RSS
wtorek, 24 grudnia 2013

Wszystkim Czytelnikom:

Radosnych Świąt,

a na co dzień

zdrowia,

odwagi i rozwagi,

poczucia humoru i smaku,

wolnych wyborów życiowych

i

godnego przyjmowania ich konsekwencji,

a także

hartu i pogody ducha

oraz miłości,

by marzenia wreszcie zaczęły się spełniać.

 

 

23:17, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
czwartek, 19 grudnia 2013

            Podczas, gdy premier Donald Tusk jeździ dookoła Polski, próbując coś zrobić ze spadającymi słupkami, jak cień podąża za nim tajemniczy don Pedro- ekipa Solidarności taszcząca jego styropianową podobiznę. Tusk jeździ, by zdobyć poparcie polityczne. Po co jeździ (hihihi) APOLITYCZNY związek zawodowy? Zdaje się, że mam odpowiedź.

 

            Jak widać na załączonym obrazku, pikietę "Solidarności" złapałem w Jeleniej Górze. Spojrzałem na pana z mikrofonem i pomyślałem sobie- Ludzie, dajcie mu coś zjeść, przecież chłopina nam zasłabnie- po czym przyjrzałem twarzom pozostałych uczestników pikiety, ciężko pracującym na kieliszek chleba. To ci panowie w białych kamizelkach z logo "S". Pan z mikrofonem też miał kamizelkę, lecz się w nią nie wcisnął, więc zrobił z niej sobie śliniak.

            Nie mam bladego pojęcia, jak to towarzystwo chciało ludzi przekonać, że walczy o ich interesy. Skutki były mizerne, zdecydowanie więcej osób zatrzymywało się kilkaset metrów dalej, przy niewidomej ulicznej śpiewaczce dającej pokaz wspaniałych możliwości wokalnych i zarabiającej w ten sposób na życie. Ekipa "S" nie wzbudziła zaufania mieszkańców Jeleniej Góry, bo ani gruby frontman, ani dwóch jego skacowanych pomocników po bokach nie miało pomysłu na happening. Oni nawet nie mieli budzącego zaufanie wyglądu. Puszczanie na około kabaretowej przeróbki czeskiego szlagieru "Jozin z bazin" i zachęcanie przechodniów do uderzania rózgą styropianowego tyłka podobizny Donka wzbudzało głównie uśmiech politowania. Grubasowi z mikrofonem nie pomogły także złośliwości na temat rodziny premiera.

            Wiecie, dlaczego uważam się za anarchistę? Bo nie mam żadnego szacunku dla instytucji, czy to państwowych, czy to inicjatyw prywatnych. To nie znaczy, że mam wobec nich jakieś niskie uczucia. Nie! Dla mnie po prostu one nic nie znaczą, bo wszystko zależy od ludzi. Nie ma czegoś takiego, jak złe/ dobre państwo, bo za wszystko, co się w państwie dzieje, odpowiadają ludzie, którzy mają imiona i nazwiska. Związki też nie są dobre, ani złe. Mogę coś powiedzieć o stanowiących państwo: rządzących, reszcie obywateli (w tym o związkowcach, czy urzędnikach lub też duchownych, czy prawnikach), ale o każdym z nich mogę się wypowiadać osobno. Mogą oni przestrzegać umowy o podziale ról, jaką zawarli z innymi obywatelami, mogą też ją łamać. Co ma do tego jakieś BEZOSOBOWO BRZMIĄCE "PAŃSTWO"?! Wszystko zależy od konkretnych ludzi.

 

            No właśnie, a propos sztuki: Podczas pobytu w  Jeleniej Górze miałem okazję zapoznać się z propozycjami Zdrojowego Teatru Animacji (części Teatru im. C.K. Norwida) oraz prywatnego teatru prowadzonego przez aktorskie małżeństwo: Jadwigę i Tadeusza Kuta. Mam na myśli, oczywiście, Teatr Nasz w Michałowicach k. Szklarskiej Poręby. Jeżeli ktoś ma ochotę na solidną dawkę pozytywnej energii i humoru, powinien te miejsca odwiedzić, najlepiej podczas spektaklu :)


 

 

11:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (7) »
czwartek, 12 grudnia 2013

            Niedawno bloger "Malawiart" zaproponował przyłączenie się do małej zabawy promocyjnej, mającej na celu przypomnienie, że oprócz zalewającej nas komercyjnej szmiry, na scenie kulturalnej Polski i Świata istnieje cała masa interesujących zjawisk, wartych odnotowania.

