RSS
piątek, 29 marca 2013

            W punkcie centralnym krzyż. Upstrzony greckimi literami, których symbolika nie jest znana przeciętnemu człowiekowi. Po lewej zakazana prawem antyreklama znanych mediów, po  prawej w pozycji nadrzędnej, reklama równie znanej rozgłośni radiowej i telewizyjnej. Te reklamowane znajdują się w pozycji nadrzędnej do wszystkiego, pod nimi na przykład znajdują się tablice Mojżesza zawierające Dekalog, jeszcze niżej „Alfa i Omega”, czyli jak rozumiem, Chrystus. A może nadpapież Tadeusz? Chociaż na nadpapieża, zbyt nisko umieszczony, może zatem chodzi o Boga. To wszystko otoczone barwami narodowymi Polski. Gdzieś tam poniżej, leży sobie Jezus, odwracając z bólem głowę od tej profanacji. No, ale leży i nic nie mówi, bo nikt go o zdanie nie pyta.


            Być może coś przeoczyłem, ale nie sądzę, by zachowały się jakiekolwiek przesłanki mówiące o politykowaniu Chrystusa. Mówił coś w stylu: „Polacy, obudźcie się, odbierzcie pozycję należną w Europie”. Pamiętam gościa, który gadał coś w podobnym tonie o Wielkich Niemczech, lecz do Jezusa było mu równie daleko, jak Kozłowi Toruńskiemu. Może jestem nieuświadomiony? Mówił coś takiego, jak „nie dajmy się Żydom, Niemcom, Ruskim...”? Reklamował telewizję Trwam? Judził: „nie czytaj Wyborczej”?


            Każdy ma za sobą spacer po tzw. „Grobach Pańskich”? Każdy się zastanowił, gdzie gospodarze starają się przekazywać treści ewangeliczne, a gdzie plują na Ewangelię, wykorzystując ją do reklamy politycznej i komercyjnej? No to jest jeszcze czas, akurat jest niezła okazja, by przemyśleć: Gdzie jest SEKTA, a gdzie EWANGELIA. Gdzie kazania Jezusa, a gdzie kazania kaznodziei z Waszej okolicy?



środa, 27 marca 2013

            (...)Poseł PiS Andrzej Jaworski wzywa, by pokazać swoje poparcie dla abpa Sławoja Leszka Głodzia. Jak? Przyjść na mszę w Wielki Czwartek do gdańskiej Katedry Oliwskiej - mszę odprawiać ma bowiem metropolita(...).

(Za serwisem „Onet”).

            Racja, poprzeć go, poprzeć!!! Pij- do- dna, pij- do- dna...!!! Ogłaszam akcję „ZOSTAŃ ACTIMELKIEM”, w Wielki Czwartek przynieś na mszę w Katedrze Oliwskiej „actimelka” dla swojego pasterza. Zostań jego „actimelkiem”!!! Jednocześnie całkiem gratis podpowiadam firmie produkującej ten napój, by w czasie mszy, zupełnie przypadkiem jeździły w okolicy katedry samochody pokryte plakatami reklamowymi tego produktu – media to na pewno wychwycą!!! Przyłączcie się do czarnego humoru proponowanego przez pana posła PiS, nie zapomnijcie o napoju!

            Z ciekawości: W czym pan poseł Jaworski zamierza poprzeć arcybiskupa? Nie wiem, czy to istotne, dla laika pewnie tak, dla katolika, być może nie, ale trwa Wielki Tydzień, który podobno jest przygotowaniem do największego święta w chrześcijaństwie i całą uwagę poświęca się zgoła innej postaci, niż arcybiskup generał dwojga imion. Co za porąbana sekta?!

            Popuśćmy wodzę fantazji, chciałbym chwilę pomarzyć o czymś przyjemnym: Wyobraźmy sobie, że arcybiskup generał Sławoj Leszek Głódź przejmuje się okresem Wielkiego Postu, przejmuje się Wielkim Tygodniem i przejmuje się Wielkanocą. Podejmuje postanowienie, by wraz z Wielkim Piątkiem rozpocząć swoje własne rekolekcje. W ramach rachunku sumienia zapisuje się na terapię uzależnienia od alkoholu i na okres jej trwania zawiesza swoje wszelkie obowiązki. Zanim jednak przygotuje się na godne przyjęcie Eucharystii, rezygnuje z wszelkich aktów wymagających stanu łaski uświęcającej- rezygnuje więc z przyjmowania tzw. „Ciała Chrystusa” dopóki nie przeprowadzi rachunku sumienia, dopóki w skrusze nie wyrazie żalu za grzechy, nie postanowi mocno o poprawie, by ZADOŚĆUCZYNIĆ BLIŹNIEMU, jak zadośćuczyni bliźniemu, to i Bóg będzie usatysfakcjonowany. Od tamtej pory, mógłby po wojskowemu (wszak udawał żołnierza, nawet oficera), robić pobudkę 5.30 i chwalić Pana porannym rozruchem.  Potem mógłby posłuchać trochę papieża Franciszka i zamienić limuzynę na rower, by ruszyć codziennie po obiedzie tłuste dupsko na przejażdżkę do fitness- clubu, by spędzić tam półtorej godzinki dla zdrowia. Trochę popływać, trochę poćwiczyć na „atlasie”. Gdyby zaczął to robić, na następną Wielkanoc byłby już innym człowiekiem. Może nie zyskałby klasy Seana Connery, który będąc 15 lat starszym niż Głódź wygląda 10 lat młodziej, a o niebo lepiej, ale na pewno by poprawił zdrowie i wyglądałby inaczej, bo na dziś dzień, prezentuje się, niczym pękaty gąsior z kwaśnym winem- z kwaśnym, bo ani nie ma porządnej etykietki, ani tym bardziej bukietu.

