RSS
czwartek, 28 lutego 2013

            To mamy już koniec pontyfikatu, pierwszy normalny od kilkuset lat, czyli emerytura człowieka, który uznał, że czas odsunąć się od głównego nurtu dotychczasowych życia zawodowego. Groteską jest fakt, że ta naturalność jest odbierana przez katolików, jak coś nienormalnego, tak się przyzwyczaili do tych swoich odstępstw od wszelkich norm.

            Początkowo chciałem dać tytuł: „Notka obrazoburcza”, ale uznałem, że obrazoburstwem jest to, co wyczyniają wierni z papieżami, oddając im boską cześć. Modlenie się do ich wizerunków, klękanie przed szefem Watykanu, dogmat nieomylności w sprawach wiary, a wreszcie ślinienie pierścienia tkwiącego na papieskim paluchu.... Niedawno jakiś zbok moralny chciał zmusić (a raczej udawał, że chce, bo wiedział, że tylko pajacuje) premiera Tuska, by ten zgłosił zawiadomienie o przestępstwie posła, który wysłał do papieża list proponujący utworzenie ze środków Watykanu funduszu na ofiary księży- pedofili, argumentując, że to ponoć była obraza głowy państwa. No, żebym ja nie znał wypowiedzi partii tych zboków na temat głowy Rzeczpospolitej Polskiej, które uznają za „wyrażanie swoich poglądów”, to może i bym pomyślał, że facetowi po prostu odbiło, ale znając te wypowiedzi wiem, że to kolejna manifestacja siły szalonej sekty o charakterze satanistycznym, plującej na dzień dobry na pierwsze przykazanie, żeby nikt nie miał wątpliwości, co do jej charakteru. Tak, tak, być może sekta ma kłopot z kojarzeniem, ale papież nie jest „Bogiem”, nawet nadpapież Rydzyk „Bogiem” nie jest, ni Wieczny Premier z Żoliborza, a przykazanie brzmi „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

            Wracając do tego, co tak bulwersuje. Mam swoją prywatną teorię. Problem polega na tym, co zrobić, gdy się papież emerytowany spotka z papieżem aktywnym. Czy będą się wzajemnie całować w pierścień? A co, jeśli są odmiennego zdania w sprawach wiary? Któż jest wtedy nieomylny? I jak się zachowywać wobec niedawnego „Boga” po abdykacji? Przecież jeszcze niedawno tłum histeryzował na widok „Jego Świątobliwości”, a teraz histerie należą się komu innemu podczas, gdy EX może stać tuż obok. No i czy świątobliwość abdykowana pozostaje świątobliwością? Te wszystkie wątpliwości nie wynikają bynajmniej z tego, że je tu złośliwie przytaczam. One wynikają z tego, że katolicy uporczywie utrzymują tradycje sekciarskie wobec papieży. No jak by to wyglądało, gdyby Tusk podawał do poślinienia pierścień ludziom „dostępującym zaszczytu audiencji”?! Nawet, gdyby to był pierścień z Godłem Rzeczpospolitej. Owszem, kilkaset lat temu to było możliwe, ale Świat oprzytomniał, a sekty nadal tkwią w tym, co nazywają TRADYCJĄ, a ja nazywam GŁUPOTĄ. Co najdziwniejsze, „Pierścień Rybaka” był niszczony po śmierci papieży, więc to nie był kult „Wiecznego Boga”, lecz przedmiotu należącego do jednego, konkretnego papieża. To nie ja to wymyślałem, więc wypraszam sobie jakiekolwiek pretensje do mojej osoby. Po prostu dla mnie jest aktem wielce poniżającym godność człowieka, ślinienie pierścienia tkwiącego na paluchu obcego faceta. To nie jedyny taki niehigieniczny rytuał. Idzie Wielkanoc, a z nią ślinienie nóg figury Chrystusa na krzyżu. Codziennie za to można zmoczyć niekoniecznie czyste paluchy w misce z wodą święconą. Sanepid by miał używanie! To znowu nie ja wymyśliłem ten rytuał. Ja wiem, że są na Świecie i głupsze rytuały, jak „oczyszczanie” w wodach Gangesu, który jest tak zanieczyszczony, że strach się bać, ale chyba nie o to chodzi, by równać w dół.

            Dziś- w dobie internetu, miliony ludzi mogą się podzielić w sieci spostrzeżeniami na temat miejsca, do którego katolicy sami zagnali swoją wiarę, ignorując prosty Dekalog, na rzecz coraz bardziej szalonych rytuałów wtórnych. Od dziś koniec z „santo subito”, bo dotychczasowy papież nadal żyje, a tu „tradycja” nakazuje cześć boską oddawać nowemu władcy absolutnemu, bez wcześniejszego uczczenia „wniebowzięcia” dotychczasowego. I naprawdę, nie sądzę, bym ja tu wypisywał jakieś herezje. Herezją było to, co się działo do tej pory.

CICHO SZA, CO JA TU WYGADUJĘ...?!




22:49, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

            Idzie turysta na Kasprowy, a po drodze mija jakiegoś człowieka, tłukącego się w łeb kamieniem.

            -Co robisz, człowieku?- zapytał turysta.

            -Narkotyzuję się!- odpowiedział mężczyzna i padł po kolejnym ciosie.

            Turysta poszedł dalej. Widział po drodze pojedynczych ludzi, ludzi w parach i w całych gromadkach, tłukących się po głowach kamieniami do utraty przytomności. Też się narkotyzowali. Wreszcie turysta dotarł do bacy siedzącego na kupie kamieni.

            -Co robisz, baco?- zapytał.

            -Jak to ”co”? Narkotyki sprzedaję!

*

            W  życiu codziennym, mało który narkoman użyje zwrotu „narkotyzuję się”. Raczej powie, że się relaksuje. Zwłaszcza marihuanista, któremu się wydaje, że to niewinna zabawa. A jednak, ta niewinna zabawa wyłącza ich z życia tak, jak kamienie ludzi narkotyzujących się towarem wprost od bacy. Mają ograniczone zdolności prowadzenia pojazdów mechanicznych, obsługi maszyn, wszystkiego, co wymaga koncentracji i szybkich reakcji. Człowiek zrelaksowany to wszystko potrafi, relaks poprawia jego zdolności psychotechniczne. Marihuanista wręcz przeciwnie, gdy się zbetoni, nie nadaje się do niczego. Mało tego, jemu się wydaje, że on potrafi i czasem próbuje- z żałosnym skutkiem. Ale nie o tym chciałem pisać. Chciałem rzec kilka słów o dymie konopnym.