            Moją propozycją jest nieco już zapomniane wydawnictwo z 1994 roku, czyli "Koncert w Łodzi" grupy Voo Voo, niestety, dziś niedostępne na rynku. W skrócie: Voo Voo zaaranżowane  w wersji "bez prądu" z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego i gościnnym udziałem Radka Nowakowskiego na kongach. Voo Voo w historycznym składzie, który już nigdy nie zostanie odtworzony. Przede wszystkim z powodu przedwczesnej śmierci wspaniałego perkusisty, Piotra "Stopy" Żyżelewicza, który odszedł po walce z wylewem. Drugi  powód, komiczny, to wybór Janka Pospieszalskiego, który miał dość autentycznej muzyki zespołu, twardą ręką Waglewskiego trzymanego z dala od oszustwa i postanowił zostać błaznem i manipulantem robiącym "filmy dokumentalne" z aktorami z wyuczoną rolą i programy paranaukowe o katastrofach lotniczych, w których dowodem jest Antek Macierewicz z wytrzeszczem oka pokazujący wymachami rąk, jak powinien wyglądać wrak, a jak wyglądał. Składu z Łodzi już nigdy nie zobaczymy.

            Koncerty Voo Voo są zawsze niepowtarzalne, tam muzycy pozwalają sobie na ucieczkę w kierunku jazzu i improwizacji, co daje nową jakość w porównaniu do wygładzonych płyt studyjnych, dostosowanych do oczekiwań popularnego odbiorcy. "Koncert w Łodzi" jest dla mnie wyjątkowy z jednego jeszcze powodu.

            Nigdy nie spotkałem się z tak genialną konstrukcją koncertu, który był dla mnie swojego czasu najlepszym lekiem na zły nastrój. Koncert ukazał się w takim okresie mojego życia, którego wolałbym nigdy więcej nie przechodzić. Nastroje depresyjne dopadały mnie dość często. Gdy przygnębienie było tak głębokie, że nie miałem ochoty na nic, wkładałem w wysłużoną wieżę "Diora" magiczną kasetę....

            ...Koncert zaczyna się tak, jakby muzycy chcieli przyłączyć się do wszystkich melancholików Świata i użalać się nad sobą razem z nimi. Najpierw bardzo płaczliwa aranżacja słynnego "Łobi Jabi", zaraz potem refleksyjna, traktująca o przemijaniu "Wizyta III" (Autobus) i równie stonowany "W kącie spał", czyli filozoficzne rozważania o boskiej opiece. Nagle następuje przebudzenie. "Konstytucje" Lecha Janerki, zaaranżowane "na smutno", gryzą się z humorystycznym i kontestującym tekstem, by pod koniec brzmieć jakby radośniej. "Karnawał", to już rzeczywisty karnawał radości, gdzie Mateusz Pospieszalski swoimi przyśpiewkami w wymyślonym przez siebie języku sprawia, że zgodnie z tekstem, chce się nam zrobić coś pożytecznego. Później "Żółty", instrumentalna wersja znanego z repertuaru Renaty Przemyk, jako "Ostatni z zielonych" i jeden z najbardziej optymistycznych utworów wszech czasów "Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic". Finałowy "Front torowania przejść", to energetyczny kop na zakończenie płyty- nikomu nie pozostaje nic z nastroju przygnębienia. Jak się zorientujecie z zamieszczonego filmu, koncert miał ciąg dalszy, lecz znalazł się poza płytą. Zapraszam do słuchania i oglądania:

 

Voo Voo, Koncert w Łodzi:

łobi jabi

wizyta III

w kącie spał

konstytucje

karnawał

żółty

nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic

front torowania przejść

 


11:08, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 09 grudnia 2013

            Nie tak dawno temu opublikowałem notkę p.t. "Zabawa w kolejarza", której główną konkluzją było to, że polskie koleje (bez względu na to, którą spółkę reprezentują), zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że utrzymują się z klienta i jeżeli się nie dostosują do jego potrzeb, to klient zmieni dawcę usług. Zgodnie z tą myślą, skoro kolej nie dostosowała się do mnie, ja wybrałem inne formy transportu i przerzuciłem się na komunikację samochodową. Cytując Zulu Gulę: "Polska to bardzo ciekawa kraj", gdyż mimo słynnych polskich dróg, jest to komunikacja szybsza i bardziej wiarygodna od kolejowej (wyjątki potwierdzają regułę). Jest jednak jedna rzecz, której nijak pojąć nie mogę.

            Ostatnio kilka razy korzystałem z usług Portu Lotniczego Wrocław S.A., co wiązało się z koniecznością skorzystania z publicznego transportu kołowego, gdyż cięcia budżetowe (moje własne) sprawiły, że nie pokusiłem się o pożyczenie samochodu. Jechałem do Jeleniej Góry i mój wybór został ograniczony do dwóch możliwości: taxi do centrum Wrocławia i autobus lub pociąg do Jeleniej Góry lub wersja droższa, czyli taxi wprost do celu mojej podróży. Miało być oszczędnie, więc taxi wprost do celu odpadło, sami widzicie, co zostało.

            Do rzeczy: Nikt z włodarzy PEKAESU nie pokusił się o przejęcie klientów portów lotniczych. Większość przylatujących po prostu umawia się z kimś z rodziny, by podjechał po nich samochodem prywatnym, bo żadna linia autobusowa (za wyjątkiem dwóch miejskich, obsługujących trasę do centrum Wrocławia) nie ma przystanku na lotnisku. Nikomu nie chciało się choćby spróbować zawalczyć o klienta.

