RSS
niedziela, 30 grudnia 2012

Skorowidz postaci:

MYSIA- Gospodyni, żona Działacza Sportowego, naukowiec- weterynarz.

PYSIA- Znana z niegdysiejszej gościnności w kroku żona Kiera, finansistka.

PIĘKNISIA- Koleżanka i osoba towarzysząca Wolanda (kiedyś Woland smalił do niej cholewy, lecz dostał kosza, więc spróbował po latach raz jeszcze), architekt.

MAŁŻONA- Blond żona Dyra, nikt nie wie kto to, bo mało mówi, księgowa.

DZIAŁACZ SPORTOWY (w skrócie D.S.)- Gospodarz, kumpel Wolanda z boiska do kosza, kierownik sekcji młodych kopaczy.

KIERO- „Z zawodu kierownik”, specjalista od kontaktów z dealerami, chyba dobry, bo robił w kilku znanych firmach motoryzacyjnych, które go sobie wzajemnie podbierały. Kumpel Wolanda z boiska do nogi i z ogólniaka.

DYRO- Dyrektor strategicznego pionu dużego przedsiębiorstwa państwowego. Kumpel Wolanda z boiska do kosza.

BRACHOL- Młodszy brat Kiera, świeży absolwent AWF, uczy kopać piłkę wyrostków w sekcji D.S., stara się być dla nich „równym kumplem”.

NARKUŚ- Pierwszy wyrostek z sekcji D.S.

HALUCYN- Drugi wyrostek z sekcji D.S., gospodarz imprezy odbywającej się w sąsiednim bloku.

ALIEN- Ja, Woland, nie dość że trzymam się z dala od używek, to nie jestem kibicem, więc nie mam jak się włączać do dyskusji na tematy ostatnich meczów, bądź imprez.


 

Wstęp:

            Mawia się, że trzeźwy z pijanym nigdy się nie dogada, ale te słowa brzmią banalnie. Żeby się przekonać o ich bolesnej prawdziwości, należy spędzić w mieszanym, trzeźwo- pijanym towarzystwie co najmniej kilka godzin. Kilka lat temu trafiła mi się okazja spędzić Sylwestra wśród dawno niewidzianych przyjaciół. Z dawnych, rock’n’rollowych czasów pamiętałem, że za kołnierz nikt z nich nie wylewał, ale wziąwszy pod uwagę fakt, że tym razem będzie to kameralna imprezka w mieszkaniu prywatnym, przy udziale szanownych małżonek, a także biorąc pod uwagę fakt dużej aktywności zawodowej gości, zakładałem spokojny wieczór. Poza tym, jakimś cudem udało mi się zaprosić mój dawny obiekt westchnień, który był świeżo po rozwodzie i miałem przebiegły plan  (hehe). Rzecz działa się w Stolicy sprzed kilku lat. Dla lepszej dramaturgii, przedstawię ją w formie relacji „na żywo”, zatem wyobraźmy sobie, że jest to czas teraźniejszy.

 

Relacja:

            Zbliża się 20.00, dzwonimy domofonem do mieszkania gospodarzy, wchodzimy, ja dumnie wprowadzam Pięknisię. Na miejscu są już prawie wszyscy: Mysia, Pysia, D.S. i Kiero. Ledwo siadamy, a już dołączają Dyro z Małżoną - jest pełny skład. Mysia ucieszona: Jest komplet, może podać pierwsze gorące dania (to bogini kuchni), rzuca na stół zimne przekąski i wreszcie siada z nami. D.S., jeszcze w dobrej kondycji umysłowej, punktuje u małżonki myjąc pierwszą porcję naczyń i zadowolony, zajmuje się obsługą barku. Na razie wszystko jest cacy. Mnóstwo historii do opowiadania, znamy się dobrze (z wyjątkiem Małżony), więc atmosfera jest dynamiczna. Niepokoi mnie tylko tempo narzucane przez gospodarza, wiem że Kiero ma słaby łeb. Mysia nie pije wcale, pozostałe panie powoli ciomkają (tak mi się przynajmniej wydaje), a panowie zaczynają przejawiać pierwsze oznaki upojenia: A to komuś wyrwie się słowo o polityce, a to znowu kto inny zapyta mnie trzeci raz o to samo. Mnie to nie przeszkadza, bo zabawiam Pięknisię, choć Dyro w pewnym momencie staje się męczący, starając się uzgodnić ze mną szczegóły jakiejś wizyty, co do której nie ma jeszcze pewności, czy dojdzie do skutku. Na szczęście wystarczy mi się odwrócić i mam dużo twardziej na ziemi stojące towarzystwo płci przeciwnej. Nagle ktoś sobie przypomina, że dawno nie słyszał, jak gram na gitarze. Bym go olał, ale Pięknisia podejmuje temat i nie chce odpuścić. Biorę więc pudło, szarpię struny i ryczę, a wraz ze mną reszta towarzystwa z wyjątkiem chorobliwie cichej Małżony. Czas mija bardzo szybko, a ja szarpiąc struny nie zauważam, że gorzałka powoli okazuje użytkownikom swoją moc. Ktoś rzuca hasło, żeby pojechać na Plac Zamkowy, pakujemy się wszyscy w  dwa samochody, jak znalazł jest dwoje niepijących, by bezpiecznie przetransportować towarzystwo. Na miejscu jesteśmy tuż przed północą, za moment strzelają korki i fajerwerki. Koneserzy pewnie z rozpaczą by się przyglądali profanacji win musujących, pitych na mrozie z gwinta lub plastikowych kubków, ale nad Wisłą wszystko jest możliwe. W kolegów wstępuje nagła czułość i zaczepiają każdego, gadając serdecznie o niczym- nawet nieźle im to idzie, tyle że jest strasznie zimno, a ja nie zażywałem ich płynnego rozgrzewacza. Na szczęście Mysia zarządza odwrót. Pod domem zauważam powód decyzji: Mieszanka bąbelków i gorzały źle wpływa na panów. Na tyle źle, że Małżona zawija Dyra i prosi mnie, bym ich podrzucił na Gocław (tam mieszkają). Wracając zastaję bratających się z małolatami kolegów, których małżonki wraz z Pięknisią czekają w ciepłym mieszkaniu, gdzie udaję się i ja. Za chwilę drzwi się otwierają i wchodzi D.S., Kiero oraz trzy nowe postaci: Brachol, Narkuś i Halucyn. Nie mam pojęcia po co komu naćpani maturzyści, z których jeden mało inteligentnie zagaja rozmowę: „To tak tu razem siedzicie i se rozkmniniacie..., hehehe...”. Drugi z nich, Halucyn, gospodarz imprezy z sąsiedniego bloku spoufala się z naszym gospodarzem, będącym kierownikiem jego sekcji. D.S. jest nawalony jak stodoła, więc robi dziwne miny, nadyma czerwoną twarz, wytrzeszcza oczy i próbuje głosić kazanie do swojego niespodziewanego słuchacza. Dziewczyny uciekają do kuchni, Kiero ciśnie komara w fotelu, idę do dziewczyn, ze mną dość trzeźwy Brachol, który namawia nas, by się przenieść na drugą imprezę. Okazuje się, że Pysia i Pięknisia też już słabują na umyśle, bo podchwytują pomysł. Mysia jest załamana, bo ma obawę, że zostanie sama ze śpiącym Kierem, popisującym się przed młodymi kopaczami Działaczem Sportowym oraz Narkusiem i Halucynem. Mówię Pięknisi stanowczo, że nie będę łazić po obcych chatach, ta nie odpuszcza i wymyśla sobie misję PILNOWANIA Pysi (wiódł ślepy kulawego, cholera). Jest czego pilnować, bo wszyscy pamiętamy Pysię z lat studenckich, ze spontanicznych striptizów i nieprzebranej czułości wobec wszystkich chłopców. Dziś Pysia jest żoną i mamą, więc sami rozumiecie....


