RSS
piątek, 27 lutego 2015

            (...)Tylko..., znaczy nie wiem, bo ja nie słyszałem piosenki i chciałem powiedzieć kilka słów na jej temat...

Stanisław Tym, jako kaowiec z filmu Rejs.

            Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem.

Zdzisław Maklakiewicz, jako inżynier Mamoń z filmu Rejs.

 

 

 

            Polski film zdobył wreszcie "Oscara" w kategorii "Najlepszy film nieanglojęzyczny". To największy, komercyjny sukces polskiej kinematografii. Jak to zwykle przy takich okazjach bywa, największy ryk zawodu podnieśli wszelkiej maści kaowcy, którzy filmu nie widzieli, lecz chcieli powiedzieć na jego temat parę słów lub też Mamonie, którzy film widzieli po raz pierwszy, a przecież podoba im się  tylko to, co już widzieli. By nie być gołosłownym: Niejaki  Wipler, poseł na Sejm, z wzruszającą szczerością analfabety dumnie twierdzącego, że do szkoły nie chodził i się nie wybiera, rzekł był to samo o filmie "Ida" (Nie widziałem, nie pójdę, czekam na oklaski). O tyle mnie to nie dziwi, że znając zainteresowania posła- w szczególności dyskoteki i alkohol- nie wysiedzi w kinie, ożłopie się, siusiu mu się zachce, wyjdzie z sali i nie wróci, bo taka dawka kultury może być dla niego nie do przyjęcia. Cóż..., musu nie ma...!

            Dalej niż Przemysław Wipler poszedł portal "Polonia Christiana", głośno histeryzując tymi słowy: "nie chcemy tego Oscara". Nie wiem, jak uspokoić "dziennikarzy" z tego egzotycznego portalu. Może po prostu mamusia im powinna wytłumaczyć, że oni żadnego "Oscara" nie dostali i przez czas jakiś im to nie grozi, najpierw trzeba skończyć odpowiednią szkołę i wziąć się do roboty.

            Głupawka pseudoprawicy przekroczyła po Oscarze dla Idy wszelkie granice, wynikające z ich skrajnego braku wiedzy. "Pseudo-", bo nie wystarczy drzeć ryja, że się jest prawicowcem, by nim być. Padały słowa "tylko świnie siedzą w kinie", czy "żydowski film nagrodzony przez Żydów". O tyle to ciekawe, że odsłania zawiłości impotencji umysłowej pseudoprawicowego luda, który gdyby rozumiał to, co się dzieje w filmie, musiałby zauważyć, że tytułowa Żydówka Ida, wybiera zakonne życie w katolickim klasztorze, choć mogłaby przejąć spadek po żydowskiej ciotce- zbrodniczej stalinowskiej prokurator zwanej "krwawą Wandą", która nie wytrzymując ogromu swych win, popełniła samobójstwo. Nic jej nie broniło korzystania z uroków życia i młodości, za wyjątkiem moralności, która popchnęła ją za klasztorną furtę. Zostawmy jednak nierozgarniętych i zajmijmy się nieco bardziej poważnymi "krytykami".

            Prezes Jarosław Kaczyński stwierdził, że cieszy się jako Polak, choć cieszyłby się bardziej, gdyby Oskara dostał film o rotmistrzu Pileckim. W podobnym tonie wypowiadał się dziennikarz "Rzeczpospolitej", Michał Szułdrzyński, który sugerował, by wywierać presję na robienie filmów "zgodnych z polską polityką historyczną". Oj, wujek Putin by się ucieszył, że ma tak pojętnych uczniów- i to "we wrogiej Polsce"! Cóż mogę na to powiedzieć? Przypomnę obu panom, że póki co, polscy filmowcy nie zrobili filmu o rotmistrzu Pileckim, więc choćby z tego powodu nie można go było nagrodzić, a filmy robione na polityczne zamówienie, śmierdzą klęską na odległość! Weźmy takiego Antoniego Krauze, który tworzy film z gatunku "paranoid fiction" o wdzięcznym tytule "Smoleńsk" (reżyser zdradził tyle fabuły, że poczułem się uprawniony do użycia takiej nazwy). Czort raczy wiedzieć, dlaczego wziął się za gniota politycznego, a nie za film o bohaterskim Pileckim, za to obserwując reakcje na takie filmy, jak "Miasto 44", "Kamienie na szaniec", "Pokłosie", czy "Ida", domyślam się, dlaczego inni twórcy boją się tych tematów. Po prostu wiedzą, że mieliby na szyi pętlę zaciskaną przez pseudoprawicę, domagającą się żenującego panegiryka w miejsce traktatu o dramatycznych i ciężkich wyborach moralnych Polaków z czasów okupacji niemieckiej i sowieckiej. Innymi słowy: etyka i sztuka musiałyby ustąpić miejsca interesowi politycznemu sponsorów. To dlatego twórcy uciekają od tego tematu. Mam obawy, że skończy się tak, jak z filmem o życiu bohaterskiej pani Sendlerowej, której historię opowiedzieli hollywoodcy filmowcy.

 

 

16:49, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (24) »
piątek, 20 lutego 2015

            Wszystkich czytelników proszę o odrobinę cierpliwości- potrzebuję tygodnia, może dziesięciu dni, za trzy godziny wylatuję do Polski i tam mam w planie podarować sobie trochę nieba, więc nie znajdę czasu na sieć.

Pozdrawiam

-Woland.

09:51, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (7) »
sobota, 14 lutego 2015

            Wyobraźmy sobie, że zatrudniliśmy człowieka na stanowisko kierownika fundacji zajmującej się zbiórką pieniędzy na schronisko dla zwierząt, a tu nagle dowiedzieliśmy się, że człowiek ten aplikuje o posadę kierownika miejscowej ubojni bydła i trzody chlewnej, jest z zamiłowania myśliwym, a w przeszłości był dobrze prosperującym hyclem. Coś czuję, że wobec zatajenia tych faktów (choć nie ma prawnego zakazu), zerwalibyśmy kontrakt z mocą natychmiastową. To samo by się stało, gdybyśmy zatrudnili do gimnazjum nauczycielkę wychowania fizycznego, podpisalibyśmy roczny kontrakt, a wieczorem zobaczylibyśmy ją na plakacie reklamującym lokal z tańcem erotycznym.