            Teraz zapraszam na Ziemię: Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby propozycję tej treści, czyli NAJLEPSZĄ radę (i w słowie „najlepszą” nie ma ani grama przesady), jaką obecnie dla Głódzia istnieje, przekazał mu publicznie jakiś znany polityk? Czujecie reakcję SEKTY? Przecież nawet śliczny Radzio murem stoi za arcybiskupem, bo taki fajny gość z niego! Ja wiem, że Sławoj Leszek Głódź ma opinię duszy towarzystwa, jestem sobie to w stanie wyobrazić, bo to akurat częsta cecha alkoholików- przygodni ludzie, którzy znają ich z pojedynczych imprez, są nimi zachwyceni- ich elokwencją, poczuciem humoru, dystansem do siebie. Zachwyt mija jedynie tym, którzy mają okazje obserwować także niemoc i wybryki takich bohaterów, było- nie było, tragicznych, zwłaszcza jeżeli to widzą na co dzień. Ja sobie daruję gdybanie w sprawie reakcji na radę, bo wiem co się dzieje, gdy wklejam tekst mojego proroctwa na forum „Onet”:

PROROCTWO Z KSIĘGI „A PO CO KLIPSY”- kliknij, by sobie przypomnieć.

            Otóż, każdorazowo po wklejeniu proroctwa na forum „Onet” (DALSZE CZYTANIE GROZI ZETKNIĘCIEM Z DUŻĄ ILOŚCIĄ WULGARYZMÓW- na własną odpowiedzialność), najpierw dostaję trochę chujów w dupę, zostaję ubekiem i sowietem oraz oczywiście lemingiem (choć to nie ja latam ze swoim stadem jak pojebany po Krakowskim Przedmieściu, Nowym Świecie i Alejach Ujazdowskich, przynajmniej raz w miesiącu). Później się okazuje, że mój komentarz naruszył zasady forum i jest usuwany, choć oprócz nadejścia Kręciwora i trykania z poznańskimi koziołkami, sekta wypełniła już każdy punkt proroctwa. No to co może spotkać człowieka, dającego arcybiskupowi taką radę publicznie??? Że jest to najlepsza rada, jaką może dostać? A co to kogo obchodzi?!

            Na zakończenie, komunikat dla sekty: zapomnij o Wielkim Czwartku, poświęć swój czas dla poparcia arcybiskupa Głódzia, zostań jego ACTIMELKIEM, kup ten obiekt pożądania i wręcz go swojemu pasterzowi podczas mszy w Katedrze Oliwskiej, to już jutro, Wielki Czwartek dla Sławoja, a Jezus i wspomnienie Ostatniej Wieczerzy....???

            Posłowie:

            Tak szczerze, to mnie ani ziębi, ani grzeje, czy arcybiskup skorzysta z rady. Jedynym celem napisania tego tekstu jest protest przeciwko promocji alkoholizmu przez usprawiedliwianie wybryków alkoholowych oficjeli kościelnych. Pierwsza zasada pomocy alkoholikowi, to pomóc mu ponieść konsekwencje jego uzależnienia, pozwolić mu ocenić, czy ich pragnie. Dopóki będziemy mu pomagać unikać odpowiedzialności, opóźniamy jego decyzję o zerwaniu z nałogiem!!! Najmniej istotne jest tu, czy to Głódź, czy nie Głódź, ale ręce i nogi opadają, gdy politycy z najważniejszych opcji politycznych dla partyjnej reklamy udają, że jest świetnie.

Z OSTATNIEJ CHWILI, czyli co Głódź na to- kliknij.

            Innymi słowy, wszystko było git, picie to tylko słabość, poniżanie to przesada, a winni są poniżani księża, bo odważyli się o tym opowiedzieć prasie, zamiast zgodnie z regulaminem kościelnym, Głódziowi albo jego kumplowi. Nie jestem przekonany, czy arcybiskup- generał dwojga imion przygotował się do SAKRAMENTU POKUTY (patrz- warunki sakramentu pokuty), a to może oznaczać, że jeżeli przyjmie komunię w Wielkanoc, będzie to świętokradztwem i przestępstwem ściganym z urzędu jednocześnie, bo nic tak nie obraża uczuć, jak świętokradztwo przez profanację tzw. "Ciała Chrystusa".




sobota, 23 marca 2013

            Spokojnie! Nie chcę nikogo wystraszyć. Nie będzie tu żadnych obliczeń, żadnych skomplikowanych terminów, żadnej chińszczyzny- wszystko podam zrozumiałym dla każdego językiem, a sprawa jest ciekawa, warta uwagi.