            A jednak..., jeżeli babeczki sobie popiją, to wydaje im się, że są sprytne i przebiegłe (nie różnią się pod tym względem niczym od wypitych facetów). Pysia z Pięknisią lezą w towarzystwie Brachola na imprezę, której nieobecny gospodarz nadal coś bełkocze do naszego gospodarza. Mysia jest załamana, ja wkurzony- partnerka wzięła mi po paru głębszych poczuła się licealistką. Za chwilę sama żałuje, bo gorąca reakcja Pysi na widok młodych chłopców ją przerasta- dzwoni do mnie bym coś zrobił, ja mówię żeby brała Pysię pod pachę i wracała, mija kwadrans, jest Pięknisia, nie ma Pysi, znaczy się jest, ale zamknięta z kimś w pokoju bloku naprzeciwko. Mysia się wkurza, goni maturzystów w cholerę, a małżonkowi każe przygotować wyro dla nieprzytomnego Kiera, którego małżonka rozgrzewa imprezę w sąsiednim bloku. Gdy Kiero śpi, wysyła męża po Pysię. Zawijam Pięknisię, żegnamy się bierzemy powrotny kurs.


Epilog.

            Po co to komu było?! Chyba jedyna osobą, która odniosła z tego korzyść byłem ja, bo zorientowałem się, że z Pięknisią to my się raczej nie dogadamy. Znaczy się..., consensus w sprawach istotnych nie zawsze jest możliwy. Co nie znaczy, że się nie lubimy, ale powiedzmy szczerze: Ja już zanadto zdziadziałem, by nadążać za poszukiwaczkami przygód. Nadążałem znakomicie za Mysią, ale o piętnaście lat za późno, gdyż to wtedy Mysia wyszła za Działacza. Od Brachola wiem, że najadł się wstydu, bo w sekcji D.S., młodzieńcy z wypiekami na twarzy opowiadali sobie o Sylwestrowej nocy, podczas której zabawiali się z jakąś fajną mamuśką i że to podobno rodzina Brachola. Całe nasze towarzystwo z Kierem i Pysią na czele udawało, że nic się nie stało. Mysia kiedyś mi się zwierzyła, że ma wyrzuty sumienia, że nie zatrzymała dziewczyn. Odpowiedziałem, że to nie są piętnastolatki, którymi dorośli mają się obowiązek zajmować i pilnować, by nic złego im się nie stało. „Ty masz swoją rodzinę i o nią musisz dbać”- zakończyłem.



20:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
piątek, 28 grudnia 2012

            Miałem olbrzymią ochotę podsumować rok 2012. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłem jednak, że nie ma po co. W życiu publicznym nie zdarzyło się nic wykraczającego poza banał. Ten rok mnie zniesmaczył. Nawet największa sportowa impreza w historii Polski, nie była pozbawiona tego „pfe”, które sprawia, że wolę pisać o ludziach umierających na raka, bądź na alkoholizm, niż o ludziach z pierwszych stron gazet. Nie będzie zatem żadnego podsumowania. Napiszę o czymś, co znam dobrze, napiszę o tym, co pozwoliło mi w dobrej kondycji psychicznej przetrwać kolejny rok.

            Pamiętacie wspaniały film Jima Jarmusha „Ghost Dog”? Główny bohater zafascynowany kulturą samurajów starał się ściśle przestrzegać ich zasad, a niektóre z nich były przytoczone w filmie. O ile nie jestem zwolennikiem ślepego naśladownictwa i bezkrytycznego przyjmowania obcych mądrości (w końcu, są to przede wszystkim mądrości ludzkie, a człowiek jest omylny), ale jedna jest szczególnie godna polecenia. Dotyczy tego, by zawsze dążyć do celu najprostszą drogą. Zawiera bowiem elementy, które według mnie są podstawą sukcesu: Określenie celu i określenie najkrótszej do niego drogi, a potem jej pokonanie. Chodzi o to, by nie tracić energii na rzeczy zbędne, a zwłaszcza nie robić niczego, co nas od celu oddala.


