RSS
poniedziałek, 25 listopada 2013

            Istnieją na świecie kraje, gdzie problemem onkologów jest jedynie przekonanie pacjenta do podjęcia walki o własne życie i podjęcia przykrej, sprawiającej cierpienie i osłabiającej organizm terapii. Pisałem o tym w swoim cyklu felietonów "Spotkania z rakiem". Polska, niestety, nie należy do grupy takich krajów. W Polsce nadal podstawowym problemem jest zgoda NFZ na finansowanie leczenia. Nawet w przypadku, gdy stan pacjenta rokuje duże nadzieje. W ten właśnie sposób zmarła blogerka Anna (Anafiga): Po udanej operacji (rak języka) zwlekano z chemioterapią, ustawiając ją w długiej kolejce, zamiast podejść do kontynuacji leczenia priorytetowo. W efekcie, zanim dobito chorobę, nastąpił jej nawrót, a osłabiony organizm nie był w stanie przejść ostrego leczenia, wymuszonego przez kolejny atak choroby. Zmarnowano wszystko: Wolę walki i odwagę Anny, pracę zespołu chirurgicznego, pomoc blogowych przyjaciół (nawet tych, którzy o Annie dowiedzieli się z apelu zamieszczonego na blogu Elizy- decydujących się na wsparcie obcej osoby). Ja rozumiem konieczność selekcji (to okropnie kojarzące się słowo), ale dlaczego nie pomaga się ludziom, których zdrowie jest na wyciągnięcie ręki?! Tym, którzy mimo ciężkiej choroby, dobrze rokują?!


            Oczywiście piszę o tym nie bez powodu. Na blogu Lesliego przeczytałem o podobnej sprawie: NFZ nie finansuje kontynuacji leczenia młodej kobiety, która dobrze rokuje. Mówiąc obrazowo: Zamiast dobić chorobę kolejnym etapem leczenia, pozostawiają pacjentkę po terapii podstawowej, licząc na to, że będzie ona wystarczająca. Po pierwsze i najważniejsze, to skazanie chorej dziewczyny na rosyjską ruletkę. Po drugie, to tępa głupota, bo w wypadku nawrotu, będzie trzeba podjąć ostrą i kosztowną terapię, która znajduje się już na liście tych refundowanych przez NFZ. Ciekawe, ile urzędnicy tej instytucji przyznają sobie w tym roku świątecznej premii za te decyzje? A może by im zamiast premii zorganizować wycieczkę po grobach ludzi, którzy byli na drodze do wyzdrowienia, lecz nie pokonali bariery urzędniczych zasad? Jednak do rzeczy: Poniżej wklejam link do apelu o pomoc. Są już pierwsze efekty, są pieniądze na dwie serie leczenia. Całość, to 16- 18 takich serii.


Link 1- jak pomóc z uzasadnieniem prośby- kliknij tu.

 

Link 2- pierwsze efekty akcji- kliknij tu.


11:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
sobota, 23 listopada 2013

            Kilka dni temu usłyszałem o zegarku Nowaka (PO). Nie wiedziałem: martwić się, czy cieszyć. Oto jakiś głupi zegarek, stał się przyczyną zguby ministra, który olał prawo nakazujące zgłaszanie podarków o wartości ponad 10 tysięcy złotych. Głupi, bo to nie jakieś ukrywanie skarbów niewiadomego pochodzenia, to nie ukrywanie dziesiątków takich prezencików, mogących stanowić dowód przekupności, lecz jeden przedmiot ledwie przekraczający założoną prawem wartość. Wcale mi nie było do śmiechu, że czymś może się zajmować prokuratura, tym bardziej że wartość zegarka, na który w sklepie może być narzut nawet 300% (tak jest z wyrobami luksusowymi), jest sprawą dyskusyjną. Z drugiej strony- nie ma świętych krów, prawo jest prawem, więc powinienem się cieszyć. Ale z czego? Z durnego prawa?