            „Czasami uważa się, że nauki humanistyczne różnią się tym od przyrodniczych, że nie można ująć przedmiotu ich badań w sposób matematyczny. Nie jest to jednak do końca prawda. Wielokrotnie zdarzało się bowiem, że dana nauka humanistyczna "matematyzowała" się do tego stopnia, że właściwie należałoby zmienić jej klasyfikacje. Przykładem jest n.p.: stosowanie metod statystycznych w socjologii, rozbudowany aparat matematyczny ekonometrii, czy stosowanie technik informatycznych w językoznawstwie”.

            Zaczynam od tego cytatu z wikipedii, gdyż jest on doskonałym streszczeniem tego, co chcę opisać. Powszechnym błędem popełnianym przez ludzi jest uważanie, że matematyka jest nauką oderwaną od życia i nie ma zastosowania w opisie ludzkich zachowań. Nie wiem z czego to wynika, chyba z mylenia matematyki z buchalterią, ale czuję potrzebę, żeby to raz na zawsze wyjaśnić. Logika jest działem matematyki. Logika, to nie siedzenie na pupci i zmyślanie sobie teorii (coś takiego nazywamy fantazjowaniem), lecz badanie prawdziwości zdań logicznych, czyli stwierdzania faktów. Rządzi się ona ścisłymi prawami matematycznymi i odnosi się do każdej dziedziny życia. Dzięki logice możemy zawyrokować o sprawach, których bezpośrednio nie widzieliśmy. Używamy do tego celu twierdzeń, n.p. potrafimy wyznaczyć długość niedostępnego odcinka, jeżeli go odpowiednio umieścimy między innymi odcinkami i dokonamy pomiarów innych odcinków (tw. Talesa). Oczywiście osoba bez wiedzy może mi pyskować, że nie mogę znać długości niedostępnego odcinka, gdyż go nie zmierzyłem, lecz nie zmieni to faktu, że będę ją znać. Dzięki logice, możemy też sami układać swoje własne tezy i je dowodzić. I jeżeli dowiedziemy takiej tezy, to stanie się ona twierdzeniem i będziemy mogli się wypowiadać w sprawie KAŻDEGO JEDNEGO PRZYPADKU spełniającego warunki (założenia) tego twierdzenia. Dlatego, że przeprowadziliśmy dowód, nie jest to żadne uogólnienie, tylko wykazanie prawdziwości dla KAŻDEGO JEDNEGO Z OSOBNA PRZYPADKU. Uogólnieniem możemy sobie nazwać tezę bez dowodu, a teza z dowodem jest zdaniem prawdziwym dla dowolnej liczby szczególnych przypadków. Utworzę teraz tezę dotyczącą życia społecznego i dowiodę ją metodą indukcji matematycznej, by stanowiła twierdzenie prawdziwe dla KAŻDEGO PRZYPADKU Z OSOBNA.

            ZAŁOŻENIA I DEFINICJE:

            Kara cielesna, to kara, którą boleśnie odczuwa osoba karana (dla odróżnienia od żartobliwego markowania uderzenia, gdy każdy wie, że nikt nie chce nikogo skrzywdzić). Gniew, wściekłość, chęć zemsty, strach nie są pożądane u nikogo. Mamy możliwość wszelkich innych kar, które nie upokarzają, a dają możliwość uzmysłowienia sobie, że przewinienie spowoduje nieuchronnie coś, czego nie chcemy. Zakładam konieczność stosowania kar niecielesnych (zarówno w formie przewidzianej kodeksem karnym, jak i w formie wychowawczej dla dzieci za złamanie umów domowych)- innymi słowy, kara dopuszczalna nie upokarza, ale jest przykra i nieuchronna. Obrona konieczna, to obrona własnych granic nietykalności. Przestaje być obroną konieczną, gdy mija bezpośrednie zagrożenie.

            TEZA WOLANDA:

            Nie wolno karać cieleśnie nikogo, także dzieci (zwłaszcza nazywając karę klapsem, a mając na myśli takie przypierdzielenie dziecku, by to boleśnie odczuło, a dodatkowo czuło się upokorzone), a jedynym dopuszczalną formą użycia siły jest obrona konieczna (także przed dzieckiem).

            DOWÓD WOLANDA (METODA INDUKCJI):

            Tworzymy ciąg elementów. Każdy kolejny element, to jeden i ten sam człowiek, ale każdy element, to ten człowiek o jeden rok młodszy. Zgodnie z zasadą indukcji, sprawdzamy najpierw, czy jest jakikolwiek element spełniający TEZĘ WOLANDA. Biorę zatem element osiemnastoletni i twierdzę, że nie mogę go uderzyć (chyba że w obronie koniecznej), a jako uzasadnienie podaję, że uderzenie wywołuje tylko gniew, wściekłość, chęć zemsty oraz strach i poczucie upokorzenia. Żaden z tych elementów nie jest pożądany, zwłaszcza strach, gdyż potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z najważniejszych potrzeb człowieka.

