RSS
czwartek, 29 listopada 2012

            Nikt nie lubi być okłamywanym. Ja również. Są jednak rodzaje kłamstwa, które łatwo wybaczam. Powiedzmy, że rozmawiam z kobietą, która mnie interesuje i ona koloryzuje swoją przeszłość. Rzeczą oczywistą jest, że nie będę mieć o to do niej pretensji, bo robi to w obawie przed tym, żeby nie ocenił jej zbyt surowo- innymi słowy, chce mieć szanse dać się poznać taką, jaka teraz jest, a nie płacić w nieskończoność za przeszłość. Podobnie zrozumiem znajomego, który coś mi obiecał, ale okazało się, że wymagało to zbyt wiele zachodu i zrezygnował. Bał się jednak powiedzieć, że mu się nie chciało, bo za dużo zawracania głowy, więc wymyśla jakiś pretekst. Gdybym się obrażał za takie kłamstwa, nie miałbym przyjaciół. Jest jednak kilka rodzajów świadomego mijania się z prawdą, które wyprowadzają mnie z równowagi. Najważniejszy, to fałszywe oskarżenie- typowym przykładem jest Macierewicz, chyba rekordzista Polski w publicznym rzucaniu fałszywych oskarżeń. Nie o tym jednak chcę pisać, gdyż to sprawa dla prokuratora, nie dla mnie. Dziś się skupię na kłamstwach szytych tak grubymi nićmi, że obrażają moją inteligencję. Gdy sobie pomyślę, że osoba wciskająca mi takie bezczelne kity robi to, bo ma mnie za idiotę, który to łyknie, po prostu krew mnie jasna zalewa.


            Typowym przykładem są piewcy komuny, opowiadający mi, że n.p. „za komuny wszyscy, którzy chcieli, jeździli na wczasy”. No, akurat dobrze pamiętam czasy komuny i wiem, że gówno prawda. Albo że był towar, albo że dziś towar jest tylko dla małej, bogatej części społeczeństwa (normalnie centra handlowe, salony samochodowe, biura podróży, stoją w celu mistyfikacji, myślałby kto, że to charytatywne instytucje, skoro nikt, bądź prawie nikt w nich nie kupuje). Ale zostawmy komunę.

            Jest pewna grupa ciekawych kłamców. Ciekawych o tyle, że staje się to coraz powszechniejszą metodą okłamywania. To ludzie powołujący się na tzw. „BADANIA NAUKOWE”. Gdy się zapytasz „NA JAKIE?”, to odpowiedzą ci, że ”NIEZALEŻNE”, znaczy, nie wiadomo jakie, takie „mówił głupek głupkowi i tak poszło w Świat,  a jakiś dureń to w internecie ogłosił i blaga stała się faktem medialnym”. Żeby nie być gołosłownym: niedawno wściekłem się na gościa, który próbował mi wcisnąć tekst: „(...) oraz w USA (gdzie statystyki prowadzone przez tamtejszy instytut ruchu dowodzą, że idioci, którzy używają świateł w dzień powodują ok. 30% więcej wypadków niż kierowcy jeżdżący bez świateł)”. Jeżeli ktoś koniecznie chce mi wymyślać bzdury wyssane z palca, to niech one noszą znamiona prawdopodobieństwa. Skąd niby się wzięły dane do takich statystyk??? Ja zapalając światło w dzień go nie widzę, chwilę po jego zapaleniu zapominam, że je włączyłem, zajmuję się prowadzeniem, a nie rozmyślaniami o włączniku świateł, więc jak ma na mnie wpływać to światło? Powiecie, że może wpływać na innych? Ale skąd wziąć taką informację do statystyk? Skąd rzekomy instytut ruchu wie, czy podczas wypadku przejeżdżał obok samochód z zapalonymi światłami, czy bez i czy kierowca zapatrzył się na światła, czy na cycki przechodzącej chodnikiem kobiety? Nie dostrzegł zagrożenia, to wiadomo, ale skąd ten rzekomy instytut zna przyczynę tego niedostrzeżenia? A tu kolega nie tylko podaje jakiś nieistniejący instytut od nieistniejących statystyk, ale nawet określa procentowo wyniki i jest na tyle głupi, że myśli, że ja jestem tak głupi, by tę bzdurę łyknąć. To trochę tak, jakby ktoś mi próbował wcisnąć teorię o tym, że 30% saren podczas kopulacji myśli o gajowym Marusze. No, niestety, nie każdy problem jest poddawany badaniom- z różnych powodów- z braku sensu takich badań, z braku funduszy, z niedokładności badań, a czasem wręcz z braku metody pozwalającej zbadać sprawę z odpowiednim przybliżeniem.


            Moimi ulubieńcami w tym temacie są ćpuny, zwłaszcza marihuaniści. Sami badacze, proszę ja Was. Autorytety naukowe, pouczający „głupich” psychiatrów i terapeutów uzależnień. W szkole, ewentualnie na studiach badali, ile razy da się uwalić jeden przedmiot bez skreślenia z listy, a dziś nauczają o „niezależnych badaniach”. Gdy spytasz ćpuna, co z opiniami terapeutów, to ćpun odpowie, ŻE TERAPEUTA MA WYNIKI NIERANDOMALIZOWANE- ON, ĆPUN, TO MA DOPIERO WYNIKI RANDOMALIZOWANE. „Se zrandomalizował” blancikiem i ma! A ma tak małą wiedzę, że nie jest w stanie pojąć, że teorie, które według niego są wynikiem badań, nie mogły być ich wynikiem, gdyż żaden naukowiec nie zajmuje się debilizmami. Żeby nie być gołosłownym: Ćpuny głoszą, że ponoć zrandomalizowane wyniki badań mówią, że marihuana jest mniej szkodliwa, niż tytoń. No, gdyby toto kiedyś wykonywało badania, to by wiedziało, że żaden szanujący się naukowiec nie ogłosi publicznie „kobra indyjska jest groźniejsza, niż grzechotnik amerykański”, bo tu nie ma nic wymiernego. Naukowiec może powiedzieć, czyj jad jest bardziej toksyczny (określi dawkę śmiertelną), może podać dawkę wstrzykiwaną podczas przeciętnego ataku, może określić, czy zwierzę jest skłonne do ataku, czy raczej ucieka, może określić, czy wąż ma zwyczaj wielokrotnego kąsania, ale nadal ciężko powiedzieć, który jest bardziej niebezpieczny, bo „łatwość” natknięcia się na węża może być różna, a mogą występować jeszcze inne okoliczności, które mi do łba nie przyszły. To samo jest z porównaniami marihuany do tytoniu, czy alkoholu, które, nota bene obnażają nieuctwo ćpunów, gdyż większość składników toksycznych marihuany występuje w każdej roślinie, więc spalenie zwykłej herbaty jest równie toksyczne- z wyjątkiem różnicy- składnika czynnego, który powoduje uzależnienie i zmianę świadomości. Ale odchodzę od tematu, a zmierzam do tego, że naukowcy po prostu nie zajmują się odpowiedziami na pytania bez znaczenia i w dodatku niedookreślone, bo pytanie „co jest bardziej szkodliwe” trzeba sprecyzować. Najlepsze jest to, że tak, jak zarówno przed kobrą, jak i grzechotnikiem bronimy się niezależnie od siebie i w inny sposób, tak i przed społecznymi skutkami palenia tytoniu i marihuany bronimy się niezależnie od siebie i w inny sposób. Niestety,  internet pełen jest NIEZALEŻNYCH (od rozumu) wyników badań. Na jakie ja się debilizmy nie natknąłem..., ja już czytałem gdzieś nawet teorię, że tylko 30% palących tytoń jest uzależnionych, a marihuanistów tylko 5%. Oczywiście według NIEZALEŻNYCH (cudowne słowo) badań. Normalnie, „głupkom” z poradni uzależnień wydaje się, że coś wiedzą, mądre ćpuny to dopiero wiedzą!!!

