RSS
piątek, 27 marca 2015

            Czym się różni nauka od społecznej nauki Kościoła? Tym, czym się różni łoże od łoża Prokrusta. Na łożu się dobrze wypoczywa, bo wygodny materac dostosowuje się do naszych kształtów, podczas gdy łoże Prokrusta pasuje do naszych kształtów, bo kończyny wystające poza łoże zostały przez zbója obcięte, a jeżeli człowiek był mniejszy, niż łoże, to mityczny niegodziwiec rozciągał mu kończyny, rozrywając narządy wewnętrzne nieszczęśnika i dostosowując go do łoża. Tym samym różni się też prawda od prawdy katolickiej.

            Nauka bada zjawiska przyrody, obserwuje je, na tej podstawie układa prawa i twierdzenia. Jeżeli jakieś zdarzenie przeczy twierdzeniu, zostaje ono obalone lub zawężona zostaje dziedzina twierdzenia. W przeciwności do nauki, społeczna nauka Kościoła, to zbiór dogmatów, do których naciąga się zdarzenia lub też, przycina się zdarzenia wystające poza dogmat. Przykładem naciągania może być twierdzenie, że woda z Lourdes uzdrawia nieuleczalnie chorych, a przykładem przycinania są rzesze pielgrzymów, którzy zmarli w cierpieniu i nikt o nich nie wspomina, a ci rzekomo uzdrowieni, cały czas się leczyli, jak ci, którzy leczyli się bez wody z Lourdes, lecz o tym cicho-sza!

            Przypominam o tym, ponieważ Wołomiński Sąd Rejonowy w osobie sędzi Aliny Bielińskiej przyłączył się do kościelnego klubu rozwoju pedofilii, idąc na ugodę z księdzem G., przy czym warunki ugody nie nakazywały przestępcy współpracy z wymiarem sprawiedliwości, czyli ujawnienia pedofili pozostających na wolności. Po uprawomocnieniu się wyroku nie będzie żadnej możliwości dotrzeć do działających przestępców, pozostawiając im wolną rękę. To jeśli chodzi o przykrywanie faktów. Równolegle mamy do czynienia z naciąganiem faktów, bo strona kościelna z arcybiskupem Michalikiem na czele oskarża o winnych pedofilii feministki ideologię gender, rozwiedzionych rodziców i dzieci- ofiary pedofilii, argumentując, jak Michalik, że „pod wpływem feministek szerzących gender, rodzice się rozwodzą i szukające miłości dzieci kuszą kapłanów do złego”. Skąd my to znamy: ”Ziemia jest płaska, bo z takiej okrągłej piłki, to ludzie by pospadali”. Temat rozwoju kościelnej pedofilii pozostawię jednak innym blogerom, a sam przejdę do innego katolickiego ideologa społecznej nauki Kościoła.

            Tomasz Terlikowski, jak już pewnie większość czytelników się dowiedziała, za pomocą wpisu na Twitterze, kpił z decyzji Angeliny Jolie o usunięciu jajników i jajowodu ze względu na wysokie ryzyko ich nowotworu. Dramatyczny krok A.J. podparty był najlepszą wiedzą, jaką dysponują dziś onkolodzy, biorący pod uwagę gen, którego nosicielką jest słynna aktorka, historię chorobową jej rodziny oraz jej wiek. Pan Tomasz bawiąc się w błazna doszedł aż do kpin, że Angelina zdecydowała się na zabieg licząc na życie wieczne. Gdy to usłyszałem, zapragnąłem nagle mieć życie Terlikowskiego w swoich rękach- zanim bym przystąpił (bądź nie) do pomocy, zapytałbym go, czy nie przesadza z tą swoją chęcią życia wiecznego.

            Dostosowując się do poziomu katolickiego publicysty, stworzyłem coś analogicznego do nauki społecznej Kościoła, tyle że w sferze muzycznej. Otóż do utworu znanego z genialnej płyty „Beggars Banquet” legendarnej grupy „The Rolling Stones” dodałem głupi tekst o niemniej głupim Tomaszu, później coś przyciąłem, coś naciągnąłem i wyszło to, co wyszło. Kliknijcie tutaj- w ten akapit, by odsłuchać rzeczonego bluesa. Sorry Mick, sorry Keith. Forgive me!