            Weźmy dowolną roślinę, łatwą do wysuszenia (stąd najlepszy będzie kwiat rośliny lub liść). Może to być już wysuszona herbata, liść mięty, kwiat lipy, cokolwiek pochodzenia roślinnego. Jeżeli to cudo zwiniemy w skręta i zapalimy, jak papierosa, to zawsze, absolutnie zawsze, będziemy wdychać ten sam syf. Głównymi produktami spalania związków organicznych pochodzenia roślinnego w warunkach niedoboru tlenu (a takie są warunki podczas palenia skręta) są bowiem (oprócz nieszkodliwej pary wodnej) dwutlenek węgla, tlenek węgla, pozostałości stałe (sadza, substancje smoliste). Do tego zawsze dochodzą tlenki azotu, cyjanowodór, nitroaminy, fenole, krezole,  wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, tlenki i inne związki siarki, a to nadal nie wszystko. I to znajduje się WŚRÓD PRODUKTÓW SPALANIA KAŻDEJ ROŚLINY. Dlatego jeżeli widzicie dzieci palące dla zabawy liście herbaty, to wiedzcie, że właśnie wdychają ten sam badziew, który jest w dymie konopnym i dymie tytoniowym.

            Co zatem wyróżnia marihuanę i tytoń spośród roślin? W wypadku marihuany, minimalny dodatek THC, a w wypadku tytoniu- równie niewielki dodatek nikotyny. Obie te substancje są silnie uzależniające, obie dają swoistego „kopa”, każda z nich innego. To się znajduje OPRÓCZ CAŁEGO WYMIENIONEGO SYFU w dymie z tych roślin. Dodatkowo, a NIE ZAMIAST. To jest ten uprzyjemniacz i uzależniacz, który sprawia, że uzależnieni nigdy nie mają dosyć. Dlatego, jeżeli jakikolwiek marihuanista będzie wam z charakterystycznym wytrzeszczem oka płomiennie tłumaczył, że jego narkotyk jest zdrowy, bo to ziółko, to wiedzcie, że pieprzy kocopoły, bo jest niedouczony- zwyczajnie nie ma wiedzy.

            Kiedyś już o tym pisałem, ale przypomnę: Wiecie, dlaczego restrykcje w handlu dotyczą marihuany (zakaz, bądź ograniczony zakaz handlu z wymogiem koncesji) oraz tytoniu (opłaty akcyzowe, koncesja, zakazy palenia), chociaż identyczna trucizna jest w oparach każdej rośliny? Bo ludzie nie są debilami! Bo nie wprowadzamy ograniczeń tam, gdzie nie ma problemu. Człowiek nie będzie palił zwykłych liści, żeby narobić dymu i smrodu, żeby go drapało, piekło w gardle, żeby miał trampka w gębie, etc.. Dopóki człowiek się nie uzależni (właściwie, dopóki nie zaczną działać mechanizmy uzależnień), nie jest idiotą, żeby się regularnie truć i za to płacić, a do tego czuć panikę na myśl, że może zostać odcięty od przedmiotu uzależnienia. Dlatego restrykcje dotyczą substancji silnie uzależniających. Dopiero dodatek takiej substancji sprawia, że człowiek zachowuje się nieracjonalnie i destrukcyjnie.

            Bardzo często, co głupsze jednostki ludzkie głoszą teorię, że legalizacja sprawi, że nie będzie się dodawać szkodliwych substancji do „nieszkodliwej” marihuany. Napisałem jasno, jaka ona nieszkodliwa, tam jeszcze trzeba tylko nasrać, żeby było już wszystko, co sobie można wymarzyć! Jedyne, nad czym będą pracować ewentualni legalni producenci marihuany, to sprawienie, żeby ćpunom paliło się przyjemniej. Tak samo, jak koncerny tytoniowe pracują nad coraz smaczniejszymi mieszankami tytoniu, tak i można dopracować „maryśkę”. Można jeszcze regulować zawartość składnika czynnego. Tyle.


            Co wie ćpun o marihuanie? Ćpun uważający się za znawcę, który „rozróżnia dobry towar od złego”. Otóż jedyne, co jego zmysły są w stanie wyłapać, to czy towar ryje mu wystarczająco beret oraz czy mu smakuje. Na Jowisza, ci wszyscy „eksperci” w swej tępocie i niekumacji nie wiedzą nawet, jak wygląda zestaw do podstawowej analizy gazowej spalin, więc co ta banda niedouczonych nieszczęśników może rozróżnić? Nie mówiąc już o tym, że obliczenia do analizy ilościowej, a także zwykłe reakcje z analizy jakościowej, są dla nich równie oczywiste, jak niuanse języka starohinduskiego. Spytajcie się jednego z drugim, czy pozna dobry towar, to powie, że pozna. Jedyne co pozna, to sposób w jaki mu wali w banię! Dlatego handlowcy ZAWSZE będą pracować nad tym, co klient jest w stanie rozróżnić. A w tym wypadku będzie to smak i moc. Nie mówię tego dlatego, że tak mi się wydaje, ale dlatego, że mamy doświadczenia z koncernami tytoniowymi. Dopiero silne restrykcje państwowe wymusiły na nich badania zawartości WYBRANYCH szkodliwych czynników.

            Właściwie jedynym ogranicznikiem wdychania szkodliwych substancji przez marihuanistę, jest jej moc. Zbetoni go bardzo szybko i będzie miał na jakiś czas dosyć, więc nie nawdycha się jej zbyt wiele. Tylko, że stan zwisu narkotycznego nie jest niczym pożądanym. Rączka w górę, kto uważa, że dziecko potrzebuje zbetonionej mamusi i zbetonionego tatusia, żeby zamiast się nim zajmować, gapili się w kropkę na ścianie i się do niej śmiali? Albo obserwowali porost grzyba w kuchni, tocząc długie dyskusje na temat „do czego to jest podobne i co im to przypomina”. Tym bardziej stan odlotu nie jest wskazany u młodzieży, która powinna się uczyć życia, a nie beczeć do siebie pierdoły, których wysłuchanie na trzeźwo przyprawiło by ich o dziewiczy rumieniec wstydu. Bo naprawdę niczym fajnym nie jest, gdy młody, zdrowy człowiek doprowadza się do stanu, gdy nie może pracować, nie może się uczyć, nie może uprawiać sportu, nawet ptaszek mu nie furczy jak należy.... Znaczy się..., młodzież ta powie (żeby było głupiej i śmieszniej), że się relaksuje!!!



13:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (7) »
piątek, 22 lutego 2013

            Dziś przypada 70 rocznica stracenia Sophie Scholl (kliknij tu, jeżeli chcesz poczytać więcej). Tak się składa, że dziś Polska usłyszała o kolejnym twierdzeniu super- Antka (kliknij tu, jeśli Cię to interesuje): Tym razem już nie trotyl i dwa wybuchy, a awaria silnika- kolejna spekulacja wykluczająca poprzednie wymysły tego samego Antosia, których jednak rzeczony super- śledczy nie odszczekał, a wymiar sprawiedliwości udaje, że tego nie widzi. Znalazłem też trzecie ciekawe doniesienie agencyjne- premier Irlandii przeprosił za ośrodki niewolniczej pracy młodych kobiet prowadzone przez zakon Magdalenek (kliknij tu, jeśli chcesz zobaczyć news- datowany jest na 7.10 dziś, 22 lutego- a ja słyszałem te przeprosiny 9 lub 10 lutego w irlandzkim radiu- ciekawe nad czym się zastanawiają nasi dziennikarze, że tyle czasu im potrzeba, by ta wiadomość przeszła przez cenzurę wewnętrzną).