            Nie zdążyłem się otrząsnąć po Nowaku, a tu nowy kwiatek: Hofman (PiS) ma kłopoty tego samego gatunku. On nie zgłosił wysokiej pożyczki, jak mi to ktoś wyjaśnił, podlegającej podatkowi od czynności cywilno- prawnych, zdaje się że wysokości 2% (jeżeli ktoś z czytelników potrafi zweryfikować tę informację, to bardzo proszę o zabranie głosu). I znowu nie wiem, czy śmiać się, czy płakać: Jeszcze wczoraj koledzy Hofmana z lubością powtarzali zwrot, który wymyślił, zdaje się, Palikot "rząd Tuska zrekonstruował prokurator", a tu szefostwo PiS rekonstruuje inny prokurator. Za podobną duperelę, bo po prawdzie, to nóż mi się w kieszeni otwiera na myśl, że człowiek przyjmujący na siebie zobowiązanie finansowe, jakim jest pożyczka, musi od tego jeszcze zapłacić podatek. Co za prawo?!

            Tak po ludzku, odczuwam empatię, zarówno względem ministra Sławomira Nowaka, jak i posła, rzecznika PiS, Adama Hofmana. Naprawdę czasami szeroko otwieram oczy ze zdumienia, dowiadując się, za co można zostać w Polsce skazanym i nogi się przede mną uginają na samą myśl o tym, że wręczając komuś prezent, bądź ratując go w kłopotach finansowych pożyczką, możemy go posłać za kraty, jeżeli osoba ta nie spełni dodatkowych wymogów prawnych, za wyjątkiem mojej wolnej woli udzielenia tej pomocy. Jest jednak druga strona medalu, która sprawia, że jestem za sprawiedliwym śledztwem, procesem i w razie stwierdzenia winy, skazaniem bez żadnej taryfy ulgowej tak pierwszego, jak i drugiego z panów.

            Zarówno poseł Hofman, jak i poseł Nowak, są przedstawicielami władzy ustawodawczej, to oni odpowiadają za to, że to prawo funkcjonuje w takiej postaci. Tyle się mówi o tym, że przepisy prawa rujnują polskich przedsiębiorców, że zawierają tyle kruczków i haczyków, iż jest niemożliwością nie nadziać się na pułapki prawne. Prace komisji "Przyjazne Państwo" z powodów politycznych zostały zmarginalizowane przez panów polityków właśnie. No to ja bym chciał, żeby panowie politycy na własnej skórze odczuli skutek antyobywatelskich przepisów prawa. Chciałbym, by zarówno prezes Kaczyński, jak i premier Tusk, zobaczyli na przykładzie swych najwierniejszych pretorian, że nikt nie jest bezpieczny, dopóki się nie dogadają w kwestii zmiany antyludzkiego prawa. Dlatego zarówno pan Adam, jak i pan Sławomir, jeżeli tylko okażą się winni, powinni otrzymać bez żadnej ulgi taką karę, jaką sami, jako posłowie ustalili. W przypadku stwierdzenia dowodów winy, domagam się najsurowszych kar, bo ma to być kara nie tylko za to, o co są oskarżeni, lecz i odpowiedzialność za prawo, które uchwalali, bądź zgadzali się na jego funkcjonowanie w takim kształcie. Może ich koledzy poczują konieczność zmian na bardziej przyjazne dla obywateli. WALCZ OGNIEM Z OGNIEM!

 


11:33, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
wtorek, 19 listopada 2013

            Szukasz rozpaczliwie pracy. Nadzieja miesza się z lękiem, że po raz kolejny zostaniesz na lodzie. Drżysz z emocji przed spotkaniem z potworami, które odpowiadają za rekrutację na to stanowisko. Uważasz, że ich jedynym celem jest Cię zgnoić i odrzucić. O dziwo, naprawdę tak sądzisz. Ta myśl pochłania twój czas i zamiast przygotować się do kolejnego etapu rekrutacji, posądzasz obce osoby o wydumane winy. Pozwól więc, że Ci przedstawię ludzi, których zaocznie oceniasz.