            Autobusy z Wrocławia do Wałbrzycha, Jeleniej Góry, Brzegu Dolnego, Legnicy i Lubina ignorują tysiące pasażerów z emigracji, którzy bez względu na porę roku i dzień tygodnia chcieliby się szybko i tanio dostać do swych rodzinnych miejsc. W głowie mi się to nie mieści! Przecież to pieniądze za nic! Jedynym minusem jest wydłużenie czasu jazdy o 10- 15 minut, ale dla takiej liczby klientów, to dość mała cena.

            Odnoszę wrażenie, że gdzieś tam na dyrektorskim stołku siedzi jakiś oszołom o mózgu tkwiącym w zapyziałej komunie, który potencjalnym pasażerom z portów lotniczych ma do powiedzenia jedynie: "Stać was na samolot? To se weźcie taksówkę! Albo się tłuczcie miejskim do centrum, które jest w ogóle nie po drodze". Odpowiedź pasażerów brzmi jednak: "A goń się, leszczu! Kto tu komu łaskę robi?!", bo naprawdę, dziś większość z tych ludzi po prostu umówi się ze znajomymi, by ich podwieźli albo rzeczywiście skorzystają z taksówki.


Tagi: pekaes
20:31, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
środa, 04 grudnia 2013

            Odwiedziłem niedawno bardzo nieszczęśliwą rodzinę. Istotą ich tragedii był brak woli porozumienia. Małżonkowie sprawiali wrażenie ludzi, którzy się głęboko nienawidzą. Może się mylę, ale tak to z boku wyglądało.

            Mężczyzna był człowiekiem bardzo zapracowanym. Od dziecka posiadał zmysł przedsiębiorczy i uczył się nie tylko zarabiać, ale i poznawać ludzi, od których dużo zależy, negocjować, handlować nierzadko wbrew obowiązującemu prawu (omijanie podatków, łapownictwo). Na żonę wybrał sobie dużo młodszą dziewczynę, która w chwili ślubu ledwie wkraczała w dorosłość. Przed ślubem jej życie było ubogie, lecz beztroskie. Nie miała nadmiaru obowiązków. Obrotny mężczyzna wybijający się na tle innych chłopaków z miasteczka, zmieniający samochody, kupujący mieszkanie, dom, ziemię bardzo jej imponował. Okres przedmałżeński z przyszłym mężem był dla niej o tyle ciekawy, że dzieliła z nim jego czas wolny bawiąc się, a gdy on szedł do swoich spraw, ona wracała do koleżanek i kolegów.

            Po ślubie wszystko się odmieniło. Zamieszkali razem, a mężczyzna zaczął mieć wymagania. Marzył mu się przygotowany obiad, wysprzątany dom, a tymczasem jak sobie czegoś sam nie przygotował, to nie miał. Przyjął jednak najgorszą z możliwych metod: Zaczął szydzić z małżonki, najwidoczniej uznając, że tak ją wychowa. Małżonka zaś zaparła się i dopóki do czegoś nie była zmuszona sytuacją, to tego nie zrobiła. Nie wiedzieć czemu, zdecydowali się na dzieci. Jedno..., potem drugie. Każdy potrafi chyba sobie wyobrazić, że przy dzieciach, to już nie da się nic nie robić. Zwłaszcza, jeżeli jest się karmiącą matką, której mąż jest pracoholikiem wracającym do domu zjeść, umyć się, przespać. Ewentualnie wykonać prace remontowe, no i zrobić coś do jedzenia, bo kobieta nie wyraża, mimo upływu lat, entuzjazmu do własnoręcznego przygotowywania potraw.

            Na chwilę obecną sytuacja wygląda tak, że kobieta nie potrafi sobie poradzić z nawałem zajęć, jaki na nią spadł po urodzeniu dwójki dzieci. Wcześniej nie pracowała, a tu nagle takie obowiązki, których sensu w dodatku nie potrafi pojąć. Ma pretensje do małżonka, że jej nie pomaga. Facet zaś tyra całymi dniami poza domem. Nawet jak teoretycznie nie pracuje, to pomaga komuś, by w przyszłości otrzymać coś w zamian- jak to w biznesie- taka forma autopromocji i wyrabiania sobie znajomości. Jest wściekły, gdy wracając do domu zastaje bałagan i nietknięte surowce na obiad, który sam sobie musi przygotować. Szydzi więc z żony niemiłosiernie, przybiera to formę znęcania psychicznego. Nie zważając na obecność obcych kpi z niej i wytyka wszystkie zaległości, a ona nie wiedząc jak się bronić, idzie w zaparte i "sportowo" stara się zepchnąć jak najwięcej obowiązków domowych na męża. Ta sprężyna się ciągle nakręca. Mąż szydzi i poniża, ona ucieka od obowiązków i robi tylko to, co naprawdę musi. On się wścieka jeszcze bardziej, szyderstwo przybiera na sile, a ona jakby ubrała pancerz- przyjmuje na siebie te wszystkie obelgi i tym bardziej nie wkłada serca w dom. Niedawno podjęła pracę zawodową w pełnym wymiarze godzin (wcześniej, przed urlopem macierzyńskim miała tylko częściowy etat). W porównaniu do męża, zarabia marny grosz, ale jest to dla niej ucieczka ze znieniawidzonych czterech ścian. Szczęśliwie, na miejscu są rodzice obojga, którzy na zmianę zajmują się wnuczkami, gdy młodzi pracują. Szczęśliwie, bądź nieszczęśliwie- wojna młodych rodziców przenosi się na wojnę babć, biorących stronę swoich dzieci przed opinią gminną. I tak to się kręci, a dzieci rosną. Starsza córka jest powoli włączana w konflikt, którego końca nie widać.