            Oczywiście są to zupełnie różne wydarzenia, ale jeżeli zerkniemy na tytuł notki, wszystko się wyjaśni: Nie chodzi mi o to, by przedstawiać genezę tych ponurych faktów, ale by ukazać kogoś innego: Szarą masę łajdaków, dających przyzwolenie na te zbrodnicze czyny, masę będącą inspiracją i pomocą, a być może wręcz siłą sprawczą tego, co się działo.

            Sophie Scholl, niemiecka studentka, została stracona za działalność antyhitlerowską. Miała nadzieję, że jej śmierć i śmierć jej towarzyszy, zapoczątkuje lawinę i doprowadzi do odsunięcia faszystowskich zbrodniarzy od władzy. Myliła się: W tym samym czasie, gdy 300 tysięcy niemieckich żołnierzy wziętych do sowieckiej niewoli pod Stalingradem rozpoczynało swój marsz ku śmierci, będący następstwem szaleństwa Hitlera, gdy ona sama z przyjaciółmi z konspiracji była gilotynowana, niemiecka młodzież manifestowała na ulicach swe oddanie Fuehrerowi. Te wszystkie tragedie miały miejsce nie z powodu jednego Hitlera, a z powodu milionów małych łajdaków, dla których szaleńcze poglądy wodza III Rzeszy były źródłem orgazmu ich zboczonych dusz. Hitler tylko wykorzystał najciemniejszą stronę przeciętnego, szarego łajdaka- typowego przedstawiciela małomiasteczkowej kultury mieszczącej się pomiędzy poduszką w oknie, a rynkiem i kościołem, czy zborem. Jeżeli ktoś czytał „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego, pamięta rozważania autora na temat całej rzeszy małomiasteczkowych szpiegów i donosicieli, którzy swe donosy opierali na obserwacjach z pozycji poduszki umieszczonej na parapecie okna, by dać łokciom obserwatora miękkie wsparcie. Całej reszty dokonywała chora wyobraźnia tych małych szpicli. III Rzesza wcale nie posiadała jakiejś szczególnie nadzwyczajnej ilości agentów bezpieki- jej siłą było to, że Niemcy byli narodem kapusiów, który to naród czynnie wspierał zbrodnie swoich przywódców prawdziwymi, bądź wyimaginowanymi oskarżeniami wobec własnych sąsiadów. Nikogo z nich nie mogła poruszyć śmierć Sophie Scholl, bo ona walczyła z takimi śmierdzielami, jak oni. To dlatego, im bardziej Niemcy się orientowali, że sami zniszczyli ojczyznę, tym gorliwiej manifestowali poparcie dla Fuehrera i szukali poza sobą winnych tej tragedii, bali się bowiem sami odpowiedzieć za doprowadzenie państwa do takiego stanu.

            Antek- policmajster wyskoczył z kolejną teorią stojącą w sprzeczności z pozostałymi, wysnuwanymi również przez niego. Teraz nie trotyl i dwa wybuchy (jeden w kokpicie, a drugi pod skrzydłem), ale awaria silników- jednego po drugim, były według tego oszczercy przyczyną katastrofy Tu 154.  Podobnie, jak w III Rzeszy, ten specjalista od pomówień, może kontynuować swoje zbrodnicze praktyki, bo murem za nim stoją bezimienni łajdacy, których nie obchodzi, że jedna teoria Antka wyklucza drugą, każda jest pomówieniem, a za żadną super- śledczy nie powiedział zasranego „przepraszam”. Każdy z milionów bezimiennych moherowych bandziorów pluje w twarz Bogu swemu, nurzając przykazanie „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu” w gnoju fałszywych oskarżeń wymyślanych przez Antoniego Macierewicza i własnych zboczonych i bezrozumnych domniemań, by pokazać środkowy palec „swemu Panu” stając co niedziela w kolejce po tzw. „Ciało Chrystusa” i wystawiając paszczę, by je pożreć na oczach mieszkańców swojego Grajdołkowa. Mając na sumieniach grzech ciężki przeciw wspomnianemu przykazaniu dokonują jawnej profanacji „Komunii Świętej”, którą zgodnie z regułami wiary mogą przyjąć tylko, gdy żałują za swe grzechy, gdy je naprawią (choćby przepraszając ofiary swych podłych pomówień), gdy mają mocne postanowienie poprawy. Oni jednak nawet nie raczą ująć swych grzechów w rachunku sumienia, ustanawiając nowe przykazanie „Jeśli wejdziesz w dupę kozłowi toruńskiemu i zapłacisz księdzu, to możesz łamać Dekalog do woli”. To nie Macierewicz, Kaczyński, czy nawet nie Rydzyk, ale miliony drobnych łajdaków pragnących obciążyć winami za swoje niepowodzenia każdego, byle nie siebie samych, jest odpowiedzialnych za to, że Antoni Macierewicz  po raz kolejny bezkarnie zmienia wersję swoich bezprawnych pomówień. To ta sama banda wyrosła z kultury poduszki na parapecie, ta sama banda drobnych szpiegów, donosicieli i konfabulantów jest odpowiedzialna za tę sytuację. Chrystus zginął z powodu takiej samej bandy bezimiennych łajdaków, którzy krzyczeli do Piłata „Jezus ma zginąć, uwolnij Barabasza”, Piłat był tylko narzędziem wykonawczym ich woli. Jedno jest pewne: Każdy któregoś dnia wyciągnie kopyta!


            Premier Irlandii przeprasza za istnienie „Pralni Magdalenek” i ma rację, nazywając je „hańbą narodową”, gdyż w łapy zwyrodniałych zakonnic, młode dziewczęta wpychane były przez zwykłych, anonimowych, irlandzkich zbrodniarzy, dla których wygodniej było poświęcić życie dziewczyny, niż stanąć twarzą w twarz z kuzynem, który ją zgwałcił po pijaku. Wygodniej, bo dziewczyna znikała z pola widzenia i ludzie we wsi nie gadali nic na jej temat, a z kuzynem dalej można było chlać Guinessa, robić interesy, gwałcić kolejne dziewczęta. Zbrodniarki w habitach cieszyły się pełnym poparciem setek tysięcy, jeśli nie milionów bezimiennych łajdaków, którzy dla własnej wygody dopuszczali się haniebnych zbrodni na swoich córkach, kuzynkach, sąsiadkach. Zakonnice były tylko paszczą BESTII, do której nieletnie dziewczęta były wrzucane przez najbliższych, gnuśnych, leniwych, pijanych, bardziej przejmujących się tym, co ludzie powiedzą, niż prawem, uczciwością, dobrem dzieci. I oni żarli potem tzw. „Ciało Chrystusa”, mazali swe twarze popiołem i odprawiali różne dziwne rytuały za wyjątkiem jednego: BYCIA DOBRYM, UCZCIWYM CZŁOWIEKIEM.