            Naprzeciw Ciebie usiądzie lider zespołu, w którym znajduje się stanowisko, o które aplikujesz oraz kierownik, a może nawet właściciel firmy. Czasem będzie też obecny specjalista d/s rekrutacji. Lider od pół roku naciskał na kierownika, by zatrudnić jeszcze jedną osobę, bo jego ludzie są przemęczeni, nie wyrabiają się z robotą, popełniają pomyłki, a atmosfera w zespole staje się coraz bardziej nerwowa. Zastanów się: Jaki cel ma taka osoba w odrzuceniu aplikujących? Lider poszukuje członka zespołu, nie potrzebuje wysyłać Cię na bezrobocie, bo bez jego pomocy już się tam znajdujesz. On szuka człowieka do siebie- do swojego zespołu, a nie na posadę bezrobotnego. Kierownik zaś widzi, że nie wyrabia się z zadaniami. Zna swoje potrzeby, jako pracodawcy oraz swoje finansowe możliwości. Ma naprawdę dużo pracy- nie przyszedł tu po to, by kogoś zostawić na ulicy, ale by wybrać kogoś, komu będzie płacić w zamian za usługę. Rolą lidera i kierownika jest ocenić, kto z kandydatów najlepiej się wywiąże z obowiązków i podjąć decyzję o zatrudnieniu. To nie są Twoi wrogowie. Oni mają do podjęcia ciężką decyzję, która wpłynie na los firmy i jej dotychczasowych pracowników. Zrozum sytuację ich i swoją: Skup się na przygotowaniu.

            Wściekasz się na wymagania? Złościsz się na wymóg zamieszczenia zdjęcia? A gdy Ty zamawiasz usługę, nie masz wymagań? Nie wybierasz tego, kto wzbudza Twoje zaufanie? Nie rób jaj! Oczywiście, że to robisz i masz do tego prawo, masz nawet taki obowiązek, jeśli jesteś osobą odpowiedzialną. Siądź zatem wygodnie i poczytaj, jakie jaja potrafią się dziać podczas prezentacji kandydatów na pracę.

            Zacznijmy od samej aplikacji: Na pierwszym miejscu wśród dyskwalifikacji, jest niezrozumienie wymagań. Aplikujemy o konkretne stanowisko. Zastanówmy się, na ile spełniamy oczekiwania pracodawcy. Jeżeli nie spełniamy ich wcale, to sobie oszczędźmy fatygi. Później leci wygląd C.V. i listu motywacyjnego. Jeżeli jest niechlujny, bądź informacje są nieczytelne- wszystko ląduje w koszu. Często wśród aplikacji znaleźć można prawdziwe perełki głupoty, n.p. "sweet focie"- roznegliżowane dziewczęta z solarium, chłopcy w podkoszulku i wysmarowani olejkiem podkreślającym mięśnie. Dziewczę na koniu, chłopię na motorze. Tajemniczy don Pedro w ciemnych okularach lub "różowa landrynka". Zastanówcie się: ile jest prac, gdzie potrzebują takich osób i czy aplikujecie o taką właśnie pracę. Rekomenduję zdjęcie uśmiechniętej, lecz formalnie ubranej osoby. To jest autoprezentacja, a nie lans na portalu społecznościowym.

            Sama rozmowa kwalifikacyjna, to już prawdziwa sztuka. Bladego pojęcia nie mam, dlaczego bezrobotni nie chcą chodzić na kurs poszukiwań pracy, skoro tego robić nie potrafią. To prawda, że to pracy nikomu nie dało, ale nie można być analfabetą, jeżeli się chce odnieść sukces. Warto sobie poszukać w internecie stałych pytań zadawanych przez pracodawców na rozmowach kwalifikacyjnych i poćwiczyć odpowiedzi. W ogóle, rekomenduję poćwiczenie przed lustrem uśmiechu i entuzjazmu. Zwłaszcza, jeżeli mówimy o swoich doświadczeniach zawodowych i oczekiwaniach wobec nowej pracy. Warto poszukać pozytywów, bo nikt nie zechce malkontenta i ponuraka (z wyjątkiem domów pogrzebowych i krajowych związków zawodowych).

           Warto wczuć się w rolę osoby rekrutującej. Co byście zrobili przy spotkaniu następujących przypadków (akcje są autentyczne- niektórych wydarzeń sam byłem świadkiem, niektóre opowiedzieli mi godni zaufania znajomi):

            -Przedsiębiorca budowlany proponuje osobie bez doświadczenia budowlanego stanowisko pomocnika murarza wraz z jego pensją, na co kandydat upiera się, że chce być murarzem. W pewnym momencie mówi do potencjalnego pracodawcy: "Dlaczego myślisz, że nie mogę być murarzem? Przecież to nie może być trudne!"

