeden z posłów wolskich dostaje białaczki, błaga o krew i szpik na przeszczep, zaklinając jednocześnie Wolaków, żeby nie dawać pieniędzy na leczenie dzieci, ani opiekę dla emerytów. Nieźle, co? Tak wygląda antypaństwo.

            A jak jest w rzeczywistości?! Przygotowałem specjalny materiał filmowy, zapraszam do oglądania.

            Dziękuję za uwagę i zapraszam na kolejne wykłady o naturze Świata. Poprowadzi je tym razem Antoni Macierewicz, a rzecz będzie o dowodach podrzuconych na wycieraczkę, a także o piju bziu i innych dźwiękach eksperckich. „Wybuchł, czy przygrzmocił...? Oto jest pytanie!” To oczywiście tytuł tego żartobliwie- ironicznego odcinka. Zatem, jak mawiał „Kabaret pod Wyrwigroszem”: Do widzenia, do zobaczenia, do usłyszenia, do dupy!


01:43, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
sobota, 25 stycznia 2014

            W poprzedniej notce pisałem o artystce, która jest dla mnie jakąś mroczną, przerażającą zagadką. Dziś będzie o artyście, który ma również swoje mroczne tajemnice. Tak się składa, że ostatnimi czasy często wpadały mi w ręce materiały o Marku Dyjaku, człowieku poruszającym się na krawędzi, który przeżył upadek na dno i próbę samobójczą. Zacznę jednak od strony artystycznej.

            Marek Dyjak, ochrzczony przez lubujących się w tanim efekciarstwie dziennikarzy "polskim Tomem Waitsem", ma rzeczywiście cechy wspólne ze swoim nowojorskim alter ego. Przepity, chrapliwy głos śpiewający ciężką do zakwalifikowania muzykę: ni to poezja śpiewana, ni to jazz, ni to blues, ni to rock. Dość, że jest to mocne i autentyczne. Jak to często w showbiz- światku bywa, najmniej informacji można znaleźć o tym, co najważniejsze, czyli o sztuce. Promocja artysty polega bowiem na zwróceniu na niego uwagi, a przeżycie samobójstwa będącego konsekwencją destrukcyjnego pijaństwa od razu zostało wykorzystane w materiałach promocyjnych. Zanim to jednak nastąpiło, Marek był artystą niszowym, znanym wąskiej grupie wiernych fanów. Jak sam opowiada, było to częściowo efektem jego własnego pozerstwa na artystycznego i życiowego straceńca. Wręcz chwalił się autodestrukcją, podobała mu się taka rola. Oczywiście do momentu, gdy cierpienie spowodowane skutkami uzależnienia stało się nie do zniesienia, lecz i wtedy pozerstwo miało przecież swoją rolę, ważną dla podtrzymania mechanizmu iluzji i zaprzeczeń: „Tak żyję, bo taki jestem, nie da się tego zmienić”. Jeżeli znajdziecie czas, posłuchajcie poniższego wywiadu. Dla tych, którzy wolą streszczenie, spróbuję wyjaśnić o co tam chodzi.

            Droga przez uzależnienie, funkcjonowanie na granicy życia i śmierci, to temat chwytliwy na tyle, że sam przyniesie publiczność. Przeraża mnie jednak to, że dziennikarze, pomimo omawianych tam kwestii życia i śmierci, nie wykazują najmniejszej ochoty, by się do tematu przygotować. Podobnie, jak większości społeczeństwa wydaje się bowiem, że o czym, jak o czym, ale o „pijakach”, to wiedzą wszystko. Tak było i w przypadku tego wywiadu. Pomimo, że Marek Dyjak przyznawał się do zachowań będących zaprzeczeniem trzeźwienia, nikt z prowadzących nie zareagował choćby jednym pytaniem o wyjaśnienie tego dysonansu między człowiekiem, który destrukcję ma za sobą, a jego zachowaniem, bo nie wyobrażam sobie, by człowiek po czterech latach trzeźwienia spokojnie mówił o tym, że codziennie nalewa wódkę swoim kolegom- jazzmanom twierdząc jednocześnie, że ich ciągnie za sobą (znaczy, że odciąga ich od gorzałki). Nie wyobrażam sobie, że człowiek po czterech latach trzeźwienia może publicznie nauczać, że trzeba nauczyć się żyć w jednym akwarium ze „skorpionem” alkoholu, biorąc udział w libacjach, polewając wódkę. To nie jest trzeźwienie, lecz jedynie abstynencja. Uczestnictwo w libacjach połączone z polewaniem alkoholu oznacza przekaz: „Akceptuję wasze picie, ono jest w porządku”. Dla samego zaś Marka Dyjaka oznacza niebezpieczne zbliżanie się do alkoholu: Permanentny głód alkoholowy wywołany ciągłym z nim kontaktem za pomocą wszystkich zmysłów za wyjątkiem smaku. Codzienny kontakt z alkoholem z własnego wyboru, to również lekceważenie zagrożenia powrotu do picia. Stan w jakim w chwili wywiadu znajdował się artysta, to stan nawrotu choroby alkoholowej, czyli jej zaostrzenia do sytuacji w każdej chwili zagrażającej zapiciem. Stan permanentnego łamania zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików, stan alarmującego zbliżenia do przedmiotu uzależnienia.

            Niedawno, po wielu latach, miałem okazję spełnić jedno z moich chłopięcych marzeń: Obejrzałem trzy pierwsze części „Gwiezdnych wojen”. Jak to z baśniami bywa, nie są one dziełami przesadnie pobudzającymi do myślenia. Wszystko wydaje się proste: Niewiele dylematów moralnych, większość decyzji jest czarno- biała. Ciemna strona mocy vs jasna strona mocy- proste! W każdej jednak baśni znaleźć można ukryte smaczki. Dla pierwszych trzech części gwiezdnej sagi jest to proces przechodzenia na ciemną stronę mocy. Jak to się stało, że dzielny, uczuciowy i dobry Anakin Skywalker przeobraził się w uosobienie zła: mrocznego Dartha Vadera? Zarozumiałość, ignorowanie nauk, rad i poleceń mistrzów, mimo kilku bolesnych nauczek. Do tego doszedł brak umiejętności godzenia się ze stratą. To są uniwersalne powody przejścia na „ciemną stronę mocy”, także w naszym codziennym życiu. Anakin, mimo że się uczył, mimo że robił wiele dobrych rzeczy, codziennie ryzykował przejściem na ciemną stronę. Co to wszystko ma wspólnego z Markiem Dyjakiem?