            Odnoszę wrażenie, że żadne z tych dwojga wciąż młodych ludzi, nie ma nawet koncepcji wspólnego szczęścia, nie ma wspólnego celu. Nie zauważyłem też chęci bycia życzliwym dla wspólmałżonka. Czasami się zastanawiam, czy oni kiedykolwiek czuli radość, gdy się widzieli. Czy ta kobieta miała ten figlarny, niegrzeczny i radosny zarazem błysk w oku, jaki ma kochanka? Czy chłonęła jego słowa, jego obecność? I czy on kiedykolwiek myślał: "Jak to dobrze, że ona tu jest! Jak to dobrze, że na mnie czeka! Cudownie jest być razem. Jak dobrze jest móc ją poczuć". Czy oni kiedykolwiek sobie ufali? Polegali na sobie? Nie wiem! On chce za wszelką cenę zapewnić rodzinie jak najwyższy status materialny i społeczny- uważa to za cel nadrzędny, wymaga od żony podporządkowania tej idei. Ona chce beztroskiego życia wiecznej nastolatki. Podążają w przeciwnych kierunkach.

            Nie cierpię być złym prorokiem. Nie cierpię mówić, jak Grzegorz Halama "Ja wiedzialem, że tak będzie- mógł wziąć śpiworek!", ale słabo to widzę. On jest przystojny, pracowity, nieźle ustawiony. Ona młoda, piękna, umie kokietować i właśnie zaczyna samodzielną pracę, także w terenie. Ktoś kiedyś ją zacznie podrywać, zaprosi do miłej knajpki albo do domu. Małżonek? Ile postawicie, że pewnego dnia nie skusi się na ponętne kształty jakiejś innej kobiety, bo stwierdzi, że mu się należy? Dopóki się nie wyda, będą grać, bojąc się zmian. Gdy się wyda, pójdą na całość... od czego są sądy i rozwody?! Może do tego nie dojdzie, ale obydwoje są młodzi i atrakcyjni, a przyroda ma swoje prawa!

            Ostatnim razem widziałem ich, gdy się wybierali na bal pracowniczy. Chwilę wcześniej darli ze sobą koty, ale o reputację trzeba dbać! Ciekaw jestem, czy stać ich było na uśmiech... i czy dobrze się bawili.


wtorek, 03 grudnia 2013

             Podczas ostatniego pobytu w Polsce miałem okazję spędzić sporo czasu na rozmowach z pijącym alkoholikiem. Oczywiście, rozmawiałem w czasie jego przerwy w piciu- inaczej nie miałoby to żadnego sensu. Nie mam bladego pojęcia, czy udało mi się w nim zasiać jakieś wątpliwości, natomiast jego zachowanie z całą pewnością mogę dziś wykorzystać, by pokazać czytelnikom nałogowe mechanizmy towarzyszące chorobie alkoholowej.

             Moim rozmówcą był czterdziestoletni mężczyzna, tak silnie upośledzony chorobą alkoholową, że nie jest już w stanie utrzymać się w żadnej pracy. Gdyby nie współuzależniona matka, musiałby zacząć się leczyć lub umrzeć, lecz ma stworzony przez rodzicielkę komfort picia. Nie odczuwa wszystkich skutków nałogu, bo matka bierze na siebie te, które jest w stanie udźwignąć. Pokój tego nieszczęśnika wygląda bardzo schludnie- gdy jest trzeźwy, pedantycznie dba o porządek. Jedynym świadectwem głębokiego uzależnienia osoby tu mieszkającej jest lekki zapach wydalin i wydzielin, którymi zanieczyszczał łóżko i dywanik podczas ciągów pijackich. Tego ciężko się pozbyć- mimo wymiany pościeli i regularnego używania detergentów, materac i chodnik przesiąknęły charakterystyczną wonią- musiały przyjąć swoje.