            -Trwają poszukiwania sprzedawców samochodów. Do firmy z Białystoku zgłasza się pan z Wrocławia. Wszystko brzmi fajnie, on zapewnia, że się przeprowadzi, podaje też swoje wymagania płacowe. Osoba rekrutująca dostaje odpowiedź z dyrekcji, że o 50% przekraczają one możliwości firmy. Komunikuje to kandydatowi, który w odpowiedzi zaczyna pyskować i odgrażać się, że za miesiąc firma będzie go prosić o zatrudnienie, gdy się okaże, że osoba wybrana na to stanowisko niczego nie potrafi.

            -Kandydatka do pomocy w sklepie, który ma wielu klientów z Niemiec i Czech, zamiast dopytywać się o szczegóły pracy, pyta z wyrzutem kierowniczkę sklepu, po co jej osoba z językiem obcym.

            Nie kombinujmy. Te osoby oczywiście zostały odprawione z kwitkiem. Nie wiem skąd się u ludzi bierze przeświadczenie, że to oni mają narzucać pracodawcy warunki pracy, a nie odwrotnie. Skąd się bierze przeświadczenie, że pracownik jest od pouczania pracodawcy? I dlaczego uważają, że ich agresja jest równoważna z godnością. To jakieś nawyki spod budki z piwem! W życiu nie słyszałem, by komuś przyniosły sukces podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Odrobinę szacunku dla potencjalnego pracodawcy i przyszłych współpracowników!

            Na drugim biegunie są osoby, który swoją postawą przepraszają, że żyją, a o pracę proszą, jak o jałmużnę. Te osoby są również skazane na klęskę. Strach jest zaraźliwy. Osoba przestraszona odrzuca od siebie ludzi. Jest to bardzo popularne u ludzi znajdujących się pod presją. Bardzo im zależy na pracy, tak bardzo, że stają się bezwolni. A przecież mają się wykazać entuzjazmem wobec pracy. Mają zarażać nim kolegów. Mają samodzielnie odpowiadać za wykonanie zadań. Tymczasem oni się boją!

            Na zakończenie kilka pożytecznych linków:

            Kompedium wiedzy o poszukiwaniu pracy- kliknij tu.

            Prywatne uwagi jednej z blogerek na temat ostatniej rekrutacji:

            -Viridianathewitch, cz.1- kliknij,

            -Viridianathewitch, cz.2- kliknij.

 

            Dyplom ukończenia nauki nie oznacza wiedzy. To, że ktoś szuka pracy, nie oznacza, że nadaje się na każde stanowisko. Niekoniecznie musi oznaczać, że się nadaje do jakiejkolwiek pracy. Najlepsze, co można zrobić, to popracować nad sobą- narzekanie na złych pracodawców niewiele pomoże. Wiedza o poszukiwaniu pracy naprawdę się przydaje. Oczywiście, można też siąść i płakać, jednak to jeszcze nikomu nie pomogło.


15:36, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
piątek, 15 listopada 2013

            POLSKA KOLEJ- aż ciężko uwierzyć, że kiedyś te słowa brzmiały dumnie, a zawód kolejarza był zawodem społecznego zaufania. Niedawno miałem okazję się przekonać, jak jest dziś. W skrócie, moja przygoda wyglądała tak, że zakupiłem bilety na określoną godzinę, jednak przy ich kontroli okazało się, że to nie te i trzeba dopłacać. Na zadane przeze mnie pytanie "A bierzecie państwo odpowiedzialność za swoich pracowników" usłyszałem odpowiedź, że kasjerzy, to nie są ich pracownicy. Dopłaciłem, a po odejściu konduktorki dowiedziałem się od współpasażera, że on kilka godzin wcześniej przeżył awanturę, bo miał "zły" bilet, bo zapłacił więcej (opłacił pociąg droższy na całej trasie, choć zaczynał tańszym- tak też nie wolno). Skoro już jestem przy pretensjach, to dodam, że ogrzewanie nie działało, bądź było celowo wyłączone. To wszystko podczas dwugodzinnej podróży- nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym chciał podróżować polską koleją częściej.