            Bohater dzisiejszej notki wykonał katorożniczą pracę, wyszedł z głębokiej destrukcji. Niewielu tak potrafi, niewielu ma taką szansę. Marek Dyjak ma jak najlepsze intencje, chce przeciągać innych artystów na „jasną stronę”, pragnie pomagać dzieciom zagrożonym alkoholizmem, daje się zapraszać do mediów, by dać świadectwo swojej przeszłości. Mało tego, bierze winę za picie na siebie, bierze na siebie winę za skutki swojego picia. I to, co mnie osobiście spodobało się najbardziej, to chęć zaświadczenia o nagrodzie za świadomość, nagrodzie za odrzucenie środków odurzających. To należy do „jasnej strony mocy”. Niestety, po „ciemnej stronie” leży przede wszystkim jej szalone ignorowanie. Totalna arogancja, odrzucenie nauk i zaleceń terapeutycznych. Przekonanie o własnej mocy w starciu z alkoholem. Zamiast świadomego unikania potężnego zagrożenia, jest wiara w siłę udawania, że go nie ma. To największy grzech. Jest jeszcze coś bardziej ulotnego, co potrafi wychwycić tylko ktoś, kto dobrze zna problematykę alkoholizmu. Pan Marek opowiadał o tym, jak to pogrążał się, ponieważ przyjął pozę idoli z początków fascynacji poezją i literaturą, tych wszystkich straceńców z pętlą na szyi:, n.p. Wojaczka, czy Bursy (równie dobrze mógł to być Stachura, Hłasko, Borowski, Hemingway). Dziś znów przyjmuje pewną pozę, pozę zwycięzcy przyjmującego na klatę porażkę przeszłości, przy jednoczesnym ignorowaniu możliwości ponownej klęski. Niby mówi „jestem chory”, ale świadomie pakuje się w czynniki sprzyjające nawrotowi i jeszcze się tym chwali. Przyjmuje pozę mistrza dającego lekcje potrzebującym, choć tak naprawdę zaledwie przestał chwilowo pić i nie potrafi pokazać konkretnych efektów tej swojej „pomocy”. Alkoholik, chcąc trzeźwieć, musi przestać grać kogoś innego, musi uświadomić sobie kim jest, uświadomić swoje ograniczenia, pogodzić się z nimi i wybrać taką drogę, by unikać pokus.

            Dopóki Marek Dyjak żyje, ma ciągle szanse zacząć prawdziwie trzeźwieć- on nie chce przecież wracać w bagno autodestrukcji, nie pił (przynajmniej w momencie udzielania wywiadu) od czterech lat, więc umysł ma/ miał odtruty. Żaden jednak trzeźwy terapeuta uzależnień nie postawi złamanego grosza na jego sukces. Będą mu życzyć wszystkiego najlepszego, będą próbować mu uświadomić błędy ściągające go na „ciemną stronę”, ale nie uwierzą w trzeźwość, dopóki nie zacznie stosować zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików. Nikt z posiadających wiedzę go nie odrzuci, ale każdy powie, że on jeszcze nie jest gotowy, walka o niego cały czas trwa, a on ciągle znajduje się w punkcie krytycznym. Dopiero, gdy zacznie stosować się do ich nauk, uznają go za przywróconego „jasnej stronie”.

NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!


08:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 23 stycznia 2014

            Krótkie wersy nadają jej utworom szalone tempo. Ostre słowa, tak ostre, że ludzie boją się ich używać. To nie jakieś zwykłe wulgaryzmy, to najstraszniejsze z naszych wyobrażeń nazwane po imieniu i bez ogródek. Katastroficzne obrazy przewiercające mózg na wylot. Całkowita destrukcja duszy- na jej gruzach artystka zbudowała coś przerażająco wciągającego, coś pięknego, lecz aż się boję pomyśleć, czy żywotnego. Nie wiem, czy to ją oczyszcza, czy zabija. Maria Peszek.

            Złości mnie ignorancja duchowa dziennikarzy. Krew mnie zalewa, gdy zamiast fali uczuć, dostrzegają w twórczości mojej dzisiejszej bohaterki jedynie prowokację. Do czego to doszło, że za pisanie recenzji biorą się sztywniacy o wrażliwości taboretu?! Przypomnijmy sobie teksty tych gryzipiórków: „Maria Peszek znowu prowokuje”, „Powrót skandalistki”..., etc.! Powiedzcie mi, czy znacie jakieś ogólnopolskie media, gdzie w dziale muzycznym zatrudniani są kompetentni dziennikarze? Polskie Radio Program Trzeci, czyli popularna „Trójka” i co jeszcze? Wskażcie mi te magiczne miejsca na mapie showbiznesu, jeżeli takowe istnieją!

            Zastanawiam się, co bym powiedział artystce, gdybym miał okazję spokojnie porozmawiać z nią przy kawie. Na pewno wyraziłbym swój podziw dla odwagi w przekazywaniu uczuć. TRAUMA! Ona tam aż krzyczy, a banda kretynów dyskutuje na różnych forach o tym, czy Maria Peszek obraża Polaków i „świętą wiarę”. Na pewno bym się pokłonił przed niezwykłą umiejętnością tworzenia spójnych tekstów za pomocą szybkich, krótkich wersów. Wyraziłbym też nadzieję, że rozumie fakt, iż jej promotorzy, choć skuteczni, mają bardzo spłycone postrzeganie jej twórczości i od nich na pewno nie może oczekiwać zrozumienia spraw szerszych, niż finansowo- zawodowe. Mam nadzieję, że pani Maria jest w kontakcie z ludźmi, z którymi może porozmawiać o uczuciach, bo jest prawdziwym wulkanem emocji.

            Kluczowe dla życia artystki znaczenie, ma odpowiedź na pytanie, ile wspólnego ma Maria Peszek z Amy Winehouse, bohaterką swojej piosenki. Mam nadzieję, że zna siebie i swoje słabości lepiej, niż tragicznie zmarła koleżanka po fachu. Polska scena muzyczna potrzebuje takich władców słowa. Poezja jest znowu zepchnięta do podziemia, a listy przebojów okupują jakieś grafomańskie wypociny. Dla tych, którym brak czasu na przesłuchanie załączonych piosenek, próbka literackich możliwości Marii. Kliknij tu, jeżeli chcesz poczytać jej teksty. Natomiast dla tych, którzy lubią słuchać, Amy i jeden z jej największych przebojów, który bezwzględnie zdradzał, że ta dziewczyna zupełnie nie rozumie siebie, swoich pragnień i uczuć.