            Każda droga wymaga od nas wysiłku. Wiąże się bowiem ze zbieraniem informacji (zdobywaniem wiedzy i umiejętności), planem, wysiłkiem włożonym w pokonanie tej drogi, przy ciągłym zbieraniu informacji na wypadek konieczności wprowadzenia korekty. Jest to wystarczająco trudne, gdy nam w tym nikt nie przeszkadza, a jeżeli ktoś przeszkadza, to robi się niezły pasztet. O ile większość z nas bez trudu radzi sobie z przeszkodami nieożywionymi, to przeszkody ludzkie stanowią poważny problem dla wielu z nas. Co najdziwniejsze, nie dlatego, że nie potrafimy pokonać takich przeszkód, ale dlatego, że w naszych głowach tkwi jakaś blokada przed nietaktownym zachowaniem. Chcemy być przez wszystkich postrzegani, jako ludzie mili i dobrzy, więc unikamy otwartej konfrontacji.

            No dobrze..., kto unika, to unika. Jak większość czytelników miała okazję zauważyć, nie należę do grupy ludzi, które Kawa (Mila) fajnie określiła mianem Warrenów- przyjaciół wszystkich (jeśli ktoś kojarzy kabaretowy serial „Spadkobiercy”). Nie mam problemów z asertywnością, a jeśli już mam, to w olbrzymiej większości przypadków jest to odchyłka na stronę agresji, a nie uległości. W warunkach życia na emigracji, taka postawa jest naprawdę bardzo pomocna. Żeby nie zanudzać, podam tylko jeden, za to drastyczny przykład.

            W 2002 roku miałem dziewięciomiesięczny epizod w Holandii. W niezwykle ciężkich warunkach, żyjąc pod jednym dachem z trzydziestoma kryminalistami, bądź dziećmi kryminalistów, zmagałem się z losem nielegalnego pracownika. Jakby tego było mało, pojawiło się kilku początkujących bandytów, którzy zaczęli wymuszać haracz. Konkretnie, wymusili raz. Miałem do wyboru: Udawać, że mi to nie szkodzi, bo nie zabierają dużo i czekać na rozwój sytuacji, bądź przyłączyć się do ludzi, którzy chcą to zmienić. Wybrałem to drugie. Zmieniliśmy, mówiąc eufemistycznie. Mówiąc mniej oględnie, prawie ich pozabijaliśmy. Nikt mi nie wmówi, że skakanie po głowie, walenie drewnianą lolą, bądź metalową rurką gdzie byle, a więc wszędzie, kopanie w brzuch, twarz, genitalia, to bezpieczne zabiegi. Ale za to skuteczne! Na policję nie mogliśmy pójść, bo po pierwsze, byliśmy nielegalnymi pracownikami, po drugie, dwie trzecie mieszkańców tego przybytku posiadało nielegalne (mimo, że to Holandia) narkotyki, więc nie życzyło sobie wizyty mundurowych, a po trzecie, landlord by nas pogonił w cholerę, gdybyśmy mu policję na łeb sprowadzili. Oczywiście mógłbym się nie dołączać do napadu na prześladowców i liczyć na to, że inni odwalą robotę za mnie, ale co by się stało, gdyby każdy tak pomyślał, a zazwyczaj tak jest, że gdy znajdzie się jedna bardziej cwana menda, to zaraz się do niej przyłączą inne. Tak, oczywiście że miałem inne wyjście, oczywiście że złamałem prawo. Dziś, gdybym był w takiej sytuacji, znalazłbym jeszcze jedno rozwiązanie: Spakować się i zmienić miejsce zamieszkania na inny rejon Holandii, czy Europy. Wiązałoby się to z wydatkami, lecz nie stwarzałoby to takiego zagrożenia. Dziś, po dziesięciu latach od tamtych wydarzeń, bardziej cenię spokój i uważniej ważę ryzyko. To był błąd, jeżeli chodzi o rodzaj reakcji. Jednak jeszcze większym błędem byłby brak reakcji.

            Takie przeżycia uczą. Po tamtych doświadczeniach nie miałem najmniejszych problemów z uważnym dobieraniem towarzystwa. Bez zmrużenia oka usuwałem z otoczenia osoby stwarzające zagrożenie. Oczywiście już nie w taki drastyczny sposób. Po prostu zainwestowałem w niezależność i nie zaczynałem bliższych znajomości z niebezpiecznymi ludźmi. Stali czytelnicy bloga wiedzą, że za takich (niebezpiecznych dla otoczenia) uważam nie tylko bandytów, ale i na przykład osoby permanentnie nadużywające środków odurzających (także legalnych), czy każdego kto z premedytacją i powtarzalnie łamie prawo. Do osób takich zaliczam też faszystów i komunistów. Nie jest mi obojętne, czy mój znajomy goli się na łyso albo węszy spisek żydowski. Nie jest mi obojętne, czy mój znajomy wykazuje postawę roszczeniową wobec całego Świata uważając, że rząd mu powinien dać i nie wykazując żadnej wdzięczności za to, co już dostaje dzięki uczciwie pracującym. Jeżeli tak się dzieje, znajomość się kończy. I czuję się z tym świetnie. Po prostu nie chcę, by choćby przez przypadek coś im zawdzięczać, bądź czuć się wobec nich do czegoś zobowiązanym. Nigdy takich decyzji nie żałowałem.

            Sporo w życiu widziałem. Jak na swoje lata, to dużo za dużo. Z całą odpowiedzialnością zapewniam: Nie da się być przyjacielem wszystkich. Zdarzyło się kiedyś komuś zadowolić wszystkich? Ja już nie mówię o sytuacjach, gdzie spotykają się sprzeczne interesy. Spróbujcie rozdzielić pięciu pracownikom robotę. Za tydzień każdy z nich będzie uważać, że dostał najcięższą działkę. I w takich sytuacjach najgorzej być bezpłciowym ciapulkiem, który nie potrafi powiedzieć „to jest moja decyzja, bo ja za nią odpowiadam- proszę wykonać to, co przydzieliłem, możemy to przedyskutować razem później”! Jeżeli ktoś nie potrafi podejmować zdecydowanych kroków w obronie swoich granic, czy granic swojej odpowiedzialności, to wcześniej czy później i tak znajdzie się w sytuacji konfliktowej, ale już w znacznie gorszej pozycji. Pamiętajmy o tym w kontaktach z ludźmi. Brak reakcji, to także reakcja, tyle że pozbawiająca nas wpływu na bieg wydarzeń. Będziemy dużo zdrowsi pamiętając o tym, a mało co tak się odbija na naszej psychice, jak nasze relacje z innymi ludźmi.