            Żaden polityk tego nie powie z mównicy, bo straci potencjalnych wyborców. Żaden duchowny nie powie tego podczas homilii, bo straci owieczki, które utrzymują swoimi datkami jego własną parafię. Woland jednak powie to bardzo chętnie, bo ani mu się śni kandydować w wyborach, ma daleko w dupie, komu owieczki oddadzą swoje pieniądze, a interesuje go tylko to, by żadna owieczka nie usiłowała go zadusić swoją uzbrojoną w różaniec raciczką. Jego samego, ani kogokolwiek innego, zwłaszcza słabych i bezbronnych, zwłaszcza dzieci.



15:20, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
środa, 20 lutego 2013

            Temat uzależnień powraca na moim blogu jak bumerang i sądzę, że powracać będzie tu i w wielu innych miejscach. Każdy, kto się zetknął z tą tematyką w ujęciu terapeutycznym zdaje sobie bowiem sprawę, że świadomość społeczna jest skandalicznie niska, a przeciętny człowiek bladego pojęcia nie ma nawet o objawach uzależnienia, nie ma pojęcia o tym, na czym polega terapia, nie ma pojęcia o grupach wsparcia. Co gorsza, nadal w wielu środowiskach dominuje radosne przekonanie, że „trzeba wiedzieć, kiedy przestać”, a w najlepszym wypadku może zostać ono zaostrzone do stwierdzenia „Iksiński nie może pić”. To nie daje powodu do optymizmu. Stąd też kontynuacja cyklu tematycznego.

            Poznałem kiedyś alkoholika, który trafił na detox, a potem na terapię w stanie całkowitego rozbicia psychicznego. Piotrek (facet jest moim imiennikiem), to chłop (rolnik) silny jak tur, lecz wewnętrznie był roztrzęsiony jak galareta. Miał przed sobą proces sądowy za pobicie, a w przeszłości był już za to karany. Oczywiście do bójki, która zaprowadzić go miała przed sąd doszło, gdy Piotr był nietrzeźwy, a jego przeciwnik był równie pijany jak on i doznał poważnych urazów, które stały się bezpośrednią przyczyną wszczęcia postępowania prokuratorskiego. Piotr miał głębokie poczucie winy. Był też przerażony, bał się o swą przyszłość i to wpłynęło na decyzję o pozostaniu na terapii.

            Taki moment jest zawsze wielką szansą dla alkoholika. Jest to chwila, gdy osiąga dno i ma szansę się od niego odbić. Problemem jest, że musi się nie tylko odbić, ale i wypłynąć na powierzchnię i odpłynąć jak najdalej od tego miejsca, które wciąga go jak wir. Potrzeba nieustannej pracy, gdyż jej zaprzestanie powoduje ściąganie delikwenta w kierunku zagrożenia.

            Piotrek znajdował się w punkcie, gdy zdał sobie sprawę, że dłużej tak nie da rady. On autentycznie prosił terapeutów o pomoc, bo wiedział, że sam sobie nie poradzi. Zaufał im całkowicie, robił to, czego od niego oczekiwali. Nie było mu łatwo, gdyż miał wiele kompleksów. Skończył tylko podstawówkę, gdyż jego ojciec- alkoholik, nie puszczał go nawet na zajęcia do Zasadniczej Szkoły Zawodowej- kazał mu pracować na gospodarstwie. Miał dwóch starszych braci- alkoholików, którzy bardzo chętnie widzieli go jako parobka, który wykona za nich domowe prace. Oni mieli szczęście pokończyć swoje zawodówki (żyła jeszcze wtedy ich matka, która tego dopilnowała). Zarówno ojcu, jak i braciom zależało na takim domowym niewolniku, który pracował „za miskę strawy, i dach nad głową”, a jako bonus nobilitujący go do „towarzystwa”, dostawał alkohol (tanie wina lub bimber) wraz z towarzystwem swoich prześladowców. Ten człowiek był przez długie lata wbijany przez swoich najbliższych w poczucie niższości i całkowitej bezwartościowości.

            Podczas terapii okazało się, że Piotrek jest bardzo inteligentny, choć przez lata zadeptywania przez własną  rodzinę, miał potężne braki. Tym niemniej w swoich pracach terapeutycznych był bardzo konkretny i potrafił pisać dokładnie na temat, a to oznacza, że posiada potencjał. Uwierzcie mi, znam ludzi z wyższym wykształceniem, którzy piszą tak, że nie wiem o co im chodzi, a tu człowiek, którego od całkowitego analfabetyzmu różniła tylko umiejętność czytania i pisania, potrafił zidentyfikować nie tylko temat pracy, ale także swoje myśli i uczucia. Potrafił też wskazać zachowania, które go popychały w kierunku dna, potrafił wskazać krzywdy, jakie wyrządził swoim zachowaniem. To naprawdę dużo, był zatem obiecującym pacjentem.

            Nadszedł dzień końca terapii- Piotr opuścił ośrodek i musiał stanąć sam na sam z życiem. I tu zaczęły się schody: Podczas terapii chętnie przyjmował pomoc, dawał się terapeutom prowadzić za rączkę jak dziecko, ale nie potrafił wziąć odpowiedzialności za własne życie. Sytuację pogarszało, że mieszkał z pijącymi ojcem i braćmi, którzy nie chcieli stracić niewolnika i chłopca do bicia. Na terapii Piotrkowi mówiono, co ma robić. Teraz musiał sam sobie to zaplanować i wykonać. Korzystał z trzech form pomocy: comiesięcznych grupowych spotkań terapeutycznych, comiesięcznej wizyty u terapeuty oraz z cotygodniowych mitingów AA. Nie zdołał pokonać nałogu. Wrócił do picia, trafił do więzienia i znikł mi z pola widzenia, choć być może terapia w zakładzie karnym będzie miała większe szanse powodzenia- miał wolę poprawy. A teraz kilka słów o tym, jak wyglądał powrót do picia:

            Jak napisałem, Piotr widywał się z terapeutką tylko raz w miesiącu indywidualnie oraz raz (za to na całodniowych warsztatach) grupowo. To dla niego było zbyt mało. Z przyczyn technicznych, które mają źródło w braku finansów, służba zdrowia nie jest w stanie zapewnić więcej. Nie sądzę, żeby tu dało się coś zrobić- prawdę powiedziawszy, taka Irlandia wcale nie zapewnia więcej pomocy terapeutycznej uzależnionym, niż Polska. Zabrakło więc kogoś, kto regularnie rozliczałby Piotrka z przestrzegania zaleceń terapeutycznych, kto regularnie by go motywował. Kogoś, kto by mu przypominał, że to on jest odpowiedzialny za swoje życie, że terapia, to nie cudowna pigułka, tylko wiedza, którą można wykorzystać, ale potrzebna jest ciągła praca.