             Zanim jednak dotarliśmy w to miejsce, miałem okazję przysłuchiwać się rozmowie, jaką mój towarzysz prowadził podczas podróży autobusem. Interlokutorką była jego znajoma, która w pewnym momencie zaczęła mu dogryzać ironicznymi słowami, że u mamusi jest mu wygodnie. To czuły punkt alkoholika postawionego w takiej sytuacji: Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jako mężczyzna w sile wieku, powinien co najmniej sam się utrzymywać, choć dobrze by było, gdyby powoli zaczynał odciążać emerytowaną matkę, a on nie dość, że tego nie robi, to korzysta ciągle z jej opieki. Wiele osób uważa, że jest to wynikiem podłości i wyrachowania alkoholika, lecz nie jest to zgodne z prawdą. Choroba alkoholowa ma to do siebie, że uruchamia silne mechanizmy iluzji i zaprzeczeń, czyli w tłumaczeniu na polski, mechanizmy, którymi alkoholik próbuje okłamać sam siebie, żeby sobie podnieść samoocenę. Mój towarzysz nie był wyjątkiem, też je stosował. Pierwszą jego reakcją była próba przemilczenia tematu w nadziei, że rozmowa skieruje się na inny tor, ale uparta rozmówczyni drążyła, wobec czego alkoholik spróbował ataku, starając się otworzyć dyskusję o tym, że syn rozmówczyni jest za granicą, a ona go nie odwiedza. Kobieta spytała, czy gdy on był za granicą, to chciał, by go odwiedziła matka, on musiał przyznać, że nie. Kobieta triumfalnie powiedziała- No widzisz! Po co miałam tam jechać, denerwować go? A ty dlaczego wróciłeś? Dobrze ci u mamusi? Nakarmi, zrobi pranie....- Rozmowa znalazła się w punkcie wyjścia. Jak myślicie...? Co zrobił mój towarzysz? Nie..., nie zareagował zwiększoną agresją (co nie było takie znowu całkiem niemożliwe), ale nagle zaczął mówić- Nooo..., tak, tak..., nie ma jak u mamy, mamę trzeba kochać! Rozmówczyni nie zaryzykowała głośnej kłótni i nie zapytała, czy to co robi, jest wyrazem miłości matki... i dobrze, naprawdę..., to nie był czas, ani miejsce. Zbyt dużo świadków, praktycznie każdy alkoholik odebrałby to jako publiczne poniżanie i albo zaczęłaby się awantura, albo by się obraził i nie odzywał. Nie warto w takich sytuacjach liczyć na cud nawrócenia, oceniajmy realnie możliwe skutki naszych słów.

           Zanim pociągnę opowieść dalej, jedna uwaga: Idę o zakład, że w głowach wielu czytelników zgromadził się pokaźny zbiór inwektyw, oceniających powyższe postępowanie uzależnionego. Rozumiem uczucia, jakie się budzą w każdym człowieku, gdy słyszy takie historie, ale trzeba zrozumieć jedno: Mieć w tym momencie pretensje do tak zdegenerowanego alkoholika o to, że nie wykonuje swoich ról życiowych, to tak, jak mieć pretensje do człowieka bez nogi, że spowalnia marsz grupy. Zachowanie alkoholika wynika z natury jego choroby. Na pewno nie możemy pozwolić mu się z tego powodu krzywdzić. Nikt od nas nie wymaga, by mu pomóc, jeżeli nie czujemy się na siłach. On jest dorosły, on odpowiada za siebie. Dlatego możemy pomóc, ale nie musimy. Jednak ostatnią głupotą jest się na niego obrażać. Nie można obrażać się na skutki choroby- z nimi można walczyć, ale z pewnością nieroztropne jest obrażać się na nie. Najlepsze, co można zrobić, to dać alkoholikowi poczuć skutki jego picia. Nie chce się leczyć, więc nie nadaje się do pracy- nie ma co mu jej załatwiać. Niech sam coś ze sobą zrobi. Dostanie mandat od policji- niech płaci, a jak nie ma pieniędzy, niech odpracuje społecznie (sądy chętnie korzystają z tej możliwości, zamiast karać kosztownym dla państwa więzieniem). Posika się, niech śpi brudny, a gdy dotrze do niego, co zrobił- niech sam to wypierze i się umyje. W sytuacji zaś zagrażającej życiu alkoholika, najlepiej zawiadomić policję- ta go zawiezie na izbę wytrzeźwień, bądź na dołek. Nie zamarznie, zostanie zbadany przez lekarza, no i dostanie rachunek za swoje wyczyny. Ja wiem, że to brzmi bezdusznie, ale naprawdę bezduszne jest stwarzanie alkoholikowi komfortu picia- wtedy skażemy go na powolną śmierć w męczarniach- psychicznych i fizycznych. To może trwać latami, a co najgorsze, będzie się odbywać kosztem innych ludzi. Dlatego pierwsza pomoc dla alkoholika, to dać mu odczuć swój brak akceptacji dla jego picia, dać mu poczuć konsekwencje i zdecydowanie stawiać leczenie, jako pierwszy warunek jakiejkolwiek innej pomocy.

             Ważne! Pamiętajmy, że alkoholik jest człowiekiem, więc jakiekolwiek przestępstwo dokonane na jego osobie, jest przestępstwem jak każde inne. Jeżeli więc ktoś sobie wymyśli, że może alkoholika napaść, pobić, okraść, jeżeli ktoś go fałszywie oskarży przed sądem, to sam jest przestępcą. I to ohydnym, bo przestępstwo na osobie chorej jest sprawą wyjątkowo podłą. Dotyczy to również prokuratorów i sędziów, którzy korzystają z okazji łatwego łupu, notorycznie przypisują alkoholikom wszystkie winy, które ci popełnili, jak również te, których nie popełnili. To są zwykłe przestępstwa sądowe, niczym nie różnią się one od przestępstw sądów stalinowskich.

