RSS
sobota, 27 grudnia 2014

WSZYSTKIM CZYTELNIKOM, A W SZCZEGÓLNOŚCI STAŁYM BYWALCOM,

RADOŚCI, POGODY DUCHA, DOBRA I MIŁOŚCI

NA CAŁY NADCHODZĄCY ROK, ABY ŚWIĄTECZNY NASTRÓJ

GOŚCIŁ REGULARNIE POD WASZYMI DACHAMI,

BYŚCIE SIĘ CIESZYLI TYM CO MACIE, BYŚCIE SIĘ CIESZYLI SOBĄ, BLISKIMI I PRZYJACIÓŁMI.

DO SIEGO ROKU!

-WOLAND.

 

            Jako, że nadszedł czas kolęd i pastorałek, zapraszam na zestaw tematyczny. Dziękuję za kolejny rok w Waszym towarzystwie- a teraz już życzę miłej zabawy i odrobiny refleksji.

 


 

Hej, rzeźniku!- pastorałka ubojnika rytualnego.

 

Hej, rzeźniku, hej rzeźniku, nieśże Jezuskowi

do stajenki swe pokłony i mięso od krowy.

Święty Józef jest Żyd dobry, żywi się koszernie,

Uboju rytualnego przestrzegaj więc wiernie.

 

Hejże- gloria, hejże- gloria, cieszy się Dzieciątko,

bo na żywca we wirówce kręci się bydlątko.

Kręcić się tak będzie (gloria), aż krew zeń wypłynie,

żeby zadość stać się mogło betlejemskiej gminie!

 

Trybunał Konstytucyjny, hen, w polskiej krainie!

Rzekł, że ubój rytualny miły jest Dziecinie,

bo to akt jest liturgiczny, więc owce w wirówkę

na chwałę Dzieciątka pchajmy, bo mamy wymówkę!

 

Nim Trybunał orzekł w sprawie, orzekły biskupy,

że ten sadyzm jest wskazany (dla spokoju dupy).

Cieszy zatem się Dzieciątko, koszernie żryć będzie,

Gloria, ubój rytualny, gloria, pany sędzie!

 

Nie ciesz Ty się tak, Jezusku, bo te trybunały,

Śmierć na krzyżu Ci zgotują- podobno dla chwały!

Tłuste zaś faryzeusze dowiodą niezbicie,

że niezwykle miłe Panu jest, byś oddał życie.

 

Pedantycznie Cię obiją, potem zaś poniżą,

Wraz z innymi skazańcami przybiją do krzyża.

Gloria, gloria, nie do końca jestem przekonany,

czy te wszystkie rytuały są dla boskiej chwały!

 

Gloria, kręć się wiróweczko z bydlątkiem we środku,

rzeźnik już mu podciął żyły, bo chłop jest w porządku!

Hej, zaśpiewajże rzeźniku, przy swojej robocie

Wytłumacz mi skąd ta chwała- tłumacz, jak idiocie!

 


12:41, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
niedziela, 21 grudnia 2014

            Każdy z nas słyszał, jak działa promocja, każdy z nas zna slogan „reklama dźwignią handlu”, a jednak nie wszyscy wierzą w jej potęgę. Ponieważ blogując posiadam narzędzia, by ocenić jej efekt, mam w ręku pewien konkret. W złotych czasach blogowiska Onetu, jako bloger z pierwszej dziesiątki rankingu miałem dziennie 200 do 300 wejść osobnych. Nie one jednak dawały mi ten wynik. Podczas promocji na stronie głównej Onet, dzienna liczba wejść wzrastała do 8 000, 12 000, 20 000, a rekordowo nawet 60 000. Po zmianie miejsca reklamy na mniej korzystne, promocje już tak dobrze nie działały, choć nadal niezwykle windowały poczytność. Na Blox promocja na stronie głównej Gazety, zwiększyła mi dzienną liczbę wejść z 100- 150 do kilku tysięcy. Po każdej takiej promocji zawsze zostaje pewna grupa stałych czytelników, jednak na komercyjny sukces trzeba poczekać do kolejnej promocji. W obu przypadkach, mowa tu o znanych mediach. Nie każdy jednak portal jest nas w stanie wypromować. W historii swojego blogowania zdarzała mi się współpraca ze stronami, które niby miały mnie promować, ale raczej to one były promowane przez link na mojej stronie. Kluczowym bowiem czynnikiem jest poczytność miejsca, w którym się promujemy. To samo dotyczy ilości słuchaczy radia, czy oglądalności telewizji. Nie inaczej jest z promocją w salonach sprzedaży. Reklama w sieciach odwiedzanych przez setki klientów dziennie czyni cuda, podczas gdy reklama w sklepiku wujka Władka zainteresuje 20 osób dziennie, a zachęci ledwie jedną. Żeby jednak zbudować miejsce odwiedzane przez takie rzesze klientów, jak Lidl, czy EMPiK, potrzeba niewiarygodnych nakładów finansowych, natomiast wujkowy sklepik poradzi sobie mając do dyspozycji jedynie władkowe oszczędności, ewentualnie jakiś mały kredyt. Tyle tytułem wstępu.

            Wojciech Cejrowski, znany i lubiany jako autor książek i programów podróżniczych, a także jako autor audycji z muzyką country, kontrowersyjny i mniej już lubiany jako publicysta, zrobił ostatnio coś bardzo nieprzyzwoitego. Umieścił w sieci film nawołujący do bojkotu salonów EMPiK, które go promowały i sprzedawały. Dla jasności: Rozumiem wyrażenie krytyki, bo to forma nakłonienia do zmiany postępowania, każdy ma prawo skrytykować coś, co mu się nie podoba licząc, że wpłynie na zmianę. Nawoływanie do bojkotu jest jednak otwartą wojną, walką, działaniem na szkodę firmy, z którą autor miał podpisany kontrakt, która wypromowała go, przyniosła mu czytelników i tantiemy. Film oczywiście szybko zniknął z sieci, choć jest w niej ciągle kopia jego fragmentów. Cejrowski nie tłumaczy, co było powodem zniknięcia, ale nie trzeba być geniuszem, by się domyśleć, że albo doradził to panu WC jego własny prawnik (lub inna osoba, która dba o jego interesy), albo zażądał tego prawnik EMPiK.