 

14:20, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
niedziela, 19 stycznia 2014

            Takie dyskusje zaczynają się zwykle od stwierdzenia, że Polska to policyjny kraj. Ludzie pamiętający kraj policyjny podnoszą brwi ze zdumienia czekając na uzasadnienie. I nagle dowiadują się, że Polska jest policyjnym krajem, bo nie można nad rzeczką łapać rybki i pić browarka. No i nie można też „bakać”. Zaproponujesz zmniejszenie rozmiaru tej krzywdy, by zamiast browarka, napić się wody, okaże się, że krzywda jest jeszcze większa, bo pokrzywdzony ma właśnie ochotę na zupkę chmielową. Zasugerujesz, by browarka wypić w knajpce, która ma ogródek i kibelek- jest jeszcze gorzej bo pokrzywdzony ma ochotę pić nad rzeczka należącą do wszystkich obywateli, siusiać w jej wody, a stolczyk walnąć na wspólnej ścieżce, a nie w jakiejś normalnej toalecie z pubu. Taki Alek, Rudy i Zośka z Szarych Szeregów nawet sobie nie wyobrażają, jak zniewoloną Polskę mają ich Rodacy z początku trzeciego millenium. No..., co prawda mają wolne wybory, Polska ma armię, policję, sądy, reprezentację międzynarodową, mogą się uczyć (w tym polskiego, historii), studiować, mogą uprawiać sport, wyjechać za granicę, ale są, biedactwa, tak zniewoleni, że Rudy ze swymi torturami powinien się schować, bowiem współcześni bojownicy o wolność normalnie nie mogą browarka strzelić tam, gdzie mają kaprycho. Co prawda proponuje im się piwko w lokalu (ew. przylokalowym ogródku) lub w swoim domu, na swojej działce, ale oni walczą z NIELUDZKIM PAŃSTWEM, które im zabrania uwalić się byle gdzie. Wielki Brat jest pod wrażeniem! Co ja mam w twarzy?! Cierpienie, cierpienie, cierpienie...!!!


            Tymczasem co z wolnością pozostałych obywateli? Tych, którzy chcieliby bezpiecznie i bez strachu przejść, dajmy na to, ulicą Lubartowską w Lublinie. Albo wybrać się na spacer na bulwar nadrzeczny. Tak się bowiem składa, że ci, co głośno krzyczą, że nie mogą sobie piwka na świeżym powietrzu wypić, mają na myśli „siedzieć pół dnia i walić gaz, póki się nie skończy”. Owo „piwko” jest eufemizmem takim samym, jak „ściągnę chmurę raz na jakiś czas”.

            Skąd się wzięło zaostrzenie prawa? Moja polonistka często brała do odpowiedzi uczniów, którzy przeszkadzali w prowadzeniu lekcji. Nie kończyło się to dobrą oceną, sama zaś nauczycielka kwitowała to cytatem z „Pana Tadeusza”:

Głupi niedźwiedziu, gdybyś w mateczniku siedział,

nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział!

            Regulacje prawne pojawiają się tam, gdzie pojawia się problem. Problem syfu, jaki po sobie zostawiali miłośnicy trunków i narkotyków istniał od dawna. Był też problem kradzieży, dewastacji i agresji. Zazwyczaj te rejony musiały być ostro patrolowane, by przyłapać delikwentów na zaśmiecaniu lub poważniejszych przestępstwach. Dziś prawo uproszczono, alkohol można spożywać tylko w miejscach wyznaczonych, więc nie trzeba śledzić i obserwować pijących, by zapobiec ewentualnym aktom wandalizmu lub przemocy- przeniesiono ich na ich tereny prywatne lub do lokali, które mają dobry kontakt z agencjami ochrony, a jeżeli ktoś mimo to, zechce się rozłożyć z alkoholowym biwakiem, będzie widoczny jak na dłoni i od razu jest to podstawa do wystawienia mandatu.

            Często spotykam się ze stwierdzeniem, że Państwo chce na siłę uszczęśliwiać obywateli. Nie jest przesadnie roztropnym tak sobie schlebiać. Prewencja, to nie próba uszczęśliwienia na siłę, a próba zapobiegania patologii. Ja już widzę efekty: Okolice sklepów monopolowych przestały przypominać skrzyżowanie kloaki z bufetem. Oczywiście można to obejść, ale pomyślcie, ile taki „Czaruś” musi się nakombinować, żeby się napić: Schować butelkę do torby, wyciągnąć ją „z przyczajki”, szybko pociągnąć kilka łyków, znowu schować (i to tak, żeby mu się to nie rozlało)..., a potem szybko spadać, bo gdy zbyt długo będzie ćwierkał pod sklepem, jakiś patrol zwróci na niego uwagę i zajrzy mu do torby.

            Kiedyś spotkałem się ze stwierdzeniem, że ludzie przesadnie boją się osób używających środków odurzających, że większość z nich jest niegroźna i nikomu nie wadzi. Powiedzmy, bo niczym przyjemnym nie jest wysłuchiwanie jęków o 20 groszy (może być 2 złote, nie ma sprawy!), niczym przyjemnym nie jest zapach uryny, widok niedopałków, zapluty chodnik, rozbite szkło. No i to ryzyko agresji, jak by nie patrzeć- zwiększone. I wiecie co? Ja sam mam wielu znajomków, którzy za drobną opłatą ulokowaliby się „w imię wolności” w okolicy takiego „nic nikomu niewadzącego” towarzystwa i nawet nie używając pięści wywarliby taką presję, że nawet tamci by się zawinęli. Moi znajomi tylko by sobie stali i rozmawiali. Piwko w dłoniach wzmogłoby efekt. Nawet ci, którzy uważają, że swoją pijącą, bądź bakającą grupką, nikomu nie zawadzają, zobaczyliby, że jednak czasem widok podobnej, lecz silniejszej grupki wygania. Do ich wygonienia musiałbym użyć takich znajomych, z którymi dziś kontakt mam tylko na „cześć”, bo sam wolę nie podchodzić do nich zbyt blisko. Ale już do przegonienia młodych rodziców z dzieckiem w wózku wystarczy widok grupki „niegroźnych bakusiów” albo tylko sam syf przez nich zostawiony. Zastanówmy się, czyją stronę ma brać prawo: Gościa, który ma kaprys odurzać się w miejscu publicznym, czy może jednak ludzi, którzy chcą bezpiecznie odpocząć?!