            Praca w niektórych instytucjach finansowych koliduje z grą na giełdzie, określone ustawą stanowiska państwowe kolidują z zasiadaniem w zarządach spółek. Każdy aplikujący o pracę wie, że nie wszystko będzie mu wolno. Jeden Paweł Kukiz urwał się z choinki i za spisek uważa zerwanie z nim kontraktu na płytę przez firmę Sony Music Polska i udaje, że nie rozumie, że ten koncern ma swoje zasady, między innymi nie angażuje się we wspieranie jakiejkolwiek strony politycznej. Kukiz oczywiście coś tam bredzi o mackach systemu, a wyobraźni mu nie starcza na ogarnięcie problemów, jakie może mieć firma na okoliczność ewentualnych pozwów. Przecież każda działalność SMP w strefie ewentualnych wpływów Kukiza rodziła by podejrzenia nieczystej gry. Poza tym, chodzi też o sprawy czysto biznesowe. Sam Kukiz mówi, że Borysewicz, z którym nagrywał płytę, prosił go, by się nie wygłupiał, bo cala praca pójdzie na marne, a Pawełek miał w dupie kumpla i muzycznego partnera, bo parcie na władzę wyłapał. Czy ten osobliwy kandydat na prezydenta naprawdę posiada takie ograniczenia, że nie ogarnia ogromu zniechęcenia, jakie na dźwięk jego nazwiska pojawia się u jego dawnych fanów? To jest taki sam odruch, jak na widok reklam przerywających ciekawy film. Oczywiście można się rozpłakać i zwalać na „system”, ale można też stanąć twarzą w twarz z faktami: ode mnie jest dużo dalej do „systemu”, niż od Pawła Kukiza, który jest przecież lokalnym politykiem, a jednak przechodzi mi cała ochota na śledzenie jego dokonań artystycznych. Nie wierzę, że pan Paweł nigdy tak nie miał, że na widok jakiejś postaci, chciał przełączyć odbiornik na inny kanał. "Ten system musi upaść, teraz i zaraz! Śpiewamy na koncercie w koszarach!"


            Skoro jestem przy wokalistach, to w ostatnich dniach głośno było o Natalii Niemen, córce Czesława, która uznała się za upoważnioną, by piosenkę swojego ojca, piosenkę- symbol, głęboko zakorzenioną w sercach Polaków, ubabrać w konflikt PiS- reszta świata. Ponoć została w sieci brutalnie zhejtowana, co mnie nie dziwi, zważywszy na to, jak brutalnie jest traktowana Kasia Tusk, której jedyną winą jest to, że jest córką Donalda Tuska, bo od polityki trzyma się z daleka i nie daje się sprowokować do wejścia w to szambo. Natalia wskoczyła w nie z własnej woli. Miała prawo, ma też prawo ponosić konsekwencje swoich decyzji. Ale ja nie o tym: Ponieważ nigdy wcześniej mnie nie korciło, by słuchać pani NN, postanowiłem to nadrobić. Ona nie jest złą wokalistką, ale „Dziwny jest ten świat” nie powinno się śpiewać z manierą Chylińskiej. Pani Natalia wyczyniała jakieś gardłowo- nosowe tricki, skracając słowa tam, gdzie trzeba było je po prostu czysto wyciągnąć do końca. Podobny błąd robi w innym utworze ojca „Trąbodzwonnik”. Chylińska mogła sobie pozwolić na taki trick, śpiewając swoje teksty zbuntowanej dziewczyny- miało być autentycznie i emocjonalnie- niekoniecznie doskonale, więc i tak było. Natomiast Natalia Niemen śpiewając piekielnie ciężkie piosenki ojca, nie jest chroniona wykrzykiwaniem swojego buntu i swojej racji. Jeżeli się sięga po takie utwory, wypada mieć do zaproponowania jakąś interpretację, a nie tylko próbę zmieszczenia się w linii melodycznej, bo to jest dobre do spotów reklamowych. I tu kółko się zamyka, faktem jest, że córka sprzedała największy przebój ojca do reklamy kontrowersyjnego produktu politycznego. To może i nie powinienem się czepiać?

            Wyszła mi notka o muzykach, więc na zakończenie złożę mały hołd grupie Black Sabbath, która równo 45 lat temu wydała debiutancki album (jak doniósł mi usłużny internet, również w piątek, trzynastego). Fani tej grupy dzielą się na wyznawców Ozzy'ego Osborna- wokalisty z oryginalnego składu i wyznawców Ronniego Jamesa Dio (wokalisty z The Rainbow), który zastępował Ozzy'ego dwukrotnie. Ja należę do miłośników Ozzy'ego, wcale nie dlatego, że nie lubię Ronniego- po prostu taka zmiana stylu kultowej kapeli jest dla mnie nie do przejścia. Podobnie było, gdy z Fleetwood Mac odszedł Peter Green- co z tego, że grali bez niego świetny pop, skoro to nie była już ta grupa grająca nieco bielszego bluesa. No i tak się składa, że podobnie jak muzycy z pierwszej części notki, Ozzy mnie zawiódł, robiąc na starość z siebie i swojej rodziny muppet show life, ale mimo to, "Black Sabbath", "Paranoid" i "Sabbath Bloody Sabbath" dumnie stoją w mojej kolekcji CD i gdyby mi zginęły, kupiłbym je raz jeszcze, bo bez nich to nie byłaby moja kolekcja.


 


 

00:19, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (27) »
czwartek, 12 lutego 2015

            Mam taki apel do polskich firm próbujących walczyć z obcą konkurencją- natychmiast dotrzyjcie do autora scenariusza konwencji Dudy i go zgarnijcie, zanim inni zwęszą interes. Widzieliście jego spektakl p.t. „Nie jestem ciapą, jak prezes”? Znakomite widowisko reklamowe!