             Wróćmy jednak do mojego towarzysza. On wie, jak nisko upadł: Wie, że przebywa z ludźmi, którzy mu w żaden sposób nie imponują, wybiera ich towarzystwo jedynie dlatego, że oni akceptują jego picie, bo sami piją. On wie, że jest osobą totalnie bezproduktywną, zachowującą się jak małe dziecko, choć jest już dawno dorosły. Wie, że pijąc pogrąża się, niszczy też swoją matkę i otoczenie. Pomimo tego, że wie, to nie chce tego faktu uznać. Nie chce nawet o tym myśleć. Jednocześnie bardzo się boi życia na trzeźwo. Nie..., nie dlatego, że życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Ten jakże nośny cytat z filmu „Psy 2” jest zwykłą bzdurą. To życie po pijanemu jest nie do przyjęcia, jednak strach przed trzeźwością wynika z tego, że alkoholik wszystko co robił w dorosłym życiu, robił z etanolem w żyłach. Cieszył się i smucił, świętował sukcesy i porażki, kochał się i nienawidził, uprawiał seks i uczestniczył w krwawych bójkach. Życie na trzeźwo jest dla niego nieznane, więc się go boi. Wstydzi się siebie, wstydzi się stanąć na trzeźwo naprzeciw ludzi, którzy widzieli jego upodlenie. To dlatego nie idzie się leczyć. Nie dlatego, że picie mu się podoba- on od dawna pije, by nie czuć cierpienia, choć w efekcie, to cierpienie staje się większe i większe.

             Zgadnijcie, jak mogła zatem wyglądać nasza rozmowa (a znamy się jak łyse konie), skoro mój rozmówca nie chciał mówić o swoim pijackim życiu? To bardzo proste. To pierwsze, co zechce zrobić mózg uzależnionego: Rozmawiać albo o przeszłości i pięknych chwilach z okresu, gdy jeszcze nie był zdegenerowany, albo też uciec w marzenia, czy też raczej mrzonki. Słyszałem więc wspominki naszych wspólnych wyczynów, słyszałem historie, które znam na pamięć. Słyszałem też o tym, że mój towarzysz planuje wyremontować kuchnię, potem łazienkę, ale najpierw musi gdzieś wyjechać, najlepiej do Niemiec. Słyszałem wszystko, tylko nie to, co zrobić, by nie pił. Jego zaś opowieści o teraźniejszości praktycznie nie istniały lub też raczej sprowadzały się do opowiadania o innych ludziach, przy czym na ogół było to opowiadanie krytyczne. Gdy mówił o sobie, mówił o przebłyskach trzeźwości, gdy zrobił coś pożytecznego lub co najmniej neutralnego. Każda niedestrukcyjna czynność urastała do rangi perełki wartej upamiętnienia. Dzień spędzony z bratem przy kryciu papą szopy, odebranie bratanicy z przedszkola, zrobienie zakupów i tego typu drobiazgi, o których człowiek zdrowy nie wspomina, gdyż są dla niego oczywiste. Najchętniej jednak wyrażał krytykę cudzych zachowań. Najbardziej przeraziło mnie, gdy zaczął się skarżyć na dziesięcioletnią sąsiadkę, że przestała mu mówić „dzień dobry”. Poniosło go, zaczął wykrzykiwać, że przecież on ma czterdzieści lat i nie będzie się małolacie kłaniać. Że on ją na rękach nosił, że mu kiedyś laurki robiła. Problem w tym, że nie chciał zauważyć, iż ta dziewczynka się go najzwyczajniej w Świecie bała i dalej się go boi. Że widziała go już nie raz i nie dwa zakrwawionego, zataczającego się, wymiotującego, oddającego mocz byle gdzie. Boi się jego zachowań, wstydzi się też przed rówieśnikami, boi się ich reakcji na takiego znajomego. Ale on nie chce przyjąć tego do wiadomości, bo to naprawdę zbyt ciężkie, nawet dla alkoholika, który robił tyle głupich rzeczy.