            Teraz anegdotka wprost z dyskusji, która mnie zainspirowała do tej notki: Jeden z rozmówców w jednej z pierwszych wypowiedzi przedstawił się jako ten, który notorycznie łamie prawo, bo uważa, że jest bezduszne i policyjne. Jednak, gdy dyskusja doszła do punktu skłonności odurzonych do zostawiania po sobie strasznego syfu z rozbitymi butelkami włącznie, usłyszałem, że przecież kodeks wędkarza zabrania śmiecić. Nie wiem, czy to była jakaś przysięga na kodeks wędkarza, czy słowo wędkarza (trzeźwego, czy pijanego???), ale wypowiedziana przez człowieka szczycącego się łamaniem prawa brzmiała co najmniej dwuznacznie.

            Zdarza się, że wspominam lata studenckie, gdy picie w miejscach publicznych było dozwolone. Rzeczywiście, miło było czasem podczas wycieczki rowerowej stanąć przy sklepie, kupić po piwku, spokojnie wypić, oddać butelki zwrotne i pojechać dalej... albo po meczu w „kosza”, zwłaszcza jeżeli sklep był zaopatrzony w lodówkę (co wtedy takie oczywiste nie było). Rzeczywiście, nikomu nie wadziliśmy, aż miło było popatrzeć. Na pewno i wiele z naszych koleżanek skusiło się podczas spaceru na jedno piwko na ławeczce. Też nic się nie działo, też było miło. Jednak równie dobrze pamiętam co było, gdy ten sam skład robił większą imprezę w plenerze. Oszczędzę szczegółów, dość że powiem, iż nie było ani cicho, ani czysto, ani spokojnie. I choćby nawet znalazł się ktoś próbujący to opanować, to w pewnym momencie dawał za wygraną, bo się nie dało „wolnym ludziom” wytłumaczyć, że wokół są inni „wolni ludzie”, niekoniecznie podzielający entuzjazm imprezowiczów. A już zupełnie hece działy się, gdy na „piwko” wychodzili po przegranym meczu kibice „Legii”. Wtedy nawet ci, co lubią wypić, zmiatali w przeciwnym kierunku.

            Na zakończenie, kilka konstruktywnych rad dla „pokrzywdzonych przez policyjne Państwo i cierpiących przez bezduszne prawo”. Idź łapać rybki bez alkoholu, będziesz mieć lepszy wzrok, słuch i refleks. Wybierz jakiś napój bezalkoholowy, nie katuj się, weź taki, jaki lubisz. Alkohol zaś możesz spożyć na terenie prywatnym lub w miejscach do tego przeznaczonych. To naprawdę żadna krzywda! Szczególnie te ostatnie są fajne, bo zaopatrzone w toalety, mydło, obsługę, ochronę. I nie płacz mi, że chcesz pić w wybranym przez siebie miejscu publicznym, bo ono nie jest Twoją prywatną własnością i odpowiada za nie zarządzająca jednostka państwowa- nie Ty. Ty chcesz, ktoś inny nie chce. Proste! Czubek własnego nosa, to nie wolność obywatelska, lecz prywatna zachcianka.

            P.S.

            Coś sobie przypomniałem: W internecie pojawiły się filmy ukazujące „biednych cierpiętników”, których „policyjne” Państwo ukarało mandatem za picie wody z butelki po piwie. Tak przynajmniej przedstawiają to zbulwersowani autorzy filmików. Łoj, łoj, jak mnie wzruszyli: Kilku cwaniaczków zechciało sprowokować policję i teraz wspólnie płaczą, że ponieśli konsekwencje. Mandat dostali nie za picie wody, a za umyślne spowodowanie interwencji bez potrzeby. To samo się stanie, gdy ktoś będzie chodził po ulicy z atrapą broni myśliwskiej, to samo się stanie, gdy ktoś będzie krzyczał, że ma bombę w plecaku. Inny będzie wymiar kary- stosowny do zagrożenia. Pobawili się chłopcy? Łoj, jakie pokrzywdzone biedactwa. I proszę, nie tłumaczcie mi, że muszę udowodnić, że zrobili to celowo. Jeżeli nie są chorzy psychicznie, to nie ma innego wytłumaczenia na przelanie wody z wygodnej, lekkiej butelki PET do ciężkiej, śmierdzącej stęchłym piwem, niemożliwej do szczelnego zamknięcia butelki po piwie.

 



19:42, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
czwartek, 16 stycznia 2014

           Na początek mój bohater w swej najlepszej, bo zrobionej przez ekspertów z Gazety Polskiej fotce, odpowiednim (hihihi) oświetleniem wydobywające głęboko ukrytą inteligencję, dobroć i piękno tego jakże prawdziwego Wolaka. Zdjęcie tak piękne, że firmuje jego mądrości na portalu "Niezależna".

            Jasna cholera!!! Wziąłem i czepiłem się Piotra Lisiewicza, a on ratuje Wolskę! Kliknijcie tu, by przeczytać w oryginale co zdemaskował, bo moja klawiatura tego nie przyjmuje! 

 

            Tak, tak..., my tu gadu- gadu, a okazuje się, że Owsiak został nasłany w latach osiemdziesiątych, by SPACYFIKOWAĆ polską młodzież. Był groźniejszy, niż inni, bo wyglądał, jak prawdziwy buntownik, wyglądał jakby znał się na muzyce rockowej, ba, prezentował ją! Był tak podrobiony, że Janek Pospieszalski woził go jako konferansjera i promotora, gdy koncertował z grupą VooVoo- rety, że też Lisiewicz o tym nie wspomniał, a może i Janek Pospieszalski tylko wygląda jak prawdziwy Wolak, a ma gdzieś ruskiego "czipa", jak Jurek Owsiak! Moim zdaniem Janek za dobrze się ubiera, jak na prawdziwego Wolaka!

            Siła rycerzy "Ni", to broń, którą Owsiak, jako pozorny buntownik młodzieżowy rozpoczął swą pacyfikacje. O tak..., a ja, durny, się na tym wówczas nie poznałem! Ani mi do głowy nie przyszło, że firmowane przez Owsiaka Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników wraz z hasłami "Uwolnić słonia", "Pozdrawiamy właścicieli futrzanych i włóczkowych beretów oraz wynalazcę autobusu", jak również "Daszki do tyłu" tak spacyfikują Polskę. Jedynie nasz, nie bójmy użyć się tego słowa, MESJASH, Piotr Lisiewicz za sprawą cudownej fotografii zrobionej mu przez ekspertów z GP zdemaskował podstępnego ruskiego sabotażystę. Co zrobił Mesjash Lisiewicz?! Otóż najprawdopodobniej na festiwalu w Jarocinie, gdzie Owsiak był jednym z prowadzących, ominął prohibicję, spożywając zakupioną w kiosku "Ruchu" wodę, nomen- omen, BRZOZOWĄ. Dzięki temu już wiedział!