            Powiedzmy sobie szczerze: PiS znalazło kogoś z wyglądem, którego nie trzeba retuszować, żonatego, potrafiącego się uśmiechać. Na jego konwencji wyborczej było confetti, była muzyka, niezłe ponoć przemówienie. Oficjalny tytuł tej sztuki, to „Konwencja wyborcza Andrzeja Dudy- kandydata na urząd Prezydenta RP z ramienia PiS”, ale podtytuł brzmiał: „NIE JESTEM CIAPĄ, JAK PREZES”. Ponieważ jest to reklama, nie pada w niej pytanie: „TO DLACZEGO JESTEŚ MARIONETKĄ TEJ FUJARY”? Bo to promocja najwyższej próby! Z miejsca przełożyło się to na notowania. Szeroki elektorat PiS w skrytości ducha marzy o kimś, kto by nie był taką pierdołą, jak LIDER, jednak boją się o tym nawet świadomie pomyśleć. Zdradzają ich reakcje. Pamiętacie, jak szerzej nieznany Kazio Marcinkiewicz szybko stał się bożyszczem... i równie szybko, gdy prezes przestraszył się jego popularności i cofnął mu błogosławieństwa, przestał nim być? Co innego skrycie kochać drugiego, a co innego to wyznać publicznie.


            Wracając do naszej reklamy. Wszyscy wiemy, że na witrynie sklepu mięsnego namalowana jest uśmiechnięta świnka, a nie półtusza nabita na hak. O to chodzi w reklamie! Zgarnijcie tego gościa (autora scenariusza konwencji) do jakiejś polskiej firmy- on się ustawi, wy nie pożałujecie, a na dodatek będzie wolny od tego całego smrodu, który się ciągnie za tymi, którzy zbyt się do polityki zbliżyli.


 


 

23:52, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
środa, 11 lutego 2015

            Homo sovieticus, to pojęcie, które według rosyjskiego historyka i badacza ZSRR, Michaiła Hellera, stworzone zostało na potrzeby propagandy radzieckiej, a miało obrazować kolejny etap ewolucji człowieka, możliwy dzięki zwycięstwu ideologii marksistowsko- leninowskiej. Nie trzeba było długo czekać, jak nazwa ta, mająca być symbolem sukcesu rewolucji, zaczęła być stosowana ze skutkiem przeciwnym- obrazowała bowiem upadek człowieka w dyktaturze komunistycznej. Ponieważ nikt tego pojęcia nigdy nie zdefiniował, każdy kto chciał, przyjmował sobie swoją definicję. Punkt widzenia zależał tu od punktu siedzenia- inaczej widział to Rosjanin mieszkający w ZSRR, inaczej emigrant z tego kraju, jeszcze inaczej Polak z PRL. Bo jeden fakt był niezaprzeczalny: Ludzie z tego systemu byli jacyś inni- „oryginalni”- jak by to rzekł Tata Tofika.


            Dopóki mieszkałem w Polsce, uważałem że pojęcie to dotyczyło „UNYCH”, mieszkających gdzieś daleko stąd, pewnie za Uralem albo na Syberii. Chciałem wierzyć, że jesteśmy od tego wolni, że owszem, różnimy się od ludzi z zachodu, ale na plus, bo jesteśmy zaradni i potrafimy zrobić coś z niczego. Dopiero, gdy zamieszkałem na Zachodzie, dotarło do mnie, jak różnimy się mentalnie od ludzi z Europy Zachodniej. Możliwe to było dzięki temu, że tam każdy człowiek swoim zwyczajnym życiem udowadniał mi, że można inaczej. Początkowo wychwytywałem tylko objawy zewnętrzne- codzienny uśmiech ludzi stamtąd naprzeciw emigracyjnej powagi, czy spokój naprzeciw nerwowości i pośpiechu.


            Chorobliwa podejrzliwość, to jedna z pierwszych cech wschodniego charakteru rzucających się w oczy. Przykładowo: Większość emigrantów była przekonana, że jest zatrudniana na gorszych warunkach, niż miejscowi. Fantazja nie ma granic, bo nie należą do rzadkości tak absurdalne podejrzenia, jak domniemana zmowa landlorda z operatorem energetycznym w celu zawyżenia opłat za prąd. Słowo daję, mieszkałem kiedyś z ludźmi, którzy na widok rachunku tak uznali. Muszę w tym miejscu napisać, że Polacy są takim okazem przejściowym, bo gdybyście mogli obserwować Rosjan, Łotyszy, czy Litwinów- ci dopiero mają problemy! Takim skrajnym przykładem była dla mnie pewna Rosjanka, która starała się o pracę, lecz nie zgadzała się na podanie swoich danych personalnych pracodawcy, uważając że będzie je wykorzystywać w nieczystych celach. Najśmieszniejsze było to, że przecież dokumentację prowadzi się wszędzie- w każdym legalnie zatrudniającym zakładzie pracy, czy to na Wschodzie, czy na Zachodzie. Niedawno próbowałem przekonać pewną Litwinkę, że nie ma żadnego spisku w tym, że do momentu ustalenia wysokości zaliczki podatkowej, ma pobierany podatek zawyżony, a nadwyżka zostanie jej zwrócona, gdy tylko spłyną wszystkie dokumenty i potrzebne dane. I wiecie, że się nie dawała przekonać? Mogłem jej po kolei wytłumaczyć zasady podatkowe, a po piętnastominutowym wykładzie otrzymywałem pytanie „A DLACZEGO”?! I żadnym uzasadnieniem nie było dla niej, że takie jest tu prawo.

            Bywałem też zaskakiwany przez ziomali, mimo że sam jestem Polakiem wychowanym w PRL. Ot, taka błaha historyjka: Były jakieś urodziny, zeszło się trochę gości. Mając do dyspozycji służbowego vana, zaproponowałem wycieczkę w góry na drugi dzień. Towarzystwo nie wyraziło zainteresowania, zatem tylko przypomniałem, że w razie czego, wyjeżdżam o siódmej rano, więc gdyby się ktoś namyślił , to się może załapać. Pojechałem, pochodziłem, wróciłem pod wieczór. Okazało się, że prawie nikt się nie zorientował, że mnie nie ma, bo spali do południa i myśleli, że gdzieś na chwilę wyszedłem. Gdy wróciłem w pełnym rynsztunku turystycznym, jedna z koleżanek wytrzeszczyła oczy pytając

- A ty gdzie byłeś???

- W górach!

- To ty pojechałeś?!