            Teraz bardzo istotna sprawa: Jeżeli ktoś uważa, że można „dać klapsa wychowawczego” człowiekowi w wieku 18 lat i podważa już w tym momencie TEZĘ WOLANDA, to znaczy, że mamy zupełnie inny system wartości i nie będę się spierać, który lepszy, pewne jest, że będziemy dochodzić do różnych wniosków, bo opieramy się o inne zasady. To tak, jakby ktoś porównywał geometrię euklidesową do geometrii nieuklidesowej- obowiązują w nich różne prawa.

            Teraz, zgodnie z zasadą indukcji, bierzemy kolejny element, rok młodszy. Należy sprawdzić, czy z prawdziwości TEZY WOLANDA dla elementu osiemnastoletniego, wynika prawdziwość następnego elementu ciągu, czyli człowieka siedemnastoletniego. Skoro uznaliśmy, że strach, gniew, wściekłość i chęć zemsty nie są pożądane, a nie zachodzą żadne warunki, które zmniejszają strach, gniew, wściekłość i chęć zemsty u człowieka rok młodszego, to nie ma żadnych logicznych podstaw, by się nie zgodzić, że „dyscyplinujące” uderzenie człowieka siedemnastoletniego (z wyjątkiem obrony koniecznej) jest niedopuszczalne. Nie widzę żadnych nowych okoliczności, które by to zmieniały i jeżeli ktokolwiek je widzi, to niech je poda dla obalenia TEZY WOLANDA.

            Ponieważ uznaliśmy, że nie wolno bić osiemnastolatka z powodów, które istnieją i u siedemnastolatka, więc INDUKUJĄ tę samą tezę dla kolejnego elementu ciągu, dowód jest zakończony. Jedynym jego podważeniem jest wskazanie nowych, dodatkowych czynników, jakie występują przy każdym kolejnym elemencie i mogą wpłynąć na tezę.

 

            Obiecałem, że będzie przejrzyście i zamierzam słowa dotrzymać: Metodę indukcji bardzo łatwo zobrazować kostkami domina. Wyobraźmy sobie ustawione w tej samej odległości od siebie i w tych samych warunkach  kostki domina. Niech to będą kostki na równym stole. Najpierw sprawdzamy, czy przewrócenie pierwszej kostki spowoduje upadek drugiej. Jeżeli kostki stoją w odległości mniejszej, niż wysokość kostki, to spowoduje. Potem sprawdzamy, czy indukuje to przewrócenie kolejnej kostki. Skoro mamy takie same odległości i takie same warunki, to oczywiście, że wprawienie w ruch i przewrócenie kolejnej kostki, która upadnie na następną, spowoduje upadek każdej następnej. Dowód jest ważny dla każdej kostki, nie tylko dla tych, które widzimy. Kostki mogą być poza zasięgiem naszego wzroku, a i tak wiemy, że się przewrócą. Mamy zatem twierdzenie, które przy założeniu jednakowych warunków w jakich stoją kostki domina i tych samych odległości między nimi, pozwala nam stwierdzić, że efektem przewrócenia pierwszej kostki domina, będzie PRZEWRÓCENIE KAŻDEJ JEDNEJ KOSTKI stojącej w dalszej kolejności. Kostki się nie przewrócą jedynie wtedy, gdy nie zostaną spełnione założenia (gdy odległość między którymikolwiek dwoma kostkami będzie większa od wysokości kostek lub jeżeli zmienią się warunki dla którejkolwiek z kostek, na przykład jeżeli jedną z kostek przymocujemy do podłoża mocnym klejem).

            Tak oto stosujemy matematykę dla opisu zachowań społecznych lub fizycznych i WCALE NIE MUSIMY wszystkiego widzieć na własne oczy, by wiedzieć, jaki będzie skutek naszego działania, jeżeli nastąpi ono w założonych przez nas warunkach. Warto było uważać na lekcjach matematyki i ROZUMIEĆ, czego nas tam uczą, a nie tylko zaliczać bezmyślnie prymitywną, automatyczną buchalterię- czym coraz częściej zajmują się jeszcze bardziej bezmyślne maszyny. Logika nie jest zmyślaniem, a przetwarzaniem faktów.