           To jeszcze nie koniec zasług Lisiewicza dla ratowania Wolski. Dziś demaskuje kolejnego wroga, POZORNEGO RAPERA, znanego jako Donatan. Tak, tak, ten półrusek tak się zakamuflował, że nawet współpracował z wieloma gwiazdami hip hopu, wie o tym Lisiewicz. Ale przecież zna cel promowanego przez Donatana PANSLAWIZMU: LIKWIDACJA NIEPODLEGŁEJ POLSKI!!! W żadnym razie nie słuchajcie tego, bo zlikwidujecie wszystko, jak Kononowicz!

            Piotr Lisiewicz otrzymuje ode mnie w nagrodę za to ostrzeżenie, możliwość bezpłatnego wypróżnienia się w mojej wsi, wystarczy się udać do najbliższej poradni psychiatrycznej i opowiedzieć o swoich spostrzeżeniach- tam już będą wiedzieć, co dalej.

            A teraz przejdźmy do wielkimi krokami zbliżającej się premiery, zajefajnego dzieła "niezależnych", nie bójmy się użyć tego słowa, NAJWYBITNIEJSZEJ SUPERPRODUKCJI FILMOWEJ WOLSKI, filmu oczekiwanego, filmu wymodlonego. Chodzi oczywiście o...

S. WOLEŃSK.

Scenariusz: M. Wolski.

Reżyseria: A. Krauze.

Konsultacje: Całodobowy Oddział Furiatów, Tworki.

 

ZWIASTUN FILMU:

 

            MŁODA, SEKSOWNA I MĄDRA dziennikarka udaje się na miejsce katastrofy lotniczej. Od razu coś jej nie pasuje: wrak jest ze stali, jak jej żelazko, a jej żelazko wcale nie umie latać! Poza tym, gdy przy prasowaniu zadzwonił do niej telefon, oparzyła sobie ucho. Żadna z ofiar katastrofy nie miała oparzonego ucha! Zrobiła się czujna. Zainspirowała ją wypowiedź Marty Roz K(r)aczynskiej, której kolor włosów zdradzał niewspółmiernie wyższą inteligencję. "Pytam, dlaczego Wrona wylądował na betonie i nikomu nic się nie stało, a tu- w lesie, gdzie króluje miękka brzoza, zginęli wszyscy"?  Gryzła ją ta logika i tak pogryziona zasnęła. We śnie ukazał jej się wielki mistrz YODA, pytający tajemniczo: "Dlaczego Wrona wylądował, a Tupolew nie? A znasz różnicę między głaskaniem po policzku, a uderzeniem w policzek"?! Rozgorączkowana dziennikarka obudziła się i chwyciła za telefon, by ostrzec Roz- K(r)aczyńką:

            -Pani Marto, pani Marto, Pani uważa, chcą Panią uderzyć w policzek, powiedział mi to we śnie sam mistrz Yoda!

            Od tamtej pory dziennikarka ma same wątpliwości. Powątpiewa w atak delirium świadka, do którego dotarła. Nie wierzy też, by inny świadek miał właśnie atak padaczki alkoholowej. Wszystko jej wytłumaczył profesor Piji- Bziu. Nie z nią takie numery. Ona już w szkole podstawowej zaznaczyła w swym pamiętniku po klasówce z fizyki, że (pisownia oryginalna): Niuton jest gupi! A mnie fizyka nie interesuje tak mocno, żeby znać jakieś zasady dynamiki. I co za różnica, czy piszę "oblicz opóźnienie", czy "ile się spóźnił"?! Czepia się ten fizyk, bo jestem przepiękna, ale nie dla psa wątróbka!

            Dzielna dziennikarka przechodzi do podziemia. Zakłada tajne stowarzyszenia "Zamach", którego członkowie są tak głęboko zakonspirowani, że żeby się rozpoznać, noszą bardzo dyskretny tajny znak- tylko oni wiedzą, co to za drobny szczegół, który rozróżnia ich od szarych zjadaczy chleba. Prawda zwycięży.

            Na zdjęciu: Głęboko zakonspirowana dziennikarka ze "S. Woleńska" i jej dyskretny, tajny znak, zauważalny tylko dla wtajemniczonych. My już wiemy: Były dwa wybuchy! W kokpicie i pod skrzydłem!!!

            Z całego serca polecam premierę (chyba premiera, ale dopiero jak nim zostanie Jarosław Kaczyński) tej demaskatorskiej, pełnej wspaniałych aktorów, superprodukcji! Do hymnu:


18:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 13 stycznia 2014

            Małżeństwo młodych multimilonerów organizuje raut dla wąskiego grona przyjaciół. Na stole znajdują się zimne i ciepłe przekąski oraz jakieś symboliczne wino. Trzech z czterech obecnych mężczyzn zrobiło sobie jednak kącik alkoholi wysokoprocentowych, zanietrzeźwiając się "kulturalnie". Podpity gospodarz opuszcza na chwilę towarzystwo, by powrócić z bronią. Dwóch kompanów od kielicha z ciekawością ogląda coś, co wygląda bardziej na współczesny karabinek wojskowy amunicji pośredniej, niż na broń myśliwską, którą ponoć jest. Niepijący mężczyzna odmawia przyjenia się broni, zaskoczony sytuacją. Broń jest oczywiście nie nabita, co właściciel pokazuje wszystkim obecnym demonstracyjnie. Mimo to, surowe spojrzenie małżonki z pytaniem "co to jest?!" sprawia, że podpita trójca opuszcza wspólne pomieszczenie i idzie do "zbrojowni", by tam nacieszyć się widokiem broni.


            Jak się część z Was domyśla, ja byłem tym niepijącym. Naprawdę, zaskoczyła mnie ta sytuacja! Nie spodziewałem się, że w gościnie u inteligentnych ludzi spotkam się z połączeniem "broń + alkohol". Mało tego: nie spodziewałem się skażenia strefy, w której od czasu do czasu pojawiają się dzieci gospodarzy, narzędziem do zabijania. Mam swoje nawyki bezpieczeństwa, nabyte w czasach, gdy pracowałem w zakładach chemicznych. Wiem, dlaczego nie łączymy alkoholu i niebezpiecznych urządzeń, bądź substancji. Nie tyle chodzi o chwilowe zagrożenie, bo jest tyle stopni zabezpieczenia, iż incydentalne zaniedbania nie są obarczone przesadnym ryzykiem, co chodzi o ZDROWY NAWYK. Gdy bowiem incydentalne przekroczenia zasad bezpieczeństwa staną się rutyną, pozbawiamy się poważnego stopnia zabezpieczeń. Zobaczmy, co już się stało: Kilka obcych osób wie, gdzie znajduje się broń. Ja wiem, że to przyjaciele..., ale przecież zdarzają im się błędy, jak choćby nadużywanie alkoholu. Od razu pomyślałem sobie o kuzynie, który od niedawna zajął się myśliwstwem. Nie ma tyle kasy, więc i zabezpieczenia ma skromniejsze (choć pewnie zgodne z przepisami), używa broni nabytej z drugiej ręki, a mieszka w miejscu, które ciężko nazwać siedliskiem ludzi dbających o bezpieczeństwo. Też zdarza mu się wypić w męskim towarzystwie. Też lubi się pochwalić....