            Teraz najciekawsze: powodem nawoływania do bojkotu salonów, były reklamy EMPiK z udziałem Marii Czubaszek i Adama Darskiego. Innymi słowy: Cejrowski, podobnie jak niemała grupa innych pseudoreligijnych bandytów, próbuje wzorem hitlerowskich ustaw norymberskich i następujących po nich aktów hitlerowskiego ustawodawstwa, uniemożliwić parze artystów wykonywanie legalnych zajęć zarobkowych właściwych zawodom przez nich wykonywanym. Próbuje wymusić nie przez polemikę, nie przez krytykę, a przez zamknięcie możliwości zatrudnienia. Przypomnę, że hitlerowcy zamknęli Żydom możliwość wykonywania wielu zawodów. Początkowo chodziło o państwowe stanowiska urzędnicze, później o zarządzanie i własność w bankach, fabrykach, majątkach. W Polsce katoliby usiłują uniemożliwić wybranym artystom grę w reklamach, a także publiczne występy (jak to było w przypadku jednego z talent- show, czy kilku koncertów takich artystów, jak Madonna, Kult, Behemoth, kabaret Limo, a zaczęło się chyba od Nieznalskiej).

            ZAUWAŻMY RÓŻNICĘ MIĘDZY KRYTYKĄ, NEGATYWNĄ OCENĄ PRZEKAZU ARTYSTYCZNEGO, A UNIEMOŻLIWIENIEM PRACY ARTYSTYCZNEJ, CZY JAKIEJKOLWIEK INNEJ PRACY ZWIĄZANEJ Z POZYCJĄ ARTYSTY.

            Sam wielokrotnie wyrażałem się krytycznie o politykach, artystach, zwłaszcza o ich postępowaniu, wiedzy, umiejętnościach, zdarzało mi się też wyrażać sugestię czynności prawnych (karnych lub administracyjnych), bądź medycznych (n.p. psychiatrycznych), ale nigdy nie przyszło mi do głowy zamykać przed kimś możliwości wykonywania zawodu z powodu światopoglądu, bo to ostatnie jest żywcem wzięte z hitlerowskich Niemiec i na to nie będzie u mnie nigdy zgody. Nie chcesz kogoś zatrudnić- Twój wybór, ale nie waż się zabraniać innym zatrudniania ludzi z powodu światopoglądu.

 


 

01:40, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (66) »
sobota, 20 grudnia 2014

            -Naści, najedz się do syta, nasza Ty nieujarzmiona i niepokorna- rzekł pan Tadeusz, a Locha Krystyna ruszyła w kartoflisko. Zabawnie trzęsła boczkami, wygrzebując ryjkiem co bardziej smakowite kąski. Nie było to mądre, bo robiła hałas i wystawiała się na strzał, ale jeść się chciało. Właściwie to nie było kartoflisko, tylko takie korytko wypełnione paszą treściwą. Hmmm..., właściwie nie był to pan Tadeusz, tylko ojciec Tadeusz... i nie była to Locha Krystyna, tylko Pawłowicz Krystyna.

            -Jedz, Krysiu, nie chodź głodna, jedz, wypełnij brzuszek! Nie krępuj się, beknij sobie! To tylko Sejm! A następnym razem poproś pana marszałka, by Ci taki mały chlewik wybudował, najlepiej przy kaplicy sejmowej- będziesz mieć blisko na mszę. A jeśli spotkasz wodnika (tzn. byłego rzecznika) Adama, wytłumacz mu tak uprzejmie, jak to tylko Ty potrafisz, że za bałagan może i odpowiada Sikorski, ale już za sfałszowanie deklaracji i próbę wyłudzenia kilometrówki, odpowiada Hofman. Jedz Krysiu, jedz, dobre kartofelki, dobre...!!!

 


00:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (7) »
niedziela, 14 grudnia 2014

            Alleluja, chwalmy Pana, bo oto objawiła nam się reinkarnacja Karola, który został papieżem! Musiał jednak w poprzednim wcieleniu to i owo nabroić, bo go zmieniło w półtorametrowego chomika, szlajającego się po Warszawie razem z liczną rzeszą ochroniarzy i przydupasów.”Nie lękajcie się”, chomik rzekł do tłumu, trochę jeszcze pokrzyczał i wlazł do swojej limuzyny. Nie lękajcie się, wiem że on nie umie jeździć, ale limuzynę prowadził przeszkolony ochroniarz. Nie lękajcie się, dom na Żoliborzu też jest chroniony. Nie lękajcie się, sąsiednia posesja została wykupiona przez ochronę prezesa, żeby się nie lękał, że mu coś może z tamtej strony grozić. Nie lękajcie się, nawet po Sejmie Jarek nie chodzi sam, zawsze otoczony wianuszkiem partyjnioków, żeby nikt z obrażanych przez chomika posłów nie spojrzał mu zbyt groźnie w oczy. Nie lękajcie się, wydatki na ochronę prezesa zostały zwiększone z marnego miliona do 1,8 miliona złotych rocznie. Nie lękajcie się, to równowartość 37 rocznych średnich pensji krajowych. 37 osób przez rok mogłoby dostawać 4 tysiące złotych miesięcznie brutto, ale dzięki temu, chomik się nie lęka tak, jak by się lękać potrafił. Nie lękajcie się! To w niczym nie umniejsza prezesowych apanaży! Nie lękajcie się, prezes jest już w wieku emerytalnym i nawet jeśli zrujnuje swoją partię, to on palcem nie będzie musiał kiwnąć, by żyć, jak na reinkarnację papieża przystało!


            Wiem, wiem, powiecie „Nie nabijaj się, Woland, życie prezesa jest w niebezpieczeństwie”. To co, jak wynika ze zdjęcia powyżej, ochrona przyjęła taktykę „żywej tarczy”- wybierają młode dziewczęta własnym ciałem torujące chomikowi drogę, ochrona idzie dopiero w następnym szeregu? Sprytne..., sprytne..., życie wodza, to życie wodza..., nie lękajcie się, dziewczyny, ale nie liczcie na chryzantemy- prezesowi grozi co najwyżej, że się potknie, jak niegdyś na chodniku pod Sejmem, gdy wyciął kanara, złamał rękę i natychmiast na koszt podatnika zamontowano podgrzewany trotuar, żeby nie było ślisko, żeby nam jakiś skarb narodowy się nie potłukł!