            Osobną sprawą jest probablistyka i statystyka. Ponieważ pamiętam, jak mała liczba osób je rozumiała, nie tylko podczas lekcji w klasie matematyczno- fizycznej w liceum (czyli tam, gdzie ponoć najwięcej mózgów matematycznych powinno się zebrać), ale i na wykładach i ćwiczeniach z metod statystycznych w toku studiów, nie zamierzam tu zagłębiać się w szczegóły, by nie zniechęcać czytelników. Chcę tylko zauważyć, że skoro zdecydowana większość populacji nie kuma wcale o co tam chodzi (nie rozumie nawet zapisu), to wcale nie znaczy, że naukowcy wyznaczający prawa statystyki i rachunku prawdopodobieństwa nie wiedzą, co robią- wręcz przeciwnie, oni się tym zajmują, bo akurat oni czają bazę. I zamiast kpić sobie z efektów pracy, należałoby raczej pokornie sobie przypomnieć nerwowe minuty egzaminów z tej słabo znanej przez społeczeństwo, choć dobrze poznanej przez naukowców, dziedziny matematyki.  Jeżeli statystycy na podstawie dziesiątków, czy setek tysięcy przypadków opisanych przez psychologów pracujących w domach poprawczych i placówkach opiekuńczych, obliczają zwiększenie ryzyka wystąpienia zachowań agresywnych u dzieci z domów, w których miała miejsce przemoc, to zamiast podważać efekty pracy statystyków, należy je przyjąć do wiadomości. Dla celów laika wystarczy sobie bowiem przypomnieć prawo wielkich liczb Bernouliego, które mówi o tym, że przy dostatecznie dużej ilości prób losowych, możemy zbliżyć się dowolnie blisko do liczby zdarzeń przewidzianej  prawdopodobieństwem teoretycznym. Zatem jeżeli mamy wątpliwości co do prac statystyków, należy podesłać im do przebadania kolejne wyniki z nowych źródeł, czyli od kolejnych psychologów, a nie chrzanić, że ja w swoim Grajdołkowie, to znam przypadek inny, niż zakłada statystyka. On nie jest bowiem inny- on doskonale pasuje do rozkładu prawdopodobieństwa- znajdźmy jeszcze dziesięć tysięcy przypadków i będziemy mogli dorzucić swoją cegiełkę. Póki znamy przypadków dziesięć, przebadanych niefachowo, to się nie wygłupiajmy i nie kompromitujmy stawianiem diagnoz- przypomnijmy sobie raczej naszą ocenę ze statystyki (jeżeli w ogóle w toku nauki do niej doszliśmy), a jak nie, to chociaż z probablistyki, która była w programie szkoły średniej.

 

            Na zakończenie prośba: Nie przypadkowo umieściłem utwór „Nieprzysiadalność” grupy „Świetliki”. Tam jest taki fragment: „(...)daj mi spokój, ja nie mam ochoty, ja to pierdolę- dziś jestem w nastroju nieprzysiadalnym, pomiędzy kłótnią z jedną kobietą, a rozmową z drugą, która być może także się przerodzi w kłótnię(...)”. Chodzi o to, że wczoraj pół dnia spędziłem na kłótni, w której wmawiano mi, że powiedziałem coś, czego nie powiedziałem, wycinano z kontekstu moje słowa, opuszczając ważne warunki tez, jakie stawiałem. Wszystko to pomimo tego, że każdy komentarz był wyświetlony i łatwy do sprawdzenia. Nie chciałbym, żeby to się teraz powtórzyło. Dziś jestem w nastroju nieprzysiadalnym, więc jeżeli ktokolwiek ma ochotę mi wmawiać coś, czego nie napisałem, to pan Świetlicki powiedział już wszystko za mnie. Nie szukam żadnych adwokatów, sam sobie doskonale radzę w dyskusjach, po prostu zaznaczam, że nie chcę, by ktokolwiek wmawiał mi coś innego, niż napisałem lub pomijał warunek, który zaznaczyłem, bo będę stanowczo reagować. Tyle, dziękuję.




czwartek, 21 marca 2013

            Ze zdumieniem przeczytałem wczoraj rewelacje „Faktu”, iż to ówczesny biskup polowy WP, generał dywizji (sic!) Sławoj Leszek Głódź upił urzędującego wtedy prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego podczas lotu do Charkowa na uroczystości katyńskie. Pisała o tym wcześniej na blogu dziennikarka Janina Paradowska, potwierdził to przewodniczący SLD, Leszek Miller. Niby dorośli ludzie, niby z alkoholem zetknęli się nie raz (polityka i dziennikarstwo, jako wolne zawody, dają niezłe warunki do picia), a gadają takie pierdoły. Co się zatem stało???

            Jeżeli dwóch dorosłych mężczyzn dobrowolnie pije razem alkohol, to znaczy tylko i wyłącznie tyle, że postanowili się napić. Nikt nikomu nie wlewał tej „wódki na myszach” (jak to w „Misiu” Tym nazwał whiskey) siłą do gardła, a obaj panowie mieli tak mocne pozycje, że żaden przymus nie wchodził w rachubę. Poprawka: Żaden ludzki przymus, bo miał miejsce inny, znacznie potężniejszy- głód alkoholu, czyli pierwszy objaw osiowy uzależnienia, subiektywne poczucie potrzeby picia. Myślałby kto: biedny Kwaśniewski, taki ciapuś, normalnie Głódź go wziął i upił! Dziecko bezbronne!