            Mam swoją hipotezę, dlaczego ludzie Kościoła są tak pozbawieni współodczuwania. A co ma niby rozwijać w nich empatię, skoro żyją w sferze dogmatów, odrzucając ludzkie uczucia, fakty, naukę, filozofię, a nawet sztukę, która wykracza poza dogmat?! Gdzie jest miejsce na moralność, skoro podstawowym przykazaniem jest bezkarność duchownych i posłuszeństwo zgodne z hierarchią?!

 

 

14:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (31) »
środa, 25 marca 2015

            No i stało się- kolejny cud Kaczyńskiego szlag trafił. Bankowość narodowa (czytaj PiSowska) okazała się być zwykłą maszynką do wyprowadzania pieniędzy. Metoda prymitywna, jak sam PiS, najpospolitsze oszustwo bankowe od czasów transformacji, czyli wyłudzenia kredytów, których nikt nie zamierzał spłacać. Czyim kosztem? Oczywiście obywateli, którzy zaufali propagandzie Kaczyńskiego i Rydzyka (tak, ojca dyrektora, bo on też reklamował SKOK, choć ustawa o nadawcy społecznym mu tego zabrania) i złożyli tam swoje oszczędności. To z nich wypłacano kredyty oszustom, nie wymagając od nich zabezpieczeń. Warto o tym pamiętać, ponieważ uruchomiono największych PiSowskich szulerów, Macierewicza i Kurskiego, którzy bredzą wzajemnie sprzeczne niedorzeczności, usiłując zrobić zamieszanie w sprawie, która jest tak naprawdę dziecinnie prosta. Po co Kaczyńskiemu i Rydzykowi były SKOK-i? Bo sami zamierzali brać w nich kredyty, Kaczyński nawet to zrobił. Potrzeba im było finansowania każdej inwestycji, a że obaj są mistrzami wydawania, za to nie zarabiają lecz są uzależnieni od darczyńców, jedynie coś zarządzanego przez ludzi Kaczyńskiego mogło im to zagwarantować. Aktywnie SKOK-ów broniła także „Solidarność”, prawdopodobnie z tego samego powodu, ale to już sprawa prokuratury.


            Co umożliwiło ten najgrubszy w historii polskiej bankowości przekręt? Protest PiS przeciw nadzorowi Komisji Nadzoru Finansów nad SKOK oraz odpowiedzialności karnej SKOK, który oddał stosowną ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, dając przestępcom czas do przeprowadzenia tego prymitywnego planu. Pierwsza zewnętrzna kontrola ujawniłaby bowiem brak zabezpieczeń dla kredytów. Czy to oznacza, że nie było nadzoru? Oczywiście że był, odpowiadał za niego senator PiS, Bierecki Grzegorz, prezes Kasy Krajowej SKOK, której podporządkowane były wszystkie kasy SKOK, ale świadomie, bądź nie (tu znowu jest sprawa do ustalenia dla prokuratury) pozwalał on na te praktyki.

„(...)Pewnego razu

Może od gazu zatruły się wszystkie konie

Pijane piwem

Leżą nieżywe

Jak spadłe płatki jabłoni

I powstał strach

I wielki wstyd

Może te konie zabiłem ja

A może ty

A może ta czarnowłosa

Co w uszach ma klipsy

Bo konie te

To konie Jeźdźców Apokalipsy.”

Wiesław Dymny, Konie Apokalipsy.