            Jedna z blogerek, Marzatela (kliknij tu, jeśli chcesz rzucić okiem na jej blog), zainspirowała mnie wczoraj pytaniem o analogie pomiędzy 13 grudnia 1981 i 13 grudnia 2014. Wydawać by się mogło, karkołomne zadanie, ja jednak potraktowałem je jako wyzwanie i proszę, co odkryłem w sieci:

            Jarosław Kaczyński (65 l.) Jak wynika z jego wspomnień Jarosław Kaczyński 13 grudnia 1981 r. obudził się dopiero w południe, poszedł do kościoła, a przedtem słyszał, jak mama ma pretensje do ojca, że nie zapłacił rachunku, bo telefon jest wyłączony. 

            A co..., Oleńka..., a co....??? Mamy analogię? Mamy, jak byk! Marsz rozpoczął się o tej samej porze, o jakiej nasze słoneczko otworzyło swoje śliczne oczęta. W pamiętną niedzielę wstało skoro świt, około południa, tak umęczone obroną Polski było. Wróg to umęczenie wykorzystał i nie internował naszego patrioty. Nie do tego jednak zmierzam: Zauważcie, że w rodzinie Kaczyńskich, ohydny zwyczaj rzucania obleśnych oskarżeń na osoby, które w niczym nie zawiniły, był wpajany chomikowi od dawna. Zobaczcie, co tam się stało: Na ulicach Warszawy od północy hulały wojskowe patrole, broń pancerna, junta Jaruzelskiego odcięła telefony, a stara sobie spała w najlepsze, obudziła się, chwyciła za słuchawkę i na ploty! I co...?! I jajco! Huzia, na starego: „NIE ZAPŁACIŁEŚ I NAM TELEFON ODŁĄCZYLI!!!”

            Jest analogia? No...! I żeby mi to było ostatni raz! I niech mi nikt nie mówi, że prezes nie ma moralnego prawa rzucać najbardziej plugawych, niedorzecznych pomówień! Jak choćby tego z wczoraj. Znacie? To posłuchajcie:

             "Próbowano zablokować ten marsz, ale nie dali rady!" Jarek, na Jowisza! Nie oglądaj TVN, za dużo tam taniej sensacji! To była karetka pogotowia, gdyby jakiemuś staruszkowi w tłumie stanęła pikawa, to może jeszcze by się dało coś zrobić!

            Nasz wódz..., nasza reinkarnacja papieża! No, może i Wojtyła znał języki obce..., może i na nikogo się nie obrażał, podawał rękę i Wojciechowi Jaruzelskiemu..., i Lechowi Wałęsie (a kysz, a kysz)..., i Jasirowi Arafatowi..., i Icchakowi Rabinowi..., i zamachowcowi Ali Agcy...? No i co...?! I co, że Jan Paweł II uwielbiał piłkę nożną, jak nie przymierzając jakiś Tusk, co z tego że uwielbiał turystykę górską, narciarstwo i kajakarstwo! Każdy się może mylić! Nie każdy jest doskonały, nie każdy jest jak nasz Jarosław!


 

13:27, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (25) »
piątek, 12 grudnia 2014

            Nie w imieniu Mariusza Błaszczaka, nie w imieniu Jarosława Kaczyńskiego, ale w imieniu całej naszej Świętej Ojczyzny- Wolski, zapraszam wszystkich 13-go grudnia 2014 na Plac Trzech Krzyży, by wziąć udział w Paradzie Dziewic i Impotentów Umysłowych. Jeżeli do dziś pamiętasz, jak w szkole ta franca z matemy „sinusa Ci zadała”, a na myśl o lekcji fizyki wciąż moczysz łóżko, lecz mimo to wiesz, że były dwa wybuchy- ten marsz jest dla Ciebie! Jeżeli uwierzyłeś Antoniemu Macierewiczowi, że urwane skrzydło samolotu lecącego z prędkością 280 km/h powinno się zatrzymać po 12 metrach, a co najważniejsze, jeżeli jesteś tak tępy, że jeszcze dziś uważasz, iż do zanegowania tej tezy konieczna jest czarna skrzynka, a nie zwykła znajomość drugiej zasady dynamiki Newtona, ta parada jest dla Ciebie! Pamiętaj, że prezes jest dla Ciebie tym, kim był Jacek Kawalec dla uczestników randki w ciemno: Pozwoli Ci zrobić z siebie idiotę, da Cię sfilmować i jeszcze Ci będzie bić brawo! A jak wygrasz, to może na wycieczkę do Madrytu samochodem Ryanair pojedziesz! Pamiętaj, że każdy niedojda nosi w plecaku buławę wiceprezesa! Teraz powtarzaj: Newton- chuj, Newton- chuj! Zapraszam na krótką przerwę na naukę psalmu ku czci Jarosława:

            Witaj z powrotem! Jakże się cieszymy, że jesteś z nami. Jeżeli nic nie umiesz, ale ryczysz głośno, że jesteś patriotą, choć niczym Jarosław Kaczyński, nie znasz ni słów, ni melodii Hymnu Państwowego, to trafiłeś we właściwe miejsce. Spójrz na prezesa: Chciałbyś być taką ciapą, jak on? Całe życie bez kobiety, na mamusinym garnuchu, wszystko w życiu za niego inni ludzie robili, nawet gdy grał w filmie, to mu podkładali głos i za niego śpiewali. A zrobił doktorat? Zrobił! Nie znając języków, bojąc się banków, nie umiejąc obsługiwać pojazdów mechanicznych, nie uprawiając żadnego sportu! Witaj w klubie! Boisz się komputera i internetu? Nie jesteś sam! Witamy na naszej paradzie! Pamiętaj, że każda fujara nosi w plecaku buławę wiceprezesa! A teraz czas na naukę Hymnu Parady!