            Rozpisałem się i w związku z powyższym mam prośbę: Jeżeli ktoś ma ochotę mi wciskać kity, to niech to robi tak, żeby ten kit nosił znamiona prawdopodobieństwa. Nie urągajcie aż tak, mojej inteligencji. Ja wiem, że Einstein to ze mnie żaden, ale jak już zmyślacie, że „WYNIKI NIEZALEŻNYCH BADAŃ MÓWIĄ....” to wysilcie mózgownice i wymyślcie takie badania, które jest szansa przeprowadzić. Bo to bez sensu: Ja się wkurzam, że ktoś traktuje mnie, jakbym nie miał mózgu, dyskusji z tego nie będzie, bo nie łyknę takich wymysłów, po prostu, to bezcelowe. To tak, jak z Antkiem Macierewiczem, który próbował wcisnąć kit, że ucięty kawałek skrzydła powinien spaść 12 metrów od brzozy (rozpędzony prawie do 300 km/h). No, takich rzeczy się nie mówi do ludzi, którzy mają minimum wiedzy, bo to im urąga, urąga ich rozumowi.


            Na zakończenie mały komunikat: Wyjeżdżam w Irlandię w poszukiwaniu ciekawostek na bloga (znaczy, rzadziej będę mógł odpisywać), bo ostatnio doszedłem do wniosku, że moje dotychczasowe doświadczenia zaczynają mi się zacierać w pamięci, zwłaszcza uczucia, które wtedy przeżywałem. Czuję, że źle mi się z tym brakiem uczuć pisze, mam poczucie oschłości tekstów, takiego totalnego zramolenia autora, który jak ten gderliwy zgred snuje swe beznamiętne mądrości. Tak jakbym zaczynał gubić empatię dla bohaterów opowieści. Odczuwam potrzebę odświeżenia klimatu, który chcę opisać. Mam nadzieję przywieźć coś ciekawego, bo spotkam dość interesujących ludzi.

Jeżeli zaś chodzi o przygody świętego Sławomira, to od piątku prowadzimy przedszkole ELITARNE, nie pytajcie, co to znaczy, sami sprawdźcie- kliknij, by poczytać.



18:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
wtorek, 27 listopada 2012

            Ufność, to piękne uczucie. Daje nam wewnętrzny spokój. Czy jest jednak ktoś, o kim możemy powiedzieć, że mu w pełni ufamy??? Wierzący powiedzą o Bogu, ale poruszajmy się po Ziemi. Tu jest gorzej, bo nasze doświadczenie mówi nam: „nie bądź frajerem- nie daj się wydymać”. Ufalibyśmy sobie, gdybyśmy się tyle razy nie sparzyli, a sparzył się chyba każdy.

            Działo się to tak dawno, że aż nie pamiętam kiedy- mogłem mieć lat 15, może mniej. Niewiele wtedy wiedziałem o meandrach spraw damsko- męskich i byłem ufny, jak dziecko. Możliwe, że wynikało to z zarozumiałości, jakiegoś dziwnego przekonania, że mnie dziewczyna nie może zostawić. I właśnie spacerowałem sobie z jedną z moich pierwszych sympatii, a było to gdzieś w miasteczku mojej babci, gdzie nie wszyscy mnie znali. Jakaś dziewczyna zapytała tej mojej, czy idzie na dyskotekę, a moja zrobiła jakiś nerwowy grymas, urywając bezsłownie temat, wzrokiem tłumacząc, żeby nie mówiła przy mnie. W tamtym miasteczku wyjście na dyskotekę dziewczyny bez jej chłopaka było równoznaczne z tym, że ten chłopak ma już piękne poroże. No, takie tam były zwyczaje. Każdy chyba był choć raz w życiu na podmiejskiej dyskotece i wie, że jeżeli ktoś jest nastawiony na znalezienie partnerki/ partnera nie tylko do tańca, to nie ma siły żeby takowego nie znaleźć- to trzeba chyba siedzieć i nic nie robić. Ja wtedy o tym nie miałem bladego pojęcia, natomiast moja koleżanka wręcz przeciwnie, miała i to najwidoczniej aż nazbyt wyraźne pojęcie i to praktycznie testowane. Historyjka jakich miliony, ale fajnie pokazuje mechanizm, w jaki sami przez swoją nieuczciwość, narzucamy na siebie głupie ograniczenia. Od tańca do seksu jest przecież dość daleka droga. W przeciwnym wypadku panna młoda na weselu nie mogłaby tańczyć z nikim, prócz męża. Zabawa też nie musi się kończyć seksem, jednak jeżeli w jakimś środowisku każdy ma w dupie uczciwość, to i zaczynamy brać na to poprawkę. W miasteczku mojej babci żaden facet nie pozwalał swojej dziewczynie iść bez niego na dyskotekę, bo takie normy wyrobiła sobie lokalna społeczność: Dyskoteka była tanim kurwidołkiem, gdzie za piwo, papierosa i podwiezienie do domu, spragnieni chłopcy mogli umoczyć pędzelek. To była norma, to było miejsce, gdzie tak po prostu jest i każdy to przyjmował ze wszystkimi konsekwencjami tego zjawiska, a konsekwencja była taka, że jeśli dziewczyna miała ochotę iść potańczyć, to musiała iść z chłopakiem, bo idąc sama, była traktowana, jakby już w tym momencie dokonała zdrady.

            Z upływem czasu, złych doświadczeń nie ubywa, więc i podejrzliwość staje się większa. Prawdę mówiąc, trudno się dziwić. Gdybym ja osobiście doniósł wszystkim sobie znanym małżeństwom o wszystkim, co wiem, to może 20% z nich nie miałoby się czego obawiać, reszta miałaby poważny kryzys na tle zdrady. Nawet teraz, gdy moi znajomi mają rodziny, dzieci, poważne stanowiska..., niech no tylko zostaną spuszczeni z łańcucha, niech znajdą się w obcym mieście bez swoich drugich połówek...! No niechże się uda jakiejś grupce moich starych znajomych wyrwać na męski wyjazd, żeby odwiedzić chorego kumpla w Irlandii (mam tu siebie na myśli)..., jak myślicie..., co się dzieje...??? Najpierw trochę wspominania starych dobrych czasów, jakaś wycieczka w ciekawe miejsce, a potem wieczór. Ponieważ ze mnie jest słaby kompan do picia, towarzystwo wychodzi sobie do pubu. Wracają i nagle jednemu z nich zaczyna się wydawać, że jest piękny i młody, ma dwadzieścia lat, zero zobowiązań i mówi do mnie: „zorganizuj jakieś panienki”. Nie będę wnikać w bezsens prośby, bo nie wiem, na  co koleś liczy, że wezmę telefon, zadzwonię do koleżanki i powiem: „Bierz prysznic i przyjeżdżaj, bo mam tu nawalonego kumpla, który potrzebuje obsługi seksualnej”? Faktem jest jednak, że zaraz przyłączył się do prośby drugi „ułan”. Dwóch pozostałych patrzy na nich, jak na idiotów i mówią szczerze: „Popierdoliło was? Siedź, jak ci dobrze, jeden i drugi”. Jedna tylko wycieczka, jedna pokusa, a już 50% chętnych: dwóch za, dwóch przeciw- no i ja, gospodarz. A przyznacie, że pokusa niewielka, bo przecież nie było widać kobiet, żadna kobieta nie kokietowała, nie kusiła, po prostu sam fakt spuszczenia ze smyczy dawał taki efekt. Jako gospodarz, chciałem jakoś zakończyć temat, więc starałem się przemówić do rozsądku inną metodą: „Chłopie, jak ty chcesz bajerować panienki, język ci się plącze nawet po polsku, a ty będziesz musiał po angielsku nawijać. W tym stanie, to masz szansę tylko na panienki z agencji”. No i bez sensu poddałem temat, bo słyszę: „No, mogą być i z agencji, dawaj jakiś telefon”. Tak się składa, że akurat w Irlandii prostytucja jest nielegalna, więc nie musiałem przesadnie się wykręcać, po prostu powiedziałem, że tu nie ma agencji (choć po prawdzie, to bym wiedział, gdzie znaleźć „nadwiślańskie piękności” dorabiające ciałem). Ale czujecie sytuację...??? Jak tu wymagać zaufania, gdy życie nam pokazuje takie sytuacje. A to naprawdę „przykładni obywatele, prowadzący przykładne życie rodzinne, mający dobre stanowiska”.