            Nie jest to bynajmniej historia do zbagatelizowania. Wręcz przeciwnie: dwie osoby na najwyższych stanowiskach w hierarchii państwowej, kościelnej i wojskowej- prezydent Rzeczpospolitej, zwierzchnik sił zbrojnych oraz biskup polowy Wojska Polskiego w stopniu generała dywizji, nie potrafią się powstrzymać od spożycia alkoholu na pokładzie samolotu, podczas zaledwie półtoragodzinnego lotu, choć mają wiedzę, że reprezentują Polskę, Kościół, Wojsko Polskie, że mają oddać oficjalny hołd zamordowanym Polakom- głównie oficerom i podoficerom Wojska Polskiego, także policji i innych służb mundurowych. Sam Kwaśniewski zachowaniem potwierdził później swój problem z alkoholem, gdy podczas kampanii wyborczej 2007 odnotował publiczne wpadki z wystąpieniami w stanie nietrzeźwym, niejednokrotne, ale mnie w pamięci utkwiła ta: "Ludwiku Dorn... i Sabo, nie idźcie tą drogą"!

            Teraz zmienię miejsce zdarzeń: Wielka Brytania, arcybiskup Cantenbury (odpowiednik naszego prymasa), Justin Welby, oświadczył, że jego żona czuwa nad tym, by za dużo nie pił, gdyż znane jest jego zamiłowanie do trunków, czy też raczej uzależnienie, bo skoro osoba na takim stanowisku musi się publicznie tłumaczyć i uspokajać wiernych, to dobrze w tym temacie nie jest. Chciałbym tu zwrócić uwagę na typową manipulację alkoholika wobec małżonki- publicznie jej się podlizuje, sugerując że ma nad nim taką władzę, że on się podporządkowuje nawet w kwestii spożycia alkoholu. Jeżeli się rozejrzymy po ludziach wokół nas, takich przypadków znajdziemy krocie: pijący mąż daje małżonce złudzenie kontroli, pozwala się wyciągać z imprezy, pozwala dać sobie burę, gdy przedawkuje, jeszcze przyzna w towarzystwie, że jest taki grzeczny dzięki żonie, a to wszystko po to, by akceptowała jego picie, by nie nastąpiło słynne „albo alkohol, albo rodzina, decyduj”. Miliony żon na całym Świecie w ten sposób ryzykują poważniejsze problemy, których bazą jest nadużywanie alkoholu, dając się nabrać na taki chwyt, choć najprostszym i najskuteczniejszym rozwiązaniem jest trzeźwość męża. Tak to, niestety, wygląda.

            W polityce, zarówno państwowej, jak i kościelnej, rolę takiej żony alkoholika pełnią partie polityczne lub koledzy- duchowni. Nie pozwalają na nazwanie rzeczy po imieniu, słowo „ALKOHOLIK” napawa ich świętym oburzeniem, a oni sami ograniczają się do „działań dyscyplinujących”, które polegają na ukryciu delikwenta przed kamerami, co w efekcie daje mu jeszcze większy komfort picia. Głódź zniknął za przepastnymi wrotami kurii, gdyż jako biskup polowy, zbyt często przebywał z osobami świeckimi w miejscach publicznych. Kwaśniewski też musiał się usunąć, a swą aktywność ogranicza do tego, co zawód polityka na nim wymusza. Najbardziej żałosne jest jednak to, że zarówno Kościół w sprawie Głódzia, jak i otoczenie Kwaśniewskiego, wszelkie uwagi na temat ich picia, traktują jak atak, chociaż to właśnie ci dwaj dorośli przecież nie od dziś panowie, wykazują brak szacunku dla funkcji przez siebie pełnionych oraz dla osób, które im zaufały lub choćby są przez nich reprezentowane (z ich zgodą lub bez). To Kwaśniewski i Głódź atakowali swoje środowiska swoim zachowaniem- nie dziennikarze je opisujący. Dobrze by było to sobie wreszcie uświadomić.

            Słów kilka na temat ilustracji muzycznej: Fish- uwielbiany przeze mnie Szkot, wykazuje wszelkie znamiona uzależnienia, a w jego szczerych tekstach można odnaleźć naprawdę wiele mechanizmów uzależnień. „Cinderella Search” opowiada o alkoholiku, który rozstał się ze swoją kobietą i w barze poszukuje swojego "Kopciuszka". Szanse ma nikłe (sam to dostrzega), bo jego alkoholowa mowa wymaga tłumaczenia, pozbawiony jest jakiegokolwiek uroku, tonie w nikotynowo- alkoholowym smrodzie i nie ma w tym widoku nic zachęcającego. Mimo to znajduje się „Samarytanka złamanych serc”, która pocałunkiem pozwala mu dotknąć marzenia. Alkoholik nagle zaczyna się czuć, niczym model z wybiegu, wskrzeszony po napiciu się ze świętego Graala, choć nie ma żadnych podstaw do tego, by uznać że nastąpiła zmiana. Wkrótce czar pryska, Samarytanka odchodzi, a on żali się, że nie dostał od niej wystarczająco wiele czasu. Nie zadaje sobie jednak pytania: „A na co ona miała czekać”?!