            Panika w PiS jest zrozumiała. Dwaj agenci do zadań paranienormalnych, Jacek Kurski i Antoni Macierewicz zostali spuszczeni z łańcuchów i każdy szczeka na swoją modłę, wzajemnie sobie przecząc. Kurski bowiem próbuje przekonać społeczeństwo, że SKOK-i musiały być chronione przed nadzorem, bo to nasz kochany, polski kapitał. Innymi słowy, Kurski nadal obstaje, że PiS dla dobra Polski stwarzał niewielkiej liczbie gangsterów możliwość wyprowadzenia olbrzymich pieniędzy naraz, kosztem całej rzeszy polskich drobnych ciułaczy, którzy składali tam swoje ciężko wypracowane oszczędności. To ci swoisty patriotyzm gangsterski. Równie dobrze rząd Włoch powinien zdjąć nadzór z działań ludzi powiązanych z mafią sycylijską, bo to przecież włoscy biznesmeni. Antoni zaś Macierewicz już zdążył nas przyzwyczaić do jeszcze bardziej psychicznych teorii i swą fazę kontynuuje, ale na niego potrzebny jest osobny akapit, gdyż wpadł w SZAŁ.


            Wielki Kukunamuni PiS i Nadworny Eciepeci Radia Maryja wymyślił, że skoro udało się komuś zrobić zdjęcie Bronisława Komorowskiego z jakimś typem ze SKOK Wołomin- byłym agentem WSI, jeszcze z czasów, gdy obecny prezydent RP miał nadzór nad WSI jako ówczesny szef MON, to znaczy, że to wina Tuska (sorry, Komorowskiego). Jak przystało na Antka, teoria to niczym sztuczna mgła, hel i dwa wybuchy razem wzięte, bo skoro zdjęcie ma taką moc, że prezydent jest winny, to jak winny musi być Antoni Macierewicz, Jarosław Kaczyński, Grzegorz Bierecki i cały klub PiS, który bogaty o antkową wiedzę o agencie WSI, domagał się odrzucenia nadzoru KNF nad SKOK powiązanym z tak niebezpiecznym gangsterem i skutecznie opóźnił jego wprowadzenie? Dlaczego nadzorujący go Bierecki pozwalał mu na wszystko? Kim w takim razie są szefowie innych oddziałów SKOK, skoro też przez nie wyprowadzano pieniądze drobnych ciułaczy? Dlaczego Antek o nich milczy? Wreszcie dlaczego Jarosław Kaczyński, Antoni Macierewicz, Tadeusz Rydzyk nie tylko nie mówili o gangsterach ze SKOK, lecz jeszcze naganiali prostych ludzi, by składali na ich ręce swoje oszczędności? Przecież Antoni Macierewicz twierdzi, że było wiadome, że w SKOK Wołomin są agenci, a senator PiS, Bierecki Grzegorz, był ich przełożonym!!! Co ma prezydent Komorowski do gangsterów nadzorowanych przez ludzi Kaczyńskiego, zatrudnianych przez nich i płacących im pensje?! Kazał PiSowcom ich zatrudniać? Ma być winien temu, że ludzie PiS przyjęli ich na odpowiedzialne stanowiska finansowe i skutecznie opóźnili nadzór KNF oraz ich odpowiedzialność karną?! Pamiętajmy, że to dzięki ustawie przeforsowanej przez PO, a długo blokowanej przez PiS, wypłacono w ramach gwarancji bankowych już ponad 3 miliardy złotych dla obywateli poszkodowanych przez gangsterów, których można wreszcie ścigać.


            Jak widzicie, prokuratura będzie mieć pełne ręce roboty. Zwłaszcza, że na chwilę obecną toczy się DWA TYSIĄCE DWIEŚCIE SPRAW dotyczących SKOK (zauważcie, że A.M. próbuje je sprowadzić do jednego SKOK Wołomin, tak czy siak podległemu senatorowi PiS, Biereckiemu). Kwestią czasu jest przekonanie się, czy prokuratura ulegnie naciskom ludzi Rydzyka i Kaczyńskiego i nie zamiecie sprawy pod dywan.