            W oczach dziewczyny było niedowierzanie pomieszane ze zgorszeniem. Jej wzrok pytał: „Ale jak to..., wszyscy zostali, gniliśmy tu sobie w domu, a ty tak wbrew kolektywowi sam w góry...?!” Motyw żalu z podobnego powodu (znaczy się, ktoś wolał zostać w domu, więc zostawał, a chętni jechali na wycieczkę) przerabiałem kilkakrotnie. Żalu i zdziwienia, że ktoś zamiast nic nie robić, jak prawdziwy homo sovieticus, woli jednak coś zobaczyć. I nie chodzi mi tu o lenistwo, bo to jest nieobce i mieszkańcom Zachodu, może nawet częstsze niż u nas. Chodzi mi o to przekonanie, że jak jest VETO, to ma być VETO i nikt się nie może wyłamywać. Razem, pierdzistołki, razem! Tak, kolektyw rządzi (przy czym jednostki aspirujące do roli przywódcy stada, same się uważają za kolektyw i swoją decyzję traktują, jak decyzję grupy).


            A co myślicie o przekonaniu, że należy nam wszystko załatwić? Był czas, gdy miałem alergię na pytanie „Nie ma tam u was jakiej roboty?”, ale gdy odkryłem idealną w swej prostocie odpowiedź „Złóż CV!”, przestałem mieć z tym kłopot. „Wypełnij za mnie formularz, zaprowadź mnie, pokaż, gdzie to jest, zadzwoń...”, miałem kiedyś grupkę pracowników (ze Stalowej Woli- nie wiem, co takiego jest w tym mieście, aura jakaś, czy co) przekonanych, że oprócz udzielenia im pomocy w tych kwestiach, mam jeszcze obowiązek, gdy oni mi „puszczają strzałeczkę” (znaczy się, dzwonią i po pierwszym sygnale się rozłączają) oddzwonić do nich. I wydawać by się mogło, że Polacy są mistrzami Świata w narzekaniu i postawie roszczeniowej, ale nie...!!! Okazuje się, że gdy się pozna ludzi wychowanych na wschód od naszych granic, jest jeszcze gorzej! Uwierzcie mi, to naprawdę jest niemożliwe u ludzi wychowanych na Zachodzie, każdy się orientuje, że jeżeli potrzebuje pomocy, to się o nią zwraca w odpowiednie miejsce, dowiaduje się, co ma zrobić, by jej mu udzielono, podczas gdy na Wschodzie dość często przyjmuje się, że się ona należy i udzielający tej pomocy powinien się domyślić, komu ma pomóc i jak.


            Najgorsza jednak cecha charakteryzująca homo sovieticus, to niewolnicza uległość wobec silnych i okrucieństwo wobec słabych. Na przykład w pracy: pokorny robak wobec szefa i ostatnia świnia wobec młodszej koleżanki/ młodszego kolegi. Jeszcze lepiej to widać u różnej maści oszustów- robią w konia biednych i niezorientowanych (nieśmiertelne "załatwianie pracy" za kasę i również odpłatne spieniężanie czeków kolegów, którzy nie wiedzą, jak założyć konto), lecz jakoś bogatych, na których mogliby się naprawdę wzbogacić, boją się ruszyć. Inna sprawa, że właśnie to przekonanie o tym, że ktoś im musi coś załatwić, wystawia homo sovieticus na żer kanciarzy.


            Tak mnie naszło na ten smutny i żenujący temat, bo z coraz większą bezsilnością obserwuję to, co się dzieje w Polsce. Po raz kolejny, podczas rzekomo pokojowej manifestacji, protestujący atakują policjantów wcześniej przygotowaną bronią, a dopóki robią to bezkarnie, czują siłę tłumu i ich agresja rośnie, a gdy policja okazuje się dobrze przygotowana na odparcie ataku, rozbiegają się z podkulonymi ogonami, skarżąc się wszystkim świętym polityki, że „agresja policji” jest niedopuszczalna. Ponieważ mamy kampanię prezydencką, może się jeszcze okazać, że za napaść na funkcjonariusza odpowie funkcjonariusz, bo się okazał dobrze przygotowany do swojej pracy!

 

 


 

11:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 lutego 2015

            Główne ugrupowania polityczne wydają się już być zdecydowane, kogo wystawić w wyścigu do fotela prezydenckiego. Naturalnym pomysłem na komentarz wydawać by się mogła zwięzła i dowcipna charakterystyka kandydatów. Niestety, nie w Polsce, gdyż lektura takiego tekstu mogłaby się kojarzyć z lekturą książki telefonicznej. Na chwilę obecną słyszałem o następujących chętnych:

- Bronisław Komorowski,

- Andrzej Duda,

- Adam Jarubas,

- Magdalena Ogórek,

- Janusz Palikot,

- Janusz Korwin- Mikke,

- Anna Grodzka,

- Marian Kowalski,

- Grzegorz Braun,

- Jacek Wilk,

- Paweł Kukiz,

- Waldemar Deska, którego istnienie przeoczyłem, lecz czujni blogerzy mi pomogli uzupełnić info o tę jakże istotną dla polskiej demokracji kandydaturę.


            Przez chwilę miałem nadzieję, że skoro Krzysztof Kononowicz dał dobry przykład i wycofał się z wyścigu prezydenckiego, przestaniemy sobie żartować z poważnych spraw. Nic bardziej mylnego- okazuje się bowiem, że wystarczającym powodem do startu mogą być „liczne wyrazy poparcia” (gdy to usłyszałem, wymsknęło mi się „o, ja pierdolę!”- nie był to jednak „wyraz poparcia”). Równie dobrym pretekstem do zgłoszenia swej kandydatury może być dobra kondycja fizyczna, tak dobra, że jak to zapewnia jeden z kandydatów, "pozostali mieliby z nim duże kłopoty w jakiejkolwiek konkurencji sportowej, łącznie z warcabami" (tu z kolei odniosłem wrażenie, że kandydat spóźnił się ze swoją kandydaturą na „sportowca roku”, pod warunkiem rozszerzenia konkursu o sporty ekstremalne- w tym warcaby). Podobno nad startem zastanawia się Gwiżdż Janina z przeboju „Taka gmina”. Nie zaprezentuję jednak tej kandydatki, ani promującej ją, zbyt, jak na nastroje kandydatów, defetystycznej piosenki, lecz krótki fragment występu człowieka, który wyczuł swoją szansę na sukces, zapraszam.