            Już, już miałem zostawić temat, jako mało powszechny i przez to nie będący jakimś szczególnym zagrożeniem społecznym, gdy przypomniałem sobie o dopiero minionej imprezie sylwestrowej. Setki tysięcy podchmielonych panów idzie do gęsto zaludnionego centrum miasta, by odpalać ładunki wybuchowe. To dziwne, że nikt nie wpadł do tej pory na zagrożenie wynikające z połączenia: materiały pirotechniczne- pijani ludzie, także z dziećmi.

            Wiecie już, co chcę napisać? Cieszę się, że Polska jest krajem, w którym broń można posiadać tylko za specjalnym pozwoleniem. Jak ktoś chce przeżyć przygodę z bronią, niech nie tchórzy, lecz zapisze się do wojska lub policji, niech tam się lansuje ku chwale Ojczyzny!

 


19:49, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
sobota, 11 stycznia 2014

            Rusza XXII finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Mam apel do jej uczestników. Ktokolwiek jest zdrowy i odważny: zapiszcie się na dawców szpiku. Może dostanie go poseł Artur Górski. Tak, ten sam poseł, który zaprzedał się KOZŁOWI TORUŃSKIEMU i ze szpitalnego łóżka chce zaszkodzić zbiórkom WOŚP na ratowanie życia. Ten sam, który zaapelował o  wstrzymanie datków na sprzęt dla medycyny ratunkowej dzieci i godnej opieki seniorów (na ten cel tym razem zbiera Orkiestra). Niech dostanie ten szpik, niech dostanie potrzebną krew i niech wyzdrowieje. Na pewno przy tej okazji uratujecie prawdziwie dobrych ludzi. Sam poseł Górski nikomu nie zaszkodzi- to jedna z tych oferm życiowych, która osiąga zawsze przeciwny efekt do oczekiwanego. Niech jeszcze pożyje, niech wiedzie ten swój marny żywot z piętnem tchórza, który błagał o pomoc, a jednocześnie odmawiał tej pomocy innym. WOŚP już zbierała szpik od dawców, można to zrobić jeszcze raz. Może poseł Artur Górski się zmieni. A jeżeli nie, to piekło na niego poczeka. Wiem, co mówię, nick zobowiązuje. Spójrzcie tylko na to zezowate szczęście:

            Nie przypomina Wam to czegoś? Pamiętacie Piszczyka?

 

            Niestety, inaczej niż apelem nie mogę pomóc ratować tego życia, choć wydaje się tak nędzne. Sam przeszedłem niedawno chorobę nowotworową i nikt mnie na dawcę szpiku nie zakwalifikuje, wątpię bym się nadawał choćby na dawcę krwi. Zwracam się jednak do przyjaciół WOŚP całkiem poważnie: jeżeli zgłosicie się, jako dawcy szpiku, uratujecie komuś życie. Dziś potrzebuje Waszej pomocy ten mały wyznawca KOZŁA TORUŃSKIEGO, lecz najprawdopodobniej Wasz szpik trafi do kogoś innego, choć Wasz udział niewątpliwie zwiększy szanse przeżycia także i pana posła. Źle by było, by jego nienawiść do WOŚP odebrała szanse innym potrzebującym. Proszę, pokażcie okazując miłosierdzie swojemu wrogowi, że w przeciwieństwie do niego, macie ludzkie serca. Mam nadzieję, że potrzebny szpik i potrzebna krew dotrą do niego z czerwonym serduszkiem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, a lekarz prowadzący przeszczep przywita posła słowami: "SIE MA! GRAMY DO KOŃCA ŚWIATA I JEDEN DZIEŃ DUŻEJ"!

            Posłowi zaś dedykuję moją wariację na temat Opowieści Wigilijnej Dickensa. Rolę Scrooge'a odgrywa u mnie pewien chciwy duchowny z Torunia. Szczególnie zwracam uwagę na zakończenie tego mini- dramatu. Stali czytelnicy go znają, ale i nowi będą mieli niezły relaks (OBIECUJĘ): Kto chce poczytać, niech po prostu kliknie TUTAJ.

 

23:48, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
piątek, 10 stycznia 2014

            

            Jak się Wam podoba tytuł? Źle się kojarzy, prawda? Tyle razy przeróżne szuje tym terminem próbowały uzasadnić niewyobrażalne podłości, że aż strach z czymś takim wyjeżdżać. A jednak zaryzykuję..., tylko bez patosu i całego pszenno- buraczanego patriotyzmu. 

            Państwo (z definicji) jest organizacją działającą na określonym terytorium. Organizacją, czyli zbiorowiskiem ludzi połączonych siecią zależności. Ponieważ w tak dużych zbiorowiskach ludzkich jednostkom zatraca się ich sens, kiedyś metaforycznie próbował wyjaśnić to Zbigniew Herbert. Posłuchajmy:

            Skoro Państwo jest organizacją, weźmy coś mniejszego, lecz równie zorganizowanego. Wyobraźmy sobie załogę okrętu wojenno- handlowego, takiego jakie pływały po morzach i oceanach 300 lat temu. Każdy miał określone obowiązki i każdy je musiał wypełniać. Inaczej całej załodze groziła śmierć. Trzeba było pracować, handlować, walczyć, dbać o właściwe przechowywanie i racjonowanie zapasów, nawigować i cholera wie, co tam jeszcze. Każdy rozumiał konieczność istnienia takiego obowiązku. Nikt, kto się od obowiązków uchylał, nie mógł liczyć na zrozumienie załogi. Pomijam skrajne przypadki buntu. Bo i interes był wspólny.

            Inny przykład z mojego dzieciństwa: Kilku nastolatków marzyło o samochodzie. Ponieważ nie stać ich było na takie cudo, złożyli się wspólnie na jakiegoś rzęcha, którego wspólnie naprawiali. Każdy miał jakąś rolę i każdy rozumiał obowiązek jej wykonania. Gdy przestali się rozumieć, musieli sprzedać auto, które służyło im dopóki każdy robił, co do niego należało. A potrzeba było wielu rzeczy: zdobywać pieniądze, części i paliwo (tak, części i paliwo się zdobywało, a nie kupowało), miejsce przechowania, kontakt z mechanikami, trzeba było wygospodarować czas, trzeba było wszystko utrzymać w czystości (samochód, teren, pseudo warsztat, narzędzia). Nie podołali obowiązkom i marzenia szlag trafił.