 


 

08:39, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 23 marca 2015

            Organicznie nie cierpię „lepszych cwaniaków”. Gdy widzę, że jakiś znajomy próbuje zbyt dużo kombinować- z miejsca staję się ostrożny. Oczywiście najgorzej jest ze znajomymi od zawsze- całe życie wybaczałem im ich niedoskonałości, oni wybaczali mi moje, ciężko z byle powodu powiedzieć „żegnaj”. Co innego z ludźmi, którzy są mi obojętni- tu mogę jechać po całości. Weźmy takiego Adama Hofmana z jego madrycką wycieczką samochodem Ryanair i jego pazerne na wino towarzyszki podróży. Adaś przycinał sianko na fałszywych deklaracjach, a żonka z koleżanką chciały się taniej nawalić, bo pokładowy alkohol był dla nich za drogi, więc grzmociły swój, kupiony na bezcłówce. Nie przebrzmiały echa tej słynnej podróży, a tu objawił się nam kolejny wiracha- Jarosław Kuźniar. Jest to dla mnie o tyle smutne, że imponował mi bystrością, humorem i pogodnym usposobieniem oraz umiejętnością ciętego komentowania wydarzeń. No i tym, że udało mu się przebić mur dzielący ludzi z małych miasteczek od wielkiej kariery. Nagle, zupełnie jakby mu rozum odjęło, sam się pochwalił, że podczas rodzinnych wakacji w Ameryce Północnej, zamiast płacić za przewijak, wanienkę, czy fotelik samochodowy, on to wszystko kupił, poużywał i oddał pod pretekstem, że mu ten sprzęt nie spełnił oczekiwań. Od razu cała sympatia ze mnie uszła i od tej pory jawi mi się ten popularny dziennikarz, jako mały burak, który zarabia tyle, że stać go na zabranie całej rodziny na wakacje do USA i Kanady, a dopuszcza się gównianych oszustw, by używać fabrycznie nowych towarów nie płacąc za nie. I wiecie co...? Mnie nawet nie chciałoby się o tym pisać, gdyby pan Jarosław raczył był stulić pysk zauważając, że się nie popisał. Tymczasem on jeszcze się odszczekuje, zupełnie jak nieprzypadkowo wspomniany na początku poseł Hofman, kojarzący mi się z takim właśnie zachowaniem. Miarka się przebrała, gdy usłyszałem, że krytykę swojego zachowania określił słowami „(...) jad internetowych analfabetów znowu bulgocze. Spływacie po mnie.”


            W związku z wypowiedzią „wykształconego dziennikarza” na temat „internetowych analfabetów” z miejsca nasuwa mi się pytanie: „A gdzież to, na jakiej uczelni, przekazują wiedzę na temat gównianych oszustw? Czy mógłby pan Jarosław przytoczyć nazwiska wykładowców firmujących takie zachowania i chełpiących się nimi? Czy uważa pan, że Uniwersytet Wrocławski, na którym pan zdobywał licencjat z dziennikarstwa, będzie z dumą wspominał o zaradności swoich absolwentów, jako przykład dając pańskie wyłudzenie użyczenia sprzętu?”


            Skoro już jesteśmy przy analfabetyzmie, spróbuję pana Jarka oświecić: Właśnie tacy gówniani oszuści powodują utrudnienia w wyegzekwowaniu swoich praw przez konsumenta. Handlowcy próbują ograniczyć swobodę zwrotu gotówki za zakupiony towar, wprowadzając przeróżne upierdliwe procedury. Inną formą odbicia sobie strat spowodowanych przez takich cwaniaczków, jest zwyczajne obcięcie premii personelowi. To w sklepach.

            Jeszcze gorzej jest w systemie ubezpieczeń. Z powodu oszustów wyłudzających nienależne świadczenia, firmy ubezpieczeniowe, niezależnie od tego, czy to są ubezpieczenia społeczne, czy jakiekolwiek polisy komercyjne, podnoszą cenę ubezpieczenia, mnożą trudności z wypłatą odszkodowania, a także tną pensje szeregowym pracownikom (przecież nie zarządowi). Może analogia jest odległa, ale myślę, że jest ona do ogarnięcia dla każdego.