            Większe możliwości miał Piotr w zakresie mitingów AA- w okolicy jego miejsca zamieszkania były aż trzy tygodniowo- on wybrał jeden z nich. Nie chcę tu rozstrzygać, czy to mało, czy dużo. Anonimowi Alkoholicy, to tylko grupa wsparcia, która służy do tego, by pokazać, że dookoła jest pełno ludzi, którzy nie piją. Ludzi, którzy zmagają się z problemami, często większymi niż my, a mimo to pozostają w trzeźwości. Funkcję takiej grupy wsparcia może spełniać każdy człowiek, który nie pije. Każdy człowiek, który spotyka się z uzależnionym w miejscu wolnym od nałogu i motywuje chorego do podjęcia zmagań z życiem. Nie tylko z uzależnieniem- uzależnienie, to tylko część życia chorego. Niestety, grupy wsparcia nie mają walorów terapeutycznych- tam nie ma fachowego doradztwa, jak wziąć odpowiedzialność za życie, jak je planować, by się ustrzec największych pułapek uzależnienia. Do samego ruchu AA prywatnie mam największe pretensje o to, że wprowadzają pierwiastek „cudów na kiju”- tam non stop mówi się o zaufaniu jakiejś sile większej od nas samych, a brakuje wprowadzenia pojęcia odpowiedzialności za swoje życie. Kiedyś rozmawiałem z chirurgiem- alkoholikiem, który jest prowadzącym mitingi AA. Opowiadał mi z entuzjazmem o jakimś alkoholiku, który będąc ateistą, by znaleźć sobie „siłę wyższą” na spotkaniu abstynenckim w Licheniu znalazł sobie kamyk, do którego się modlił. Uwierzcie mi, nie wiedziałem, czy parsknąć śmiechem, czy zakląć. Wykształcony facet bredzi o jakichś pierdołach i gloryfikuje modlitwę do kamyka. Od razu mi przyszedł do głowy „kamyk z JELENIEJ GÓRY” z  komedii „Miś”..., oczywiście z „JASNEJ GÓRY..., pan wie, kto po nim stąpał”.

            Piotr szukał pomocy, ale szukał czegoś, co go nie mogło uzdrowić. Szukał osoby, bądź siły, która go przeprowadzi przez życie. Życie polega jednak na tym, że to my, jako osoby dorosłe, musimy sobie zaplanować drogę i po niej pójść. Przewidzieć zagrożenia i je ominąć. Zaplanować działania przynoszące nam zyski, zaplanować odpoczynek, dbałość o zdrowie. Piotrek chciał, by ktoś to robił za niego. Sądzę, że mitingi AA w jego przypadku zaszkodziły mu, gdyż spodziewał się po nich recepty na życie. Nie traktował ich tak, jak powinien, nie traktował ich jak spotkania z ludźmi w podobnej sytuacji jak on, które dawało mu szansę na życie społeczne z dala od alkoholu. On oczekiwał poprowadzenia za rękę, a gdy się zorientował, że nikt go nie poprowadzi, zaczął opuszczać mitingi. Potem odpuścił również spotkania terapeutyczne i został sam ze swoimi katami: ojcem- alkoholikiem i braćmi- również alkoholikami, którzy traktowali go jak niewolnika.



poniedziałek, 18 lutego 2013

            Przy okazji każdej dyskusji o receptach na poprawę kondycji naszej gospodarki, do białej gorączki doprowadzają mnie teorie o zachęcaniu pieniędzmi państwowymi do reprodukcji. Ostatnio nawet pewien zbawca Polski miał powiedzieć, że rodzenie dzieci powinno stać się modne. O dziwo, najwięcej na temat potrzeby nakręcenia rozmnażania drą japy bezdzietni o wystarczająco wysokich dochodach, by utrzymać rodzinę: Jarki Kaczyńskie, proboszcze, biskupy i arcybiskupy. Chcą zakuć Polskę w „łańcuszek szczęścia”, obiecując dochody z podatków płaconych przez spłodzonych obywateli (byle nie in vitro!- nie wiem, czy planują zwolnienia podatkowe od tej grupy ludzi, ale in vitro jest be, bo dotyczy ludzi, którzy chcą mieć dzieci, a naszym reformatorom chodzi o takich, którzy nie dojrzeli do tego, ale może dadzą się przekupić).

            Sytuacja wygląda tak: Dzieci trzeba najpierw wychować i wykształcić. Jest to jakieś ćwierć wieku łożenia na obywatela. Później ten obywatel powinien znaleźć legalną pracę w Polsce, jeżeli chcemy, by się dorzucał do systemu emerytalnego. Do tego dochodzi wydłużenie życia (od roku 1991 średnia długość życia w Polsce wzrosła z 71 do 76 lat- oznacza to dłuższe o 30% pobieranie emerytury, a będzie się ono wydłużać, bo rozwija się medycyna, umiemy leczyć coraz więcej chorób, a będziemy umieć więcej). Przy okazji, wzrosną nakłady na medycynę- w końcu umiemy więcej leczyć, ale to kosztuje.

            Następuje jednak moment, w którym przychodzi PAN POPULISTA i mówi: „rozmnażajcie się, a wasze dzieci was utrzymają”. Typowy język oszustów z łańcuszków szczęścia: „Najpierw tylko wychowaj dziecko, a później możesz leżeć do góry ptakiem, bo pieniądze będą robić na ciebie dzieci”. Czyż nie tak działają wszelkie łańcuszkowe firmy akwizytorskie? Zapłać nam symboliczne wpisowe na prowadzenie księgowości, wykup pakiet, przyprowadź kilku takich samych leszczy, jak ty, a potem to oni będą robić na ciebie. Łańcuszki szczęścia mają to do siebie, że się szybko kończą, bo rynek nie wytrzymuje nakładów rosnących w postępie geometrycznym. Dopóki żyliśmy w społeczeństwie słabo rozwiniętym, a Polskę na zmianę pustoszyły klęski wojen i epidemii, dzietność była duża, bo jeżeli dzieciak oparł się epidemii, to zginął na wojnie, więc potrzeba było mieć sporą gromadkę, żeby któreś z dzieci dożyło starości. Mam w związku z tym zapytanie do naszych uzdrowicieli gospodarki poprzez rozpłód za publiczne pieniądze: Czy planują państwo jakąś eksterminację ludności Polski, czy tylko chcecie dorwać się do koryta, nachapać się, rozwalić do imentu finanse publiczne i załapać się na emeryturkę, jako pierwsi z łańcuszka szczęścia, dla których kasy wystarczy?

            Nieszczęściem systemów emerytalnych współczesnych państw jest to, że ze zdrowych, niegdysiejszych systemów SAMODZIELNEGO oszczędzania na WŁASNĄ PENSJĘ EMERYTALNĄ, przeszliśmy na utrzymanie emerytów ze składek płaconych przez pracujących. Reforma emerytalna z 1999 roku próbowała to uzdrowić, rezerwując 20% składek na siebie samego, jednak okazało się, że z samych składek na ZUS nie jesteśmy w stanie spłacić emerytów, którzy wypracowali sobie emerytury (ze względów, o których pisałem na początku- wzrosła długość życia, wzrósł czas pobierania świadczeń). Jeżeli ich jednak w końcu nie zaczniemy stopniowo spłacać i przechodzić na odkładanie dla siebie samych, wcześniej czy później doprowadzimy do zapaści- i to takiej na amen, gdzie emeryci naprawdę zaczną umierać z głodu!