            Od strony takich „Samarytanek”, sprawę pięknie ukazała inna podziwiana przeze mnie artystka: Martyna Jakubowicz. Samotna kobieta (na ogół takie „Samarytanki” same są uzależnione, choć o tym nie ma słowa w piosence) wyobraża sobie, że stanie się kiedyś partnerką regularnego bywalca baru, w którym obsługuje. Nie wiem, na co liczy, ale tkwi w marzeniach, nie ma kontaktu z rzeczywistością, więc nie wróży to nic dobrego.



12:46, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 11 marca 2013

            Od najmłodszych lat pracowali. Podczas, gdy ich rówieśnicy bawili się w najlepsze, gdy flirtowali, łazili na dyskoteki, walili gaz, ćpali lub nudzili się narzekając, że nikt za nich im czasu nie chce zorganizować, oni mieli ciężką harówę, sześć godzin dziennie, sześć dni w tygodniu ekstra, jako bonus do zwykłych obowiązków dorastającej młodzieży. Sportowcy. Nikt im nie obiecywał sukcesu, bo obiecać nie mógł. Jeżeli nie spotykali się z jawnym szyderstwem rówieśników, to byli w najlepszym wypadku traktowani jak kosmici, którzy zamiast iść na imprezę, idą grzecznie spać, bo rano o siódmej zaczynają trening. Szczęśliwcy, którym się udało załapać do gier zespołowych, mieli przynajmniej towarzystwo. Ci, którzy trenowali sporty indywidualne, musieli sobie poradzić z samotnością. Jeżeli jakimś cudem wytrzymali fizycznie i psychicznie, jeżeli ze sportu nie wyeliminowały ich kontuzje, choroby, jeżeli pokonali własne słabości, trafiają wreszcie na dogodne pozycje do ataku na szczyt....

            Sezon sportów zimowych jeszcze się nie skończył, ale już teraz można powiedzieć, że przyniósł nam niesamowite emocje, był udany, a przede wszystkim dał nadzieję, że i tutaj Polacy mogą powalczyć z najlepszymi, chociaż w kraju wcale nie mamy do tego najlepszych warunków. Złoto Stocha, brąz drużyny skoczków na MŚ, zwycięstwo w TdS Justyny Kowalczyk, jako przedsmak emocji, potem jej srebro na MŚ oraz niemalże zapewnione zwycięstwo w tegorocznym PŚ, srebro Krystyny Pałki w biegu pościgowym i brąz Moniki Hojnisz w biegu masowym (biathlon) oraz PŚ Zbigniewa Bródki w łyżwiarstwie szybkim na dystansie 1500 metrów. Były emocje, była radość, był i smutek, ale po naprawdę wspaniałej walce.


            Niewiele brakowało, a zamiast się cieszyć, narzekalibyśmy tak, jak to potrafimy. Na pewne rzeczy jestem wyczulony i tkwią mi mocno w pamięci. Na początku sezonu, banda krzykaczy domagała się usunięcia Łukasza Kruczka, a Justyna Kowalczyk była według nich „skończona”. Gdyby to była tylko gromada sieciowych trolli, to nawet bym sobie nie zawracał głowy pisaniem dzisiejszej notki, ostatnio nie mogę narzekać na brak zajęć. Problem polega na tym, że ludzie, którzy ciężką pracą i latami poświęceń doszli do dzisiejszych sukcesów, nadal nie mogą być pewni jutra, bo tacy krzykacze bywają dość wpływowi. Co by się stało, gdyby w Predazzo podmuch wiatru zmiótł Kamila Stocha poza podium??? Czy Łukasz Kruczek utrzymałby posadę trenera? Za rok Igrzyska Olimpijskie, a w kraju nad Wisłą domorośli znawcy, którzy tylko dzięki zagiętemu czubkowi rozpoznają, gdzie jest góra, tył, przód i spód narty, zdają się czekać na pretekst, by wymusić odejście ludzi, którzy tyle wnieśli do polskiego sportu. A może inaczej jest z Justyną Kowalczyk i genialnym trenerem, Aleksandrem Wierietielnym? A gdzie tam! Nie każdy pamięta, ale poznał on już polskie piekiełko i musiał odejść z posady trenera polskich biathlonistów tuż po doprowadzeniu Sikory do tytułu mistrza świata, a drużyny biathlonistów do brązowego medalu MŚ. Już dziś wiemy, że jest zmęczony współpracą z Justyną i prawdopodobnie odejdzie po Soczi. Dostanie pracę w Polsce, czy pozwolimy odejść jednemu z nielicznych fachowców?!