            Weźmy teraz grupkę wspólników. Od ich pracy zależy wspólny dochód. Podzielić mogą między siebie tylko to, co wspólnie wytworzyli, jeden przestanie wytwarzać, będzie mniej do podziału. Rozumiemy zatem obowiązki wspólnika, to chyba proste?! Rozumiemy konsekwencje braku ich przestrzegania.

            Z Państwem jest podobnie. To nie jest żaden bezosobowy twór, lecz organizacja ludzka, wytwarzająca produkt. Na mocy różnych przepisów prawnych, spełniających rolę umowy między ludźmi, określa się, kto powinien pracować, na jakich zasadach, czego zostanie pozbawiony, jeśli pracować przestanie. Jeżeli ktoś przestaje pracować, by zająć się złodziejstwem, wyłudzeniami lub żebraniem, staje się obciążeniem. Przy czym okradać i wyłudzać można od osoby prywatnej, można też okradać i wyłudzać od państwa i innych organizacji. Granica przebiega tam, gdzie przebiega umowa o zadaniach poszczególnych ludzi i tym, co w zamian otrzymują. Nie każdy to rozumie, bo zawsze pojawia się pewne przekłamanie: Państwo traktuje się, jak jakąś bezduszną, bezosobową machinę podczas, gdy jest to organizacja ludzka. Jeżeli nas (do wyboru) okradnie, oszuka, wprowadzi w błąd  jakiś urzędnik, to nie okradnie nas Państwo, lecz człowiek z imieniem i nazwiskiem. Podobnie, jeżeli my wyłudzimy coś od Państwa, nie wyłudzimy tego od bezosobowego tworu, a oszukamy innych ludzi z imionami i nazwiskami, sami mając imię i nazwisko. To, że trudno patrząc na kraj dostrzec straty wynikające z oszustw jednostki, pomaga w procesie przekłamania faktów. Jednak już jeżeli w ten sam sposób wyłudzi/ ukradnie, wyżebrze milion obywateli, da się to odczuć na jakości życia. Nie każdy to rozumie, ale każdy to odczuwa.

            Jest jeszcze inny powód, dla którego przestaliśmy rozumieć istnienie czegoś takiego, jak obowiązek wobec Państwa. Poziom dobrobytu jest na tyle wysoki, że potrafimy wyprodukować więcej, niż sprzedać. We wspólnotach plemiennych, cała produkcja była na bieżąco konsumowana, więc i środki na wsparcie niepracujących były głodowe. Dziś w krajach rozwiniętych można spokojnie przeżyć żywiąc się tym, co da się znaleźć w śmietniku. Można również tam się ubrać lub zbudować schronienie z materiałów tam znalezionych. Mówimy o samych, już istniejących odpadach, a są jeszcze rezerwy produkcyjne. Oczywiście nikt nie chce tak żyć, bo nikt nie chce obniżać poziomu życia do poziomu, jaki określamy mianem "nieludzkiego". 

            Obowiązek wobec Państwa, to nie jest komunistyczny frazes. To wielopłaszczyznowa umowa międzyludzka. Taka sama, jak podział obowiązków domowych między mężem i żoną oraz dziećmi. Jeżeli ktoś w tej umowie nawala, to zawsze jest to konkretny człowiek.

 

P.S.

            Wpis ten powstał w odpowiedzi na alergiczne reakcje komentatorów po użyciu terminu "Obowiązek wobec Państwa". Ponoć świadczy to o tym, że jestem komuchem. A ja uważam wręcz przeciwnie, to komuchy sądzą, że mogą się położyć do góry jajami i czerpać od Państwa, jak z perpetuum mobile, choć PM nie istnieje.

 

18:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
środa, 08 stycznia 2014

            Było to dawno temu. Tak dawno, że mało kto z dorosłych o tym pamięta. W dzieciństwie każdemu z nas zdarzało się coś przeskrobać. Wtedy do akcji wkraczali dorośli: nauczyciel, wychowawca, rodzic, ciocia, wujek, znajoma/ znajomy, a nawet obcy człowiek. I choć nasza wina była oczywista, to stosowaliśmy różne wykręty. Pierwsze, co nam przychodziło do głowy, to "Ja, to zrobiłem? Ja, anioł? SKĄDŻE!" Zdarzało się jednak, że zgromadzony materiał dowodowy był tak pokaźny i obciążający, że przedstawiano go rodzicom, którzy w domowym zaciszu opierali na nim swoje "postępowanie sądowe". Nie mogąc się wykręcić od twardych faktów, zmienialiśmy taktykę. Pamiętacie to??? ATAK!

            "Ciocia mówiła, że nie chciałaś się uczyć, mamo!", "babcia opowiadała, jak uderzyłeś młotkiem kolegę, tato!" i wiele, wiele innych historii nam się gromadziło. "A ty byłeś taki święty"? "A ty byłaś taka święta"? "To wszystko twoja wina, bo mnie nie rozumiesz! Gdybyś mi kupił czekoladę, to bym jej nie ukradł ze sklepu!". Sposobów ataku jest wiele. Najlepszy jest taki, który dotyczy sprawy niemożliwej do rozstrzygnięcia. Coś, na co nie ma świadków albo gdybanie, że gdyby rodzic robił tak, jak nam się marzy, to byłoby lepiej, a my bylibyśmy grzeczni i do rany przyłóż.

            Nie chodziło o to, czy nasze oskarżenia były prawdziwe. Miało to drugorzędne znaczenie. Rodzice nie chcąc tracić autorytetu w oczach dziecka, często- gęsto próbowali się wytłumaczyć z prawdziwych, bądź wyimaginowanych zarzutów. Tłumaczyli, że to bajki, czasem mówili, że nie mieli wtedy wyjścia albo, że byli młodzi i głupi. Bez względu na to, jak było naprawdę, dziecko odnosiło sukces, bo dyskusja schodziła z tematu przewinienia dziecka, na jakiś wydumany, niezależny problem. Bo jeżeli wina dziecka jest na tyle bezsporna, że ono same nie ma nic na swoją obronę, to ma po prostu zmienić swoje zachowanie, nic do rzeczy nie ma zachowanie rodziców w odległej przeszłości. Cokolwiek rodzice kiedyś robili, konsekwencje przewinienia dziecka są tak samo negatywne (ani mniej, ani bardziej). Jednak po zastosowaniu prostej sztuki, dziecko, na ogół skutecznie, odwracało uwagę od własnej winy.