            To jednak jeszcze nic takiego. Szczytem bezczelności wykazała się kiedyś moja koleżanka. To było wiele lat temu, ale do dziś, gdy o tym pomyślę, ręce i nogi mi opadają, zarówno na myśl o jej wymaganiu „ZAUFANIA”, jak i o solidarności jajników i wystąpieniach obronnych jej koleżanek. Któregoś pięknego poranka mój kumpel (wtedy żona i dwójka dzieci) wybrał się na poszukiwanie swojej połowicy, której nie udało się dotrzeć do domu. Znalazł ją w mieszkaniu kolegi w bloku obok, gdy ledwie wygramoliła się z łóżka. Ponieważ najlepszą obroną jest atak, koleżanka wyskoczyła z pretensjami, że nic przecież nie zaszło, a on powinien jej ufać. Mało tego, nasłała na niego koleżanki. Scenariusz był prosty: kolega, jak to facet (swoją drogą, uzależniony od alkoholu), znalazł pretekst, by się napić- no teraz, to mógł przecież oficjalnie w ramach „kary za zdradę” zostawić dom, zostawić dzieci i pójść do knajpy. Sprytna żona podesłała tam koleżanki, które „przypadkowo” go spotkały i „równie przypadkowo” zeszły na wiadomy temat i tłumaczyły, że przecież odrobina zaufania jest w związku potrzebna. Ponoć śmiesznie to wyglądało, bo trzy kobiety otoczyły w typowo męskiej mordowni jednego faceta i „huzia na Józia!”- dalej na niego najeżdżać. „Osaczony II” po prostu :-)


            Sami widzicie. Zaufanie, to piękna sprawa, jednak jeżeli człowiek żyje trochę na tym Świecie, to niekoniecznie ma ochotę robić za frajera. Każdy pragnie wolności, jest nawet taki ładny slogan mówiący, że wolność powinna tam się kończyć, gdzie zaczynają się granice drugiego człowieka, jednak jest też coś takiego, jak prewencja, a wynaleziono ją dlatego, że granice drugiego człowieka były często łamane, a po ich złamaniu, mleko jest już rozlane. Na co dzień to od nas samych zależy, jakie zastosujemy środki obronne, żeby się przez przypadek w tej naszej twierdzy nie zamurować. W niektóre sprawy ingeruje państwo, n.p. delegalizując prostytucję, jednak w większości przypadków to my sami decydujemy o zakresie swobody. I gdy tak sobie obserwuję życie, to uważam, że ludzie prywatnie, narzucają sobie wzajemnie w obrębie rodzin wielokrotnie większe ograniczenia, niż robi to państwo. Czasem te ograniczenia przybierają patologiczny rozmiar- wtedy jest mowa o chorobliwej zazdrości, istnieją choroby psychiczne, których jednym z symptomów jest nadmierna podejrzliwość. W sumie temat bardzo rozległy i ciekawy.


            Chciałbym mieć jakąś jedną zbawienną radę dla każdego, dla siebie także, jednak przeczuwam, że to jest trochę tak, jak z prowadzeniem samochodu: Nikt nam nie zagwarantuje, że wypadku nie będzie, jednak przestrzeganie reguł bezpieczeństwa zwiększy nasze szanse. Jeżeli rodzina będzie miała jasno określone zasady, to podobnie jak kodeks drogowy, ograniczy ryzyko niepożądanych zdarzeń. Zakaz używania samochodów rzeczywiście zminimalizowałby ilość tragedii drogowych, lecz niekoniecznie by nas uszczęśliwił. Za to brak reguł niewątpliwie do tragedii doprowadzi.

 

W przygodach świętego Sławomira jeździmy walcem, poruszone zostaje także zagadnienie zmiennej geometrii kota- kliknij, by poczytać.



13:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
sobota, 24 listopada 2012

            Dziś poruszę temat, który zazwyczaj wywołuje silne emocje u męskiej części odbiorców. U mnie też..., a to dlatego, że nienawidzę, gdy ktoś mi próbuje wpierać jawne bzdury. Temat dotyczy przepisów ruchu drogowego. Podejrzewam, że każdy czytelnik choć raz w życiu zetknął się z narzekaniem na to, że należy przestrzegać przepisów. Na przykład modne jest narzekanie na fotoradary, jakby to one przekraczały dozwoloną prędkość, a nie kierowcy. Nie o tym jednak chcę pisać. Przyjrzyjmy się najpierw zdjęciu zrobionemu w pogodny dzień.

 

            Od czasu wprowadzenia nakazu jazdy na światłach mijania przez cały rok jego przeciwnicy namiętnie promują bzdurę, że motocyklista, rowerzysta bądź pieszy „na tle świateł” będzie niewidoczny. Co więksi idioci twierdzą, że światła będą oślepiać.

            Światła mijania w jasny dzień nie będą nikogo oślepiać, gdyż natężenie światła dziennego jest większe, niż natężenie świateł mijania (chyba, że zechcemy się w nie wgapiać z odległości 2 metrów). Nie ma fizycznej możliwości oślepienia, gdyż nasze źrenice zwężają się, by dostosować się do warunków dziennych. Co innego w nocy, bądź w pochmurny, mglisty bądź deszczowy dzień. Jednak obowiązku używania świateł, przy złej widoczności lub nocą nikt nie kwestionuje (i słusznie). Wracając do obowiązku używania świateł podczas jazdy dziennej: W jasny dzień światła mijania nie tylko nie mogą oślepić. Nie istnieje też coś takiego, jak bycie „na tle świateł”. Spójrzmy jeszcze raz na zdjęcie: Światła mijania w dzień, to niemal punkty, jeżeli ktoś coś lub ktoś się znajdzie pomiędzy naszym okiem a samochodem, to zasłoni to światło, nie będzie żadnego „na tle”. Przy dziennym świetle nie zauważymy żadnego snopu światła, żadnej poświaty. Takie zjawiska mają miejsce dopiero w nocy lub w deszczowy albo mglisty dzień.


            Trochę inaczej się ma sprawa z motocyklistami. Rzeczywiście, jeżeli na drodze w dzień jedynym oświetlonym pojazdem jest motocykl, to zauważam go we wstecznym lusterku, gdy jest jeszcze kilka pojazdów za mną. Akurat najwięcej jeżdżę po Irlandii, gdzie nie ma obowiązku używania świateł. Być może zatem nie zwróciłbym uwagi na motocykl, który znajduje się kilka samochodów za mną, jeżeli inne pojazdy byłyby oświetlone. Jednak nie róbmy jaj: jeżeli motocyklista ma włączone światła, to gdy znajdzie się bezpośrednio za mną i chwile utrzyma taką pozycję, NA PEWNO go zauważę nawet, jeżeli inne pojazdy mają włączone światła. Jeszcze raz popatrzmy na ten obrazek z pogodnego dnia: Co niby mają zrobić światła pozostałych pojazdów ruchu- zahipnotyzować mnie??? Motocykl jest również oświetlony i jeśli to on będzie najbliżej, właśnie jego będzie widać najlepiej (natężenie światła jest odwrotnie proporcjonalne do kwadratu odległości od jego źródła). Kiedy mogę mieć utrudnione zobaczenie motocyklisty? Tylko wtedy, jeżeli on, jak ten idiota, będzie wyprzedzać cały ciąg samochodów, znacznie przekraczając dozwoloną prędkość. Wtedy rzeczywiście jest prawdopodobieństwo, że rzucę okiem w lusterko, gdy będzie pięć samochodów za mną i światła tych bliższych  bardziej mi się rzucą w oczy, niż światło motocykla, potem ja spojrzę na drogę, a gdy spojrzę znowu w lusterko, motocyklista może już mnie mijać i być w martwym punkcie- niemożliwy do zauważenia. Będzie to jednak wynikać z tego, że motocyklista jedzie jak ostatni głupiec- nie dając mi szansy, bym go zauważył. Gdy będzie jechać zgodnie z przepisami, będę miał wystarczająco dużo czasu, by go zauważyć. To naprawdę w jego dobrze pojętym interesie jest upewnić się, że kierowca go widzi, a jak ma wątpliwości, to może dać sygnał dźwiękowy, a jeżeli nadal ma wątpliwości, to może poczekać na bezpieczny do wyprzedzania moment. Jest mniejszy, więc z definicji trudniejszy do zauważenia, powinien wziąć to pod uwagę i dać się zauważyć. Powiedzcie mi, cóż to takiego, jaki to imperatyw, nakazuje polskim motocyklistom wyprzedzać każdego, bez uprzedniego upewnienia się o bezpieczeństwie tego manewru?! Rzućmy też okiem na zdjęcia- czy rzeczywiście można mówić o odwróceniu uwagi od OŚWIETLONEGO MOTOCYKLA innymi światłami?