            Podobno żyje na naszym Świecie wielu ludzi, cierpiących na nieopanowane pragnienie zaistnienia publicznego. Zgłaszają się do wszelkich konkursów, typu „Idol”, „Mam talent”, czy „Szansa na sukces” nawet, jeżeli wiedzą, że kompletnie nie mają zdolności w tym kierunku. Wolno im, choćby dla żartu. Problemem jest jednak to, że oni wcale nie żartują- są śmiertelnie poważni. Liczą, że gdzieś tam w ich bogatym wnętrzu tkwi jakaś iskra, która spowoduje eksplozję głęboko ukrytego talentu, coś, co powali jury i widzów na kolana. Tak głęboko, jak i skrycie, lecz jednak w to wierzą. Niesie to za sobą tragiczne skutki: Głębokie przeżywanie porażki, stany depresyjne, ponoć zdarzały się nawet próby samobójcze. Dla kontrastu dla tych, którzy NIE BARDZO "UMIĄ", ALE BARDZO LUBIĄ, przedstawię grupę ludzi, mającą licznych fanów na całym Świecie, choć media komercyjne od nich stronią, co jest najlepszym dowodem na to, że prawdziwym profesjonalistom niekoniecznie chodzi o to, by znaleźć się w telewizorze. Cygańska rodzina Rosenberg (tu, gościnnie występuje z nimi wirtuoz buzuki, niejaki Michael Paouris). Olbrzymi talent i mozolny trening od dziecka sprawił, że dla miłośników gitary są bogami. Jestem przekonany, że moi czytelnicy rozumieją, co chciałem przekazać kandydatom na prezydenta, natomiast złamanego grosza bym nie dał za to, że kandydaci zrozumieliby tę aluzję, gdyby tylko cokolwiek czytali (nawet tutaj nie ma pewności).

 


 

21:53, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (21) »
niedziela, 08 lutego 2015

            Skłamałbym, gdybym napisał, że piątkowa histeria, jaka miała miejsce podczas debaty nad ratyfikacją konwencji antyprzemocowej, była dla mnie zaskoczeniem. A czegóż miałbym się spodziewać po tych, którzy wieszczyli koniec cywilizacji białego człowieka (za sprawą wyboru Baracka Obamy na prezydenta USA), modlili się o deszcz, modlili się do konia i śpiewali „Sto lat” na uroczystościach rocznicy katastrofy smoleńskiej. PiS wytoczyło swojego kolubryny, z których najgłośniejsze zdawały się być posłanki Wróbel, Kempa i Pawłowicz... i tylko nie wiadomo było, na jaki temat one tak grzmią. One twierdziły, że to w temacie konwencji, ale jak słowo daję, nie wiem do którego artykułu ten swój obłęd odnosiły. Tak się bowiem składa, że w tłumie emocjonalnych komentarzy, znalazłem jeden, nadzwyczaj prosty i rozsądny, zachęcam do zapoznania się z tym głosem.

Zapraszam na blog Nitagera- kliknij tutaj- nalegam, a poniżej tłumaczę, dlaczego.

            Jeżeli o czymś dyskutujemy, warto poczytać o czym. Nitager zamieścił u siebie link do tłumaczenia tekstu ratyfikowanej w piątek konwencji. Nie wiem, co komentowali parlamentarzyści PiS, bo z pewnością nie był to tekst konwencji, chyba że się ożarli przed jego przeczytaniem grzybków psylocybków, czego nie można wykluczyć, zważywszy, że ich szef zatytułował ich ongi partią pięknych kobiet i odważnych mężczyzn- cokolwiek wtedy brał, chciałbym tego spróbować.


            To jest oczywiście tylko jedno z możliwych tłumaczeń zbiorowej paranoi posłów z klubów parlamentarnych PiS i SP. Innym możliwym może być tępe powtarzanie komentarzy do konwencji, zasłyszanych w kościele. Dlaczego tępe? A jaki mają związek ich słowa wygłoszone w Sejmie z konwencją?! Skąd jednak taka interpretacja w kościele?

 


          Sprawa jest banalnie prosta: Duchowieństwo, nie od dziś, uważa wiernych za psycholi, którzy mogą nie wiedzieć o czym mowa, ale jak trzeba kogoś zaatakować, to zrobią to z miłą chęcią. Nawet podwójnie, właśnie dlatego, że nie wiedzą o co chodzi i to powoduje u nich jeszcze większe frustracje. Zmyślam? A która z pań na zdjęciu powyżej mogła, według Was, być zaznajomiona z treścią konwencji?

 

01:55, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
piątek, 06 lutego 2015

            Ciekaw jestem, ile żab jestem w stanie przełknąć. Ostatnio jestem nimi karmiony niezwykle obficie. Na szczęście, nie dzieje się to w moim życiu prywatnym. Skoro nie tam, to pewnie się już domyślacie, że chodzi o polityczny MATRIX. Zanim jednak napiszę prosto z mostu, co mnie boli, krótkie przypomnienie, a dla wszystkich, którzy mnie od tej strony nie znają, przedstawienie moich poglądów na politykę.


            Zawód polityka uważam za niezbędny dla funkcjonowania względnie zdrowego społeczeństwa i wcale nie zakładam, że uprawianie go, degraduje człowieka. W moich oczach, to praca, jak każda inna: samo jej wykonywanie nie nobilituje, ani nie degeneruje. Wszystko zależy, jak się tę pracę wykonuje.

            Największym problemem ludzi zajmujących się polityką (zarówno reprezentantów politycznych, jak i wyborców), jest domniemanie, że praca ta polega na ciągnięciu do siebie i ustawianiu innych pod siebie. Na przedstawieniu autorytetu, którego wizji należy się podporządkować. Ja zaś śmiem twierdzić, że nawet jeżeli jest to prawda, to ta trzecia tischnerowska, czyli gówno prawda. Praca polityka polega na tym, by te niezliczone autorytety jakoś pogodzić, by nie marnować energii na to, co nas dzieli, a raczej wykorzystać to, co nas łączy, a łączy nas niewątpliwie chęć poprawy jakości życia. Dzieli zaś droga, jaka według nas wiedzie do tej poprawy. Zadaniem polityka jest znaleźć to w czym jesteśmy zgodni, że nam pomoże i to zrobić.