            Dobrze, że jesteś, to jeszcze nie wszystko! Jeżeli chcesz razem z prezesem zaprotestować przeciwko temu, że zdobył w wyborach największą ilość głosów- my nie zgarniemy Cię do Tworek! Niby po co? Trafisz tam prędzej, czy później! A dzisiaj jest Twój dzień! Wręczymy Ci order dupy wołowej z tęczową wstęgą, tylko zrób bez majtek przewrót wprzód, zjedz rybę (surową albo wędzoną), włóż buty na rzepy, podkoszulek, złoty łańcuch i chodź! Nie jadłeś mango, nie turlałeś grejpfruta, nie strugałeś łódki z kory, nie robiłeś ludzików z kasztanów? Wszystko przed Tobą, szykuj się i pamiętaj: Prezes też przespał stan wojenny! A teraz przypomnijmy sobie treść interpelacji poselskiej wiceprezesa PiS, Przemysława Edgara Gosiewskiego, minuta ciszy, czapki z głów:

 

            Według informacji prasowych i wywiadu, jakiego szef MON udzielił dla Radia Zet 19 września br., kpt. Grzegorz Pietruczuk został odznaczony srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności. Wedle słów szefa MON pilot otrzymał medal za ˝przestrzeganie procedur i poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo czterech prezydentów na pokładzie˝. Ministrowi chodziło o lot, jaki wykonał prezydencki TU-154 na Kaukaz 12 sierpnia br. Planowo samolot miał lądować w Azerbejdżanie w Ganji, ale prezydent RP podjął decyzję o locie do Tbilisi. Pilot odmówił zmiany kierunku lotu. Decyzja pilota doprowadziła do licznych komplikacji w wizycie czterech prezydentów w Gruzji. Przejazd drogą do Tbilisi był bardzo niebezpieczny i sprowadzał realne zagrożenie dla osób w nim uczestniczących. Według doniesień medialnych obawy pilota o stan techniczny lotniska w Tbilisi były całkowicie nieuzasadnione i można było na nim bezpiecznie wylądować.

Proszę wobec tego Pana Ministra o odpowiedzi na następujące pytania:

   1. Czy pilot ma prawo odmówić wykonania rozkazu zwierzchnika Sił Zbrojnych RP?

   2. Czy odznaczenie pilota za de facto zaniechanie działania tak wysokim odznaczeniem państwowym jest zgodne z obowiązującymi procedurami?

   3. Czy Minister, podejmując decyzję o odznaczeniu, chciał pokazać, iż będzie premiował w przyszłości przypadki niesubordynacji, tchórzostwa i odmawiania wykonywania rozkazów?

   4. Czemu sprawa odznaczenia pilota została tak nagłośniona w mediach przez szefa MON? Czy był to kolejny element prowokacyjnej polityki rządu wobec prezydenta RP?

   5. Czy zbadano przebieg wydarzeń w kabinie pilotów i zgodność podejmowanych przez nich decyzji z obowiązującymi procedurami? Jakie są wnioski z tej kontroli?

   6. Czemu szef MON nie odznaczył innych członków załogi?

   7. Jak MON zamierza reagować, jeśli w przyszłości będą powtarzać się tego typu przypadki odmawiania zmiany kierunku lotu?

   Z wyrazami szacunku

Poseł Przemysław Gosiewski Kielce, dnia 23 września 2008 r.

 

            A po tym, to już choćby Smoleńsk! 

14:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
czwartek, 11 grudnia 2014

            Pan Romeczek regularnie odwiedza sklep z czekoladkami. Majątku tam nie zostawia, ale trzeba mu przyznać, że wybiera najlepszy sklep w mieście. Uważa, że świetnie mu idzie podrywanie uroczych ekspedientek, których praca polega na tym, by wyszedł z zakupami zadowolony i chciał ponownie przyjść właśnie tam. Tego dnia, Romeczek znów się stawił. Obserwowałem z boku, jak ekspedientka z zażenowaniem uśmiechała się, gdy zadowolony z siebie klient „zabawiał” ją, pytając się, czy angielski napis z jej t- shirta mówi „mam ładny biust”, widziałem uśmiech politowania na jej twarzy, gdy pan Romek pokazał puste butelki chwaląc się, że wkrótce tam będzie nalewka- tu zdradzę, że pan Romek jest amatorem trunków budżetowych i jest głęboko przekonany, że nie odbiega od normy.

            Podobnie pan Adaś z małżonką i przyjaciółmi z klubu poselskiego, oni również są amatorami trunków budżetowych i do dziś są przekonani, że wszyscy nimi są, a jeśli nawet nie są, to podziwiają ich- amatorów- zaradność. Pan Adam jest dodatkowo przekonany, że jego odważniejsze nawet niż pana Romeczka frywolne opowieści o dużym siusiaku są podziwiane przez młodzież, ale jakoś nigdy nie słyszałem wypowiedzi żadnego z aniołków Kaczyńskiego w tym temacie. Podczas wyprawy świętej trójcy PiS na międzynarodową konferencję, napotkani przez posła na centralnym placu Madrytu turyści mieli okazję z zażenowaniem przyglądać się, jak poseł Hofman po zażyciu odpowiedniej dawki dóbr budżetowych obściskuje kobietę, którą nieszczęśliwym tylko zbiegiem okoliczności z małżonką pomylił, a to dlatego, że była mu ona znikła gdzieś z pola widzenia (nie wykluczone, że w poszukiwaniu kolejnych budżetowych trunków) i nagrywali wszystko to, co pan poseł wyrabia i jakież to dziwne figury dla zachowania równowagi wykonuje. Działo się to w delegacji służbowej. W podróży zaś adasiowej, deklarowanej jako „z użyciem własnego samochodu dla celów służbowych”, obsługujące delegację stewardesy z samolotu linii lotniczych Ryanair również nie wykazały zrozumienia, zwłaszcza dla szarżujących na nie w obronie możliwości spożywania budżetowego alkoholu dam, ale pan Adaś mówi, że to „Hiszpania, Madryt, tam się naprawdę wszyscy bawią, nie zrobiliśmy nic takiego, co odbiegałoby od normy”.