            Nie będę mnożyć podobnych przykładów strat, jakie ponoszą wszyscy z powodu drobnych cwaniaczków pokroju Kuźniara, ale pozwolę sobie podkreślić fakt, że kto jak kto, ale on jest osobą zarabiającą grubo powyżej średniej krajowej i niejeden obywatel chciałby zarabiać na rok tyle, ile on w ciągu miesiąca, a mimo to zachowuje się, jak złomiarz. Pozostaje mi zatem podrzucić Jarosławowi Kuźniarowi kilka pomysłów na dalsze wakacyjne „oszczędności”:

  1. Z wycieczek zawsze przywozimy hotelowe ręczniki, sztućce z lokali gastronomicznych, mydło i papier toaletowy z toalet oraz ketchup, sól, pieprz i serwetki z McDonalds.

  2. Odwiedzamy wyłącznie punkty gastronomiczne ze szwedzkim stołem, bądź typu „zjedz tyle ile zdołasz”, skrycie wypełniając kieszenie jedzeniem- będzie w sam raz na rodzinny piknik.

  3. Przeskakujemy przez barierki do płatnego kibla.

  4. Jeżeli palimy, to cudzesy, jak nie palimy, to też sępimy, żeby nie wyjść z wprawy. Podobnie nigdy nie kupujemy miętusów, zawsze się częstujemy. Są lokale, w których dają je gratis, kieszenie w marynarce mamy nie od parady. Pamiętajmy, że takie cukierki zawsze można dać dziecku, zamiast mu kupować loda!

  5. Podzielmy się z niewidomym żebrakiem jego zarobkiem. Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal!

  6. Po powrocie, nie zapomnijmy wdrożyć najbardziej udanych wakacyjnych patentów oszczędnościowych. Przypominam, że nie musimy płacić za śmieci- można je podrzucać sąsiadom. Internet można ciągnąć z niezabezpieczonych hasłem sieci. Telewizję można oglądać przez szybę sąsiada, a garmażerkę organizować na weselach, chrzcinach i komuniach. Gościom serwujemy kisiel i herbatę z wody po pierogach, a następnym razem jedziemy na wczasy do Radomia.

            Zawsze, gdy jakiś znany Polak zrobi coś obciachowego, jest mi z tym niedobrze. Nie dlatego, że nie daję rodakom prawa do błędu. Po prostu, mieszkam za granicą. Tutaj, jeżeli coś zmajstruje Irlandczyk, to media powiedzą o mężczyźnie, ale jeśli coś zrobi mój ziomal, to wszyscy się dowiedzą, że zrobił to Polak. To nie tyle dyskryminacja, co mimowolne tworzenie stereotypów. W Polsce jest podobnie: Incydentów dokonują Rosjanie, Ukraińcy, Anglicy, Rumuni, bądź mężczyźni/ kobiety. Czyż nie? Więc jeżeli jakieś plotkarskie media uznają, że znany polski dziennikarz narobił wystarczającej obory, by o tym napisać, nie omieszkają podkreślić jego narodowości. Dlatego apeluję o odrobinę dobrego smaku, panie Kuźniar, państwo Hofman, Rokita, pani Gosiewska i cała reszto nieopatrznie i w złym momencie wyeksponowanych postaci. Tym bardziej, że jest on bardzo pomocny w życiu.

 


 

22:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
niedziela, 22 marca 2015

            Przepełniony swym pszenno- buraczanym patriotyzmem Polak na stałe mieszkający w Irlandii, zamieścił na f-b wyjątkowo durne zdjęcie w biało- czerwonej koszulce „Polska” z podpisem „Even Ireland need a hero” (nawet Irlandia potrzebuje bohatera). Po jakimś czasie okazało się, że uraził tym mocno swych irlandzkich przyjaciół, którzy latami okazywali mu wiele wyrozumiałości. W okresie boomu miał bowiem firmę zajmującą się usługami budowlanymi i zaznajomił się dzięki temu z wieloma ludźmi na poziomie. Problem w tym, że on rozpuścił pieniądze zarobione w czasach koniunktury (sportowy samochód, niezliczone gadżety), firma mu zbankrutowała, a on sam od siedmiu lat siedzi na zasiłku. Mimo to, poznani w latach dobrobytu dobrzy ludzie, cały czas wykazywali się życzliwością, pomagali mu, a pomoc była nieoceniona, zważywszy że miał dwójkę małych dzieci.