            Myślę, że jesteście ciekawi moich reakcji. Zrobiłem to, co mogłem zrobić. Mocno się pilnowałem, by go nie poniżać, ani nawet nie stosować mentorskiego tonu, by czuł się równoprawnym rozmówcą. Powiedziałem mu, że ja wiem to, co i on wie- że nigdy nie utrzyma się w pracy, jeżeli będzie pić, a w takim stanie marne ma szanse przestać pić bez terapii. No i stało się to, co przewidywałem. Potwierdził moje obawy, że w ogóle nie bierze pod uwagę możliwości leczenia. Ma taki komfort picia, że dla niego terapia jest ograniczeniem wolności- nie odbiera jej jak pomocy, lecz traktuje ją jak zniewolenie. I tu skończyły się moje możliwości. Już tłumaczę dlaczego: W tym momencie on był zamknięty na dyskusję, nastawiony na „NIE”! Każdą moją kontynuacje tematu odebrałby, jak dręczenie. Ja wiem, że wielu czytelników podda w wątpliwość to tłumaczenie. To zastanówmy się wspólnie: Jak myślicie, ile osób przede mną próbowało go w podobnym momencie dyskusji przekonywać i „truć mu dupę”? Ile osób mu mówiło, jak krzywdzi rodzinę, zwłaszcza matkę, jak krzywdzi otoczenie? Dziesiątki, moi Drodzy, dziesiątki... i robili to długo i do znudzenia. I co? Nie znaleźli tego magicznego przełącznika, który go przestawi z funkcji powolnej autodestrukcji na funkcję zdrowienia i przejęcia na siebie odpowiedzialności za swoje życie! Tego przełącznika po prostu nie ma! Zmienić się można na drodze długotrwałej pracy nad sobą, a nie za pomocą magicznego pstryczka. Gdyby takowy istniał, dawno by go ktoś odnalazł. Chyba nie sądzicie, że dookoła są sami podli ludzie, którzy radują się, gdy ktoś stacza się w takie bagno i go tam świadomie popychają. Nie muszę tego dowodzić- wszyscy wiemy, że na drodze każdego alkoholika znalazły się dziesiątki osób próbujących go nakłonić do zerwania z nałogiem. Jednak do podjęcia leczenia alkoholika może zmusić jedynie odczucie na własnej skórze wszystkich skutków swojego picia. Trzeba mu powiedzieć, że najlepszą drogą jest terapia, ale on musi czuć skutki picia i być pewnym, że nikt ich za niego nie przyjmie na siebie. Alkoholik zawsze powie, że dopóki on nie będzie sam chciał, to nie przestanie pić. Jednak on sam nie będzie chciał poddać się leczeniu- uzależnieni trafiają na terapię zmuszeni groźbą wyrzucenia z domu, groźbą rozwodu, nakazem sądowym, groźbą trafienia do więzienia, etc.... Mój rozmówca nie stanął przed żadną z tych gróźb. Przez to nie ma szans poczuć tego, że albo się wyrwie z nałogu, albo zginie marnie. Co też się z całą pewnością stanie, tylko że on tego nie czuje, bo gdy się upija- dociera do pościelonego łóżka. Gdy jest brudny- jest myty, gdy jest ranny- wzywana jest karetka, gdy się spompuje- matka wszystko pierze i szoruje, gdy ma siłę coś zjeść- matka czeka z gotowym talerzem. On nie ma szans wyrwać się z nałogu. On odpowiada za swoje picie, natomiast jego matka odpowiada za to, że on nie odczuwa wszystkich konsekwencji picia. To wszystko: Tak proste i tak trudne zarazem, bo tak ciężko zaakceptować gorzką prawdę, że nie każdemu, kto się przewróci, należy pomagać wstać, ponieważ on musi mieć jeszcze siłę, by samodzielnie ustać. To jest ryzykowne. To prawda, jednak czy operacja serca nie jest również ryzykowna? Jednak większość z nas rozumie, że tylko ona może uratować życie po ciężkim zawale. Dlaczego tak ciężko zrozumieć, że w wypadku alkoholika, jedynie ryzykowny zabieg zostawienia go sam na sam ze skutkami jego picia ma szansę skłonić go do podjęcia terapii?!

 


niedziela, 01 grudnia 2013

                Jarosław Kaczyński- a któż by inny?! Obudził się i po dziewięciu latach nieobecności, jedzie „ratować” Ukrainę. Oczywiście użył jedynej mu znanej formy komunikacji, czyli monologu. Rzekł był (podczas konferencji prasowej): „Uważamy, że to jest ważne dla Ukrainy, Polski i całej Unii Europejskiej. Przyjeżdżamy tu, by kontynuować to, co było dziełem mojego brata, Lecha Kaczyńskiego”. Dodał również, że "jest bardzo negatywnie zaskoczony nieobecnością ministra  Radosława Sikorskiego". Po chwili dopowiedział: „To samo dotyczy pana Kwaśniewskiego i pana Coxa. Nie ma ich, no szkoda”.

                Ponad 6 lat temu, Władysław Bartoszewski wypowiedział pamiętne słowa: „Nie wierzcie frustratom, czy dewiantom psychicznym, którzy swoje problemy psychiczne odreagowują na Narodzie. Ja chcę umrzeć w kraju wolnym i stabilnym! Kategorycznie wypraszam sobie lżenie Polski przez niekompetentnych członków rządu (Jarosława Kaczyńskiego, będącego wówczas premierem- przyp. autora), niekompetentnych dyplomatołków”! Jak widać, dyplomatołki dawno przystały być członkami rządu, nie przestają jednak lżyć Polski. NO SZKODA, parafrazując pana prezesa.