            Jeżeli widziałbym gdzieś możliwość zachęty do rozwoju demograficznego, to w polityce ulg podatkowych. Oznaczałoby to, że zachęcalibyśmy odpowiedzialne rodziny, te posiadające pracę, do posiadania dzieci, zmniejszając im obciążenia. Nie- rozdając pieniądze, a mniej zabierając. Dzięki temu unikniemy arabskiego, afrykańskiego, czy indyjskiego modelu rodziny: „Natłuc dzieci, wyciągnąć łapę po kasę od państwa, a potem niech sobie radzą same, choćby w gangach lub organizacjach terrorystycznych” na korzyść takiego planowania rodziny, by ją można było wychować i SAMODZIELNIE utrzymać.

            Na zakończenie przykład absurdalnego rozdawnictwa pieniędzy w Irlandii- ukierunkowanego na osoby z marginesu, przeznaczające zasiłki na przećpanie i przepicie:

            Mój znajomy jest inżynierem (zdaje się, że z tytułem magistra), kształcił się w zakresie technologii telekomunikacyjnych. Teoretycznie nie powinien mieć problemów z pracą, ale zbyt długo odkładał decyzję o powrocie do zawodu, gdyż miał dość dochodową pracę fizyczną. Wreszcie wypadł z rynku pracy, a zdrowie nie pozwoliło mu na kontynuację tej konkretnej pracy fizycznej, choć nie dało uprawnień do renty. Postanowił, że odłożone pieniądze przeznaczy na studia (tutaj jest jakiś dziwny system edukacji, po każdym roku można dostać wyższy szczebel, a jemu chodziło o to, by dostać byle dokument poświadczający jego zdolności intelektualne- resztę by miał w papierach z Polski). Gdy tutejszy „Socjal Welfare” (czyli urząd mający pod opieką szeroko pojęty „socjal”) dowiedział się o jego studiach, wstrzymał mu wypłatę zasiłku dla bezrobotnych twierdząc, że skoro ma kasę na studia, to nie potrzebuje kasy od państwa. DEBILE, bo inaczej ich nie zamierzam po tej decyzji nazywać, uznali że gdyby mój kumpel ćpał, walił tanią szkocką whisky i zapijał to Guinessem, to by warto było dawać mu socjal. Jeżeli jednak facet chce za własną kasę sfinansować naukę, by móc pracować i płacić podatki, zamiast brać zasiłek, to mu to uniemożliwili, zatrzymując socjal. Mieli w dupie, że ma żonę i rocznego synka. Oni chcą rozdawać kasę panom żulom i paniom żulinkom, bo oni rozpieprzają kasę, więc NIE MAJĄ, więc SĄ CACY. Jeżeli ktoś nie przepija zasiłku, nie wydaje na narkotyki, tylko chce opłacić studia, TO JEST BE, BO ON MA PIENIĄDZE!!! I trzeba go udupić, a jak już zacznie chlać, to będzie mu można dać, bo wtedy to on będzie super gość- bez kasy, więc mu się będzie należeć! Pieprzona komuna!!!

            A wiecie, co się stanie, jak już będą mieli w Irlandii tylu pogrążonych w patologii obywateli, że państwo w żaden sposób nie będzie mogło udźwignąć wypłacania im zasiłków? A obetną im je, mówiąc że muszą, bo nie ma kasy! Już się to dzieje: Od trzech lat regularnie coś jest obcinane. I nie ma żadnej dyskusji. Tyle, że znowu komunistycznie: wszystkim tną po równo! Dlaczego? Bo nie zachęcają obywateli do wyjścia z bezrobocia, więc zwłaszcza rodziny z kilkorgiem dzieci z samego strachu, że odebrana im zostanie pomoc państwa, wolą nie robić nic, co może im ułatwić znalezienie pracy.



środa, 13 lutego 2013

            Stało się: Kaczyński nie zważając na własną śmieszność, zgłosił wniosek o konstruktywne votum nieufności dla rządu i zaproponował swojego „premiera technicznego”, profesora Piotra Glińskiego. Pamiętając pseudo- debaty ekonomiczne (pseudo, ponieważ nie zaproszono do nich przedstawicieli rządu, dysponujących najbardziej szczegółowymi danymi) towarzyszące przedstawieniu profesora szerszej publiczności, domyślam się, że nastąpi ich powtórka, dobrze więc będzie, jeżeli widzowie, czyli my, zapoznamy się z pewnymi faktami gospodarczymi, żeby nie łykać pierdół serwowanych nam przez propagandzistów PiS (mam przekonanie graniczące z pewnością, że przedstawienie się odbędzie, chociażby po to, by udawać, że Gliński jest ekspertem niezależnym, a nie pacynką Kaczyńskiego).

            Fakt: Europa i Polska cały czas zmagają się z kryzysem. Kryzys (w dużym skrócie) jest wynikiem drastycznego spadku popytu na towary i usługi. Wynika on z tego, że  konsumenci w dużej mierze finansowali swoje zakupy kredytami, które teraz muszą spłacać. Nikt im nie da nowych kredytów, bo już spłata tych obecnych stanowi dla nich problem. Oznacza to, że każdy konsument, zamiast przeznaczać część swoich dochodów na zakupy i inwestycje, oddaje je bankom. Pieniędzy na rynku jest więc mniej z dwóch powodów: Nie ma już tyle gotówki pochodzącej z kredytów, a część dochodów pożera ich spłata.

            Zatrzymajmy się przy tym: Polska stosunkowo łagodnie (w porównaniu do innych krajów) odczuła kryzys, więc raz pójdźmy po rozum do głowy i podziękujmy profesorowi Leszkowi Balcerowiczowi. To dzięki twardej polityce NBP w czasie, gdy był jego prezesem, nie wprowadzono zachęty do brania nadmiernej ilości kredytów, utrzymując stopy procentowe na takim poziomie, by nie zapanował hurraoptymizm kredytowy. Ocaliło to wielu konsumentów przed działalnością na kredyt, która w dobie kryzysu groziłaby bankructwem (Właśnie teraz trzeba by było spłacać kredyty- powiecie, że i tak trzeba? No właśnie, a co dopiero by było, gdyby klientom puściły hamulce i zadłużyli się, jak Grecy lub Irlandczycy?!). Jest tu i zasługa tak krytykowanego schładzania gospodarki. Co się dzieje, gdy nie zostanie ona w porę schłodzona? Świetnie to widać na przykładzie przegrzanego irlandzkiego budownictwa: Nabudowano domów na kredyt i teraz nie ma w nich komu mieszkać. Oznacza to, że stoją puste i nie przynoszą zysku, jednocześnie marniejąc. Bez znaczenia jest, czy deweloper zdążył się ich pozbyć, czy nie, gdyż to tylko kwestia, czy zadłużył się prywatny obywatel, czy firma. Musi spłacić dom, nie ma zysku z wynajmu/ sprzedaży, ma kłopot ze spłatą kredytu, nie dostanie nowego kredytu, dopóki nie spłaci tego, nie ma pieniędzy na zakupy i inwestycje, bo spłaca kredyt.