P.S.

            W jednym ze swoich programów, dawno temu, Wojciech Mann i Krzysztof Materna poruszyli sprawę osoby niepełnosprawnej, która od dwudziestu lat nie opuszczała swojego mieszkania na pierwszym piętrze, bo nie miała podjazdu dla wózka inwalidzkiego. Gdy wreszcie spółdzielnia znalazła fundusze, sąsiadka z dołu postawiła veto, bo teraz będzie łatwiej złodziejom ją okraść. Miała gdzieś, że parter nigdy nie stanowił problemu dla złodzieja, miała gdzieś, że tam osoba od dwudziestu lat jest uwięziona we własnym mieszkaniu, interesował ją wyłącznie wyimaginowany interes własnej, tłustej dupy. Mann strasznie ją zwyzywał, użył najostrzejszych słów, jakich mógł użyć na antenie, a Materna powiedział "Wojtek, ale myślę, że ta pani, to cię teraz nie lubi". Mann odpowiedział "A ja w ogóle nie chcę, żeby ta baba mnie lubiła". Myślę, że pod tym względem mam bardzo podobny charakter. Zupełnie nie jestem zainteresowany tym, by mnie lubili wszyscy.


W przygodach świętego Sławomira cisza przed burzą- na scenę mogą wkroczyć ludzie profesora Strawińskiego- kliknij, by poczytać.

 



11:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
niedziela, 23 grudnia 2012

            Pamiętacie Yodę z „Gwiezdnych wojen”??? Gdy zachęcał młodego Skywalkera, by ten za pomocą „mocy” uwolnił z bagna swój pojazd, powiedział mu takie słowa: „Nie próbuj. Rób albo nie rób.” I o to w życiu chodzi: Robić albo nie robić. Stumilowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku, potem jest następny, a potem kolejny. Albo je robimy, jeden po drugim, albo ich nie robimy.

            Święta Bożego Narodzenia, a potem Sylwester i Nowy Rok, to w Polsce tradycyjnie wielka popijawa. Tak tradycyjna i oczywista, że w jej ferworze ludzie przestają zwracać uwagę na alkoholików, którzy podejmują walkę z nałogiem. Zapraszają ich na imprezy, gdzie alkohol będzie się lać strumieniami, gdzie nieświadomi ich problemu alkoholowego biesiadnicy (albo, co gorsza, świadomi, lecz mający to gdzieś), będą ich zachęcać do picia. Jak co roku, wielu alkoholików właśnie w święta złamie abstynencję.

            Tutaj właśnie wracamy do wskazówki mistrza Yody: „Nie próbuj. Rób albo nie rób”. Człowieku: Albo ruszasz krok po kroku w stronę trzeźwości, albo ruszasz krok po kroku w stronę picia- innej drogi nie ma! Działania, bądź zaniechania albo cię przybliżają do trzeźwości, albo cię oddalają. Nie ma czegoś takiego, jak „spróbuję nie pić”. Szkoda czasu na głupie usprawiedliwienia: albo idziemy w stronę picia, czyli tam gdzie jest alkohol, koledzy od kieliszka, gdzie wszystko się z piciem kojarzy, albo idziemy w dokładnie przeciwnym kierunku: tam, gdzie jest niepijące towarzystwo, ludzie pomagający w zachowaniu trzeźwości. Te słowa dotyczą zarówno trzeźwiejących alkoholików, jak i ich rodzin. Bliscy, którzy uważają, że chcą pomóc, mają również tylko dwie drogi: przybliżać alkoholika do picia, albo przybliżać go do trzeźwości. Zastanówcie się, na czym Wam bardziej zależy: Na tradycyjnej zabawie z alkoholem, czy na szczęściu rodziny. Zorganizujcie zabawę z daleka od alkoholu lub nie udawajcie, że pomagacie, że zależy Wam na trzeźwości. Kierując alkoholika w stronę alkoholu, przybliżacie go do picia. Na całonocnej imprezie, alkoholik zrobi wiele kroków w kierunku kieliszka. To nie tylko jeden mały kroczek: Tysiąc spojrzeń na alkohol, tysiąc zaciągnięć oparów alkoholu, tysiąc myśli o tym „dlaczego oni mogą, a on nie może”. I to się nie skończy tego dnia, bo jeżeli wytrzyma, od razu sobie wytłumaczy, że ma silną wolę lub pójdzie w innym kierunku i zapyta „a co ja z tego mam”?

            Zanim to nastąpi, przyjdę z propozycją pomocy: Jeżeli ktoś z Was zastanawia się, co ma z tego, że nie pije, niech sobie weźmie kartkę papieru i wypisze powody. Niech wypisze ile oszczędza pieniędzy, ile czasu może poświęcić rodzinie, ile na wypoczynek, jak mu się poprawiło samopoczucie, a na drugiej połowie kartki niech wypisze, co zyska, gdy się napije. Urżnie się, narobi siary, niewiele będzie pamiętać, nie będzie rozumieć, będzie stwarzać zagrożenie, na drugi dzień obudzi się z kacem i jeszcze większym pragnieniem picia, będzie schodzić coraz niżej. Dobrym pomysłem jest wypisać sobie najbardziej wstydliwe rzeczy zrobione po pijaku. Najlepiej wobec dzieci, rodziny, przyjaciół, czy w pracy- w sprawach najważniejszych. Nie próbuj nie pić. Po prostu nie pij! Nie zbliżaj się w kierunku alkoholu.

 

Wszystkim czytelnikom radosnych i spokojnych Świąt, rodzinnej i ciepłej atmosfery, która daje siłę. W sprawach ważnych życzę mądrych wyborów i stanowczości w ich realizacji, a na co dzień dużo uśmiechu i współpracy z ludźmi w miejsce rywalizacji. W prezencie, zapomniana piosenka wigilijna o bardzo mądrych i intrygujących słowach w wykonaniu powoli zapominanego artysty, którego wpływ na polską scenę rocka i poetyckiego punk rocka jest ciężki do przecenienia.



