RSS
sobota, 29 listopada 2014

            Był paskudny, deszczowy i wietrzny poranek. Spieszyłem się na samolot do Wrocławia. Wskoczyłem w samochód, odpaliłem silnik i ruszyłem, by za moment wrócić w to samo miejsce. Kapeć, guma, flak, czy jak kto woli, dziura w oponie, uniemożliwiła mi jazdę. Ani chęci, ani tym bardziej czasu na naprawy nie miałem. Na szczęście uczynny sąsiad podwiózł mnie na autobus i zdążyłem. Rzecz miała miejsce w Irlandii, a pomógł mi rodowity Irlandczyk. Podkreślam to, bo zbyt dużo naczytałem się opinii o tym, jakoby Polak na Zachodzie był obywatelem drugiej kategorii i tanią siłą roboczą. Być może tak jest w Grajdołkowie albo w innym zaścianku, ale o tym później.


            Po dwóch tygodniach wróciłem do domu, był późny, piątkowy wieczór. Cały czas myślałem o tym, że będę musiał uwinąć się do południa z naprawą, gdyż w warsztatach samochodowych mało komu się chce długo pracować w sobotę. Jakież było moje zdziwienie, gdy się zorientowałem, że opona jest gotowa do jazdy, nawet już napompowana. Okazało się, że ten sam sąsiad podczas mojej nieobecności, postanowił zrobić mi niespodziankę, odkręcił koło i naprawił oponę. Tymczasem w Grajdołkowie....

            ...W Grajdołkowie widać postęp: internet dotarł pod strzechy i to, co kiedyś Grajdołkowiczanie musieli mówić szeptem, dziś mogą śmiało ogłaszać w komentarzach pod przeróżnymi artykułami. Na przykład szczęścia takich opinii doznaje od czasu do czasu mój blog. Ot, daleko szukać..., pod felietonem „Rozważania o guziku do zamykania windy” z jakiegoś zaścianka dotarł do mnie wzburzony głos Rodaka, cytuję (pisownia oryginalna):

 

Jesli lubosz czlowieku tkwic w windzie czekajac az sie zamknie,to sobie tkwij. 
Guziczek jest po to,ze jesli ci sie uda sciagnac pusta winde,zebys mogl pojechac nie czekajac ,az ktos ci wejdzie do srodka.ogromna wiekszosc ludzi woli jezdzic SAMEMU,bez wspopazsazerow,czesto nieprzyjemnych,glosnych lub agresywnych.I po tojest ten guziczek i wielka szkoda ze nie wszedzie.”

            Gdyby ktoś się nie domyślił, Rodak wyjaśnił mi, do czego mu służy guziczek do szybszego zamykania windy- podobno do tego, by nie wpuszczać do niej innych pasażerów. Zagadka: Kto traktuje Polaków, jak obywateli drugiej kategorii? Na odpowiedzi czekam w komentarzach pod dzisiejszą notką i już teraz serdecznie za nie dziękuję.

            Wracając do Irlandczyków. To nie jedyna miła niespodzianka, jakiej od nich doświadczyłem. W okresie wakacyjnym, gdy trawa rośnie jak szalona, wyjechałem na dłuższy czas do Polski. Podczas mojej nieobecności, jeden z sąsiadów systematycznie kosił trawę wokół mojego domu, choć go o to nie prosiłem, ani nawet tego nie zasugerowałem. Regularnie dostaję też od niego ryby, gdyż jego córka prowadzi sklep ze świeżymi owocami morza kupowanymi wprost od miejscowych rybaków. Uznał, że skoro może zrobić coś miłego, to dlaczego miałby tego nie robić.

            Najwięcej jednak pomocy doświadczyłem podczas swojej choroby. Gdy leżałem w szpitalu, byłem regularnie odwiedzany przez irlandzkich przyjaciół. Mogłem ich poprosić o wszystko- od zrobienia zakupów, za które nie chcieli pieniędzy, po wypranie brudnych ciuchów (gdy się w ciągu półtora roku spędza pół roku na szpitalnym oddziale, taka pomoc jest zbawienna). Oprócz kolegów pracujących na tej samej instalacji, odwiedzali mnie kierownik produkcji, szef związków zawodowych, dyrektor handlowy, a raz nawet dyrektor główny, który postanowił przez cały czas leczenia wypłacać mi wynagrodzenie, choć prawo zostawiało mu w tym temacie wolną rękę. Na święta załoga zrzuciła się dla mnie na dodatkową pensję. Wiecie już, co sądzę o tych „obywatelach drugiej kategorii”? Istnieją jedynie w zakompleksionych głowach, ale ja raczej nie mam na to wpływu!