            Fakt: Brakuje kapitału.

            Gospodarkę można finansować na kilka sposobów:

            -Kredytami

            -Zyskiem z działalności gospodarczej

            -Za pomocą inwestorów zagranicznych.

            Ponieważ możliwości sprzedaży ogranicza kryzys, a z powodu zadłużenia, zdolności kredytowe nam mocno spadły, pozostaje zachęcenie inwestorów zagranicznych- niech oni się martwią co zrobić, by zwiększyć sprzedaż i obronić zainwestowany kapitał. Problem w tym, jak ich zachęcić, bo każdy kraj regionu ma podobną zagadkę do rozwiązania.

            Gorąco zachęcam do przysłuchiwania się i pilnowania tego, co mówią wszelkiej maści populiści z Jarosławem Kaczyńskim na czele. Pamiętajmy o tym, że wszelkie pomysły typu: „WPROWADZIĆ PODATEK BANKOWY”, „WPROWADZIĆ PODATEK OD DUŻYCH FIRM HANDLOWYCH”, które proponował Wielki Strateg PiS, to wyganianie zagranicznego inwestora. Jeżeli tak mu pilno do władzy, niech zrobi wysiłek umysłowy i poda propozycje, które przyciągną inwestorów- będzie jakiś pożytek z opozycji, może coś rzeczywiście będzie można wykorzystać dla dobra Polski.

            Na zakończenie jeszcze jedna uwaga: patrzmy na ręce także rządowi. Nie sądzę, by dało się łatać finanse kolejnymi podwyżkami podatków, trzeba raczej popracować nad ich ściągalnością. Mam tu na myśli ewentualne podwyżki VAT i akcyzy, zwłaszcza na paliwo i samochody, których konsumenci mogą nie wytrzymać. Szczęśliwie nikt nas nie straszy podwyżką CIT, bo to byłoby prawdziwe samobójstwo, ale sugeruję mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Jeżeli mógłbym coś sugerować rządowi, to zastanowienie się nad poprawą ściągalności kar nałożonych na nieuczciwych przedsiębiorców (zwłaszcza zagranicznych), ba, nad możliwością nałożenia takich kar (mam dosyć znikających chińskich wykonawców autostrad oraz wszelkiego tego i owego).



22:34, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

 

            Nie od dziś da się zauważyć w Kościele Rzymsko Katolickim podział na umysły postępowe i konserwatywne, przy czym „konserwatywne” należy rozumieć, jako sekciarskie, gdzie dominuje tępe wazeliniarstwo wobec guru, zabobonny lęk przed krytyką postępowania duchownych, praktycznie nie posiadający żadnych granic (bo jak można nazwać traktowanie n.p. duchownych zbrodniarzy winnych pedofilii, jak niewinne ofiary, natomiast ofiary zboków w sutannach, jak stronę „zajadle atakującą Kościół”). Jednym z filarów podejścia sekciarskiego było dożywotnie nadanie boskich cech co bardziej popularnym przywódcom religijnym. Świetnie to było widać, gdy poprzedniemu papieżowi, przypisywano „jasność umysłu” nawet w momentach, gdy choroba sprawiała, że większość czasu spędzał między łóżkiem, szpitalem i kiblem, kiedy to nie był w stanie prowadzić jasnego ciągu myślowego podczas homilii, a wierni uznawali te zaburzenia, jako „wzruszające wspomnienia z lat młodości” (patrz- wspomnienia kremówek albo opis tras górskich wycieczek). Tak się składa, że moja babcia cierpiała na chorobę Parkinsona i wiem, jak wyglądają niektóre z zachowań charakterystycznych dla chorego. Między innymi, podobnie jak Jan Paweł II, ni z gruchy, ni z pietruchy, wspominała sytuacje z dzieciństwa- tyle że ja nie byłem tym wzruszony, ale przerażony sytuacją, gdy osoba o do niedawna jasnym umyśle, teraz gubi wątek i przeskakuje w czasie i temacie rozmowy. Dziś nastąpił przełom.

            Papież Benedykt XVI, jako pierwszy papież od czasów średniowiecza, ogłosił decyzję o abdykacji, wynikającą ze stanu swojego zdrowia. Przypomnę, że jeszcze jako kardynał Ratzinger, podawał się do dymisji z zajmowanego wówczas wysokiego stanowiska, motywując prośbę stanem zdrowia, lecz prośby były odrzucane przez ówczesnego papieża, Jana Pawła II. Decyzja Benedykta XVI wywołała burzę: Już pierwsze komentarze określają ją, jako „SZOK”. Oczywiście w Polsce, jako jeden z pierwszych, skomentował to red. Terlikowski słowami: „Szczerze mówiąc, nie wyobrażałem sobie, że to jest możliwe”. To dla mnie idealnie oddaje sposób myślenia sekciarskiej frakcji w Kościele. Oni nawet nie wyobrażają sobie tego, jak to jest możliwe, że człowiek zdający sobie sprawę z niemożności sprawowania władzy, nie chce być kukłą w rękach sprawniejszych od siebie i odchodzi na emeryturę.


            W przeciwieństwie do tępych sekciarzy, ja znakomicie rozumiem papieską decyzję. Przebyłem ciężką chorobę i wiem, że jeżeli człowiek jest w stanie myśleć tylko o tym, jaką pozycję przyjąć, by ból był jak najmniejszy, kiedy zastanawia się, czy wpompować w żyłę kolejną porcję morfiny, by uśmierzyć ból, czy też raczej poczekać, by nie utracić przytomności, nie narażać się na koszmary narkotyczne lub inne nieprzyjemne efekty uboczne działania narkotyku, to ciężko podejmować się wypełnienia poważnych obowiązków lub chociażby firmowania ich własnym nazwiskiem. Prawdę mówiąc, TO JA SOBIE NIE WYOBRAŻAM, jak można było przez tyle stuleci prowadzić politykę dożywotniego sprawowania władzy w Watykanie.


            P.S.

            Przepraszam za nieregularność w publikacji nowych notek i komentarzy oraz za nieobecność na zaprzyjaźnionych blogach- chwilowo jestem przytłoczony pracą, mam kłopot z przestawieniem na tryb „praca w rozjazdach”.




14:19, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
niedziela, 03 lutego 2013

            Siedzi na parkowej ławeczce, patrząc na małe dziewczynki, ma brudne zamiary. Gluty ciekną mu z nosa, a zatłuszczone paluchy wyciera w swe łachy. Susząc się w zimnym słońcu spogląda na koronkowe majteczki. Hej, Aqualung! Czuje się jak zdechły kaczor, wypluwając kawałki złamanego szczęścia. Hej, Aqualung! Padające na przechadzającego się starca promienie słońca są zimne, a on zabija czas w jedyny znany sobie sposób. Noga boli go paskudnie, gdy schyla się po resztki rzucone psom. Wchodzi do bagna i ogrzewa stopy. Czuje się samotny, choć „armia” znajduje się nieco w górę ulicy- pomoc, która jest teraz w modzie, kubek herbaty.... Aqualung, przyjacielu! Nie zrywaj się nerwowo do ucieczki, biedny, stary pierniku, widzisz...? To tylko ja!