            Zauważyliście, że alkoholik zawsze uważa, że „wszyscy piją”, złodziej uważa, że „wszyscy kradną”, a erotoman- gawędziarz uważa, że „wszyscy lubią go słuchać”? Weźmy ten filmik z Madrytu: Ludzie spacerują, chłodzą się przy fontannie albo siedzą w kawiarniach, jeden Hofman na środku placu dziwne pozy przybiera i ocenia „tam się wszyscy tak bawią”. Adaś podczas obrotów..., napisałbym że dookoła własnej osi, ale on tych osi obrotu miał z pięć, zwłaszcza jak się rękoma podparł- w każdym razie kręcił się poseł Hofman, niczym taka zwariowana karuzela, co to nie dość że się obraca jej długie ramię, to na nim umieszczone są na mniejszym ramieniu obracającym się w przeciwnym kierunku siedzenia, wirujące dodatkowo dookoła osi, na których są zamontowane. Racja, racja, jeszcze się Ziemia obraca wokół własnej osi i dookoła Słońca, a wszystko to pędzi wraz z galaktyką gdzieś w dalekie PiS du. I siedzący na tej karuzeli poseł uważa, że wszystko się kręci wokół niego, podczas kiedy wystarczyłoby, by tam nie właził i zorientowałby się, że nie do końca jest tak, jak sądził.


            Zostawmy na moment Adama, bo przypomniał mi się pan Zdzichu. Dorosły ten człowiek został kiedyś zwolniony z pracy za nadużywanie alkoholu. Głośno się żalił znajomym, że takiego fachowca tak podle potraktowali. Największe pretensje miał o to, że „zrobili z niego alkoholika”. Koledzy mówili mu „ale Zdzichu, przecież sam wiesz, ile razy zapiłeś i do roboty nie poszedłeś”, na co Zdzichu oburzony odpowiadał: „ale to było zawsze tak, że zadzwoniłem, że mnie nie będzie, albo zwolnienie przyniosłem” (przynieść zwolnienie w języku Zdzicha oznaczało obudzić się nawalonym jak stodoła, zobaczyć, że nie wytrzyma w robocie, pójść do lekarza, dać w łapę pięć dych i odebrać kwit dla kadr). Zdzichu do dziś uważa, że wszyscy tak robią i że zakład na nim nie stracił ani złotówki. Podobnie uważa poseł Hofman: Co z tego, że delegacja, że na konferencję nie dotarł, że wypełnił fałszywą deklarację, wziął zaliczkę, co z tego że na koszt podatnika, jak Hiszpania, Madryt i za swoje, kurwa, piję!


            Od autora: Normą jest zwiedzanie Madrytu na dwóch, a nie na czterech nogach. Zapobiega to pomyleniu nas ze zwierzętami domowymi.

 


 

13:34, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
środa, 10 grudnia 2014

            To miał być felieton na poważny temat. Chciałem w nim napisać o swym nieprzesadnie wielkim zachwycie poczynaniami marszałka Sikorskiego, przypominając co bardziej pamiętne sytuacje, gdy w swej karierze nie wiedział ów polityk, czy robi za celebrytę, czy za męża stanu. To wszystko oczywiście w kontekście rzekomej „afery Sikorskiego”. Miałem zamiar wskazać różnicę między Hofmanem przyłapanym na wypełnieniu fałszywej deklaracji, a Sikorskim, od którego dziennikarze domagają się dowodów, których gromadzić nie musi. To tak, jakby Iksińskiego, przyłapanego na wypełnieniu fałszywej deklaracji podatkowej, wobec świadczących przeciw niemu dokumentów, przyrównać do Igrekowskiego, od którego sąsiad domaga się paragonów na kiełbasę i schab znajdujące się w jego lodówce, bo podejrzewa kradzież z pobliskiego sklepu, lecz nawet jeśli ma rację, to może go cmoknąć, bo nikt nie ma obowiązku gromadzić paragonów- trzeba było pytać o paragon w sklepie. No, ale skoro w ciągu dnia, dziennikarze zaczęli się prześcigać w wymienianiu nazwisk posłów o największych wydatkach na podróże, zupełnie nie interesując się, czy są wobec nich jakieś podejrzenia i czy to w ogóle nosi znamiona przestępstwa, to stwierdziłem, że polemika jest zbędna, bo nawet nie wiadomo, jaki jest zarzut, z którym miałbym polemizować.

            W związku z powyższym, powstała olbrzymia luka, której nie mam czym zapełnić. Skoro nie mam nic poważnego, to uraczę Czytelników czymś niepoważnym- co sobie będę żałował! Postanowiłem wyjawić Wam powody, dla których nie chcę iść do "Nieba".


            Powód nr 1: W "Niebie" nie ma „Trójki”, bo na wszystkich częstotliwościach nadaje Radio Maryja. Wyobraźcie sobie, co się stanie z człowiekiem, który przez całą wieczność musi tego wysłuchiwać.

            Powód nr 2: W "Niebie" grozi nam, że Marysia Sokołowska będzie nam śpiewać „Ave Maria”. A spróbujcie wysłuchać choć raz od początku do końca wersji, którą przecież sama się pochwaliła.

            Powód nr 3: W "Niebie" najprawdopodobniej dominują kobiety o spojrzeniu Krystyny Pawłowicz, a ja nie chciałbym spotykając przedstawicielki płci przeciwnej zastanawiać się, czy przez przypadek nie chcą mnie naturalizować.

            Powód nr 4: W "Niebie" nawet nastolatki mogą na mnie spoglądać tak, jakby za plecami trzymały wielki, ostry nóż kuchenny, którego nie zawahają się użyć.

            Najgorsze jednak jest to, że akurat ta nastolatka, podczas ćwiartowania, może mi recytować swoje wiersze, na przykład ten ocalony dla potomnych na blogu przez nieocenionego Leszka Kowalikowskiego (link „Leszek i Piotr” z linkowni po prawej). Sami poczytajcie, pozwoliłem sobie na przekopiowanie:

,,Ametoidalne antagonistyczności''

Biegnie litość łąkami
ckliwych fiołków,
biegnie łąkami
w kres ametystu.

Biegnie i wpada
w białoskości skronie
uległych płatków
z rannej wieczerzy.