            Taki to ze mnie Dyzma: Trzeba zrobić tak, żeby było dobrze. Jednak mam do tego pewną paskudną cechę- zupełnie inną niż pan Nikoś- jestem głęboko przekonany, że nie istnieje perpetuum mobile, więc i polityk, na którego głosuję, nie powinien działać tak, jakby jego prawa fizyki nie obowiązywały. Nie da się niczego wyczarować, a użyć można tylko tego, co mamy (ewentualnie pożyczymy i będziemy musieli oddać z odsetkami) i co wyprodukujemy. Tłumacząc na język polski: Ideałem polityka jest dla mnie ktoś, kto potrafi się dogadać z innymi, wybrać wspólny kurs, przy założeniu, że robimy wszystko, by ominąć skały, rafy, mielizny, wiry, wodospady i inne przykre niespodzianki. Stąd też mój wybór padł na PO, bo najlepiej jej idzie dogadywanie się zarówno na naszym podwórku, jak i na arenie międzynarodowej.

            Po tym przydługim wstępie, czas na żaby, którymi mnie co jakiś czas karmi PO, a ostatnio, rękoma premier Kopacz, zdecydowanie zbyt często- jednej nie zdążyłem przełknąć, a dostaję już drugą. Zacznę od tej najświeższej, nazywa się Jan Tomaszewski, do niedawna bronił bramki PiS. O nie, nie chodzi mi o sam fakt transferu. Popatrzcie nieco wyżej, gdy przedstawiałem swój pogląd na to, jakimi cechami powinien się charakteryzować polityk i jak się ma do tego nasza przebrzmiała legenda piłki nożnej. To dokładnie typ, który politykiem być nie powinien: Ambitny, najbardziej wierzy w swój autorytet, ale dopuszcza inny, któremu będzie wierny i posłuszny, jak zawodnik trenerowi. Tylko, że polityka, to nie boisko, a i drużyn jest nieco więcej, także takich, które wydają się być poza grą, a jednak mają na nią wpływ. To nie jest polityk, przynajmniej nie w moim pojęciu! W dodatku organicznie nie cierpię ludzi, którym nic nie pasuje. No trzeba jakoś sobie życie poskładać z tego co mamy, a nie z tego, czego nie mamy! Z tego, co nas cieszy, a nie z tego, co nas wkurwia (żadne inne słowo mi tu nie pasowało)! Równie dobrym politykiem, jak Janek T., byłby autor poniższego utworu.


            Poprzedzająca Janka żaba, to położenie próby zreformowania górnictwa. Gdyby rząd premier Kopacz nie podejmował tego wysiłku, kopalnie byłyby w lepszej sytuacji, niż po porozumieniu, które było całkowicie pod dyktando związków. I nie chodzi mi o to, że zostało zawarte, lecz o to, że tam nie było żadnego kompromisu, była kapitulacja rządu i opłacenie się kontrybucją wyższych odpraw. Toż sam Piotr Duda był zdziwiony zwycięstwem, a on przecież chciał zatopić rząd- wcale go nie interesowała bitwa śląska, to miała być seria ciosów doprowadzająca do trwałego kalectwa, a tu sekundant rzucił ręcznik- stąd też natychmiastowe podchwycenie pierwszego lepszego pretekstu do następnej walki.

            Tuż przed górnikami dostałem wypasioną żabę o żartobliwie- ironicznej nazwie „Porozumienie Zielonogórskie”. Jakże niewielu komentatorów podniosło ten problem, który dla mnie był, jak uderzenie w pysk: Dwie strony (lekarze z PZ i urzędasy z Ministerstwa Zdrowia) przekrzykiwały się w zapewnianiu, że liczy się dla nich DOBRO PACJENTA, po czym podpisali porozumienie, które UTAJNILI PRZED PACJENTEM. Jak to się stało, że nikogo nie interesowało, jakie są postanowienia ugody? Dlaczego dziennikarze potulnie nabrali wody w usta i nie zadawali niewygodnych pytań? Dwa najgłośniejsze protesty ledwie zaczętego roku znalazły swój finał, ale nikt nie wie, jaki. Nie wiadomo, co uzgodnili lekarze z ministerstwem, nie wiadomo co uzgodnili górnicy z rządem. Powstał jakiś program naprawczy jakiejś spółki węglowej?

            Do tego wszystkiego, już przez większość zapomniane, a jednak przyprawiające mnie o ból żołądka decyzje personalne: Katechetka szefem MSW, Sikorski Marszałkiem Sejmu, Schetyna szefem MSZ. Nie będę tłumaczyć, dlaczego katechetka nie ma kompetencji, by szefować Policji, ale chwilkę poświęcę panom S: Stanowiska, które objęli, wymagają szczególnej dyskrecji, a tymczasem obaj panowie zdają się prześcigać błyskotliwością w sieci.

            Największą i najbardziej niestrawną żabą jest jednak to, że mimo tego wszystkiego, pozostali gracze sceny politycznej prezentują jeszcze większą niemoc koalicyjną, kompletny brak umiejętności szukania kompromisowych rozwiązań, a w dodatku wierzą w perpetuum mobile.

 


 

09:53, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
środa, 04 lutego 2015

            Zgodzicie się, że człowiekowi w momencie śmierci kończą się ziemskie problemy- z nadejściem tej chwili kłopot mają co najwyżej pozostali przedstawiciele naszego gatunku. Odnoszę wrażenie, że to samo jest z debilami. Oni nie mają problemów, to inni je z nimi mają.

            Marszałek Sikorski ogłosił datę wyborów prezydenckich. 10 maja 2015. Jak część z Was się domyśla, jako pierwsze do komentarza wyrwało się PiS ustami przewodniczącego swojego klubu parlamentarnego, Błaszczaka Mariusza, który rzekł był na antenie TVN 24:

            „Wygląda na to, że data została ustalona zgodnie z kalendarzem Bronisława Komorowskiego. Chodziło o to, żeby dać urzędującemu prezydentowi większą szansę na dobry wynik”.

            Tu wyjaśnię panu Mariuszowi: To są wybory na urząd Prezydenta Rzeczpospolitej Polski, więc wyznaczane są zgodnie z kalendarzem prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego, a nie z kalendarzem prezydenta Putina, prezydenta Łukaszenki, czy kogo by tam sobie pan poseł życzył. Co do szans na dobry wynik, to jak pan przewodniczący się ogarnie, niechże spojrzy tutaj:

            A teraz prawdziwa perełka, trzymajcie się za brzuchy, bo przytoczę dalszą część wypowiedzi posła Błaszczaka:

            „Jak słyszałem, marszałek Sikorski nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego nie jest to 17 maja. (...)Tym razem Sikorski się przeliczył, 24 maja w drugiej turze wygra Andrzej Duda.”