            W dorosłym życiu też potrafimy stosować takie sztuczki. Chyba najczęściej w życiu codziennym widzimy jednak to zachowanie u osób nadużywających alkoholu. Kto z nas nie spotkał wzburzonego, trzeźwego inaczej osobnika, który rozprawiał o tym, że musiał się napić, bo go żona zdenerwowała, szef go wystawił, czy inna krzywda mu się stała. Zwłaszcza, jeżeli ktoś próbuje ruszyć temat picia, alkoholik lezie do knajpy twierdząc, że przecież nie da się inaczej, skoro mu tylko pieprzą i pieprzą o piciu. Gdyby stworzyć ranking najpopularniejszych zachowań osób wypuszczonych z izby wytrzeźwień, to na pierwszym miejscu znalazłoby się udanie w tradycyjne miejsce picia, bo przecież tak się nieszczęśnik zdenerwował tym hotelem, że musi się odstresować. Gdy ktoś połknie haczyk i zacznie próbować bronić zachowań żony albo konieczności odstawienia na izbę wytrzeźwień, zacznie się na ten temat dyskusja. Nie będzie ona mówić o wpływie picia na życie, lecz o tym, czy żona jest dobra albo czy nie ma lepszych rozwiązań od "wytrzeźwiałki". I o to pijącemu chodzi- nie mówić o problemie własnego alkoholizmu- mówić o czymkolwiek innym, tylko nie o tym!

            Od śmierci Jana Pawła II media śmielej zaczęły informować o zbrodniach polskich duchownych. Afery finansowe, wyłudzenia, zaniżanie wartości nieruchomości zamiennych przy wypłacie odszkodowań, przy jednoczesnym zawyżeniu wartości majątku utraconego, utrzymanie funduszu kościelnego, który miał być rekompensatą za zagrabione mienie, mimo jego zwrotu, afery celne, vat-owskie, wyłudzenia, pijaństwo, no i gwóźdź programu: PEDOFILIA oraz jej krycie przez najwyższych dostojników kościelnych. Nie zapominajmy też o duchownych agentach bezpieki- jakoś Kościół się nie kwapi do autolustracji. I jaka była reakcja??? Najpierw: "TO NIE MY, ANIOŁY"! Tyle, że śledztwa dziennikarskie, a później prokuratorskie uczyniły tę linię obrony kompletnie nieskuteczną. Więc co się stało??? Okazało się, że "WSZYSTKIEMU WINIEN GENDER"! Gender, o którym rok temu słyszały jedynie jednostki. Oczywiście w wersji biskupiej jest mowa o zepsuciu SPOŁECZEŃSTWA- NIE KLERU, a wszystko "z powodu ideologii GENDER".

 

POTWORNE KROWY "GENDER".

MÓDLMY SIĘ ZA ICH NAWRÓCENIE!

            Z ostatnich czterdziestu lat mojego życia pamiętam różne przejawy indoktrynacji ideologicznej, a najbardziej natrętna była indoktrynacja katolicka. Wystarczająco silna za komuny, po jej upadku ustępuje jedynie indoktrynacji komunistycznej w Korei Północnej. Za czasów III RP weszła do szkół, mediów, armii, policji i jest prowadzona z państwowej kasy nawet, jeżeli odbywać by się to miało kosztem edukacji dzieci. Usuwane są powszechne niegdyś zajęcia wyrównawcze, czy kółka zainteresowań, za które dziś trzeba słono dopłacać. Owszem, kiedyś funkcjonowała również wzorowana na katolickiej, indoktrynacja komunistyczna, lecz to zaledwie tania podróba tego, co się dzieje "na łonie Kościoła", dająca identyczny efekt degeneracji społecznej i ogłupienia. W każdym razie nigdy nie spotkałem się z tym, by w trakcie edukacji, czy w życiu zawodowym, ktokolwiek wciskał we mnie, bądź w moich znajomych ideologię gender. Ja do tej pory mam o niej mętne pojęcie, choć mniej- więcej od roku, próbowałem się czegoś dowiedzieć o tym "pożeraczu mózgów", który ponoć jest lewacki. Lewacki- nie lewacki, ale nie wiem, co by się stało z człowiekiem, który w Polsce za komuny by powiedział "jestem gejem i chcę legalizacji mojego związku". W sprawach obyczajowych bowiem, komuna była bliska obyczajowości kleru: "pijmy, kradnijmy, bzykajmy się z kim popadnie, ale nie mówmy o tym, potępiajmy to głośno i dobitnie". A przecież w gender nie tyle chodzi o promocję homoseksualizmu, co o negację przypisywania sztywnych ról kobiecie i mężczyźnie (na przykład zawodowych).

            Właściwie już teraz widać, na czym polegał trick biskupów. Odpowiedzmy sobie, ilu z nas w tym momencie czytania tekstu przestało się zastanawiać, jak należy podejść do przestępstw duchowieństwa, a skoncentrowaliśmy uwagę na tym, czym jest GENDER i czy jest on zły, czy dobry (właściwie ona, bo chodzi o ideologię). Myślę, że właśnie na to liczyła katolicka wierchuszka.

            Każdy wyjaśniający, czym jest "gender", niezależnie od jego stosunku do samej ideologii, niezależnie od tego, czy to abp. dr Józef Michalik, czy europoseł prof. Joanna Senyszyn, przyczynia się do tego, że przestaje się mówić o zbrodniach kleru, a rozważa się ocenę moralną ideologii, o której przeciętny Polak nie ma zielonego pojęcia. Cel biskupów został osiągnięty: kraj ogarnęła dyskusja o czymś, co NIGDY nie miało wpływu na nasze społeczeństwo w miejsce dyskusji o absurdalnie wpływowym Kościele i jego kpinach z prawa i Konstytucji RP. Zauważmy przy tym, że papież jakoś nie podziela zapału uczestników polskiej krucjaty genderowej. Z prostego powodu: Zagrożenia nie ma chociażby dlatego, że mało kto się z tym spotkał, a już na pewno nikt nie został na tym wychowany. Biskupom udało się zmienić tok debaty publicznej, ale na mnie ci panowie wątpliwej orientacji mają dramatycznie mały wpływ, więc się głośno pytam:

Jakiemu procesowi od dziesiątków lat poddawane są polskie dzieci?

Indoktrynacji religijnej, czy wałkowaniu ideologii gender?!

 


20:29, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Tagi