            Teraz coś z zupełnie innej beczki: Czy mój dzisiejszy felieton jest ANTYPOLSKI ( co to w ogóle znaczy)? Pytam, bo niedawno w „Super Expressie” wyczytałem wielkimi literami krzyczący tytuł, że Polacy mają dość Stuhrów, a tekst artykułu głosił, iż ich ostatni film, „Obywatel” jest antypolską szmirą, na której Stuhr ojciec i Stuhr syn postanowili zbić kasę. Kto chce poczytać, odsyłam do źródła- kliknij tutaj. Gdyby ktokolwiek pracę redaktorów SE dał do oceny mojej nauczycielce języka polskiego, napisałaby mniej- więcej tak: „brak argumentów, dużo słów, mało konkretów, 2+”, przy czym w tamtych czasach obowiązywała czterostopniowa skala ocen (od 2 do 5). Tak sobie myślę, że skoro film Stuhra jest antypolski, to i mój felieton jest antypolski. Film opisuje dzieje Polaka, który niczym szczególnym się nie wykazał i ja zawarłem w swojej notce wypowiedź takiego Polaka. A tak w ogóle, to w rolę krytyków filmowych wcieliła się gazeta, znana z tak „super polskich” zachowań, jak zamieszczenie zdjęć martwego Waldemara Milewicza po tragicznej śmierci w Iraku, czy zdjęcia zakrwawionego, prawie pozbawionego ubrania martwego dziecka- jednej z ofiar zestrzelonego na Ukrainie Boeinga 777, a także z publikacji półnagiej, konnej sesji zdjęciowej mamy zamordowanej Madzi. Skoro już zadaję tyle pytań, jeszcze jedno: Czy jeśli powstanie kiedyś film o hienach cmentarnych z polskiego tabloidu, które dla kasy pokazują Polakom zdjęcia świeżych trupów, to będzie to również film antypolski? A sam film? Nie zgodzę się, że to polski „Forrest Gump”. To raczej korespondencja ze znanymi polskimi komediami „Zezowate szczęście” i „Obywatel Piszczyk”. O ile jednak obywatel Piszczyk był tchórzliwym konformistą, obywatel Jan Bratek, to raczej człowiek uczciwy, choć przeciętny, który na przemian zostaje ogłaszany bohaterem i zdrajcą, przy czym obie wersje mają tyle wspólnego z prawdą, co świnia z kosmosem. Mnie film poruszył, choć zdaję sobie sprawę, że zwolennicy rozrywki rodem z Super Expressu nawet się nie domyślą, czego dotyczy.

            Na zakończenie przypomnę pytania z tekstu:

  1. Kto traktuje Polaków, jak obywateli drugiej kategorii?

  2. Czy mój dzisiejszy felieton jest antypolski i co to w ogóle znaczy?

  3. Czy jeśli powstanie kiedyś film o hienach cmentarnych z polskiego tabloidu, które dla kasy pokazują Polakom zdjęcia świeżych trupów, to będzie to również film antypolski?

 

 

21:30, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
wtorek, 25 listopada 2014

            Od wczoraj po głowie tłucze mi się scena z jakiegoś filmu, w której starszy człowiek, który przeżył wojnę, najpierw śmiertelnie się przeraził, a później niewspółmiernie do sytuacji się zdenerwował, bo jakieś dziecko wymierzyło do niego kijem i zawołało "stać, ręce do góry" lub coś w tym sensie. Nie tylko nie pamiętam tytułu filmu, ale też żadnych jego szczegółów. Mimo to, zacznę od tego, gdyż chciałbym, by każdy możliwie dokładnie spróbował wczuć się w rolę człowieka, który widział dużo śmierci, który przeżył okupację, łapanki i cały terror z tym związany. Jeżeli ktoś wie z czym wiążą się słowa "stać, ręce do góry", jeżeli ktoś wie, co następowało po wymierzeniu z broni do człowieka, ma prawo się tego obawiać, ma prawo się tego panicznie bać.

            USA to kraj nieustannie straszony zamachami terrorystycznymi, kraj w którym na skutek powszechnego dostępu do broni, regularnie dochodzi do tragedii związanych z użyciem ich przez szaleńca lub dziecko. Wczoraj agencje podały informację o śmierci dwunastolatka postrzelonego przez policjanta. Powodem tragicznej interwencji było to, że dzieciak mierzył z atrapy broni do przechodniów, a zaalarmowany policjant był przekonany, że to śmiercionośny autentyk.

            W krajach demokratycznych panuje plaga ludzi nie odróżniających zabawy od stwarzania zagrożenia. Nie dalej jak wczoraj słyszałem o zatrzymaniu osiemnastolatka, który rok temu wywołał kilkadziesiąt fałszywych zamachów bombowych na instytucje publiczne w Polsce. Mamy też prawdziwe napady na instytucje publiczne, dokonywane przez osoby przekonane o swej bezkarności, jak byli dziennikarze Braun i Stankiewicz.

            Przypomniało mi się jeszcze coś innego: Od kilku lat, rok w rok, bandyci regularnie wywołują mniejsze, bądź większe zamieszki na ulicach Warszawy. Kibole, sekta Kaczyńskiego, faszyzująca gówniarzeria- im się wydaje, że to zabawa. Przypomniałem też sobie, jak podczas jednej z miesięcznic, mając za plecami wściekły tłum fanatyków, ówczesna posłanka PiS, Beata Kempa wraz z posłem "Jojo"- Brudzińskim przeskakiwali przez barierki chroniące Pałac Prezydencki, próbując pociągnąć za sobą całą resztę psychicznych.