21:58, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
środa, 19 grudnia 2012

            Zbliżają się święta, jak co roku zatem przypomina mi się kawał z brodą o tym, jak Polak, Francuz i Niemiec złapali złotą rybkę, która obiecała im spełnić trzy życzenia, po jednym każdemu z nich. Zastrzegła jednak, że cokolwiek wybiorą, ich kolegom spełni się to podwójnie.

            - Chcę mieć tyle pieniędzy, bym do końca życia był obrzydliwie bogaty i żył w luksusie- rzekł Niemiec i tak się stało, a Polak i Francuz mieli dwa razy tyle majątku.

            - Chcę mieć najpiękniejszą kobietę Świata za żonę- rzekł Francuz, a tak się stało, choć przy Niemcu i Polaku krzątały się od tej pory po dwie piękności.

            - Chcę, by mi uschło jedno jajo- rzekł Polak.


            Zazwyczaj ten dowcip przypominał mi się w kontekście zbliżającego się Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Oto bowiem Polacy, ale tylko ci prawdziwi- z dowcipu, chcą by ich dzieci nie dostawały pomocy WOŚP, a wszystko dlatego, że Owsiak, jako prezes zarządu WOŚP pobiera statutowe wynagrodzenie i jest od nich bogatszy, a już na pewno bardziej znany. Towarzystwo wymyśla większe lub mniejsze pierdoły mające udowodnić, że to spisek. Co więksi idioci twierdzą, że pomaga się po cichu. No, to spróbuj idioto jeden z drugim po cichu zebrać pieniądze. Bardziej oświeceni idioci liczą więc ile trwają transmisje z WOŚP i przeliczają na czas reklamowy. Nie zauważają jednak, że WOŚP to program przygotowany przez Owsiaka, za który telewizja nie musi wnosić opłaty koncesyjnej i program ten przyciąga reklamodawców (przecież jeśli ktoś przygotuje reklamę na blok WOŚP, to będzie chciał wykorzystać klip do dalszej reklamy)- jest więc dokładnie odwrotnie, niż sugerują te wywody- telewizja nie traci, lecz zyskuje. Idioci oczywiście na co dzień nie są idiotami- ich kretynizm wynika raczej z chorobliwej zawiści, która zabija wszelkie przejawy racjonalnego myślenia. Oczywiście jestem przekonany, że dałoby się poprawić wiele rzeczy w WOŚP, chodzi mi jednak o najczęstsze zarzuty.


            Dobra, zostawmy orkiestrę Owsiaka, bo w tym roku nalot kretynów protestujących przeciw dobrowolnej pomocy potrzebującym rozpoczął się dużo wcześniej, a wszystko to za sprawą Adama „Nergala” Darskiego. Otóż ośmielił się on publicznie przedstawić i złożyć podziękowania człowiekowi, który mu uratował życie, zostając dawcą szpiku. Akcja miała na celu promować oddawanie szpiku dla ratowania ludzkiego życia, ale oczywiście nasi prawdziwi Polacy od uschniętego jaja gorąco zaprotestowali. Otóż boli ich to, że Darski się przy tym promuje. No..., tak to już jest, że gdyby w miejscu Nergala wystąpiła Krystyna z Komprachcic, to by niczego nie zareklamowała, tymczasem pan Adam zrobił to profesjonalnie i skutecznie, ale naszych prawdziwych prawdziwków bardziej boli fakt, że on się przy tym pokazał w mediach (no, ciekawe jak miałby wypromować dawstwo szpiku bez mediów?!). Raczej zdechnie jeden z drugim na białaczkę, niż zaakceptuje Nergala w telewizji. Choć tak przypominając sobie naukę płynącą z dowcipu, raczej sądzę że „prawdziwi” Polacy, skądinąd statystycznie słusznie, zakładają że to nie oni, a ich bliźni zapadną na białaczkę i dzięki temu upieką dwie pieczenie na jednym ogniu: Nie tylko zły Adam Darski nie będzie na nich patrzeć ze szklanego ekranu, ale i umrze na białaczkę ktoś inny i będzie można spokojnie się cieszyć, że mamy lepiej, niż inni. O to chodzi? Dobrze rozumiem intencje wszystkich protestujących??? Po prostu: MÓJ KRAJ!!!



W przygodach świętego Sławomira od Dwóch Światów przekonamy się, że nawet bohaterowi zdarzyć się może awaria zwieracza- kliknij, by poczytać.

18:15, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
piątek, 14 grudnia 2012

            Jakiś czas temu oglądałem film przyrodniczy o małpach i ich zachowaniach stadnych. Z szeregu różnych behawiorów, najciekawszym jest iskanie. O ile bowiem każdemu innemu zachowaniu można przypisać zastosowania użyteczne dla zdobycia pokarmu, czy bezpieczeństwa, o tyle iskanie nie ma innego sensu, oprócz manifestacji przynależności do grupy lub okazania akceptacji drugiego osobnika, jako jej członka. Małpa, która się nie iskała, była małpą odtrąconą przez stado.

            U ludzi zachowaniem najbardziej zbliżonym do iskania jest plotkowanie. Kto nie plotkuje, ten jest uważany za dziwaka i odludka. Jednak człowiek wykształcił szereg innych zachowań spełniających podobną funkcję. Plotkowanie jest najbardziej wyraziste, bo przekazując „tajemnice” okazujemy bliskość. Możemy jednak podobnie się ubierać (subkultury młodzieżowe), mieć specjalne powitanie, zrzeszać się w różnych organizacjach. Możemy też razem wyjść na papierosa albo się napić.

            Podążając tym ostatnim tropem: Spróbujmy sobie przypomnieć jak nasi znajomi, bądź my sami zapaliliśmy pierwszego papierosa. Na ogół wygląda to tak, że jakaś grupa osób spotykała się na szkolnych przerwach w ubikacji lub za szkołą na plotkach przy papierosku. Osoby, które chciały się przyłączyć do tej grupy, dołączały by pogadać, ale z czasem próbowały tego drugiego wyznacznika przynależności. Oczywiście mogło to być też spotykanie się w akademiku przy brydżu, papierosie i piwie- to nie musiało być ograniczone do jednego jedynego zachowania grupowego. W każdym razie każdy, kto spróbował papierosa, właściwie rzadko kiedy to zaplanował. Najpierw chodziło o same bycie w grupie. I właściwie rzadko kto potrafi powiedzieć, jak się zaczęło z papierosami, co skłoniło świeżego palacza do rozpoczęcia. Podobnie jest z narkotykami.