            Czy ciągle pamiętasz mglisty, grudniowy mróz, gdy lód, co kurczowo wczepił się w twą brodę stał się krzykiem agonii? A ty łapałeś dźwięcznie ostatni oddech wydając odgłos nurka głębinowego? A wiosną kwiaty rozkwitły, jak szalone!

 

            Czterdzieści dwa lata temu dobiegała końca praca przy nagrywaniu jednego z najciekawszych albumów brytyjskiego rocka zawierającego jedenaście mocnych kompozycji, zagranych przez prawdziwych muzyków. Mocnych również, a może zwłaszcza, dzięki stronie tekstowej. Chyba po raz pierwszy w historii, ktoś tak dosadnie zwrócił uwagę na istnienie ludzi wykluczonych. Aqualung, to tytułowy bohater, jego przydomek wziął się prawdopodobnie od grających, niczym aparat nurka głębinowego płuc, choć moje myśli krążą tez wokół innej koncepcji- spotkałem się kilkakrotnie z określeniem „nurek” oznaczającym bezdomnego lub biedaka, nurkującego w śmieciach w poszukiwaniu pokarmu lub innych rzeczy mogących mu pomóc. „Armia” z tekstu, to „Armia Zbawienia”-  protestancki odłam metodystów, zajmujący się pomocą bezdomnym i skrajnie ubogim. Wracając do zawartości tekstowej płyty: Ian Anderson pisał o bezdomnym Aquelungu, pisał o złodziejce bogatych „Zezowatej Mary”, która rozdawała zdobycz biednym, pisał o życiowych pechowcach, choć niech Was nie zmyli nazwa „pechowiec”- w Polsce to słowo nosi w sobie element współczucia, ma lekkie zabarwienie pozytywne podczas, gdy na Wyspach loser jest określeniem człowieka, który przegrał swe życie na własne życzenie- to słowo ma zabarwienie wyraźnie negatywne.

            To podejście do tematyki było czymś nowym. Do tej pory ludzie wykluczeni byli spychani na margines twórczości, bądź też ich życie było koloryzowane przez twórców. Robiono z nich często niewinne ofiary bezduszności ludzkiej. Ian Anderson uniknął tego przekłamania: on nie próbuje wmawiać, że nędza wzięła się bez udziału swoich ofiar. Jednak mimo to mówi o nich, jak o ludziach, którzy mają swoje historie, swoje serca i rozumy. Pokazuje, że oni sami nie potrafią znaleźć ratunku nawet, jeżeli jest on o krok, że ktoś musi im jeszcze wskazać drogę. Jeżeli tego nie zrobimy, będą popełniać swój błąd na okrągło i nikomu nie wyjdzie to na dobre z ludźmi sukcesu włącznie.

            W przetasowanym szaleństwie oddechu lokomotywy biegnie ku śmierci na łeb, na szyję wieczny przegrany. Czuje parę przełamującą złomowane tłoki, buchającą mu prosto w twarz. Stary Charlie ukradł uchwyt (hamulca bezpieczeństwa- sugestia Wolanda) i pociąg się nie zatrzyma. Zwolnić nie ma jak! Widzi swoje dzieci wyskakujące jedno po drugim na stacji, widzi swoją kobietę zabawiającą się w łóżku ze swoim najlepszym przyjacielem. Pełznie na kolanach przez korytarz. Stary Charlie ukradł uchwyt i pociąg się nie zatrzyma. Zwolnić nie ma jak! Słyszy ciche wycie wyłapywanych upadłych aniołów, a wieczny zwycięzca trzyma go za jaja. Podnosi Biblię otwartą na pierwszej stronie. Stary Charlie ukradł uchwyt i pociąg się nie zatrzyma. Zwolnić nie ma jak!

 

            Możemy, oczywiście że możemy się odwracać i udawać, że ich nie ma. Skazać ich na powolną śmierć, ale pamiętajmy: Zezowata Mary czyha na nasze portfele, a Aqualung obserwuje nasze dzieci, wcale nie mając czystych intencji. Nikomu to nie wyjdzie na dobre. Nie mamy ich w dowodzie, nie odpowiadamy za nich, ale możemy dać im szansę nauczyć się naszego życia. Wybór należy do nich, ale jeżeli zechcą się uczyć, opłaci nam się podjąć wysiłek nauczania. Jeżeli nie- ich pociąg pędzi i nie ma jak zwolnić, ale niech mają szansę wyboru.

            Czasem czuję się bardzo zmęczony powtarzaniem do znudzenia, że ludziom wykluczonym nie wolno mówić, że wybrali fajną drogę. Ich droga nie jest fajna. Nie wolno im pomagać w podążaniu tą drogą. Czuję się też zmęczony powtarzaniem, że pokazanie tym ludziom, że nie odtrącamy ich, jest nie tylko aktem miłosierdzia, ale i leży w naszym interesie. Jeżeli nie trafia do nas argument człowieczeństwa, niech trafi argument bezpieczeństwa- bieda i patologia są zaraźliwe, grożą nożem w brzuchu, a nawet rewolucją. Tylko musimy pamiętać, że nie zlikwidujemy biedy i patologii, dostarczając do szalonego pociągu jedzenie, pieniądze i wszystko, co do życia potrzebne. Możemy tylko wyciągać z tego pociągu ludzi chcących się uratować. Jestem zmęczony powtarzaniem, ale z drugiej strony, nic innego nie chce mi przez gardło przejść. Nie będę milczał, gdy jakiś komuch chce pakować środki do życia do pociągu pędzącego na zatracenie, poprawiać komfort w tym pociągu, budować dworce i poczekalnie, reklamować go, ale też i nie będę milczał, gdy ktoś namawia, by się odwrócić i udawać, że ten pociąg nie istnieje, nie pomagając wydostać się z niego tym, którzy tego chcą, a wręcz zapraszać do wejścia na pokład, sprzedając bilety. Płyta „Aqualung” kończy się słowami:

            (...)Więc do mojego starego dyrektora (i każdego, kogo to obchodzi): Zanim przez to przejdę, opowiem wam o swoich modlitwach- Cóż..., możecie mnie ekskomunikować w drodze do mojej „szkółki niedzielnej” i dać te wiersze biskupom do poprawki. Nie wierzę wam, zrozumieliście to całe diabelstwo opacznie, ON nie jest typem, któremu trzeba nawijać co niedziela.

 

            (...) A może świat jest nieskończenie zawiłą partią szachów, którą w chwili szalonej nudy gra Pan Bóg z Diabłem, dając mu dla zabawy olbrzymie fory, olbrzymie fory, olbrzymie fory?

Witkacy.

 



Tagi