            Nie wiem, czy każdy wychwytuje kontekst sytuacji: Długotrwale, bo od siedmiu lat, bezrobotny facet z Polski, siedzi na irlandzkim zasiłku, korzysta z tutejszej pomocy społecznej dla siebie, niepracującej żony i dwójki dzieci, irlandzcy znajomi doposażają mu dom w ekwipunek dla dzieci (łóżeczka, zabawki, ubranka po swoich dzieciach, a nawet meble i urządzenia domowe) i wyskakuje z hasłem, że Irlandia potrzebuje Polaka- bohatera. Zdaje się, że dziś feralne zdjęcie jest usunięte, ale mleko się rozlało...!


           Co ja mogę powiedzieć o jego patriotyzmie? Kiedyś u niego bywałem, ale przestałem: Zawsze w ciągu wizyty, zarówno on, jak i małżonka, kursowali po całym domu ze szklankami piwa, które non- stop uzupełniali. Nie czuję się dobrze w sytuacji, gdy widzę że w domu są małe dzieci, a rodzice otwierają pierwszą, drugą, czwartą puszkę piwa, a jest dopiero południe. Po prostu nie chce mi się domyślać, co się dzieje, gdy nadchodzi wieczór. Ale miało być o patriotyzmie: Wczoraj mu zasugerowałem, by posłał dzieci do polskiej szkoły, w której pomagam jako wolentariusz. Dowiedziałem się, że to „bez sensu”, bo oni i tak nie zamierzają wracać do Polski, a poza tym, to by trzeba było dzieci jakoś tam dowieźć, a miesięczne czesne za dwójkę, to 100 euro, a potem jeszcze trzeba dzieci odebrać, a dzieci i tak cały tydzień do szkoły chodzą.


            Znacie bardziej zajętego człowieka od bezrobotnego? Bo ja nie! Wiem to po swoim kuzynie- alkoholiku. Żeby się z nim spotkać, przechodzi się procedury, jak przed audiencją u papieża: Dzień wcześniej trzeba się zapowiedzieć, a w dniu przyjazdu potwierdzić, bo taki jest zarobiony, że może go w domu nie być. I to samo z tym małżeństwem. Oni dzieci, biedaki, cały tydzień wożą do szkoły. To straszny wysiłek, jak dla kogoś, kto nie pracuje! Dwa kilometry w jedną i dwa kilometry w drugą stronę!


            Niestety, sytuacja nie jest odosobniona. Podobną historię widziałem jakieś dwa lata temu, gdy moi znajomi próbowali namówić innych znajomych, na posłanie dziecka razem z ich córką do polskiej szkoły. Zależało im, bo akurat oni dowozili swoje dziecko 40 km w jedną stronę i ulżyłoby im, gdyby mieli kogoś na zmianę- raz oni by wozili cudze dziecko, raz im by wozili córkę. Tłumaczenie było identyczne: Po co, jak oni nie planują wracać do Polski?! Wczorajsze zdarzenie było niczym deja vu.

            Szkoła, w której pomagam ma 20 uczniów- w tym 9 w grupie przedszkolnej. 20 rodzin na olbrzymią, kilkutysięczną społeczność polską, zdecydowało się posłać dzieci na naukę języka polskiego, polskiej historii, geografii, zwyczajów. Polskie dzieci w Irlandii mają niepowtarzalną szansę na naturalne, niemal bezwysiłkowe nabycie dwujęzyczności, ucząc się w szkole po angielsku, a rozmawiając w domu po polsku. Żeby jednak mówić o znajomości języka, potrzebna jest znajomość w mowie i piśmie. Osobę, która nie umie czytać ni pisać, nazywamy analfabetą. Jeżeli rodzice nie poślą dziecka do polskiej szkoły, to dwujęzyczność szlag trafi, gdyż z języka polskiego będzie nieczytate- niepisate. Jakiż to patriotyzm, móc dziecko tanim kosztem wykształcić i tego nie zrobić? Oj, bohaterze- Polaku!