            Kolej jest obok służby zdrowia największym pogrobowcem komunizmu. Zmiany są pozorne, własność nadal jest w rękach państwa. Za to odpowiedzialność się ślicznie rozmyła- wystarczyło się podzielić. Jak to jest, że sowicie opłacani włodarze firm kolejowych, nie zauważyli przez ćwierć wieku prostego faktu: Od czasu przemian, ludzie posiadają wybór. Samochód stał się dobrem powszechnym, a do tego doszła komunikacja prywatna. O klienta trzeba walczyć, a kolej zadbała jedynie o pasażerów Inter City. Do całej reszty zwraca się tak, jakby im łaskę robiła.

            Nie jestem przesadnie wybrednym pasażerem. Od przewoźnika wymagam czystych, klimatyzowanych wagonów i względnej punktualności oraz przyzwoitej prędkości połączeń. Nie sądziłem- do łba mi nie przyszło, że na kolei problemem może być otrzymanie właściwego biletu! I że później za błędy sprzedających będzie odpowiadać pasażer!

            Jeszcze raz usłyszę, że polska kolej jest niedoinwestowana, to krew mnie zaleje! To problem wtórny! Podstawowy kłopot, to brak dbałości o klienta. Może wreszcie zarządzający spółkami wbiją sobie pod czapki, że to do ich zafajdanych obowiązków należy dogadać się między sobą, by przyjąć zintegrowany system sprzedaży biletów. Jaki to problem, by system zapamiętywał połączenia i przewoźników? Że kłopot dla kasjera i dłuższa obsługa? Skoro się przewoźnicy podejmują takiej roboty, to już ich problem. A każdy skład powinien być wyposażony w maszyny do sprzedaży biletów i uaktualniania przewoźnika, by wiedzieć komu pieniądze za dany przewóz się należą. Mamy XXI wiek, na przystankach MZK są już podobne dystrybutory, we Wrocławiu bilety można nabyć z automatów zamieszczonych w każdym autobusie- MZK stać, przewoźników kolejowych tym bardziej, koszt takiej maszynki, to nieznaczący detal w porównaniu do ceny wagonu.


            Jeżeli chodzi o mnie, ja z przewoźnikami kolejowymi współpracę zakończyłem. Niech mnie ucałują! Gdy w przebłysku geniuszu zrobią porządek z obsługą klienta, jeżeli sprawią, że komfort podróży będzie przyzwoity (ogrzewanie i czystość oraz punktualność i czas), to możemy pogadać. Szkoda mi tylko szeregowych pracowników: firma utrzymuje niesprawny umysłowo zarząd, firma utrzymuje hydrę związkową, a nikomu się nie chce zastanowić, jak sprawić, by pasażer mógł nabyć właściwy bilet i nie nabawił się zapalenia płuc podczas podróży. Będą zatem dalsze zwolnienia- nie ma klienta, nie ma pieniędzy. Zarząd się sam nie zwolni, związkowcy też będą pobierać pensje do samego końca: ich lub spółki.


10:35, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
środa, 13 listopada 2013

            Na temat zajść z Dnia Niepodległości powiedziano już wiele, nie widzę powodu, by się rozpisywać. Dla porządku, żeby było jasne, po której jestem stronie: Bandytów należy ścigać, podobnie jak ich politycznych mecenasów: Zawiszę, Bosaka, Wierzejskiego. Za przestępstwo odpowiadają sprawcy, a przestępstwem jest również pomoc w przestępstwie. Policja? W zeszłym roku bandyci narzekali, że była, a w tym roku narzekają, że jej nie było. To nie policja rzucała race, kostkę brukową i kamienie, nie policja podpalała Warszawę. Tyle na temat polityki i odpowiedzialności.