PEWNEGO DNIA POLEJE SIĘ KREW.


 

10:48, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
niedziela, 23 listopada 2014

            Mam nadzieję, że to ostatnia wyborcza notka, bo już mi to w gardle stoi. Po serii żenujących wpadek PKW, jej członkowie słusznie zbierają konsekwencje swych zaniedbań. Przy tej okazji, jak zazwyczaj, upiekło się największym przestępcom- wyniesionym przez demokrację do rangi świętych krów.

            Media, a właściwie dziennikarze, czyli osoby, z których każda posiada imię, nazwisko, PESEL i odpowiedzialność prawną, czas wyborów traktują, jak rolnik żniwa. Kasa płynie strumieniami, a oni biją pianę, zapraszając komentatorów, którzy dla lansu politycznego, chętnie włączają się w reality show, reżyserowane przez dziennikarzy. Oglądalność zapewniona, koszty minimalne!

            Podczas tych wyborów coś nie poszło: na skutek błędów PKW, wyniki były spóźnione. Bandyci mieniący się dziennikarzami mieli zarezerwowany czas antenowy na komentarze, a nie było co komentować, bo w rękach był jedynie ostatni sondaż wyborczy z dnia głosowania. Czy im to przeszkadzało? Skądże znowu: od Sakiewicza i Rydzyka po Solorza i Tellenbacha, żaden nie przerwał pieprzenia o dupie Maryni, lecz zapraszali partyjnioków i "ekspertów" do komentowania sondażu z dnia wyborów- z pełną premedytacją, dla kasy! Największa głupawka w historii dziennikarstwa? Skądże, akcja "Mama Madzi" była tysiąc razy bardziej durna, jednak komentowanie sondażu, jak wyniku wyborczego, skutkowało destabilizacją Państwa, podczas gdy sprawa MM pozostawiła jedynie obrzydzenie.

            MOŻECIE MI WYTŁUMACZYĆ, JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE PO DZIŚ DZIEŃ NIKT NIE PYTA SIĘ, DLACZEGO TYLE PIANY BITO WOKÓŁ SONDAŻU I SKĄD TYLE PRETENSJI DO WYNIKÓW WYBORÓW, ŻE DO SONDAŻU NIE PRZYSTAJĄ? PRZECIEŻ BŁĄD TKWIŁ W BADANIACH, A PRZEDE WSZYSTKIM- W PREZENTACJI BADAŃ, JAKO WYNIKÓW.

 

09:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
piątek, 21 listopada 2014

            Rozbawiła mnie dziś podczas słuchania "Trójki" informacja, że Artur Andrus przed występem w sali teatralnej prosił o wyłączenie telefonów komórkowych i niepalenie e- papierosów. Najpierw pomyślałem sobie, że jako ośmiolatek wiedziałem, że są miejsca, gdzie się nie żre, nie pije i nie pali, a zaliczają się do nich sala kinowa i teatralna, szkolna klasa, kościół i kilka innych. Dziś w kinach można nabyć nadnaturalnych rozmiarów torby popcornu wraz z wiaderkami wypełnionymi colą, a w teatrze trzeba poprosić, by nie jarać i wyłączyć komórkę, bo jak nie złapiesz jednego z drugim za mordę zakazem, to sam na to nie wpadnie.

            Potem pomyślałem sobie, że właściwie, to o co chodzi, skoro niektórych idiotów policja musi wynieść (prośba nie pomaga) z siedziby jednej z najważniejszych instytucji państwowych, bo gdy ich nie chwycisz za pysk, wydaje im się, że mogą tam wejść i robić trzodę, jeśli tylko mają taki kaprys....

            ...Ale, żeby nie było..., towarzystwo jest bardzo wierzące...

            ...i spieszyło się z zeżarciem kiełbasy przed północą, bo po niej następował piątek (ponoć autentyk, choć nie potrafię go zweryfikować). A ten wynoszony w pozycji na Janka Wiśniewskiego, dzierżył w dłoni różaniec. Słodkie, jak na typa, który notorycznie pluje na Dekalog, zwłaszcza na przykazanie "Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu".


            Przy okazji..., nie wiecie, czy Jarosław Żółtozęby dowiedział się już, dlaczego premier Kopacz nie zajmowała się PKW? Wytłumaczył mu ktoś, że są od tego konstytucyjne organy, natomiast od zabezpieczenia jest policja, która już dość dobrze radzi sobie z bandytami, a pani premier ma swoje konstytucyjne obowiązki i tego dnia miała spotkanie z Angelą Merkel, kanclerz Niemiec?!