 

 

11:15, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
piątek, 20 marca 2015

            Ostatnio dociera do mnie mnóstwo ponurych nowin. Zaczęło się od informacji, że jeden z blogowych znajomych, nie waham się użyć stwierdzenia, że mocno zasłużonych dla blogosfery, trafił w stanie agonalnym do hospicjum. Poczucie bezsilności jest jednym z najtrudniejszych do akceptacji i nie inaczej odczuwam to teraz. Trafiło mi się to w chwili przerwy po dziesięciodniowym okresie intensywnej pracy i nie bardzo wiedziałem, czym się zająć, by odwrócić swoją uwagę w innym kierunku. Dość naiwnie wybrałem najłatwiejszy sposób, przeglądanie sieci- nie miałem ochoty na aktywność, po prostu liczyłem na to, że bez wkładu własnego, zajmie mnie jakiś pozytywny przekaz. Jak się pewnie domyślacie, nie było to najlepsze rozwiązanie...

            ...Malina na swoim blogu opisała pewną bulwersującą sprawę. Kliknijcie tu, by poczytać więcej. Ja ze swej strony zasygnalizuję tylko temat, bo czegokolwiek bym nie powiedział, czułbym niedosyt. Chodzi o to, że administracja Facebooka uznała, iż społeczność „ŚMIERĆ KOMOROWSKIEMU” nie narusza ich norm. Zastanawiać się zacząłem, co u tych porąbańców narusza normy.

            W takich chwilach, lubię odreagować muzyką. Nie miałem wątpliwości, na co mam ochotę. Apokaliptyczna wizja, mariaż tolkienowskiej wojny wszelkich szkarad wszystkich światów z katalogiem perwersji, jakich nie powstydziłby się markiz de Sade, czyli punkowa Siekiera z najobszerniejszego, jak dotąd, zapisu jej twórczości zatytułowanego „Na wszystkich frontach świata”. Potężna dawka nadrealistycznego turpizmu pozwoliła mi się pozbyć rosnącej gdzieś w środku agresji. Swoją drogą, mieli chłopaki odwagę, by śpiewać coś, czego nawet dziś nie odważyłby się włączyć do repertuaru żaden uznany muzyk. I tylko czasem, gdzieś wśród wywiadów ze znanymi osobami polskiej kultury dowiadujemy się, że muzyka ta do dziś inspiruje..., niedawno z niekłamaną satysfakcją dowiedziałem się, że jest to ulubiona grupa Masłowskiej, a jej sztuka z 2008 roku „Między nami dobrze jest”, tytuł zawdzięcza utworowi autorstwa Tomasza „Dzwona” Adamskiego z repertuaru Siekiery, której był niekwestionowanym liderem. Jedyny minus, to że muzykę trzeba odtwarzać mając przed nosem teksty, gdyż dykcja Budzyńskiego nie była w stanie sprostać szybkim i niesamowicie ciężkim do wymówienia w tym tempie tekstom, a to wszystko było pogłębiane brakami technicznymi sprzętu, do jakiego dostęp miała wtedy grupa.

 

KIERUNEK ATAK.

 

przyszli rano zabić skuć

czterech karłów byk bez nóg

stara koniec szkoda słów

 

z kopa zaraz poszły drzwi

ryży karzeł szczerzy kły

stara koniec z tobą już

 

to jest nasza wojna rżnij

nie ma żywych nie ma sił

trzeba ruszać trzeba iść

 

kierunek atak

kierunek atak

kierunek atak

 

Tomasz „Dzwon” Adamski, Siekiera.