Biegnie i marskość,
nie wpada w biebrzę,
w radość, fiolet.
Biegnie dalej.

Cóż, mi zostaną
stare użytki.
Nie wszystkie pofruną,
a zmienią na zawsze 

ametyst.


Maria Sokołowska 17 lat 27.05.2014 r.

 

            Powód nr 5: Jeżeli jakimś jednak cudem uniknę ćwiartowania i wsłuchiwania się w marysiną poezję, bo okaże się, że taki wyraz twarzy niebiańskich kobiet oznacza jedynie miłość bezbrzeżną, to nijak nie wywinę się od chwalenia tańcem Pana, wraz z innymi „Dziećmi Pańskimi”:

            Dramatyczny powód nr 6: Niedawno nadpapież Terlikowski nauczał w sieci mnie i innych antyklerykałów, że (cytuję) "Najbardziej zadowoleni ze swojego życia seksualnego są najbardziej zaangażowani religijnie". Gdy sobie wyobraziłem tego zadowolonego Jana Pawła nr seryjny 2 i całą resztę usatysfakcjonowanego seksualnie duchowieństwa, gdy uświadomiłem sobie, że jakoś muszą do tego zadowolenia dochodzić, to poczułem się nieswojo.

            Sami widzicie, że najlepiej żyć ile się da, a gdybyśmy przez przypadek widzieli ciemność i światełko na końcu tunelu, to pod żadnym pozorem tam nie idźmy.

 


 

00:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
niedziela, 07 grudnia 2014

            Nie odkryję nowości, jeżeli napiszę, że rozwój społeczeństwa, ze szczególnym uwzględnieniem szeroko pojętej kultury, szedł w parze z wykorzystaniem mowy, dzięki rozwojowi której, przeskoczyliśmy inne gatunki. Po dziś dzień więzi społeczne budujemy używając tego narzędzia i ciężko zaprzeczyć, że spotkania towarzyskie mają dla nas, jako społeczności, duże znaczenie. Doceniają to nawet nastawione na zysk korporacje, organizując wyjazdy integracyjne i inne tego typu imprezy, ale robić to może każdy i wszędzie: handlarka na targu, stacz kolejkowy w sklepie, bywalcy fitness- klubów, bywalcy kin i teatrów, zapaleni golfiści, koniarze, etc.. Bardzo często, jako taki podstawowy element kultury, wymienia się mały wiejski sklepik spożywczy- wszędzie tam, gdzie nie ma możliwości utrzymania czegoś bardziej reprezentacyjnego, ludzie gromadzą się wokół niego na plotki. Często drugą orbitą „kultury” staje się tam wiata autobusowa, a bywalcy w zależności od potrzeby chwili przeskakują z jednego poziomu na drugi. Znalazłem w sieci opis powstania i upadku takiego sklepu- kliknij tu, jeżeli Cię interesują szczegóły.

            Dla tych, którym się nie chce przeskakiwać do innego artykułu, zwięźle przedstawię tę historię. Inicjatywa (pomysł)- realizacja (otwarcie sklepu)- wreszcie zakupy można robić u siebie, można pogadać, a ekspedientka jest miła, chętnie sprzedaje „na zeszyt”, jeżeli klient nie ma gotówki- pierwsze schody, mężczyźni robią sobie pod sklepem melinę, rujnują domowe budżety, co złości małżonki, zwłaszcza że ekspedientka ani myśli zaprzestać sprzedaży alkoholu „na zeszyt”- kolejny problem, ekspedientka się wścieka z powodu ociągania się ze spłatą kredytów- klienci obrażają się, inni się wstydzą braku możliwości oddania długów- spada sprzedaż- sklep bankrutuje.

            Próbowałem sobie zwizualizować historię tego sklepiku i za każdym razem zastanawiałem się, gdzie się podziały te więzi społeczne i kultura. Dość dobrze na wyobraźnię działają zawsze krzaki wokół takiego sklepu- smród uryny, nieczystości, odpady. A było tak miło: Panowie sobie sami nawet drewniane ławeczki zrobili! A wiecie, dlaczego nic z tej kultury nie wyszło? Bo alkohol, czy też raczej jego spożycie, powoduje błędy w komunikacji!


            Od czasu do czasu w różnych miejscach świata, bardzo cywilizowanych zresztą, raz po raz ktoś wpada w pułapkę myślenia o takim sklepiku, jak o elementarnej jednostce kultury. Kiedyś rada gminy, w której pracował mój kuzyn, rozważała możliwość wybudowania sporej, chroniącej od wiatru i deszczu wiaty, wyposażonej w ławeczki i kosze na śmieci- specjalnie dla amatorów taniego wina, którym szkoda przepłacać na alkohol w lokalu. Inwestycja miała duże szanse przejść, ale ktoś zadał pytanie: „A jeśli coś się tam komuś stanie? Dostanie zawału albo spadnie z ławki i grzmotnie się w łeb? Co, gdy ktoś kogoś pobije? Kto za to odpowie?” Potem były następne: „Kto to posprząta, kto naprawi?” i już było wiadomo, że nici z tego „wsparcia kultury”.

            Na podobnej ułudzie opierał się jeden z brytyjskich parlamentarzystów, proponując stosunkowo niedawno temu, ustawowe wsparcie dla brytyjskich pubów. Uzasadniał to ich kulturalną i społeczną funkcją. Jeszcze dalej w postulatach poszła kiedyś jedna z moich irlandzkich znajomych, którą bulwersowało zaostrzenie kontroli trzeźwości użytkowników ruchu drogowego oraz zaostrzenie kar dla nietrzeźwych kierowców. Twierdziła, że przecież farmerzy muszą jakoś dojechać do pubów, które bez nich niechybnie upadną. Świetny tok myślenia: Chce mi się chlać, a nie będę wydawać kasy na taryfę przecież, a że kogoś mogę zabić, to szczegół, grunt, żeby pubu nie zamknęli!