 

            Chciałbym, żebyście jeszcze rzucili okiem w link- kliknij tu. Wbrew temu, co próbują wmówić niektórzy przeciwnicy nakazu jazdy na światłach, Niemcy i Szwajcaria wcale nie uważają włączonych świateł mijania za błąd, gdyż rekomendują jazdę na tych światłach 24h na dobę. Podobnie jest z Francją. Jedyny kraj, jaki mi się udało znaleźć podczas przeszukań sieci, który zabrania jazdy na światłach w dzień podczas dobrej widoczności, czyli uważa, że to jest szkodliwe, to GRECJA. Cóż..., oczywiście można na siłę naśladować Greków w ruchu samochodowym, choć nie wiem, czy znajdzie się jeden Europejczyk stawiający Greków za wzór dla kierowców.

            Jak już pisałem, podczas słonecznych dni, nasze oko dostosowuje się do natężenia światła, przymykając źrenicę. Jeżeli nieoświetlony obiekt znajduje się wtedy w cieniu- jest słabo widoczny. Jeżeli ten obiekt się porusza z dużą prędkością, można się pod niego wpakować. Zwłaszcza, jeżeli znajduje się po stronie słońca lub jest za nami i możemy go obserwować tylko w lusterku. Wbrew temu, co głoszą przeciwnicy używania świateł, po wprowadzeniu tego przepisu w Polsce, liczba wypadków w przeliczeniu na ilość samochodów zmalała. Przeciwnicy jazdy na światłach chętnie sięgają po dane bezwzględne, a więc bez porównania do ilości samochodów. A były to lata gwałtownego wzrostu ilości zarejestrowanych pojazdów- kliknij, by sprawdzić.

            Słyszałem też argument „ekologiczny”- czyli o wzroście zużycia paliwa oraz utylizacji zużytych żarówek. Cóż..., ja tam wolę zutylizować żarówkę, niż mój samochód albo moje ciało nawet, jeżeli miałaby to być tylko amputowana po wypadku noga. A konia z rzędem temu, kto zauważy różnicę w zużyciu paliwa jeżdżąc bez świateł i ze światłami.

            O ile jestem w stanie zrozumieć dyskusje na temat karania za brak świateł w dzień, jestem także skłonny zrozumieć dyskusję o tym, czy efekty jazdy na światłach spełniają oczekiwania ustawodawcy, to stanowczo sprzeciwiam się rozpowszechnianiu bzdur na temat szkodliwości jazdy na światłach. Naprawdę, zanim zaczniemy krzyczeć i lamentować, popatrzmy chociażby na zdjęcia, które przedstawiłem, a najlepiej, wybierzmy się na przejażdżkę samochodem i zwróćmy uwagę, czy rzeczywiście nasze światła zmienią widoczność pieszego, rowerzysty, czy motocyklisty. Najwygodniej cyknąć kilka zdjęć. Nieoświetlony pieszy, podobnie jak nieoświetlony rowerzysta będzie równie słabo widoczny, dlatego rowerzyści powinni zakładać stroje o podwyższonej widoczności, piesi korzystać z pasów, a chodząc wzdłuż drogi, zakładać kamizelki odblaskowe. Jak myślicie, dlaczego na budowach jest nakaz używania strojów odblaskowych???

 

Oczywiście, nieustająco zapraszam do śledzenia przygód świętego Sławomira od Dwóch Światów- ostatnio był na konkursie poetyckim- kliknij, by poczytać :-)



20:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 19 listopada 2012

            Nie potrzeba wielkiej bystrości, by zauważyć, że wiele miejsca na blogu poświęcam uzależnieniom. Jednym z powodów jest oczywiście ilość doświadczeń związanych z tym tematem. Myślę jednak, że decydujące znaczenie ma coś innego: To moje poczucie bezradności, gdy widzę rodziny i znajomych osób uzależnionych, którzy z powodu głębokiej niewiedzy robią wszystko, by osoba, którą chcą chronić przed nałogiem, pogrążała się w nim. Dziś chciałbym zwrócić uwagę na pewne popularne zachowanie dotyczące oceny osób spożywających alkohol.

            Na pewno zdarzyło się Wam usłyszeć, a może nawet i wypowiedzieć maksymę „trzeba wiedzieć, kiedy przestać”. Szczerze powiedziawszy, gdy słyszę ten tekst, to mi ręce opadają. W wypadku osób uzależnionych, taka dobra rada jest równoważna niezawodnemu sposobowi na nieśmiertelność, który brzmi: „Trzeba tylko ciągle oddychać i nigdy nie przestawać”. To chyba jasne i nie ma tu o czym dyskutować. Jest jednak drugi przypadek, gdy maksyma taka jest wypowiadana przez osobę jeszcze nieuzależnioną, na ogół bardzo młodą. I ten właśnie przypadek nosi znamiona racjonalności. Niestety, oddziały terapii uzależnień pękają w szwach od ludzi, którzy „wiedzieli kiedy przestać”. Spróbuję w miarę przystępnie wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje.

            Przeciętny człowiek oceniając używanie alkoholu bliskiej osoby, także swoje własne, bierze pod uwagę widoczne konsekwencje picia. Dlatego, jeżeli na weselu ktoś się porzyga, to większość gości powie z pełnym przekonaniem: „on, to nie powinien pić”. O zgrozo, z równie pełnym przekonaniem uznają, że kolega rzygającego gościa, który pił równo z nim, lecz miał „mocniejszą głowę” i nie przejawiał takich wyraźnych symptomów upojenia alkoholowego, może pić, bo "on pić umie". Daję sobie rękę uciąć, że co najmniej 90% dorosłych Polaków przynajmniej przez jakiś czas tak podchodziło do sprawy.

            To teraz zastanówmy się logicznie: Co niby takiego zrobił kolega z „mocniejszą głową”, że większość towarzystwa uznaje, że on umie pić. Pił tyle samo, co rzygający kolega. Nie opuścił żadnej kolejki, nawet podkręcał tempo. Dlaczego większość współimprezowiczów uznaje, że on zachował się jak należy? Przecież on nie zrobił niczego, absolutnie niczego, by wysnuć taki wniosek. To, że ma przemianę materii, która pozwala mu na zachowanie większej kontroli, nie zależy  od jego woli. To, że czując się pijanym, poszedł spać, również ciężko nazwać jakimś wyczynem. Jeden śpi z twarzą w sałatce, inny zasypia z twarzą w biuście aktywnej imprezowiczki, inny w krzakach, a jeszcze inny przy poduszce. Pytanie brzmi: „Dlaczego się urżnął”??? Do podniesienia nastroju osobie nieuzależnionej wystarczy czterokrotnie mniejsza ilość. Odpowiedź jest prosta: Mamy do czynienia z piciem ryzykownym lub uzależnieniem. Bądźmy szczerzy: Jeżeli ktoś na imprezie, nawet całonocnej, wypija więcej, niż 4- 5 jednostek alkoholu, nawet jeśli to rosły mężczyzna, to jest to co najmniej niepokojące, a gdy jest to 8 i więcej jednostek, to jest to zwykłe opilstwo. I zamiast się zachwycać tym, jak taki delikwent potrafi pić, należy się zastanowić, dlaczego pije tak dużo, dlaczego wydaje pieniądze, ryzykuje kaca, uzależnienie, zmniejszoną sprawność seksualną itd.., przecież nikt mi nie wmówi, że taki gość chce wydać więcej kasy, bo ma za dużo albo chce mieć bezwładnie zwisającego ptaszka, bo go wkurza potencja. I to pytanie jest najistotniejsze, jeżeli tym delikwentem jesteśmy my sami, bo od szczerości naszej odpowiedzi i wyciągnięcia wniosków oraz podjęcia adekwatnych kroków zależy nasze życie.


            Nie napisałem tego tekstu po to, by tu komuś coś zarzucać. Jeżeli ktokolwiek z czytających jest jednym z tych, którzy „wiedzą, kiedy przestać”, to najprawdopodobniej mleko się już dawno rozlało. Nie żyjemy jednak sami. Część czytelników ma dzieci, a część wnuki. Od Waszej reakcji wiele zależy. Pamiętajmy, że jeżeli ktoś wlewa w siebie zbyt duże ilości alkoholu, to nijak go nie usprawiedliwia jego mocna głowa, bo mocna głowa jest poza jego wolą, a poza tym, nie ma żadnego racjonalnego powodu nadużywania alkoholu. Wiecie, o ile mniej byłoby małżeńskich dramatów, gdyby dziewczyna zamiast się zachwycać mocną głową chłopca i jego błyskotliwością po alkoholu, zaniepokoiła się ilością wypijanych przez niego trunków? A wiecie, ile dramatów byłoby mniej, gdyby chłopiec zamiast być dumnym, że jego dziewczyna potrafi pić na równi z nim i „trzyma klasę”, zastanowił się, co to oznacza??? Pamiętajmy, że ten wie, kiedy przestać, kto świadomie pije mniej, by się nie upić, a nie ten, kto wytrzymuje więcej.