            Moi drodzy, powiem więcej. Słyszałem, że Sikorski nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego nie jest to 24 maja, ani 1 kwietnia, ani 14 lutego, ani też dlaczego Mariusz nie będzie do tego czasu prowadzić kampanii wyborczej w Tworkach (Pruszków, k. Warszawy).

            I jeszcze jedno. Zajrzałem na stronę www.pis.org.pl , a tam... list pani senator Izabeli Kloc (absolwentki Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego) do pani premier Ewy Kopacz, w którym pani senator z uporem maniaka apeluje do pani premier słowami „PRIMUS non nocere”. Nie poprawiać, gamonie, wykształconej parlamentarzystki PiS, skoro powtórzyła to kilka razy, to widocznie ma być primus! Ja ze swojej strony dodam, że zawsze odnosiłem wrażenie, że jak idiota chce udawać zaznajomionego z językiem obcym, to wali jakiś cytat po łacinie, a to dlatego, że sztuka konwersacji w tym języku praktycznie nie istnieje- przetrwały klepane latami slogany, więc mała jest szansa, by ktokolwiek poprosił delikwenta, również po łacinie, by rozwinął myśl zawartą w przytoczonym cytacie.

            W związku z powyższym mam olbrzymią prośbę do dziennikarzy: Weźcie się wyuczcie (może być równie bezmyślnie, jak senator Kloc) prośby o rozwinięcie tematu po łacinie. Mam dosyć patrzenia na frustratów próbujących dodać sobie splendoru obcojęzycznymi cytatami zwłaszcza, że ni w ząb nie potrafią w tych językach rozmawiać.

 BONUS DLA WYTRWAŁYCH- z dedykacją dla domorosłych badaczy katastrof lotniczych: "No jak taka cienka barierka mogła odłamać końcówkę skrzydła w takim wielkim samolocie? Były dwa wybuchy, a barierki nigdy nie było!!!



 

14:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
wtorek, 03 lutego 2015

            Niewiedza jest normalnym ludzkim stanem. Dopóki czegoś nie poznamy, to tego nie wiemy i nie jest to żaden powód do wstydu. Wstydem (w potocznym tego słowa znaczeniu) jest raczej zmyślać, jeżeli czegoś nie wiemy, a już prawdziwym obciachem i głupotą jest robić coś wbrew wiedzy, którą nam ktoś przekazał. Prosty przykład: Jeżeli dostałem mandat za przekroczenie prędkości, którego dokonałem z pełną świadomością, to tak naprawdę zostałem ukarany za swoją głupotę i słusznie sobie powinienem to wyrzucać. Nie o tym jednak chciałem pisać.

            Największą głupotą społeczeństwo wykazuje się w sprawie głęboko zakorzenionych w świadomości mitów. Jeżeli ktoś wychowywał się wśród pijących, nie da się przekonać, że to nieprawda, że wszyscy piją, podobnie jak nie uwierzy, że picie niesie za sobą choroby (także psychiczne) i śmierć. Jeżeli ktoś wychował się na wsi, gdzie dziadek, ojciec i wszyscy sąsiedzi wypalali pola, nie da się przekonać, że mitem jest, jakoby zabieg ten użyźniał glebę, że to jest zwykłe wygodnictwo, które niestety ma przeciwny do zamierzonego efekt, a dodatkowo stwarza śmiertelne zagrożenie.

            Gdzie najczęściej powstają mity? Tam, gdzie mamy do czynienia ze skomplikowanymi, ciężkimi do poznania zjawiskami, które jednak towarzyszą nam na co dzień. Bo i kto by się zastanawiał nad tym, co się dzieje z przyjmowanym przez nas pokarmem, nad złożonością naszego metabolizmu, przemian energetycznych, sposobów zużytkowania i akumulacji energii, florą bakteryjną, produktami odpadowymi i ich utylizacją, skoro można powiedzieć „jem, sram i żyję”! Stąd też tyle mitów dietetycznych (mitów, bo skoro różne diety wzajemnie się wykluczają, to jak inaczej je traktować).


            Dokładnie to robi nasze społeczeństwo w sprawie ogrzewania gospodarstw domowych. Tak naprawdę, energetyka jest bardzo skomplikowaną nauką, do ogarnięcia jedynie dla osób szczególnie uzdolnionych w tym kierunku. Wydziały energetyczne, to najcięższe wydziały politechniczne. Szary obywatel nie widzi jednak potrzeby wsłuchiwania się w rady fachowców, bo przecież to takie proste: Wrzucić coś do pieca, spali się i będzie ciepło. I robi się syf- dosłownie i w przenośni.

            Próbował ktoś z Was odwiedzić zimą jakieś małe miasteczko, położone w malowniczej kotlinie? Co może utkwić w pamięci oprócz pięknych krajobrazów? Smród z domowych kominów! Unosi się z nich nie tylko czarna sadza, ale coraz częściej żółte, śmiertelnie trujące tlenki azotu, tlenki siarki, cyjanowodór, chlorowodór. Ludzie spalają wszystko- nie robią tego z biedy, ale z niewiedzy, lenistwa, skąpstwa i głupoty.


PAMIĘTACIE TEGO SKĄPCA Z "OPOWIEŚCI WIGILIJNEJ"? 

            Na początku XX-go wieku, gdy zwykła sól kuchenna była już na tyle dostępna, że stała się tanią przyprawą codziennego użytku, przeróżne cwaniaczki próbowały ją ludziom sprzedać, jako cudowny proszek na "ogrzanie płomienia". Związki sodu barwią płomień na żółto, co ludziom stwarza złudzenie ciepła- wykorzystywali to domokrążcy- oszuści. Sztuczka z solą już dawno nie działa na ludzi, natomiast złudzenia- i owszem. Przede wszystkim, wydaje nam się, że wystarczy coś spalić w piecu, by było ciepło. Cokolwiek. I mit ten okupujemy systematycznym podtruwaniem nas samych, naszych rodzin oraz całych rodzin sąsiadów.