            Czegoś tutaj nie kumam: Gdybym ja chciał wesprzeć kulturę, raczej dofinansowałbym teatr, kino (ale takie, gdzie nie podają żarcia, bo mną coś trzącha, gdy widzę „kinomana” z wiadrem coca coli w jednym i wiadrem popcornu w drugim ręku. I tu nie ma błędu- gdy zajrzycie do multikina, zobaczycie, że popcorn i cola podawane są w wiaderkach, z których mógłby żreć koń- korytko trzeba przy wejściu postawić, niech żrą i chłepcą z korytka)! Mógłbym dofinansować koncert, wystawę, przedstawienie uliczne. Jeżeli zaś chodzi o miejsca spotkań, to bardzo chętnie bym zwolnił od opłat czynszowych lokal z obsługą kelnerską (nie żaden fast- food), który serwuje tradycyjną żywność- zero mrożonek, zero masówki. Mogłaby to być restauracja, mogłaby to być herbaciarnia lub kawiarnia- byle spełniała warunek świeżych, domowych wyrobów. Pod warunkiem rezygnacji ze sprzedaży napojów alkoholowych i dbałości o estetykę miejsca, oczywiście.

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO, TOM (L.65).

            Wracając do wiejskiego sklepiku: Być może, gdyby właścicielka NIE sprzedawała alkoholu, miałaby sklepik do tej pory? Skoro wcześniej w ogóle nie było tam sklepu, to i tak trafiała w niszę! A gdyby jeszcze postarała się o coś naprawdę atrakcyjnego, n.p. świeże pieczywo z dobrej, lokalnej piekarni, dostarczane tuż po wypieku. Do tego współpraca z lokalną mleczarnią i lokalną masarnią- niechby dostawa była raz w tygodniu, ale absolutnie świeża! Może to dałoby lepszy efekt. Bo z alkoholem zawsze jest taki sam problem: Rujnuje budżet domowy i klient zamiast wydać na jedzenie, wyda na wino. Jeść jednak trzeba, zaczyna się zeszyt, a cudów nie ma, wcześniej czy później pojawią się kłopoty z płatnościami. Że ten, kto chce, pojedzie rowerem do miasta po gorzałę (opieram się na artykule, tam wyraźnie była mowa o rowerze)? Ten, kto chce, tak, ale przecież nie będzie mu się chciało taszczyć całej spożywki, jeśli będzie ją miał na miejscu. A w końcu, co gorszego, niż się stało, mogłoby się stać?! Przecież sklep z alkoholem zbankrutował!

 


 

18:32, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
sobota, 06 grudnia 2014

Suchar na początek:

            Pewien zasadniczy mężczyzna przyłapał swoją papugę na tym, że czeka, aż opuści dom i wtedy dobiera się do zawartości jego barku. Początkowo go to bawiło, ba, nawet lubił taką przemianę swej ulubienicy, gdyż zaczynała się zachowywać, jakby była co najmniej orłem. Jednak, gdy mieszkanie zaczynało zamieniać się w pobojowisko, przestało go to śmieszyć i ostrzegł papugę, że jeszcze raz się upije, a dostanie w dziób. Papuga nic sobie z tego nie robiła i przy najbliższej okazji oberwała. Wyprowadzony z równowagi hodowca zagroził jej, że następnym razem powyrywa jej wszystkie pióra z ogona. Jednak wracając kolejnego dnia do domu już z daleka słyszał dziki wrzask papugi. Wpada wściekły do mieszkania, chce gonić papugę, a ta spokojnie zaczęła wyrywać sobie piórka z tyłka, mamrocząc pod nosem- A na chuj mi te pióra?!

Felieton właściwy:

            Wiedział, co robi mistrz Gogol, wkładając w usta horodniczego słowa „Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!” Tak się składa bowiem, że dowcip ten słyszałem kilka razy, zawsze jednak na zakrapianych imprezach, gdzie znalazłoby się kilka takich papug. Zawsze schemat jest ten sam: Początkowo dumnie stroją piórka i udają, że niczego się nie boją, ale nadchodzi moment, gdy wiedzą, że coś stracą, więc często same „godnie” odchodzą: pracownicy z pracy, politycy ze swoich partii, mężowie od swoich żon, żony od swoich mężów. Regułą jest jednak, że „godność” nigdy się nie włącza przed złapaniem na gorącym uczynku.


            Nie o tym jednak chciałem pisać. Przypominając sobie losy tej papugi, pomyślałem sobie, jak przereklamowane są warunki startu. Uroda, inteligencja, bogaci rodzice... i jakaż to gwarancja sukcesu? Z resztą z definicją sukcesu jest pewien kłopot. W końcu tylu „ludzi sukcesu” popełniło samobójstwa lub zmarło przedwcześnie z własnej winy, że aż serce się czasem ściska. Umieć tak grać na gitarze, jak Jimi Hendrix albo śpiewać, jak Amy Winehouse..., ile razy marzyłem o tym, by mieć taki dar i takie umiejętności! Okazuje się jednak, że w życiu najlepiej sobie radzą ci, którzy nauczyli się odpowiedzialności, a na ogół (i nie jest to moje gdybanie, a socjologiczna obserwacja) są to osoby, które w dzieciństwie się nie wyróżniały. Za to największy kłopot mają osoby od najmłodszych lat adorowane (nie tyle przez rodziców, co przez rówieśników), typ duszy towarzystwa. Powszechnie im zazdrościliśmy w młodości wygadania i obycia, a po latach ze zdumieniem odkryliśmy, że kończyli dużo poniżej oczekiwań. I tak sobie myślę, że prawdopodobnie powinienem być wdzięczny losowi, że dawkował mi te dary, bo gdybym dostał je wszystkie nie umiejąc z nich korzystać, to bym już dawno nie żył. Chociaż z drugiej strony..., jakże by było przyjemnie spróbować, być z urodzenia bogatym geniuszem.


             Mimo to, mam nadzieję, że jeśli tylko coś mnie skusi, by zazdrościć komuś talentu, rodziców, czy bogatego dzieciństwa, natychmiast coś mnie otrzeźwi, bo nigdy, przenigdy, nie chciałbym być choć w najmniejszym stopniu podobny do tropicieli „resortowych dzieci”.