 

Sławomir od Dwóch  Światów wraz ze mną, moim koniem i Rzepichą, postanowili wziąć udział w konkursie poetyckim. Z dumą donoszę, że zostaliśmy zauważeni przez samego Michała od Ich Troje- kliknij, by poczytać nasze nowe przygody.



22:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
piątek, 16 listopada 2012

            Nie orientujecie się, czy przypadkiem nie wystartował casting do faszystowskiej wersji „Idola” albo chociaż „Big Brother”? Wszelkie niedorobione gamonie, które bardzo chcą zyskać wpływy polityczne, szczerzą się w nieszczerym uśmiechu do faszystowskich bandytów. A to były senator PiS gania odwiedzać w pierdlu pana kibola, a to znowu poseł, który na wieść o pierwszym zwycięstwie Baracka Obamy,  ogłosił Światu koniec cywilizacji białego człowieka, organizuje razem z innymi wątpliwej reputacji politykami „Marsz Niepodległości”, na którym przez przypadek panowie bandyci mają race, bo akurat mieli je przy sobie- każdemu się zdarza chodzić z racą na pokojowy marsz, a to Rydzyk, a to Zawisza, wszyscy oni starają się wejść między pośladki niezagospodarowanej grupie faszystów. Wcale nie małej i nie tak mało wpływowej, skoro w Ostrołęce zdejmują z afisza film „Pokłosie”, bo bandycki pomiot uważa, że hańbą jest pokazywanie haniebnych czynów, a nie ich dokonywanie. Generalnie w tej naszej „wcaleniefaszystowskiej” Polsce jest zadziwiająco wielu faszystowskich przestępców. Tak, przestępców, faszyzm i komunizm są ideologiami przestępczymi i ma to potwierdzenie w polskim prawie.


            Nie będę wnikać w szczegóły ostatnich incydentów, wałkowane to było wszędzie. Chciałbym zwrócić uwagę na jeden ciekawy fakt: Czy zauważyliście, jakie ofermy puszczają do rodzimych nazistów oko? Weźmy takiego Artura Zawiszę: Z metra cięty wymoczek ze znanym nam skądinąd małym węsem na przedzie, któremu ani zarost, ani garnitur nie chcą jakoś przydać powagi, mizdrzy się z telewizora, mówiąc do kiboli: „SZACUN, PANOWIE”! Wiecie, co by się stało, gdyby ten sam wymoczek, tak samo ubrany, zrobił to samo w jakiejś mordowni z tanim piwem, wypełnionej przez szalikowców? Na Jowisza, nawet nie chcę sobie wyobrażać. Jeżeli by ich nie załagodził kilkoma stawianymi kolejkami, to słabo bym go widział. Myślicie, że nie? Myślicie, że za wygląd nie można zebrać garści? Można, można, zwłaszcza od tego towarzystwa. I wie to także pan Artur- nie sądzę, by był przesadnie częstym gościem na „Żylecie” lub w ulubionych knajpach warszawskich szalikowców. Przecież oni by go tam zjedli i wysrali! No, ale na „Marszu Niepodległości”, a potem z telewizora, pan Artur struga swojego chłopaka. Szkoda słów!


            Czuję się bezradny wobec absurdu tej całej sytuacji. Tu nic nie podlega prawom logiki. Jakiś okrawatowany cipciak, który nocą boi się wyjść samotnie z domu, nagle staje na czele tych samych karków, którzy spotykając go w ciemnej uliczce, przyprawiliby go o niekontrolowany upust moczu. I okazuje się, że warunkiem wystarczającym jest, by powiedział do tej zbieraniny drobnych handlarzy narkotyków, mizernych złodziejaszków, za to pełną gębą stadionowych zadymiarzy:  „Jesteście świetni, jesteście prawdziwymi patriotami” i oni, jak te szczury z Hameln, gonią za swoim szczurołapem w nurt Wezery.

 

W serialu zaś o przygodach świętego Sławomira od Dwóch Światów, coś o sztucznych szczękach, idiotycznych zakładach i jak zwykle nietuzinkowym zachowaniu świętego Sławomira, mojego konia, Rzepichy oraz mnie samego- kliknij, by poczytać.



21:17, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
niedziela, 11 listopada 2012

            Zgodnie z przewidywaniami, Dzień Niepodległości- święto ZJEDNOCZENIA POLSKI po 123 latach rozbiorów pomylił się z wiecem partyjnym PARTII RACJI MOJEJ I TYLKO MOJEJ RACJI (bo nawet, jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza, że właśnie moja racja, jest racja najmojsza). W związku z tym, podzielę się z Wami treścią proroctwa.

Proroctwo z KSIĘGI „A PO CO KLIPSY" z mojego glana.

            W czasie onym, kraina Lachów pogańską sektą będzie naznaczona. Czcić będą KOZŁA TORUŃSKIEGO, a karłowatego starca z niechlujnym uzębieniem, który kobiety w żywocie swym nędznym nie zaznał, ku władzy przeć będą w czeluść piekielną nieświadomie go popychając. Kot jego ulubiony kitę będzie wolał raczej odwalić, niźli bezczynnym świadkiem tych bezeceństw być nazbyt długo. A i to wiedzcie, że gnuśny i kaleki ten gamoń, sportu żadnego nie znający, ni języka obcego, nie posiadający umiejętności nijakiej, nawet prowadzenia automobilu, ni maszyn cyfrowych obsługi, ni konta bankowego, na mamusinym cycku tępo wisząc, parady szaleńców wątpliwej orientacji prowadzać będzie. Koniowi więc kłaniać w ekstazie się zaczną, trzodę w Stolicy robiąc, Powązek prastarych nie szanując, bydłu podobni ryczeć będą lubo też karłowi onemu „Sto lat” wyśpiewywać na uroczystościach żałobnych brata jego bliźniaka poczną. Biskupi Bachusa nad Boga swojego przedkładać zaczną z nieumiarkowania oświetlenie uliczne pojazdami swemi niszcząc. Bezdzietni starcy do dzieci rodzenia przymuszać dzieci będą chcieli, a dojrzałym kobietom pragnącym mieć potomstwo, wzbraniać macierzyństwa będą. Natenczas lubieżny cap śmietankę z kolanka zlizywać gimnazjalistkom nakaże, a pedofili pomocnicy i przyjaciele na STOLCU PIOTROWYM zasiadać będą, świętymi za życia ogłaszani. Gnomy- olbrzymy stawiać zaczną, by sekta pokłony im bić z daleka mogła. I dziać się tak będzie dopóty, dopóki Kręciwór mocarny nie nadejdzie, guda- guda i ultrakuku sekciarzom beznamiętnie czyniąc. I będzie płacz i zgrzytanie zębów, aż i koniec wszystkiego nastanie, kiedy KOZIOŁ TORUŃSKI bankructwem doświadczon, na Ratusz Poznański wlizie i na trzeciego z koziołkami poznańskimi trykać się pocznie. Takoż rzecze PiSmo.

 

            Wszystkim PARTIOM RACJI NAJMOJSZEJ, nie kumającym co oznacza Święto Niepodległości, dedykuję wypowiedziane pamiętnego dnia, dokładnie 94 lata temu, słowa ówczesnego komendanta wojsk polskich, Józefa Piłsudskiego, skierowane do ludzi Daszyńskiego:

WAM KURY SZCZAĆ PROWADZAĆ, NIE POLITYKĘ ROBIĆ!!!

 

Śledzącym przygody świętego Sławomira od Dwóch Światów przypomnę, że jeszcze dziś i jutro golimy buraki, a już od wtorku szczepimy krety- kliknij, by spotkać mojego konia i całą kompanię świętego.

 

czwartek, 08 listopada 2012

            Patriotyzm, to miłość do Ojczyzny. Tak najkrócej go można określić i chyba nikt przesadnie nie będzie z tym polemizować. Problem w tym, że słowo „kochać” każdy interpretuje inaczej. Dzisiaj moja interpretacja.