            Zacznę od niewiedzy i jej smutnej konsekwencji: Ubogie rodziny bardzo często kupują zamiast węgla, tani miał węglowy i liczą na to, że w ten sposób taniej ogrzeją mieszkanie. Moi drodzy, jeżeli macie sąsiada lub kogoś z rodziny, kto tak robi, spróbujcie im spokojnie wytłumaczyć, że to nic nie da. Miał węglowy jest mocno zawilgocony i zanieczyszczony, pół biedy jeśli niepalnymi substancjami, bo wtedy zwiększą one po prostu ilość niespalonego popiołu. Oznacza to, że spaliliśmy tylko część tego, co nam się wydawało, że spalamy (płacąc jednak za całość). To nie wszystko, bo najgorsze są inne zanieczyszczenia, mogące utleniać się do śmiertelnie toksycznych substancji oraz pozornie nieszkodliwa wilgoć. Ona sobie odparuje i wydaje nam się, że nic nie szkodzi. Szkodzić, może i nie szkodzi, za to odbiera nam ciepło. Wydaliśmy pieniądze na wilgotny miał, a on większość energii ze spalania przeznacza na odparowanie wilgoci do atmosfery. Zobaczcie, ile gazu potrzeba spalić, by całkiem wygotować litr wody z garnka. Właśnie tak tracimy ciepło, które ucieka prosto w komin pod postacią pary wodnej. Mało tego: miał spala się gwałtownie, więc nasz system centralnego ogrzewania nie jest w stanie odebrać takiej ilości ciepła ze spalin, jaką moglibyśmy odebrać, spalając powoli węgiel dobrej jakości. Duży cug uniesie niespaloną sadzę, która zapyli okolicę, a nam zabierze następną porcję ciepła. W efekcie orobimy się, jak koń podczas orki, transportując miał, dorzucając do pieca, a efekt cieplny będzie znikomy. Bardziej opłaca się spalić dobrej jakości węgiel, kupić go mniej, dokładać rzadziej. No i sprawa drewna. Z podobnego względu nie można palić niewysuszonych klocków, desek, ani nawet patyczków. To wszystko się spali, ale zabierze ciepło, wraz z odparowaną wilgocią do atmosfery. Tak się nie da oszczędzać. Nie oszukujmy się! Powinniśmy jak najszybciej uświadomić ludzi ubogich, że w ten sposób stracą.


            Prawdziwą jednak wściekłość wzbudza we mnie spalanie tworzyw sztucznych, których spaliny są ekstremalnie toksyczne i rakotwórcze. Nikt mi nie wmówi, że ktoś, kogo stać na zakup gotowych produktów pakowanych w opakowania z tworzyw sztucznych, nie ma pieniędzy na wywóz do firm gospodarujących odpadami. Plastiki są spalane przez leniwych, skąpych zasrańców, a nie przez ludzi, których nie stać na wywóz śmieci. Biedny emeryt kupi na targu lub w zieleniaku kilka marchewek i pietruszkę, a u rzeźnika kawałek mięsa- będzie miał z tego jedynie łatwe w utylizacji, biodegradowalne odpady organiczne, które może rzucić na kompostnik. To leniwy głupiec kupi pakowany w plastik zestaw burgerów, czy innych gotowych do wrzucenia w mikrofalówkę produktów. Nie tłumaczcie mi, że spalanie tworzyw sztucznych bierze się z biedy, bo to nieprawda. Wszelkie tubki, jednorazowe słoiczki, korytka, rynienki- tak pakowane produkty kupuje się z lenistwa i spala się je też z lenistwa, bo najłatwiej- nie trzeba nawet wychodzić z domu.

            Zawsze mój podziw budzili ludzie mądrze oszczędzający, wykorzystujący dane środki do maksimum. Na przykład działkowicze wykorzystujący deszczówkę do podlewania ogródków. W Irlandii, gdy jasne stało się, że wkrótce prywatni odbiorcy zaczną płacić za wodę, natychmiast ruszyła sprzedaż zbiorników na deszczówkę. Instaluje się je tak, by spłukiwać nią toalety i wykorzystywać do podlewania, mycia samochodów, okien, podłóg, etc.. Praca plus rozum daje wymierny efekt. To samo można zrobić w dziedzinie oszczędzania energii w gospodarstwie domowym. Jeżeli miałbym coś zasugerować, to wyglądałoby to tak:

  1. Niezbędne wydaje mi się docieplenie budynku i użycie nowych okien wykonanych w nowej, energooszczędnej technologii, używanie względnie nowego pieca (a nie zabytku sprzed pół wieku) i to, niestety, wymaga dużych nakładów. Ale już spójrzmy niżej.

  2. Wietrząc mieszkanie, otwierajmy okna na krótko, za to na oścież. Szybko wymienimy powietrze, nie wyziębiając przy tym ścian, w których akumuluje się ciepło. Zostawiając okno lekko uchylone, wyziębimy ściany- tego nie powinniśmy robić, chcąc oszczędzać.

  3. Zasłońmy okna grubymi kotarami, podobnie jak drzwi wejściowe- unikniemy strat tą drogą, a przynajmniej je zminimalizujemy.

  4. Odsłońmy grzejniki, nie zakrywajmy ich ani kotarami, ani meblami, bo stracimy ciepło dostarczane przez radiację. Możemy ścianę za grzejnikiem wyłożyć folią aluminiową, żeby odbijała promieniowanie w kierunku mieszkania. Zaizolujmy przewody instalacji cieplnej- maksymalnie dużo ciepła zyskamy tam, gdzie chcemy, czyli w grzejnikach- nie musimy przegrzewać ścian, to bez sensu. Do palenia w piecu używajmy paliwa, do którego jest dostosowany- inaczej narazimy się na dodatkowe straty.

  5. Jeżeli stać nas na poważne inwestycje, rozważmy zakup i instalację pompy ciepła. W międzyczasie Haji słusznie zasugerował rekuperator, co też dopisuję. Jeżeli zaś zużywamy bardzo dużo gazu, zainwestujmy w piec kondensacyjny- na każdym tysiącu zaoszczędzimy 150 litrów gazu.

            Na zakończenie, pamiętajmy: Wiele tracimy przez niewiedzę, ale ona nie przynosi wstydu. Wstyd przynosi popełnianie tych samych błędów z wiedzą o ich negatywnych konsekwencjach. Żadne pieniądze nie mogą wytłumaczyć świadomego trucia ludzi, skoro można w prosty sposób tego uniknąć, zyskując ten sam, jeżeli nie lepszy efekt cieplny. Bez żadnych nakładów, po prostu stosując się do reguł zdrowej gospodarki cieplnej.

 


 

14:52, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
Tagi