 

 

23:33, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 20 listopada 2014

 

            Kryzys wyborczy odsłonił, niejednokrotnie już demaskowaną w obliczu innych kryzysów, bardzo brzydką cechę Polaków- zastępowanie wiedzy fantazjami, ze szczególnym uwzględnieniem teorii spiskowych. Zacznijmy od przykładu: W obliczu kryzysu finansowego, Irlandczycy wykazywali zrozumienie dla oszczędności budżetowych, jednak miało ono swoje granice i gdy rząd próbował zbyt mocno obniżyć płacę minimalną, przeciętny mieszkaniec Zielonej Wyspy komentował to mniej- więcej tak: "Nie znam się na ekonomii, ale nie może tak być, że najuboższym obniża się i tak już obniżone pensje, a manager w firmie państwowej zarabia 5 razy tyle, co manager w firmie prywatnej- najpierw obniżcie stawki managerom z budżetówki". Jak taką sytuację komentowali Polacy? Byle konserwator powierzchni płaskich nagle zaczynał zmyślać teorie "ekonomiczne". Żaden nie powiedział "nie znam się na ekonomii". Jeden wyskakiwał z żądaniem podniesienia podatków przedsiębiorcom twierdząc, że wtedy pracodawca będzie wolał zapłacić pracownikom, zamiast "oddać państwu" (jakby sam nie był częścią tego państwa), a inny twierdził, że trzeba obniżyć podatki, to będzie miał bez łaski (na ogół nie orientując się, jak niski podatek płacił do tej pory, biorąc pod uwagę refundacje państwowe). Obaj mieli cudowne sposoby, to nic że wzajemnie się wykluczające, za to żaden z nich nie wspominał o tym, co się robi także w domu, gdy jest kryzys finansowy: Po prostu liczy się pieniądze, a wszelkie inwestycje są bardziej przemyślane. Dlaczego tak jest z Polakami? Dlaczego nawet jeżeli się na czymś nie znamy, to musimy się na ten temat wypowiedzieć, a im bardziej skomplikowany jest temat i im mniej osób zna odpowiedź, tym bardziej skłonni jesteśmy do spekulacji?!

            Moja hipoteza jest nieskomplikowana. Uważam, że Polacy mają problem z przyznaniem, że się na czymś nie znają, a wynika to z tego, że nie dają sobie prawa do błędu. Ponieważ jednak każdy popełnia błędy, wobec braku tolerancji dla takowych, staramy się je ukryć, co oczywiście powoduje pogrążanie się w absurdzie. Ot, weźmy pamiętną katastrofę Tu- 154M, gdzie najwięcej mieli do powiedzenia ludzie, dla których zasady dynamiki Newtona, to czarna magia. Ich głupota była tak bezdenna, że nie wiedzieli o tym, że ja nie muszę mieć czarnej skrzynki by wiedzieć, że żaden fragment skrzydła samolotu lecącego z prędkością ok. 300km/h nie miał prawa zatrzymać się po 12 metrach, jak tego chciał Macierewicz. I zmyślali, podobnie jak panowie wskazujący cudowne recepty na kryzys, bo nie mieli wiedzy i nie rozumieli, że posiadać jej nie muszą, nikt tego od nich nie wymaga, bo akurat w tym temacie posiadają ją jedynie nieliczni szczęśliwcy.

            Zespół Otella, to jedna z psychoz alkoholowych- jej naturą jest to, że na skutek upośledzenia pamięci krótkotrwałej (jak wiemy, alkoholik ma często "zerwane filmy", a do tego osłabioną koncentrację i pamięć), chory zastępuje brak wiedzy swoimi urojeniami (w wypadku tej choroby, są to urojenia o niewierności partnerki). U cierpiących na zespół Otella jest to zrozumiałe i zasadne, gdyż człowiek powinien wiedzieć, co robił. Skoro na skutek własnego nałogu, dobrowolnie doprowadza do takiego zeszmacenia, że nie pamięta, co się działo, wypełnia lukę fantazjami, by zniwelować dyskomfort. Dlaczego jednak Polacy mają kłopoty z akceptowaniem tego, że po prostu nie wiedzą, bo n.p. nie znają się na fizyce, a tym bardziej na wytrzymałości materiałów, aerodynamice i innych wyspecjalizowanych jej działkach i tak ochoczo zastępują wiedzę urojeniami? Czort raczy wiedzieć! Jedną z prawdopodobnych przyczyn jest pokusa podawania się za lepiej poinformowanego, niż się jest i mylne poczucie bezkarności takiego zmyślania- osobom bez wiedzy wydaje się, że inni wiedzą równie mało, więc nie mogą zanegować ich wymysłów.

            Ostatnie wybory wywołały prawdziwy wysyp urojeń. Od teorii o "niefunkcjonowaniu państwa", przez brednie o fałszerstwach i o tym, że wyniki są nieprawdopodobne. Podnoszą się głosy z żądaniem zdeptania Konstytucji RP i unieważnienia wyników wyborów. Pytanie brzmi, dlaczego nikt nie domaga się najprostszego, przewidzianego prawem rozwiązania: ręcznego sprawdzenia kart do głosowania i sprawdzenia zgodności ilości głosów z ilością wydanych kart wszędzie tam, gdzie są wątpliwości. Odpowiedź jest prosta: Wtedy okazałoby się, że po raz kolejny bandyckie pomówienia nie znalazły potwierdzenia w faktach. Jak zawsze, znalazłoby się kilka nadużyć wynikających z tego, że wybory obsługują jedynie omylni ludzie wraz ze swoimi słabościami, ale ich niewielka ilość nie miała żadnego wpływu na wynik. Oczywiście inna sprawa będzie, jeżeli wykryte zostaną masowe fałszerstwa, ale najpierw należy wyniki przeliczyć raz jeszcze, a nie wyrzucić do kosza, zacierając ślady.