            Miłość kojarzy mi się przede wszystkim z rodziną. Nie z tym z czym się kojarzy nastolatkom: wspólna zabawa i seks, facet stawia, a jak trzeba dostanie w obronie czci wybranki po mordzie, a kobieta w nagrodę go podziwia i obdarza swymi wdziękami. Tak to się mogą bawić dzieci. Nie wyobrażam sobie dojrzałej miłości bez odpowiedzialności. I tu tkwi klucz do mojego wyobrażenia patriotyzmu. Nie gorące zapewnienia o miłości ojczyzny, nie barwy narodowe i darcie mordy na stadionie, ale ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Zauważmy przy tym, że odpowiedzialność nie wyklucza zapewnień o miłości- jak ktoś ma ochotę to wykrzyczeć, to nie ma sprawy, byle tym krzykiem nie budził sąsiadów, ani im nie przeszkadzał w pracy lub odpoczynku. Jak ktoś chce paradować w barwach narodowych- również nie dzieje się nic złego. Zło się zaczyna dopiero, gdy człowiek przyodziany w te barwy uważa, że uprawniają go do robienia rzeczy podłych: do napaści na innych, do oszczerstw, intryg, wyłudzeń, kradzieży, wandalizmu.

            Odpowiedzialność, to mozolna praca. To systematyczna nauka i doskonalenie umiejętności. Nauka nie musi oznaczać wiedzy naukowej, bo uczyć się można rzemiosła, sztuk artystycznych, sportu. Człowiek bez szkolnej wiedzy wcale nie jest dyskwalifikowany. Nikt nie ma szlabanu na miłość, także na miłość do Ojczyzny.

            Tak, jak rodzina składa się z jej poszczególnych członków, tak Ojczyzna składa się z obywateli. Dobro obywatela, to dobro Ojczyzny i na odwrót. Niby proste, ale znowu problem polega na tym, że pojęcia takie, jak zło i dobro są bardzo elastyczne- można je naciągnąć, jak gumę w gaciach. Uściślę więc: Przez dobro obywatela rozumiem danie mu umiejętności i możliwości samodzielnego życia, tak jak przez dobro dziecka rozumiem to samo. Gdy dziecko jest małe, karmimy je. Przychodzi jednak czas, gdy dziecko mówi „jestem głodne”, a my mówimy mu: „zrób sobie kanapkę”. Później przyjdzie czas, gdy powiemy dziecku: „a teraz już czas samodzielnie zarobić na to, co jest w lodówce”. Tak jest dobrze i dla dziecka, i dla całej rodziny. Tak też jest dobrze dla obywatela i Ojczyzny. Zło się pojawia wtedy, gdy dziecko oczekuje więcej, niż rodzice mogą dać. Zło się pojawia wtedy, gdy dziecko pomimo wejścia w dorosłość, nadal oczekuje finansowania przez rodzinę. Zło pojawia się również, gdy rodzina próbuje wykorzystać dziecko,  jak siłę roboczą, pracującą na kogoś, kto ma wszelkie możliwości, by samemu pracować. Tak samo jest z Ojczyzną.

            Nie sposób mówić o patriotyźmie bez historii. Tak, jak w rodzinie powinno się wykorzystywać doświadczenia przodków, tak identycznie należałoby robić dla Ojczyzny. Przy czym doświadczenia, to SUKCESY i PORAŻKI oraz ich geneza i skutki, także długoterminowe. Wyobraźmy sobie rodzinę, w której wujek Ziutek był alkoholikiem i zapił się na śmierć. Nie możemy w imię świętej pamięci wujka Ziutka wmawiać dzieciom, że wujek był dobry i pracowity, ale zakochał się w złej ciotce Brunhildzie, która go porzuciła. Wtedy się rozpił z rozpaczy i zmarł, dlatego odtąd wiemy, że rodzina Brunhildy, to nasi śmiertelni wrogowie. Niestety, trzeba dziecku jasno i klarownie wytłumaczyć, ze wujek zmarł, bo za dużo pił i wszystkiego, z nieszczęśliwą miłością do Brunhildy włącznie, używał jako pretekstu do picia. Możemy (wręcz powinniśmy) za to dodać, że brat wujka Ziutka, Zdzisiek, opuścił towarzystwo Ziutka, gdy zauważył jak pije, zawsze go pociągały motocykle, więc kupował używane maszyny i je mozolnie naprawiał, a dziś ma znany na cały powiat warsztat samochodowy, do którego zapisy są na trzy tygodnie naprzód. To samo jest z historią. Musimy wreszcie dojrzeć do tego, by nauczać także o błędach naszych przodków. Zamiast się podniecać sukcesami militarnymi Chrobrego, powinniśmy wreszcie zauważyć, że jego tendencja do rozwiązywania wszystkich problemów tępą siłą, przyniosła bankructwo Królestwa Polskiego i wpędziło kraj na długich trzysta lat w stan agonalny- niewiele brakowało, by Polska na zawsze znikła z mapy Europy. Warto też dodać, że ostatni z dynastii Piastów, Kazimierz III Wielki, pomimo braku sukcesów militarnych na miarę swojego ojca, Władysława I Łokietka, dzięki umiejętnej dyplomacji i świetnej reorganizacji gospodarki sprawił, że państwowość polska okrzepła i miała szanse przetrwać po dziś dzień.

            Ostatnią sprawą, o której chcę napisać, to śmierć za Ojczyznę, ewentualnie śmierć za rodzinę. Ostatnią nie bez powodu, taka jest hierarchia ważności. Poświęcenie jest tematem bardzo chwytliwym. Dwa lata temu w notce na podobny temat wspomniałem mojego kolegę, który gdy popił, zarzekał się z ogniem w oczach, że dla swojego syna, bądź swojej żony, to chętnie oddałby życie. Cały wic polega na tym, że zarówno jego synowi, jak i jego żonie, na cały siusiak było jego życie- dziecko potrzebowało ojca, a żona męża. Opój, który wyrażał gotowość pójścia na śmierć, niczego tak naprawdę nie ofiarowywał, gdyż i bez jego śmierci nie było go przy rodzinie. To samo dotyczy śmierci za Ojczyznę. Ojczyzna nie potrzebuje trupów- są bezużyteczne. Ojczyzna potrzebuje obywateli pracujących dla jej dobra. Obojętnie jak i gdzie, byle uczciwie, bo nieuczciwość tworzy wrogów, a Ojczyzna nie potrzebuje wrogów. Ojczyzna potrzebuje partnerów. Nie potrzebuje łaski, potrzebuje uczciwej wymiany dóbr, zarówno takich jak wiedza i praca, jak i dóbr materialnych. Czy zatem śmierć za Ojczyznę, to fikcja bez znaczenia??? Nie, nic podobnego. Tyle, że nie chodzi tu o ŚMIERĆ, lecz o WYKONYWANIE SWOJEGO OBOWIĄZKU. Bywają sytuacje, gdy z racji roli, którą przyszło nam pełnić, zostaliśmy obdarzeni nadzwyczajnym zaufaniem, jak kapitan na statku. Kapitan schodzi ostatni. Jego ludzie ślepo wykonywali jego polecenia, wypompowywali wodę z zagrożonych pomieszczeń narażając się na zalanie, ratowali ludzi i dobra ufając, że kapitan wie, co robi. Czasem ktoś tracił życie, ale gdyby nie wypełniał obowiązku, zginęliby wszyscy. Czuwający nad wszystkim kapitan upewnia się, że wszyscy żywi się ewakuowali, dopiero on opuszcza pokład. Zauważmy, że tu nie chodzi o ŚMIERĆ. Tu chodzi o WYPEŁNIENIE OBOWIĄZKU. I pamiętajmy, że na co dzień, ten obowiązek wygląda zupełnie inaczej. Dużo bardziej prozaicznie.

 

            A tuż po północy, wraz z samym początkiem piątku, kolejne przygody świętego Sławomira od Dwóch Światów. Tym razem będziemy golić buraki, a święty dozna oświecenia i napisze bestseller. Zapraszam- kliknij.



wtorek, 06 listopada 2012

             Historia „Chomiczka” dobiegła końca. Nie obroniła się przed agresywnym nowotworem. Zmarła w „Zaduszki” ok. 4 nad ranem. Podobno spokojnie. Niestety, nie w domu- cierpienia były nie do opanowania poza szpitalem. Teraz już nic nie można zrobić, ale nikt mi nie wmówi, że to się musiało stać. To tragiczny efekt postawienia na zabobony i gusła, do tej pory jest to dla mnie niepojęte, jak zawodowa pielęgniarka, zamiast poddać wycinek guza badaniom cytopatologicznym, mogła pojechać po „cudowną wodę” do Lourdes. Czy obok publikacji o cudownych uzdrowieniach są publikacje o prozaicznych zgonach spowodowanych zabobonną wiarą? Mógłbym postawić duże pieniądze, że nie ma.