            Polska nie jest w stanie zabezpieczyć takich środków finansowych na sporty zimowe, jak światowe potęgi: USA, Kanada, Norwegia, Finlandia, Niemcy, Austria, czy Rosja. Mimo to- od kiedy na scenę wkroczyli Aleksander Wierietielny i Apoloniusz Tajner, coś się zaczęło dziać. Zastali totalną ruinę, a przyciągnęli do sportów zimowych media i sponsorów. Dziś mamy przyzwoitą drużynę skoczków oraz coraz ambitniejszych narciarzy i biathlonistów oraz panczenistów. Nie wiem, czy widzicie od jakiego zera ci ludzie musieli startować? Nawet dzisiaj w porównaniu z Norwegią, jesteśmy zimowymi gołodupcami, ale zanim sukcesy Sikory i Małysza oraz Kowalczyk przyciągnęły sponsorów, byliśmy „trzecim światem” w tych dyscyplinach. Ten felieton napisałem w jednym celu: Chcę powiedzieć jasno i wyraźnie, że dostrzegam skalę cudu, jakiego dokonały ekipy Wierietielnego i Tajnera oraz Kruczka. Chciałbym, żeby nad Wisłą również to dostrzeżono, żeby wreszcie oddano im należny szacunek. Żeby od prezydenta po ubijacza bruku, każdy docenił ich wysiłek i fachowość, bo dopóki nie zaczniemy doceniać rzetelnej pracy, nigdy nie przestaniemy być zaściankiem, zagnojonym grajdołkiem, gdzie życzliwi ziomale pomogą każdemu równać w dół, aż do ich poziomu. To nie chodzi o sport, chodzi o życie- w Polsce nigdy nie będzie dobrze, jeżeli nadal bezinteresowni, mali zawistnicy, będą w stanie zadeptać i zdeprecjonować każdy, największy nawet sukces.



21:24, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 04 marca 2013

            Głupota jest matką komedii. Biję o to każdy zakład. Jeżeli komedia jest dobra (znaczy się, bawi, dokumentnie zaskakuje i ma dobre zakończenie), to jak każdy sukces, ma wielu ojców. Ojcowie ci, to rzesze bezimiennych kretynów, których zaskakujące wyczyny, przerobione na fabułę, rozbawiły publikę do łez. Dziś rano miałem wrażenie, że dostałem gotowy materiał na scenariusz.

            Oburzeni instalacją fotoradarów krajowi kierowcy postanowili „NA ZŁOŚĆ” gminom, przestrzegać przepisów. Humor mi poprawili na cały poniedziałkowy poranek. Uznali oni bowiem, że fotoradary służą zarabianiu, a nie wymuszaniu przestrzegania ograniczeń prędkości i ogłosili strajk, polegający na dostosowaniu prędkości do obowiązujących ograniczeń.

            Kochani idioci, a strajkujcie tak choćby do końca świata, fotoradary są właśnie po to, by wymusić przestrzeganie ograniczeń. Szczerze mówiąc, wraz z wiekiem, coraz bardziej cenię sobie spokój, a za każdym razem, gdy podczas krótkich wizyt w Polsce, byłem zmuszony do korzystania z polskich dróg, miałem wrażenie, jakby w tym kraju obowiązywał parytet i co drugie prawo jazdy otrzymywał pacjent oddziału furiatów w Tworkach- nijak mnie to nie uspokajało. Dzisiejszy odcinek komedii z serii „Na złość babci uszy sobie odmrożę” ma wspaniałe zakończenie. Żeby tak jeszcze z kierowców wzięli przykład marihuaniści i na złość prokuratorom, sędziom, psychologom i pracownikom zakładów karnych, przestali ćpać. Alkoholicy zamiast pić i wspomagać Rostowskiego akcyzą i innymi podatkami, kupowaliby sobie mieszkania, napędzając budownictwo. A niechby chociaż kupowali sobie porządne ciuchy- napędziliby przemysł lekki i może wreszcie osławione województwo łódzkie stanęłoby na nogi. Na Jowisza, a jakby tak jeszcze złodzieje postanowili się przyłączyć do strajku i nie chcieli kraść....

            Tylko pomyślcie..., przyjeżdżam na wakacje do Polski, pożyczam samochód, a na drodze żaden debil nie chce mnie rozjechać, nie wymusza pierwszeństwa, nie wyprzedza na trzeciego zmuszając mnie do ucieczki na pobocze. Każdy jest trzeźwy i przestrzega przepisów, więc nie mam niespodzianek na swoim pasie ruchu. Potem parkuję pod sklepem i nie muszę brać ze sobą torby, żeby mi żaden złodziej jej nie ukradł, nie muszę też zakładać zabezpieczeń antywłamaniowych, które i tak nic nie dadzą, gdy złodziej się uprze. Po prostu robię zakupy, wracam, a tam wszystko na miejscu: samochód, torba, dokumenty. Pomiędzy sklepem, a parkingiem przechodzę przez przejście dla pieszych, a kierowcy mnie przepuszczają, zostawiając swe nawyki z dżungli (oraz krajów Europy środkowej, wschodniej i Azji) dla szympansów i innych człekokształtnych. Jak najwięcej takich strajków, nie tylko na drogach!!!



Tagi