            Osobny akapit poświęcę rzekomemu "nieprawdopodobnemu wynikowi". Po kolei: Twój Ruch od co najmniej roku we wszystkich sondażach odgrywa marginalną rolę, SLD też dawało ciała po całości i powtórzyło klęskę, jaka miała miejsce pod przywództwem Napieralskiego- co w tym dziwnego? KNP ze panem Bzikke lansowało program bicia kobiet i dzieci oraz poparcie dla Putina, więc stracili. PiS przeleciało się do Madrytu w trzy samochody, a PO znużyła elektorat siedmioma latami rządów i nie wykonała żadnego wyraźnego sygnału w kierunku tych, którzy nie są tak zadowoleni, jak to wynika z oficjalnej linii partii. Ktoś musiał przejąć ten elektorat, a że na wsi i w małych miasteczkach jedyną partią chłopską było PSL, wydaje się to być naturalne, że do nich poszły głosy niezadowolonych. NIE WIDZĘ TU NIC NIEPRAWDOPODOBNEGO, ale od tego mamy dokumentację, żeby to sprawdzić, bo nie przypisuję sobie boskich mocy, która jest zresztą zbędna wobec możliwości skontrolowania wyniku. Dlaczego w bandycki sposób, próbuje się zniszczyć dowody woli Narodu?

            Służę pomocą: W wypadku partii, które przegrały z kretesem (TR, SLD, KNP), jest to ich być albo nie być. W przypadku PiS, chodzi o to, że nawet jeśli potwierdzi się sondaż wyborczy, to wobec dobrego wyniku PSL, PiS nie zaspokoi apetytu na rządzenie, gdyż w większości województw władzę przejmie koalicja rządowa. Pamiętacie powyborczą dyskusję Michała Kamińskiego z Jackiem Kurskim (bodajże w programie Moniki Olejnik)? Ten drugi wysyłał do pierwszego karetkę, bo Kamiński stwierdził, że zwycięstwo PiS jest pyrrusowe, gdyż w większości sejmików rządzić będzie koalicja. I wychodzi na to, że to raczej Jacek Kurski winien się przejść do lekarza, gdyż zdolności koalicyjne PiS są znikome. Natomiast my zdobądźmy wiedzę: Poczekajmy na oficjalne wyniki i sprawdźmy je tam, gdzie są wątpliwości- wolałbym, by nasze zachowania różniły się od zachowań paranoików alkoholowych- nie widzę potrzeby zastępowania braku wiedzy urojeniami.

 

14:32, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (29) »
środa, 19 listopada 2014

            Zastanawialiście się nad symbolicznym znaczeniem guzika do zamykania windy? Ja też nie, dopóki nie wpadłem na felieton, w którym Jeremy Clarkson darł łacha z zaoszczędzonego za jego pomocą czasu. Tak, chodzi o ten przycisk, który przyspieszy zamknięcie windy o ok. 3-5 sekund w stosunku do zaprogramowanego czasu automatycznego zasunięcia drzwi. Niezwykle użyteczne, prawda? Na podróży tam i z powrotem oszczędzamy całych 10 sekund!

            Dlaczego o tym piszę? Cóż..., znowu jestem w Polsce, gdzie połowa społeczeństwa sprawia wrażenie, jakby w ciągu "zaoszczędzonych" 10 sekund miała swoją heroiczną postawą uratować Polskę przed zmasowanym atakiem nadnaturalnej wielkości krwiożerczych norek z Rosji. Momentalnie przypomniała mi się scenka, gdy kierowca autobusu miejskiego zaczekał na mnie jakieś 5 sekund. Gdy podszedłem do niego kupić bilet, rzekł był grobowym tonem: "JUŻ ŻAŁUJĘ, ŻE NA CIEBIE CZEKAŁEM". Pomijając już sprawę sposobu zwrócenia się do mnie, jak do gówniarza, zastanowiło mnie, co ten typ ma innego do roboty, jak przyjąć na pokład klientów, którzy płacą za kurs gotówką. Zastanowiło mnie też, cóż takiego stracił, zdaje się że i tak ma określony czas pracy i ja nawet nie mam możliwości wpłynięcia na ten czas. Na marginesie, gdyby nawet przeze mnie znalazł się w domu całych 10, nie 5 nawet sekund później, to i tak "zaoszczędzony" czas spędziłby sadzając tłusty zad w fotelu i chwytając za pilota od telewizora.