            Czy pamiętacie taką książkę „My, dzieci z dworca ZOO”? Oparta na wspomnieniach piętnastoletniej wówczas heroinistki opowieść o drodze na dno: o koleżeństwie, przyjaźni, wspólnym spędzaniu czasu, psychotropach, coraz bardziej niebezpiecznych narkotykowych eksperymentach, aż do heroiny, prostytucji, spełniania najdzikszych fantazji starych zboków z Berlina Zachodniego w zamian za działkę narkotyku, próby wyjścia z nałogu, głody, odwyki, płacz, ból, cierpienie, powrót do ćpania, upokorzenia, problemy z prawem, dno, brud..., coraz niżej i niżej, pośród wszechobecnej śmierci uzależnionych przyjaciół. Charakterystyczne było to, że na początku bohaterka książki oraz jej koleżanki i koledzy gardzili heroinistami, uważali że nigdy, przenigdy tak nie upadną. Brzydzili się nimi. Kto się szprycował, był dla nich zerem. I nadchodził taki dzień, gdy każde z nich, właściwie bez specjalnego powodu, tylko dlatego że ktoś z towarzystwa wyciągał strzykawkę, także decydował się spróbować.


            Myślę, że to jest właśnie powód, dla którego tak się sprzeciwiam legalizacji narkotyków. Mój sprzeciw budzi uznanie kolejnego zachowania patologicznego, za normalne zachowanie społeczne. To nie jest norma, to jest anomalia. Uznaliśmy za normę wspólne picie przy każdej okazji towarzyskiej. Uznaliśmy za normę hazard, niektóre firmy organizują wieczorki integracyjne w kasynach, uznaliśmy za normę palenie tytoniu. Nie wiecie, na jaką cholerę potrzebne nam uznawanie za normę kolejnego mechanizmu autodestrukcji? Mało nam istniejących i zalegalizowanych?!

            Książka „My, dzieci z dworca ZOO” niesie w sobie wielkie oskarżenie przeciw dorosłym. Przede wszystkim dlatego, że nie zapewnili swym dzieciom miejsc, gdzie by mogły realizować potrzeby społeczne, które nie są patologią. To jest to, co było wypowiedziane przez młodą narkomankę z Berlina Zachodniego. Ona widziała to, jednak osoba dorosła może dostrzec dużo więcej. Dlaczego osoby dorosłe pozwalały dzieciom na to, by regularnie nie wracały do domów na noc? O to narkomanka już nie miała pretensji, gdyż akurat to lubiła, to traktowała jako swoją wolność. A jednak..., ta wolność zaprowadziła ją na dno. Dlaczego osoby dorosłe nie potrafiły nauczyć dzieci zasady, że na każdy przejaw wolności trzeba zapracować, trzeba się wykazać odpowiedzialnością za tę wolność? To pewnie też by się nie spodobało żadnemu narkomanowi: wyjście na noc do znajomych- dobrze, ale pod warunkiem, że wszystkie zadania szkolne są zrobione, nie ma zaległości w nauce, widać pracę dziecka. A co, jeżeli dziecko nie umie pracować? Trzeba je nauczyć, jak się pracuje. Trzeba z nim siąść, wytłumaczyć, a jak nie potrafimy wytłumaczyć, to musimy zatrudnić korepetytora, który to zrobi. I wcale nie trzeba do tego sprawdzać dziecka co dzień, ale w szkole trzeba się dokładnie zainteresować, jak to jest z systematycznością dziecka i innymi problemami. Nie tylko z ocenami. Nie wiemy, jak się do tego zabrać? Trzeba złożyć wizytę psychologowi i zacząć od siebie. Poprosić o pomoc, lekturę, wskazówki. To wymaga czasu, pewnie. Dziecko wymaga czasu! Jednak dziś już istnieją pewne możliwości uzyskania pomocy- o niebo lepsze, niż trzydzieści lat temu. Można również szukać pretekstów, by z pomocy nie skorzystać. Oczywiście, że można..., ale wtedy miejmy pretensje do siebie. Nie możemy dziecka pozbawić dostępu do zachowań stadnych, ale możemy uczyć je odpowiedzialnych wyborów. Ja na to nie dam recepty, nikt nie da, ale są osoby, które przynajmniej przybliżą, na czym ta nauka odpowiedzialności ma polegać. Bo na pewno nie na wykonywaniu poleceń rodziców- to nie odpowiedzialność, tylko ubezwłasnowolnienie. Małpa bez iskania zostanie odrzucona, dziecko bez zachowań społecznych również nie będzie się w stanie odnaleźć w dorosłym życiu, ale trzeba mu pomóc w ich doborze. Wybór, wbrew pozorom, jest- wystarczy włożyć odrobinę wysiłku.


            Wrócę jeszcze do książki „My, dzieci z dworca ZOO”. Uważam, że powinna być ona lekturą obowiązkową, a dyskusja nad nią powinna być jedną z najważniejszych dyskusji na lekcjach polskiego. Gdy ja byłem w ogólniaku, ta pozycja miała status kultowej. Czytaliśmy ją z wypiekami na twarzy, pożyczaliśmy ją sobie wzajemnie. Jednak nie było żadnego dorosłego, który by ją z nami przedyskutował. Dlatego zawartość tej książki braliśmy tak, jak nam to było wygodnie: Że wszystkiemu winni dorośli, bo dzieciom nie potrafili zabawy zorganizować. A tu nie o zabawę chodziło, tylko o odpowiedzialne podejmowanie decyzji. Chyba nikt z nas nie zwrócił uwagi, że przecież Berlin Zachodni, to nie tylko narkomani, ale i wolne od nałogów dzieci, a każde dziecko miało równy brak dostępu do placów zabaw, klubów młodzieżowych, miejsc gdzie mogliby się realizować. Niektórzy potrafili znaleźć to coś, co ich nauczyło odpowiedzialności. Chodziło zatem o to, że dziecko dokonywało złych wyborów, których dorośli w porę nie skorygowali, a nie zrobili tego, bo zbyt mało uwagi poświęcili dzieciom i własnemu rozszerzaniu wiedzy, zbieraniu informacji. To problem obu stron, wymagający pracy dorosłych i dzieci. Właściwie są tu trzy strony: Rodzice (prawni opiekunowie), dzieci oraz fachowcy (wychowawcy, nauczyciele, psychologowie, pedagodzy).