                W ciągu dwóch lat rządów braci Kaczyńskich, Polska stała się pośmiewiskiem Europy. Dzięki swoim popisom oratorskim na konferencjach prasowych,  podczas których prezes PiS odgrażał się Rosji i Niemcom, kraje te rząd PiS po prostu OLAŁY. Rosja i Niemcy rozpoczęły wówczas budowę omijającego Polskę Gazociągu Północnego, Rosja wstrzymała import mięsa z Polski, a prasa niemiecka drwiła z braci K., nazywając ich „KARTOFLAMI”. Ówczesny zaś Minister Skarbu z ramienia PiS, Wojciech Jasiński, pełzając na kolanach przed Putinem i Gazpromem, podpisał najniekorzystniejszą w dziejach umowę na dostawy gazu z Rosji. Po latach powiedział na swoją obronę jedynie, że „byliśmy przyparci do muru”. W języku prezesa Kaczyńskiego, oznaczało to, że „POLSKA ODZYSKAŁA NALEŻNE JEJ MIEJSCE W EUROPIE I SIĘ Z NIĄ LICZĄ”. W kwestii zaś Pomarańczowej Rewolucji: Bracia Kaczyńscy wyrazili jedynie solidarność z Ukrainą, podobnie jak to zrobili inni polscy politycy, między innymi były prezydent, Lech Wałęsa i dziś urzędujący prezydent Bronisław Komorowski (wówczas PO), byli tam zarówno Ujazdowski (PiS), jak i Macierewicz (wówczas RKN), był Janik (SLD), Borowski (Socjaldemokracja Polska). Byli tam, podobnie jak i Kaczyńscy. Mediacjami jednak zajmowali się ówcześni prezydenci Polski i Litwy, czyli Aleksander Kwaśniewski i Valdas Adamskus (mimo, iż wcześniej opozycja prosiła o to Lecha Wałęsę, jego rola zakończyła się właściwie na wsparciu protestujących i wygłoszeniu przyjętego oklaskami przemówienia). Ponadto Sejm RP przyjął przez aklamację apel do rządu Ukrainy o przywrócenie wolności i demokracji. Zaangażowana była też masa polityków z całej UE z Javierem Solaną (koordynatorem polityki zagranicznej Unii Europejskiej na czele).

                Dziś pierwszy dyplomatołek IVRP pcha się przed kamery i zaczyna od poniżania wszystkich, którzy się przyczynili do sukcesu Pomarańczowej Rewolucji. Poniża wszystkich, którzy tę wolność wywalczyli, mówiąc Ukraińcom „przyjechałem kontynuować dzieło mojego brata”. Ukraińcy wywalczyli wolność, którą prezes PiS raczył nazwać dziełem swojego brata. Oczywiście, skoro nie wspomniał o Narodzie Ukrainy, to tym bardziej nie wspomniał o głównych mediatorach: Kwaśniewskim, Adamskusie, Cimoszewiczu (ówczesnym szefie MSZ), czy Solanie. Oczywiście, zgodnie z jakże wciąż aktualnymi słowami Władysława Bartoszewskiego, Jarosław Kaczyński nie oparł się pokusie lżenia Polski, atakując szefa MSZ, Radosława Sikorskiego i specjalnego wysłannika  Parlamentu Europejskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego, zarzucając im kłamliwie brak reakcji. Tak się bowiem składa, że jeżeli ktoś chce być mediatorem, to nie może jawnie stanąć po jednej ze stron. Mediator musi zachowywać neutralność, bo inaczej nikt z zainteresowanych się na niego nie zgodzi. Tylko skąd mają o tym wiedzieć dyplomatołki?! Ciekaw jestem, kiedy Jarosław Kaczyński skończy obrażać wszystkich, którzy głośno nie wyrażają zachwytu nad nim samym i jego partią. Nazywał już przedstawicieli innych niż PiS ugrupowań „frontem wspierania przestępców”, nazywał tymi, „którzy stoją tam, gdzie stało ZOMO”, a ich wyborców (w najlepszym wypadku) uznawał za nieświadomych swoich czynów. Takiego polityka znajdę w każdej taniej knajpie. Będzie równie pyskaty i nietaktowny, jego niewiedza będzie równie głęboka, jak niewiedza Kaczyńskiego, a nie będzie przynajmniej tchórzem schowanym za ochroną za milion złotych rocznie i kordonem podwładnych chroniących go przed spotkaniem z tymi, których raczył obrazić.

CZY WEDŁUG PREZESA, UNIA EUROPEJSKA JEST ZŁA, CZY DOBRA?

CZYŻBY NIEMCY PRZESTRASZYLI SIĘ KACZYŃSKIEGO I JUŻ W NIEJ NIE RZĄDZĄ?

TERAZ TO SIĘ POGUBIŁEM!

WSZAK PREZES W OGÓLE SZACUNKU DLA URODZIN RADYJA NIE MA!

PUBLICZNIE WSPIERA UNIĘ EUROPEJSKĄ!

OJCZE TADEUSZU, TY WIDZISZ I NIE GRYZIESZ W PALEC?


Tagi