            No właśnie, ten pilot: Jeszcze fajniejsze od guziczka do zamykania windy są guziczki od pilota. Za ich pomocą możemy w czasie reklam przeskoczyć na inny kanał, zapomnieć o tym, że oglądaliśmy coś ciekawego, spóźnić się i nie wiedzieć co się stało w którymkolwiek programie. Bardzo sprytne, a jednak powiedzcie sami, kto z właścicieli odbiornika telewizyjnego jest wolny od tej bezmyślnej i bezsensownej czynności? Wiem, wiem, znam stałe tłumaczenie: "Sprawdzam, co będzie". Widzicie mój cudownie ironiczny uśmiech???

            Przy okazji tego tematu nie byłbym sobą, gdybym nie nawiązał do naszych kierowców. Mój brat, na przykład, notorycznie znacząco przekraczał dozwoloną prędkość i żeby móc jechać szybciej, był gotów nawet na podróż z Warszawy do Wrocławia przez Kraków (dziś trasa Warszawa- Wrocław jest dużo szybsza, więc już tego nie robi, ale zanim na większości trasy powstały autostrady i drogi szybkiego ruchu, a "Gierkówka" była w przebudowie, zdarzało mu się odwalić taki numer). Twierdził, że jego czas jest cenny (faktycznie, zarabia sporo, jego godzinowa stawka zadowoliłaby niejednego jako dniówka), a na uwagę, że przecież nie ma szans zaoszczędzić choćby sekundy, jadąc takim objazdem, twierdził iż, cytuję: "wkurwia mnie, tak ciągnąć się przez wiochy". Na marginesie, za sprawą licznych zatrzymań podczas kontroli radarowych tracił kasę na mandaty, a czas na to utracony przewyższał ten zaoszczędzony, mało tego, stracił prawko za punkty i czas na jego odzyskanie, plus koszty, co jest zupełnie niemożliwe do zrekompensowania szybką jazdą. Nie będę dorosłego człowieka uczył arytmetyki, ani też logiki, ale chętnie sobie z tego porobię jaja. Zwłaszcza, że mandaty i utrata prawka, to naprawdę mały koszt i mała strata czasu w stosunku do potencjalnego wypadku, leczenia, rehabilitacji, formalności ubezpieczeniowych i prawnych, etc..

            Wracając do magicznego guziczka, przyspieszającego zamknięcie drzwi windy: Skoro już jest, to go używajmy, ale sugerowałbym pamięć o tym, że jeżeli kogoś o wściekłość przyprawia oczekiwanie pięciu sekund, to z dużym prawdopodobieństwem oznacza, że powinien sprawdzić głowiznę u psychologa. Nie sugeruję tu choroby psychicznej, ale jakieś stany nerwicowe już tak.

 


15:20, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 17 listopada 2014

            Na kilka godzin przed zamknięciem urn przechadzałem się po małym miasteczku. Spotkałem chwiejnym krokiem maszerującego wyborcę. Przywitaliśmy się i po kilku kurtuazyjnych słowach poinformował mnie, że idzie zagłosować na swojego brata (startował do rady powiatu), bo nikt więcej się nie nadaje (właściwie użył nie tak parlamentarnego sformułowania, ale dokonałem zmiany, by nie było pomyłek w zrozumieniu sensu). Nie wiem, co mnie bardziej odrzuciło: kwaśny z przepicia oddech, czy to, co powiedział o głosowaniu.

            Jestem zwolennikiem oddawania głosu wyborczego, ale daję ludziom prawo odmowy, bo są wolni. Rozumiem sytuację, gdy ktoś nie chce firmować swoim nazwiskiem wyniku (choć uważam to za nieroztropne), rozumiem lenistwo (choć uważam je za przegięcie), rozumiem, jeśli ktoś kompletnie nie interesuje się polityką i nie chce głosować w sprawie, o której nie ma pojęcia (choć uważam, że lepiej by było podjąć wysiłek zebrania informacji). To wszystko rozumiem i jest we mnie pełne przyzwolenie na takie zachowania. Jednak to, co powiedział bohater, wywołało mój sprzeciw. Był to człowiek, który znał bardzo dobrze, lekko licząc, 90% kandydatów z gminy i nie znalazł wśród nich nikogo godnego swojego głosu. Wybaczcie, ale to zwykłe buractwo, postawa nadętego buca, który nie ma do nikogo szacunku. Zastanawia mnie, jaki odsetek wśród rezygnujących ze swoich głosów stanowiły osoby, które gardzą wszystkimi próbującymi coś zmienić, pracując w samorządzie.

            Jeszcze jedna uwaga odnośnie wyborów: Kompletna nieodpowiedzialność mediów. Gdy piszę te słowa, jest godzina 13:04, nie znamy żadnych oficjalnych wyników, opieramy się jedynie na sondażu robionym w dniu wyborów, a już przeprowadzono konferencję prasową zwycięzców sondażu, przedstawiając ich, jako zwycięzców wyborczych. Błąd sondażowy, to 3%, więc przy małym zbiegu okoliczności, dwa pierwsze miejsca spokojnie mogą się przetasować. Ględzenie mediów nie ma na to wpływu. Ma jednak wpływ na co innego: Gdyby tak się stało (choć osobiście w to nie wierzę), gdyby oficjalne wyniki zmieniły kolejność zwycięskich partii, przez Polskę przetoczyłaby się fala spiskowych opinii mówiących o sfałszowaniu wyników. Jak wygląda odpowiedzialność dziennikarska? Jak można nie brać pod uwagę mało prawdopodobnego, choć jednak nie wykluczonego (już się tak zdarzało w przeszłości) scenariusza różnicy między ostatnim sondażem a faktycznymi wynikami?! Wystarczy się wstrzymać do ogłoszenia oficjalnych wyników, to kwestia godzin!!!