            Chcę zwrócić uwagę na coś zupełnie innego, niż politycy i media. Na coś, co zostało pominięte, jakby nic się nie stało. Chodzi mi o zajścia na Placu Zbawiciela. Komentarze mówią o tym, że "po raz kolejny spłonęła tęcza". Ewentualnie, że "spłonął pedalski symbol". Nie, drodzy Czytelnicy, tak można by było powiedzieć, gdyby ktoś przyniósł zakupioną przez siebie tęczową flagę i ją publicznie podpalił. Na Placu Zbawiciela przestępcy umyślnie podpalili własność miasta Warszawa, lecz to nie jest najgorsze. Bandyci spalili kilkaset kilo, może nawet ponad tonę materiału- w sercu miasta, gdzie są ludzie, samochody, paliwo, domy mieszkalne, instalacje gazowe i elektryczne. Na tym nie koniec: Strażacy, którzy przybyli na miejsce zdarzenia zostali napadnięci- obrzucano ich kamieniami. Banda kretynów uniemożliwiła akcję ratunkową. To nie płonął kawałek gazety- to było kilkaset kilogramów instalacji- w środku miasta. Nie wiem, kto ma kłopot z dostrzeżeniem tego faktu, wygląda na to, że większość komentujących. Podobnie, jak większość komentujących ma kłopot ze zrozumieniem, co by się stało w wypadku eskalacji zajść, na przykład, wybuchu paniki. Ilość osób podobna, jak na stadionie piłkarskim podczas ważnego meczu, lecz bez możliwości oddzielenia sektorami, bez systemu wyjść awaryjnych. Nie cierpię bandytów, nie cierpię bezmyślnego narażania ludzi. Odpowiedzialni za organizację manifestacji nie wyrazili grama skruchy. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie dostaną zgody na organizację zgromadzeń publicznych. Ktoś musi za nich myśleć.

Nasz zuch, Bosak.

            Starczy popisów zniewieściałych oszołomów z ONR i Młodzieży Wszechpolskiej, zawsze podejrzanie wyglądają mi chłopcy, którzy w dniu najważniejszego święta państwowego zamiast gdzieś się wybrać z dziewczyną, czy żoną, idą rąsia w rąsię z innymi chłopcami, by rozreklamować tęczę. Zwłaszcza, jak na ich czele stoją tak, hehehe, "męscy" panowie, jak Artur Zawisza i Krzysztof Bosak. Na Jowisza, gdyby z takich "mężczyzn" rekrutowała się polska armia, to trzeba by było zatrudnić ich mamuśki do gotowania zupki i wycierania nosa.

Zuch drugi, Zawisza. Strach pomyśleć, co by było, gdyby go ta mównica przygniotła!

 

 

20:58, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
niedziela, 03 listopada 2013

                Wokół mojego domu położonego 200 metrów od morza hula wiatr. Według synoptyków, ponad 40 km/h, choć w porywach znacznie silniejszy. Zero żywego ducha, czasem tylko zawyje przestraszony pies. Dzień Zaduszny- pogoda w sam raz dla duchów. Dokładnie rok temu zmarła moja znajoma, znana z bloga, jako Chomiczek, mieszkała niecały kilometr ode mnie. Sam mieszkam w domu, którego poprzedni lokator przeniósł się na „tamten świat”. Sąsiedni dom stoi pusty, tuż przed Bożym Narodzeniem, zdaje się, że w samą Wigilię, zmarł John, nikt się tam jeszcze nie wprowadził. Sto metrów ode mnie mieszkała mała dziewczynka, którą zabił wyjątkowo agresywny nowotwór. Pozostałe osoby, o których wspomniałem, też przegrały z rakiem. No i pies..., wielki, kremowy, puszysty stwór z widoczną nadwagą (sąsiedzi twierdzili, że rudy, ale ja wiem swoje). Witał mnie zawsze radośnie, nie mogłem się powstrzymać i go podkarmiałem, choć wcale mu tego nie było potrzeba. Też już jest w jakimś psim raju. A to wszystko w małej, rybackiej wsi na skraju Morza Irlandzkiego. Chyba porządnie przeżyłem śmierć tych osób, pożegnałem je tak, że nie niepokoją moich myśli. Być może kimś teraz targają uczucia podobne do bohatera genialnie zinterpretowanego przez Cezarego Studniaka „Encore”, aura sprzyja takiemu nastrojowi, lecz ja odpłynąłem w zupełnie innym kierunku.