            Nikt z nas nie wie, czy dożyje jutra. Absolutnie nikt. Jednak to nie znaczy, że mamy być na to jutro nieprzygotowani. Jeżeli podejrzewamy chorobę, należy ją jak najszybciej zdiagnozować i leczyć. Choroba nieleczona może przybrać formę nieuleczalną, jak to się stało w przypadku mojej bohaterki. Oczywiście nie było żadnej gwarancji, że jeśli natychmiast się zdiagnozuje i podejmie leczenie, to wyzdrowieje. Natomiast była gwarancja, że jeżeli tego nie zrobi, to będzie tylko gorzej, a jeżeli będzie to nowotwór złośliwy, to nastąpi zgon.


            Dla mnie zaniedbanie zdrowia niewiele się różni od zachowania ucznia, który nie chce się uczyć, bo i tak nie wiadomo, czy nauka mu przyniesie duże korzyści. Cóż, pewne jest, że jeżeli nie będzie się uczyć, to ich nie będzie mieć. Podobnie jak z bezrobotnym, który mówi „po co szukać pracy, jak i tak mi jej nie dadzą”. Pewnie, połóż się i czekaj na śmierć, człowieku.

            Posiadałem dużo sympatii dla tej przedwcześnie zmarłej kobiety, była osobą bardzo życzliwą i uczynną.  Jednak nie mogę powiedzieć, że swoją decyzją zaszkodziła tylko sobie. Nie żyła na pustyni, miała bliskich, miała przyjaciół. Opowiadam o niej każdemu, kogo spotkam. Może jej przykład uchroni choć jedną osobę przed tak nieodpowiedzialnym wyborem. W końcu dziedzictwo, jakie po sobie zostawiamy, to nie tylko nasze sukcesy, ale i nasze błędy, na nich też mogą się uczyć inni, jeżeli tylko zechcą.

            Czasem zastanawiam się, co ona czuła, gdy zdała sobie sprawę z tego, że zmarnotrawiła czas, który mogła wykorzystać na leczenie. Wiem, że takie myśli się od siebie odpycha, ale gdzieś głęboko w środku każdy czuje, że popełnił błąd, za który trzeba zapłacić cenę. I wiem, jakie to ciężkie. Chyba jednym z podstawowych elementów spokoju ducha, jest czyste sumienie, przekonanie, że zrobiliśmy wszystko, co można było zrobić. Łatwiej jest przyjmować wyroki losu, mogąc sobie powiedzieć „tak po prostu miało być”. Mogąc powiedzieć, jak McMurphy z „Lotu nad kukułczym gniazdem”: „Ja przynajmniej spróbowałem”.

 

 

            Już we wtorek na blogu „Święty Sławomir od Dwóch Światów” lecimy w Kosmos, ujawniamy także nietypowe zainteresowania i pasje. Kliknij, jeżeli chcesz poczytać. Nie przegap, bo mój koń Ci nie wybaczy!



Tagi: śmierć
00:13, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
piątek, 02 listopada 2012

            Gorąco i serdecznie pragnę zaprosić wszystkich do czytania mojego nowego bloga pisanego w konwencji sitcomu opartego o humor abstrakcyjny p.t. „Święty Sławomir od Dwóch Światów”- kliknij, jeśli chcesz poczytać. Jest to serial pomyślany na trzydzieści odcinków- z możliwością ewentualnego przedłużenia. Nowe odcinki będą się ukazywać w każdy piątek i wtorek.

            Serial opowiada o czwórce przyjaciół. Główni bohaterowie, to tytułowy święty Sławomir od Dwóch Światów, legendarna Rzepicha- wdowa po Piaście Kołodzieju (w zastępstwie pierwotnej postaci), mój koń, zwany Koniem oraz ja sam, ulubieniec Rzepichy. Przeżywamy wspólnie przedziwne przygody: latamy w kosmos, szczepimy krety, bawimy, uczymy, leczymy, a to wszystko z zachowaniem wszelkich odstępstw od normy. Czasem będę się wspomagać rysunkami blogerki pamiętanej jako Kawa z Chili, prywatnie- mojej koleżanki. Odcinki są krótkie, by nie męczyć czytelnika. Akurat takie, żeby się uśmiechnąć, choćby z litości dla autora. Nikt przecież nie mówił, że Woland jest taki do końca normalny i poważny.

            Serial powstał dla uczczenia trzeciej rocznicy ODCHODÓW ŚWIĘTEGO SŁAWOMIRA, byłego blogera, który trzy lata temu szumnie ogłosił swoje odejście, po czym do dziś cierpi na skutek zaparcia w kiszce blogosfery, która jakoś nie może się go pozbyć i wydalić. Jest to swoista zaduma nad tym smutnym faktem.

            Ponieważ poniższa część notki mówi o samych obrzydlistwach, dalsze jej czytanie jest na własną odpowiedzialność- jednocześnie zapewniam, że reklamowany serial jest wolny od tego typu historii- tam jest czysta abstrakcja z luźnymi skojarzeniami. Natomiast poniżej wytłumaczę się odrobinę dlaczego użyłem tych właśnie postaci do mojej bajeczki. Nie każdego musi to interesować, sam się zastanawiam, czy to dobrze, że poruszam ten temat.

            Trzy lata temu wspomniany święty Sławomir od Dwóch Światów ogłosił swe odejście z sieci. Co się przy tym napłakał, że zniszczono jego pasję blogera, to jego. Między innymi padł ponoć, biedaczysko, ofiarą wspomnianej blogerki, Kawy i niejakiego blogera Azazela. Przez dwa lata nie robił nic innego, tylko latał od blogu do blogu, skarżąc się że Kawa go bije, a on się tylko broni, pyszcząc przy tym na Kawę i Azazela. Mnie też wszedł kilka razy w drogę, więc (jak na Wolanda przystało) przesadnie się z nim nie pieściłem, ale tak się, chłopaczyna rozmazgaił (dorosły facet z tytułem naukowym doktora, dacie wiarę?), że po prostu szkoda mi było dokładać do pieca. Ileż razy można słuchać jęków typu „no i sami widzicie, jaki ten Woland jest....”? Ignorowałem typa ze dwa lata, do czasu, gdy kiedyś przyszło mi do łba przejrzeć ranking Onet. Jego blog „Dwa Światy” był dokładnie w tej samej dziesiątce rankingu, co mój. Różnica była taka, że mój blog jest pisany regularnie i ma stałych czytelników, a u niego ostatnia notka została napisana trzy lata temu, dokładnie 2 listopada 2009. Zaintrygowany wszedłem, a tam ponad trzy tysiące komentarzy. Okazuje się, że ten typ od trzech lat  tam na przemian plotkuje, intryguje lub się mazgai, że go Kawa krzywdzi albo, dla odmiany, kadzi sobie samemu pochwały w stylu „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść NIEPOKONANYM”, ale głównie skupia się na obrabianiu dupy osobom, które uznał za swoich wrogów, a przeróżne trolle sieciowe roztrząsają z nim ten temat... Trzy lata rozpowszechniania najbardziej idiotycznych pomówień, a w najlepszym wypadku plotek! Traf chciał, że odnalazłem komentarz, w którym święty Sławomir lansował pogląd, jakobyśmy ja, Woland oraz inna blogerka, Eliza, byli zmuszeni brać udział w mistyfikacji, jaką przygotowała blogerka Kawa. Mistyfikacja miała polegać na tym, że ją KRYJEMY. Wstrząsające, prawda?!