            Wracając do bohatera notki: Jaki jest sens wprowadzania JOW, skoro właśnie w tych wyborach, gdzie kandydatów znamy osobiście, frekwencja wyborcza jest najniższa?! No dobra, cofam tę demagogię, patologie nie powinny aż tak mocno wpływać na prawo wyborcze. Tym niemniej, nie spodziewajmy się po JOW cudów.

 

 

13:15, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
czwartek, 13 listopada 2014

            Ulicami Warszawy maszerują bandyci. Ich tuba propagandowa „TV Republika” stanęła bezpiecznie na tarasie z boczku, z dala od newralgicznych punktów marszu, by pokazać jaka to spokojna manifestacja, którą sprowokowała zła policja. Redaktory- patrioty nie docenili zwyrodnienia bandytów, którzy na widok kamery dostali zajoba i zaczęli wykrzykiwać bluzgi pod adresem TVN i rzucać kamieniami w sprzęt i obsługę. Dzielna telewizja patriotów wzięła nogi za pas i uciekła gdzie pieprz rośnie przed własnymi zadymiarzami. Czytelnik wyobraża sobie co by było, gdybyśmy takich dzielnych rycerzy mieli pod Grunwaldem albo pod Wiedniem? A gdyby tacy „patrioci” mieli nas bronić przed Rosją? Mamy by nie nadążyły „pampersów” wymieniać bohaterom! Przyjrzyjmy się raz jeszcze tym śmierdzącym tchórzom próbującym wmawiać ludziom, że nawiązują do tradycji Armii Krajowej i Wojska Polskiego. Pośmiejmy się razem. Miłego dnia! Materiał znalazłem u zaprzyjaźnionego blogera (kliknij, jeśli chcesz tam przejść)- dzięki, Nocri!

 


 

09:29, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (7) »
środa, 12 listopada 2014

Cieszy mię ten rym: "Polak mądr po szkodzie",

Lecz jeśli prawda i z tego nas zbodzie,

Nową przypowieść Polak sobie kupi,

Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Jan Kochanowski, „Pieśń o spustoszeniu Podola”.

No to teraz się spalę ze wstydu. Właściwie już się spaliłem- trzeba było mi czytać uważnie, zanim otworzyłem jadaczkę. Felieton napisałem sugerując się nazwiskiem "Duda". No nic, niech zostanie ku przestrodze, że zanim się coś palnie i kogoś skrzywdzi (w tym wypadku, niesłusznie posądziłem Piotra Dudę o kandydowanie w wyborach prezydenckich i Jarosława Kaczyńskiego o użycie przewodniczącego Solidarności dla reprezentowania partii w wyborach), trzeba dokładnie sprawdzić informacje. Przepraszam poszkodowanych- prezesa Jarosława Kaczyńskiego i przewodniczącego Piotra Dudę. Autor. Notka zostaje jeszcze z jednego powodu: związki zawodowe nie powinny wchodzić w komitywę z partiami politycznymi, związkowcy nie powinni kandydować- ta teza pozostaje bez zmian, a felieton ją zwięźle uzasadnia.

            Stało się, miarka się przebrała: Nabrałem przekonania o konieczności drastycznej zmiany ustawodawstwa dotyczącego związków zawodowych. To, że skandalem jest zmuszanie zakładów pracy do utrzymywania armii związkowców, działających nierzadko przeciw interesowi firmy, to jedno. Drugim problemem jest działalność antystatutowa związków, które działają jak partia polityczna, a nie jak organizacja broniąca robotników. Po Lechu Wałęsie, Marianie Krzaklewskim i Januszu Śniadku, teraz Piotr Duda oficjalnie kandyduje na wysokie stanowisko państwowe z partyjnego nadania. W konkurencyjnych związkach też nie jest lepiej, że wspomnę Ewę Spychalską z OPZZ, czy Dorotę Gardias z OZZPiP. Wszyscy ci związkowcy bezczelnie działali w ramach polityki partyjnej, kandydowali z list partyjnych do Parlamentu RP i na urząd Prezydenta RP. Uważam, że czas najwyższy zakazać zawodowym związkowcom kandydowania do Parlamentu, Sejmików i Samorządów oraz na urzędy wybierane w wyborach powszechnych (ze szczególnym uwzględnieniem Prezydenta RP, prezydentów miast wojewódzkich i marszałków wojewódzkich- ci ostatni, co prawda, nie są wybierani w wyborach powszechnych, ale ich wybór jest bezpośrednim następstwem takich wyborów). Powód jest prosty: Rolą związków zawodowych jest obrona pracowników, a nie wspieranie którejkolwiek partii politycznej.