 

 

22:25, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
czwartek, 04 grudnia 2014

            Powaga wobec śmierci i żałoby jest jednym z wyznaczników ludzkiej wrażliwości. Nawet zacięci wrogowie oddają cześć zmarłemu przeciwnikowi, jeżeli tylko tli się w nich odrobina empatii. Tak na przykład Henryk Sienkiewicz wyobraził sobie scenę śmierci hetmana wielkiego litewskiego, Janusza Radziwiłła. Ponieważ nikt nie ma obowiązku tego pamiętać, przypomnę że zanim dopuścił się zdrady króla Jana Kazimierza, dał się poznać jako wytrawny i dzielny wódz: Podczas powstania Chmielnickiego toczył zwycięskie boje z kozackimi buntownikami, a później, gdy nikt w całej Rzeczpospolitej nie śmiał się narażać, jako jedyny z liczących się możnowładców próbował powstrzymać rosyjski najazd 1654 roku. Litwini po dziś dzień uważają go za bohatera i czczą go pomnikami. Zachęcam do obejrzenia choć krótkiego fragmentu śmierci hetmana (30-ta minuta filmu), zwłaszcza do zwrócenia uwagi na reakcję zdradzonych przecież polskich żołnierzy.

            Jak istotnym elementem polskiej kultury jest pamięć o zmarłych, świadczy wygląd polskich cmentarzy pierwszego i drugiego listopada. Mimo to, zawsze znajdą się hieny, które okradają groby lub wandale niszczący pomniki. Coraz częściej też pojawiają się mendy, które z powodów politycznych próbują zakłócić okres największej żałoby i najsilniejszego bólu bliskich, czas pomiędzy śmiercią a pogrzebem, że przypomnę chociażby zwyrodnialców paradujących z transparentem „Dziękujemy Boże że go zabrałeś” w dniu pogrzebu profesora Geremka. O dziwo, takie łajdaki najchętniej firmują się jako wierni tradycji. Chciałbym się tylko dowiedzieć, kto uważa że hieny cmentarne powinny być wizytówka Polski.


            Posłowie SLD zaproponowali uczczenie pamięci zmarłego 27-go listopada aktora, Stanisława Mikulskiego, minutą ciszy. Podkreślam: Nie chodziło o żadne nadanie państwowych godności, honory, pomniki, lecz o zwykłą chwilę ciszy dla człowieka, którego kreacja Hansa Klossa stała się ikoną naszej popkultury, nieudolnie naśladowaną przez kinematografię radziecką (Stirlitz), rozpoznawalną przez wiele pokoleń. Okazało się jednak, że dla posłów gromadzących się wokół Jarosława Kaczyńskiego, uczczenie minutą ciszy zmarłego jest zbyt wielkim wysiłkiem dla ich próżnego a rozdętego ego. Najgłośniej krzyczał niejaki Jaki (nomen- omen), że zacytuję jego wypowiedź: „Prowadzenie festiwalu piosenki radzieckiej, promowanie ORMO, a także zachowanie po wprowadzeniu stanu wojennego pokazują, że Stanisławowi Mikulskiemu brakowało wówczas obywatelskiej wrażliwości. Pamiętajmy że większość aktorów zachowała się wówczas zupełnie inaczej”.


            Poseł Patryk Jaki raczył był wytrzeć mordę o „większość aktorów”, to może oddajmy głos właśnie aktorom. Kliknij tu, by poczytać wspomnienia o Stanisławie Mikulskim.

            Szczególnie proszę o zwrócenie uwagi na wspomnienie pierwszej damy polskiego kina, Beaty Tyszkiewicz, która podkreśliła, że będąc rozchwytywanym przez kobiety mężczyzną sukcesu, z niezwykłym poświęceniem, przez osiem lat zajmował się sparaliżowaną żoną. To oczywiście piszę w kontekście tej społecznej wrażliwości. Ja wiem, że to się znajduje poza moherową percepcją, że przypomnę wielkosiusiakiego Hofmana obłapiającego koleżankę swojej żony na madryckim bruku, czy samego żółtozębego prezesa, który z kolei przesadnym zainteresowaniem, jako mężczyzna, nie cieszył się w nędznym swoim żywocie. Kiedyś poświęciłem temu zagadnieniu notkę- kliknij tu, jeżeli chcesz sobie przypomnieć. W każdym razie, jeżeli już konserwatywne łby mają problem z byciem porządnym człowiekiem, to niech przynajmniej porządnych ludzi uszanują, zwłaszcza w dniu pogrzebu, który odbędzie się 5-go grudnia. Wracając do Stanisława Mikulskiego: Pamiętamy go najlepiej z roli Klossa, ale w przeciwieństwie do sejmowych darmozjadów, był człowiekiem zapracowanym, jego filmografia liczy ponad pół setki filmów, był też aktorem teatralnym, grał m.in. w Teatrze Narodowym, był także wziętym prezenterem. Dla ludzi, którzy nie skalali się uczciwą pracą, ten ogrom wysiłku jest nie do ogarnięcia. Nie do ogarnięcia jest też dla nich dystans do siebie samego, widoczny chociażby w pamiętnym epizodzie „Wujka Dobra Rada” z kultowego „Misia”.

            Tymczasem poseł Patryk Jaki, ów pogrzebowy recenzent moralny, urodzony w roku 1985 (jeszcze go w planach nie było, gdy prezes z zapartym tchem oglądając „Stawkę większą niż życie” marzył, by być jak Mikulski), dnia jednego nie przepracował uczciwie, bo zanim skończył studia (szacowną, buuuchachacha, politologię), był już w młodzieżówce PiS, by ją zdradzić dla PO, którą z kolei porzucił dla Gowina, by trafić z powrotem pod skrzydła PiS, a to za sprawą tzw. „zjednoczenia- chachacha- prawicy”. I chociaż podczas pisania felietonu, najwyższą siłą woli powstrzymywałem się przed obrzuceniem Jakiego stekiem obelg, pozostanę przy tym, co napisałem- KOŃ, JAKI (nomen- omen) JEST, KAŻDY WIDZI!


            Stanisław Mikulski- wzór dla niezliczonych chłopców, marzenie nieprzebranych rzesz dziewcząt. Tytan pracy, który uczciwie zapracował na pamięć. I pozostanie we wdzięcznej pamięci, czy to się frustratom i pierdołom podoba, czy też nie.

 


 

17:25, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2
Tagi