            Przez dwa lata prowadzenia przez Kawę bloga „Mocna kawa z odrobiną chili”, Sławomir wypłakiwał się na różnych blogach, że Kawa mu robi kuku, a on się tylko broni. W pewnym momencie Kawa się wkurzyła i skasowała blog, założyła inny i chciała sobie normalnie pisać z dala od pokrzywdzonego biedactwa. Nie dało się, Sławomir ją wytropił i robił u niej syf z pomocą zaprzyjaźnionych trolli. Kawa zmieniła blog na jeszcze inny, polazło robactwo za nią. PRZYPOMINAM, ŻE SŁAWEK PŁAKAŁ, ŻE TO KAWA GO KRZYWDZI, A ON, BIEDACZEK, SIĘ JEDYNIE BRONI!!! Kawa założyła jeszcze jeden blog na Onet oraz blog bliźniaczy na Blox. Używa go do promocji swojej pracy, gdyż zajmuje się sprzedażą biżuterii własnego projektu i autorstwa, a blog oprócz tekstów Kawy, przy okazji pokazuje jej prace. Nie wiem jak Wy uważacie, ale dla mnie to jest normalne, że jeżeli dziewczyna ma jakiś pomysł na biznes, to i trzyma z daleka bandę trolli, żeby nie bruździły. Stąd moderacja blogu. No i wyobraźcie sobie, że ja w chorym umyśle Sławomira zostałem ZMUSZONY DO KRYCIA KAWY. Czubkowi nie trafia między uszy, że rozumiem motywację Kawy i jak najbardziej ją popieram. No, regularny debil, jak słowo daję, a właściwie nie debil, tylko zwykły łajdak. Mocne słowa??? TO CZYTAJCIE UWAŻNIE TĘ HISTORIĘ!!!

            Blogerka Eliza podczas jednej z wizyt w Polsce zorganizowała spotkanie blogerów i komentatorów, a grupowe zdjęcia z tego wydarzenia zamieściła u siebie na blogu. Sławuś, bądź inne trolle z nim współpracujące (nie wiem, nie będę zgadywać, a śledztwa robić nie będę, jeszcze mnie nie pogięło) zdjęcie jednej z kobiet obecnej na imprezie ogłosili zdjęciem Kawy, skopiowali i wklejali na innych blogach, okraszając niewybrednymi komentarzami w stylu „haha, miała być czterdziestoletnią rudą rusałką, a okazała się być grubym, starym babskiem”. Chyba nie ma osoby bardziej aktywnie rozwodzącej się w sieci na temat "rusałki ze zdjęcia", niż Sławomir- ponoć prywatnie osoba wykształcona, "doktÓr". I teraz postawcie się na miejscu tej przypadkowej kobiety ze zdjęcia: Wyobraźcie sobie, że w dobrej wierze idziecie na spotkanie blogerów, żadnej Kawy nawet wcześniej nie znaliście, a jakiś siurek bierze wasze zdjęcie, rozpowszechnia w sieci i dodaje do niego całą serię podłych insynuacji, jakimi święty Sławomir raczył Kawę na co dzień, płacząc, że to Kawa go atakuje. Czyli, możecie sobie pod swoim zdjęciem poczytać, że to „ta histeryczka, co wymyśliła dla popularności śmierć ojca i męża, wymyśliła samotne wychowywanie synów, chciała uchodzić za młodą i zgrabną a jest stara i gruba”. Wyobraźcie sobie, co by się stało, gdyby takie zdjęcie trafiło na przykład do Waszych znajomych w pracy, jak byście się przed nimi wytłumaczyli, że to nie Wasz blog, że to nie Wy jesteście Kawą i nie macie nic wspólnego z urojeniami świętego Sławomira. Przecież nawet nie macie szans na obronę, bo jak udowodnicie bezsensowność takich oskarżeń. Kobieta, która była na zdjęciu, zażądała jego usunięcia z sieci, a Anzai, bloger który zauważył że dał się wmanipulować w czyjąś prywatną wojenkę, zamieścił sprostowanie. Tu zamieszczam link  - kliknij i zwróć uwagę na komentarz Slavvomira- to oczywiście święty Sławomir od Dwóch Światów. On zamieścił tam też swoje „przeprosiny”- gdyby mnie tak „przepraszał” i był w zasięgu ręki, dostałby od razu w ryj! Treść przeprosin Sławomira wobec kobiety, pod wizerunkiem której użył oszczerczych pomówień, brzmi tak:

            „To ja też przepraszam Panią Halinkę i Elizę na dodatek. Za to, że poprzez moje (między innymi) dążenie do wyjawienia prawdy o Kawie (jako rudowłosej rusałki) zostały zmuszone do kłamstw i machinacji, w które i tak nikt nie uwierzył.Współczuję też im szczerze „przyjaźni”, która oznacza NIC INNEGO JAK TYLKO świecenie oczami w obronie kogoś, kto w sieci kłamie przedstawiając siebie taką jaką nie jest w rzeczywistości”.

            Widzicie to? Ten płaczek sieciowy, który od trzech lat lamentuje, że jest prześladowany przez Kawę, po serii pomyj wylanych na obcą kobietę, w ogóle nie mającej nic wspólnego z jego prywatną wojenką, po bezprawnym użyciu REALNEGO wizerunku tej kobiety, jeszcze ma czelność pyskować uważając za grzech, że ta kobieta zażądała usunięcia szkalujących materiałów. I zobaczcie, jak ta ciotowata wesz używa zwrotu „prawda o Kawie (jako złotowłosej rusałce)”. Z ciekawości: Czy sądzicie, że w sposób nieuprawniony używam rynsztokowego języka pisząc o tym łajdaku? Ja rozumiem, że można wejść w ostry konflikt, ale żyć nim, pielęgnować go, a potem jeszcze płakać i się żalić, że się zbiera jego owoce?! Nic mnie nie napawa taką odrazą jak ktoś DOROSŁY, kto nie umie przyjąć na klatę konsekwencji swoich czynów. Byłbym zapomniał..., od czasu, gdy Kawa skasowała stary blog, święty Sławomir nie może już lecieć na swoim tekście, że to Kawa go krzywdzi, więc przerzucił się na śpiewkę, że „on Kawę demaskuje i przed nią ostrzega”. Normalnie dzięki, łaskawco, życie nam ratujesz, będę wiedział, że Kawa ma inny blog (cholera- i tak wiedziałem, bo sama mi mówiła). Czujecie się ocaleni przez Sławka?

            Ostrzeżenie: Potraktujcie tę informację bardzo poważnie. Święty Sławomir jest w stanie wojny z trollem Baggim (trafił swój na swego). W komentarzach na blogu Jerzego Urbana ujawniają wzajemnie swoje dane personalne oraz dane swoich rodzin (Baggi podszywa się pod Sławka- używa jego nicka z Onet). Właściwie św. Sławomir sam upublicznił kiedyś swoje dane, ale do danych Baggiego trzeba było dotrzeć. Nie obchodzi mnie to, czy oni robią to samodzielnie, czy z czyjąś pomocą. Zwracam tylko uwagę, że to nie są żarty, że to dawno wyszło poza sieć i stało się wojną w realu, wojną „podłość za podłość”, uważajcie więc na nich, bo to nie Woland, który co najwyżej wyśmieje i zwyzywa kogoś w komentarzu albo notce za KONKRETNY tekst z sieci. Tu jest wojna przeniesiona z sieci do życia codziennego, przeniesiona na rodziny i z zaangażowaniem znajomych informatyków lub tez innych źródeł pomocnych w zdobyciu prywatnych i poufnych danych osobowych. Takich, jak dane żony (wraz z miejscem pracy), czy syna (z miejscem nauki).

            Dobra, dość o tym gamoniu, są jeszcze inne postaci mojego sitcomu. Rzepicha pojawiła się tu nieplanowana- w zastępstwie pierwotnie pomyślanej postaci. Jest ku temu poważny powód, którego nie mogę wyjawić, gdyż sama zainteresowana go nie ujawniła. Rzepicha, to legenda ludu, wdowa po Piaście Kołodzieju- legendarnym protoplaście Mieszka I.

            W nowym serialu blogowym znajduje się też mój koń, zwany Koniem. Zapytacie, dlaczego się tam znalazł? Odpowiem Wam tak: „A czy wyobrażacie sobie ten serial bez mojego konia”?!

            Ostatnią stałą postacią jestem ja sam. Gdy się wczytacie w moje przygody, bez trudu zauważycie, że nie postępuję w nim przesadnie roztropnie. Spytacie dlaczego robię z siebie idiotę??? Odpowiedź brzmi: „Bo rzeczywiście coś musi być ze mną nie tak, skoro podjąłem temat świętego Sławomira i trzeciej rocznicy jego odchodów”.

            Jeszcze raz zapraszam do czytania nowego serialu komediowego, który oprócz zapożyczenia postaci i zestawu luźnych skojarzeń, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, a przynajmniej starałem się, by tak było- kliknij, by się przenieść w matrix „Świętego Sławomira od Dwóch Światów”.



Tagi