            Dopóki partia polityczna wykorzystuje zawodowych związkowców w wyborach, korzysta ze znanego nazwiska i jej to pasuje. Jednak później przychodzi do zapłacenia rachunku związkom. I wtedy okazuje się, że zamiast dbać o budżet, dba o interesy związkowe (nie mylić z interesami pracowniczymi). Związkowcy zaś, żeby mieć poparcie partii w wyborach, nie mogą dbać o interesy pracowników, lecz o interesy polityczne partii, z którą współpracują. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że związki zawsze będą dotykać polityki, ale możliwość kandydowania zawodowych związkowców z list partyjnych, czy z list komitetów wyborczych spełniających rolę partii, to podporządkowanie się interesowi partyjnemu. To subtelna różnica z punktu widzenia obserwatora, ale znacząca w skutkach.


            W poprzedniej notce przewidywałem, jak praktycznie każdy obserwator życia politycznego, zadymy w Warszawie. To było bardzo proste i każdy to mógł przewidzieć. Jednak szukający za wszelką cenę poparcia Artur Zawisza i Krzysztof Bosak palili i głupa i leźli ramię w ramię z bandytami. Podobnie proste to było trzy lata temu, gdy robił to Jarosław Kaczyński. Dostał po dupie Kaczyński, dostali i Bosak z Zawiszą. To pozornie różne sprawy, bo związki zawodowe, to nie bandyci. Jednak rozbieżność interesów pozostaje. Nie da się wspólnie osiągnąć celu, jeżeli wspólnicy widzą cel w innym miejscu i lezą w przeciwnych kierunkach. Żaden związkowiec nie zrobił kariery politycznej, bo natychmiast po przeniesieniu ze związków do polityki, był oskarżany o zdradę ideałów związkowych. Żadna partia nie zyskała na takim mariażu, bo w krótkim czasie taki ex- związkowiec z etykietką zdrajcy robotników zaczynał partii ciążyć, więc albo szedł w odstawkę, albo pogrążał partię. Nikomu to nie wychodzi na zdrowie.

 


17:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
wtorek, 11 listopada 2014

            „A skąd wiadomo, kto ich finansuje, ja nie wiem. Być może Orban ich wspiera, ale oni cienko przędą, tanie hotele im rezerwujemy”.

            Kto to powiedział i o kim? Spokojnie, dojdziemy do tego. Zacznijmy od najważniejszego. Wszak jedenastego listopada przypada dziewięćdziesiąta już szósta rocznica odzyskania niepodległości. Polska świętuje, a Wolska ma kłopot. Nie tylko ze względu na katastrofę lotniczą, która, jak to katastrofa lotnicza, nagle i gwałtownie sprowadziła na ziemię trzech posłów PiS- w trybie pilnym wygnanych z raju. A było tam tak pięknie....

            Wiadomo, że w Warszawie już po raz trzeci, prezydent Komorowski poprowadzi marsz "Razem dla Niepodległej", a faszyzujący bandyci będą próbowali go przyćmić jak największymi zniszczeniami Stolicy. Prezes nie pójdzie z Komorowskim, bo już raz DROBIŁ (nomen- omen) przy Witaliju Kliczko i źle to wyglądało. Pochód z bandytami byłby jeszcze większą siarą, więc Jarek Pan będzie dreptać w Krakowie.

            W grodzie Kraka goszczeniem prezesa zajmuje się szef klubów GP, Ryszard Kapuściński, który wpadł na pomysł podniesienia rangi imprezy poprzez udział Węgrów od Orbana (już po raz drugi). I tu dochodzimy do cytatu otwierającego ten felietonik. To właśnie pan Rysiu (bardzo cię lubię, Rysiu, wszystkie Ryśki, to fajne chłopaki) raczył był tak odpowiedzieć na pytanie o to, kto finansuje Węgrom te eskapady.

            Faktycznie, cienko coś pierdzą Ci prawdziwi Węgrzy- prawdziwi Polacy bawią się w Madrycie, gdzie ciepło, więc zamiast wydawać na głupi hotel, można się napić (jakoś dziś wszystko mi się z tragedią Hofmana kojarzy). W każdym bądź razie, Węgrzy choć biedni, wesprą ugodzonego prezesa (jaki Cezar, taki Brutus). Ale wiecie, co jest najlepsze? To są obchody DNIA NIEPODLEGŁOŚCI! Czy ta „Barejada” nigdy się nie skończy???

            Dzisiejsze ilustracje muzyczne dedykuję oczywiście posłowi Hofmanowi: Rany Boskie..., szkoda Adama..., dobry był z niego herbatnik...! Mógł jeszcze pożyć!!!

 

            "Nic nie mam..., tylko z daszkiem nieba zamyślony kaszkiet..."- czyż to nie nabrało nowego znaczenia dla "głowy rodziny Hofmanów"?


 

00:08, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2
Tagi