A święty Sławomir od Dwóch Światów spożywa kota- albo i nie spożywa, kliknij, by zobaczyć, co o tym sądzić.

20:58, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
środa, 12 grudnia 2012

Milkły telefony, jeszcze przed północą,

lecz nie chodzi o to.

Bez łączności lekarz nie mógł przyjść z pomocą,

lecz nie chodzi o to.

Opozycję z domów wyciągano nocą,

lecz nie chodzi o to.

Posłuchaj, aniołku, posłuchaj, niecnoto-

chodzi tylko o to:

 

Największy bohater polskiego podziemia

W cieplutkim łóżeczku pozycji nie zmieniał.

Nakryty po uszy puchową kołderką,

Chrapał, gdy mu mama robiła żarełko.

Kaszkę gotowała, prasowała ciuszki,

A on z kotkiem w łóżku trzymał się poduszki.

Nagle..., jak nie wrzaśnie, nasz bohater czujny:

Wolność zagrożona, razem maszerujmy!

Ocipiałeś, mały? Pytam zniechęcony.

Z powrotem do wyra, gnomie pokręcony.

Rok oraz trzydzieści minęło od czasu,

Gdyś ptakiem do góry leżał dla wywczasu,

A ci, co o Polskę walczyli za ciebie,

Wywożeni byli, by za wolność siedzieć.

W domciu włóż bambosze i załóż szlafmycę

Wódki sobie nalej! W pysk wsadź polędwicę!

I nie rób obory pośrodku Stolicy!

Lepiej umyj zęby- pozbądź się próchnicy!

 

Nie chcę nic mówić, ale czuję, że ten utwór będzie przebojem marszu.



22:22, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
sobota, 08 grudnia 2012

            (...)Najpierw, poganiane elektrycznym pastuchem, wchodzą pojedynczo do stalowej komory w kształcie walca. Walec zamyka się, krowa musi wystawić głowę przez jedyny otwór. Stalowe pudło obraca się o 180 stopni, krowa leży w klatce do góry nogami, pneumatyczny chwytak unieruchamia jej głowę, wyginając szyję do tyłu. Rzezak wypowiadając słowa modlitwy podrzyna zwierzęciu gardło. Krew chlusta do góry. Walec wykonuje następne pół obrotu, krew leje się już zgodnie z prawami fizyki. Walec otwiera się i krowa wypada na stalową kratownicę. Co któraś wychodzi o własnych siłach, wierzga i rzuca głową, czasem wstaje i mimo że wszystko jest śliskie od krwi próbuje uciec. Agonia trwa około dwóch minut. Wszystko w rytm łomoczącej maszynerii. Czasem rzeźnik od razu podwiesza zwierzę za nogę do góry na łańcuchu. Krowa, jeszcze żywa, pręży się i próbuje uwolnić. Następna, już w klatce, widzi konającą poprzedniczkę. Tak wygląda ubój rytualny (...).


Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1525331,1,ubojnie%20rytualne-biznes-brutalny.read#ixzz2ESbtHdLj

 

            Przeczytałem na blogu Elizy (kliknij, jeśli chcesz przeczytać jej notkę) informację o tym, że posłowie PSL zbierają podpisy pod ustawą dopuszczającą ubój rytualny zwierząt. Co to jest, do cholery, że banda zwyrodniałych łajdaków próbuje cofnąć Polskę w czasy kultur barbarzyńskich tylko dlatego, że kilku panów z PSL ma udziały w zakładach mięsnych i poszukują  nowych rynków zbytu?! Te same załgane mordy, które wznoszą przed kościelnymi ołtarzami oczy ku niebu, wzruszając się nad wyższością swojej religii nad religiami, które nie wyrzekły się barbarzyńskich i okrutnych obrzędów, ani praktyk, chcą usłużnie sami dokonać aktów barbarzyństwa, jeżeli im za to barbarzyńcy zapłacą. Czekam, aż jakiś KUTAS zgłosi projekt ustawy zezwalający na wynajem sił zbrojnych Rzeczpospolitej Polski na potrzeby świętych wojen- na najemnikach też można nieźle zarobić, potrenują w rytualnych ubojniach.

 

            Nie, nie jestem wegetarianinem, nie uważam, by usunięcie z łańcucha pokarmowego ekosystemu takiego konsumenta zwierząt jak człowiek mogło się obyć bez małej katastrofy ekologicznej, swój pogląd uzasadniłem w notce temu poświęconej- kliknij, jeśli chcesz poczytać. Jestem głęboko przekonany, że ludzkość będzie z czasem zmuszona zmienić swe zwyczaje żywieniowe i stopniowo odchodzić od produktów zwierzęcych na korzyść produktów roślinnych, lecz dojdziemy do tego drogą naturalną, ewolucyjną, a nie ideologiczną. Natomiast zdecydowanie potępiam wszelkie promocje barbarzyństwa pod pozorem religijnych praktyk.

 



Święty Sławomir od Dwóch Światów też popadł w kłopoty na tym tle- Geenpeace wytoczył mu proces za znęcanie się nad prosiaczkiem Pupusiem- kliknij, by poczytać.

14:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
czwartek, 06 grudnia 2012

            Nie pamiętam, czy opowiadałem o Paddym. To mój były sąsiad. Gdy go poznałem, miał 50 lat, choć wyglądał na 70. Widywałem go dwa razy dziennie: Tuż po lunchu odwiedzał go kumpel, nieco przypominający dzieło Frankensteina olbrzym bez oka. Między 9, a 10 wieczór, ten sam człowiek odnosił nieprzytomnego, a przynajmniej pozbawionego zdolności samodzielnego chodzenia Paddy’ego do domu. Oczywiście przyczyną zaniku umiejętności utrzymania pozycji  pionowej był nasz dobry znajomy, alkohol etylowy. Któregoś dnia Paddy nie odzyskał władzy w nogach. Mimo, że przetrzeźwiał, nogi nie były w stanie go utrzymać. Od tamtej pory poruszał się na wózku. „Poruszał się”, to za dużo powiedziane..., nie starał się nawet nauczyć poruszać swoim nowym środkiem transportu. Ten sam olbrzym usłużnie woził go do pubu i odwoził na noc do domu.

            Wszystko się zmieniło, gdy Paddy trafił do szpitala. Bladego pojęcia nie mam, co u niego zdiagnozowano, ale ponieważ mieszkał sam i nie miał żadnej utrzymującej z nim kontakty rodziny, trafił pod opiekę pielęgniarek środowiskowych, które odwiedzały go dwa razy dziennie. Nadzór ten z czasem odstraszył „Jednookiego”, który przestał się pojawiać. Nie wiem, czy było to wynikiem jakiejś ostrej reprymendy ze strony którejś z nich, czy też wynikiem postępującej niedołężności Paddy’ego, który zaczął korzystać z pieluch dla dorosłych. O pieluchach oczywiście  nie wiedziało zbyt wiele osób, ja miałem się okazję dowiedzieć w niezbyt miłych okolicznościach: Gdy za pielęgniarkę robił pewien Czech, miał on w zwyczaju podrzucać  zużyte, cuchnące pampersy do mojego kosza. Robił tak, dopóki go nie przyłapałem na  gorącym uczynku- trochę go postraszyłem polskimi zwyczajami i się nauczył zatrzymywać te prezenty u ich producenta. Wracając do Paddy’ego: Tym razem utknął w domu na dobre, a wieść o tym obiegła całą wioskę. Wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałem....

            ...Nagle chorego zaczęły odwiedzać wszystkie wdówki i rozwódki z przedziału wiekowego 40- 50 lat. Okazało się bowiem, że za młodu Paddy był lovelasem nie lada, wieść okoliczna niesie, że mało która koleżanka nie była przez jurnego młodzieńca „przetestowana”, był bowiem obiektem westchnień wszystkich panien z okolicy. Po 30 latach, te z nich, które były wolne, wyczuły szansę na realizację dawnych marzeń o boskim Paddym- królu towarzystwa. Rzeczywistość szybko zrzucała zalotnice z obłoków na ziemię- smród pampersów jest mało romantyczny. Dawny geniusz podrywu zniedołężniał nie tylko fizycznie: Już nie był tym czarującym mistrzem konwersacji, jego cały wysiłek towarzyski skupiał się na próbach wysyłania odwiedzających go pań po wódkę, co w sposób oczywisty zniechęcało do dalszych wizyt. Skąd wiem...? Ano, wieś jest mała, a ja znam dość dobrze miejscową aptekarkę, która słyszy to i owo, bo zakupy w wiejskiej aptece, to nie tylko wydawanie leków, ale i ploteczki. Ot, na przykład nie tak dawno temu aptekarka opowiedziała mi, jakiego to Paddy „miał pecha”, gdyż był kierowcą ciężarówek, a stracił prawo jazdy za picie. Gdy spytałem, co w tym pechowego, to raczej szczęście że ubył pijany kierowca ciężarówek, usłyszałem gorącą obronę- podobno zdarzało mu się prowadzić po wypiciu, ale tego dnia nie pił, „TYLKO” trzymał go alkohol z dnia poprzedniego.  Oj, te zakupy w wiejskich sklepikach..., nieważne, czy to spożywczy, czy apteka....


            W poniedziałek Paddy został odwieziony do hospicjum. Jego historia dobiega końca. Właściwie nie ma pointy, ale nie  dla mnie. Im dłużej myślę o tej  całej sprawie, tym bardziej przygnębia mnie fakt olbrzymiej nieświadomości dotyczącej choroby alkoholowej. Spójrzcie na zachowanie tych wszystkich kobiet, które zaczęły odwiedzać Paddy’ego. Przecież dopóki był on „na chodzie”, żadna z nich nie próbowała nawet się do niego zbliżać- tak mocno  był skoncentrowany na piciu, że nie liczyło się dla niego nic innego. Niepojęte jest dla mnie, jaka złudna nadzieja kazała dawnym koleżankom myśleć, że tych kilka dni, czy też tygodni, kiedy nie  był w stanie dotrzeć do pubu, oznaczało zmianę wewnętrzną tego nieszczęśnika. To, że nie mogły uwierzyć w nagłe i nieodwracalne kalectwo Paddy’ego jest dla mnie  łatwiejsze do pojęcia, gdyż ja sam byłem zaskoczony jego wózkiem inwalidzkim, a potem pieluchami. Jednak odniosłem nieodparte wrażenie, że panie wierzyły w to, że otaczając faceta troskliwą opieką, zmienią jego myślenie w temacie picia. Być może to tylko moja nadinterpretacja, ale tyle razy już widziałem ludzi (zarówno mężczyzn, jak i  kobiety), którzy łudzili się, że ich opieka zmieni alkoholików na lepsze, że moje myślenie z automatu idzie w tym kierunku. A przecież w tej wsi, jeżeli kobieta przed pięćdziesiątką jest wdową lub  rozwódką, to można stawiać grube pieniądze na to, że przyczyną takiego stanu rzeczy był alkohol albo narkotyki. Ludzka naiwność, czy też raczej marzeniowe podejście do rzeczywistości zawsze będzie mnie dziwić. Niby o tym wiem, niby powinienem być na to przygotowany, ale każda taka sytuacja budzi me zdumienie.

Święty Sławomir od Dwóch Światów popadł w kłopoty- ma sprawę karną za znęcanie się nad swoim prosiaczkiem "Pupusiem"- kliknij, by poczytać.

00:35, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
Tagi