       Moje myśli odleciały w kierunku kondycji naszej generacji. Względny spokój (przynajmniej w Europie) sprawił, że ludzie zaczęli zachowywać się, jakby byli nieśmiertelni. Bezsensowne narażanie życia: swojego i innych ludzi, które nie bierze się z odwagi, lecz z bezmyślności. To nie głupota, to strachliwa ucieczka od myśli o konsekwencjach. Żadna wolność, żaden liberalizm, jak to jest popularnie, choć błędnie nazywane (liberalizm nie chowa się przed konsekwencjami czynów), lecz tchórzliwa ucieczka od odpowiedzialności. Chciałbym wierzyć, że jestem od tego wolny, lecz tyle razy okazywałem się mieścić w tzw. „większości”, że aż mnie to przeraża, nawet grupę krwi mam najpopularniejszą :)


                Co mógłbym Wam zaprezentować, jak nie „New Model Army”? Justin Sullivan, jeden z bardziej znanych poetów mieszczących się w stylistyce szeroko pojętego punk- rocka, wielokrotnie podejmował tą tematykę. Czuć w jego tekstach niepokój, co pozostawimy po sobie naszym dzieciom i wnukom. Bardzo się wpisuje w mój dzisiejszy nastrój.


00:42, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
piątek, 01 listopada 2013

 

                Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny nieodłącznie kojarzą mi się ze smutkiem. W moich wspomnieniach z Polski dominował żal za tymi, co odeszli. Dopiero, gdy sam zacząłem spoglądać śmierci w oczy, dotarło do mnie, jak opacznie przeżywałem te dni. Uzmysłowiłem to sobie, gdy zacząłem się zastanawiać, co chciałbym, by z mojego życia zostało zapamiętane przez bliskich. Może Was zaskoczę, ale wcale nie zależało mi na tym, by być wspominanym dobrze. Chciałbym, pozostawić po sobie lekcję życia, a do tego potrzebna jest pamięć zarówno rzeczy dobrych, jak i złych, bo uczymy się zarówno na sukcesach, jak i na błędach. Zakopywanie błędów pod dywan nie jest najlepszą metodą nauki. Dlatego życzę wszystkim, by w te dni wspomnień o nieobecnych, wyzbyli się żalu, zastępując go wdzięcznością za lekcję, jaką nam nasi zmarli pozostawili. Choćby dlatego właśnie warto BYĆ i ŻYĆ, by zostawić innym taką naukę. Słowa te kieruję szczególnie do tych, którzy z różnych powodów chowają się przed ludźmi, nie potrafiąc pokonać bariery wstydu. Myślę tu o wszystkich cierpiących z powodu niskiego poczucia wartości (w tym o uzależnionych, którym poświęcam tyle miejsca na blogu). Nie ma ludzi nieważnych, są tylko chwile: stracone lub wykorzystane.


Zawsze, gdy mówię o wartości zwykłych, małych, codziennych czynności, staje mi przed oczami wspomnienie człowieka, któremu poświęciłem kiedyś notkę „Sam naprzeciw wszystkich świętych” (kliknij tu, jeżeli chcesz poczytać). Jeżeli ktoś nie wierzy w moc uczynków skromnego człowieka, niech koniecznie tam zajrzy. Gdy komuś potrzeba czegoś optymistycznego, niech również to zrobi. Wszystko zależy od tego, czy coś robimy, czy też pozwolimy się sobie pogrążyć w marazmie. Pamiętam, jak małżonka wspominanego wychowawcy młodzieży narzekała, że nie ma go dla rodziny, bo poświęca się innym. Wiem, że miała dużo obowiązków, że często miała nadzieję, że mąż ją odciąży, a on zajmował się swoją pracą. Robił to jednak tak, że zawsze BYŁ, dom i całe miasteczko pełne było jego osoby. Gdy tam przyjeżdżałem, zawsze BYŁ, zawsze znalazł chwilę, by przystanąć, zainteresować się, porozmawiać. Znajdował czas dla każdego, także dla rodziny, doskonale to pamiętam. Nawet, gdy wpadł do domu tylko na obiad, poświęcił uwagę każdemu i każdy w jego obecności czuł się osobą istotną. Pewnie, że każdy chciał więcej, ale z pewnością nikt nie został pominięty. Jeżeli ktoś doświadczył spotkania z podobnym człowiekiem, ma ochotę powiedzieć wszystkim świętym: Dobranoc!


11:58, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (5) »
Tagi