 

 

            Podziałało, bańka agresji pękła zgodnie z zasadą „walcz ogniem z ogniem”, choć pozostał ponury nastrój. Pozostałem więc w klimacie szarego początku lat osiemdziesiątych, a w odtwarzacz poszedł mój ulubiony tegoroczny prezent, składanka grupy Kryzys „78-81”. Tak się złożyło, że w tym samym momencie przeglądałem fotoreportaż z portalu Gazeta.pl z rocznicy aneksji Krymu, fetowanej hucznie tuż obok miejsca, gdzie zaledwie kilka tygodni temu zamordowano Niemcowa.


            Jakże niezwykle mi pasowała ta pełna beznadziei muzyka młodych ludzi, pełna niedoskonałości i braku siły przebicia próba wyartykułowania swojego buntu do obrazu współczesnej Rosji- kraju cywilizacyjnie stojącego na poziomie Polski początku lat dziewięćdziesiątych, a ustrojowo i politycznie na poziomie Polski lat osiemdziesiątych właśnie. Ten tłum ubranych w co się da ludzi (jedynymi ubranymi ze smakiem obywatelami są przyodziani w dobrze skrojone galowe mundury wojskowi), składający wiernopoddańczy hołd złożony człowiekowi odpowiedzialnemu za to, że jeszcze przez najbliższe ćwierć wieku Rosjanie będą chodzić w walonkach, owijać nogi w onuce, żywić się wódką, słoniną i ogórkiem.


            Znaleźli swojego bohatera, dzięki któremu setki ledwie pełnoletnich Rosjan wracają w plastikowych workach i nawet nie można głośno powiedzieć, jak i gdzie zginęli. To dzięki niemu rosyjskie nastolatki masowo będą się zatrudniać w przemyśle pornograficznym, bądź sprzedawać się zachodnim dziadygom na portalach matrymonialnych- ciało i wierność w zamian za wyrwanie się z piekła. Deja vu? A jakże, znamy to, początek lat dziewięćdziesiątych, Polska ćwierć wieku temu! Kraina tanich dziwek i ulicznych handlarzy, marzących o pracy na czarno w Niemczech, bądź Austrii, czy Holandii, nastolatek gotowych się sprzedać każdemu podstarzałemu i z lekka niedołężnemu niemieckiemu, bądź włoskiemu księciu z bajki oraz uzależnionych mężczyzn, którzy wykonają najbardziej podłą pracę w każdych warunkach, za pół najniższej pensji. Tylko, że Polska się zmieniała- odchodziła od tego, co ją niewoliło, a Rosja właśnie wiwatuje na cześć sprawcy swojej tragedii, mając go za Mesjasza. To się nazywa „myśl konserwatywna”.


            Kreml..., obrzydliwa, ozdobiona poza wszelkie wyobrażalne granice dobrego smaku architektura pyszniąca się pośród rusztowań i najnowszych kolosów oraz szalonej biedy ludzi tańczących właśnie swój chocholi taniec. Tam już tylko nasrać.


            Zastanawia mnie tylko, jak długo ta anormalność będzie tam trwać, ile można się żywić wyimaginowanym honorem, gdy tak naprawdę nie ma dziś europejskiego narodu, traktowanego z większą rezerwą i z daleka, na odległość kija od szczotki, niż Rosjanie. Narodu skorego do tych wszystkich upokorzeń na własne życzenie, robiącego z siebie durniów udających, że nie wysyłają wojsk na Ukrainę i udających święte oburzenie, gdy się porównuje ich działania do początkowego stadium militarnej polityki Hitlera. Ujeżdżonego przez własnych oligarchów i wykreślonego na dłuższy czas z listy partnerów przez Europę.


            A jednak..., wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć, że nie wszystko jest takie podłe. Mnie, żeby wyjść z tego matrixa, wystarczy chwilę porozmawiać z uśmiechniętymi sąsiadami, którzy od czasu do czasu podrzucą mi w prezencie świeżą rybkę, czy inne irlandzkie przysmaki, ja się odwdzięczę polskimi czekoladkami, bądź bigosem, kogoś gdzieś podwiozę, ktoś zadba o pielęgnację trawnika przed moim domem podczas wyjazdu do Polski i od razu jest mi lepiej. Choć oczywiście zawsze najlepiej jest być w ramionach Ukochanej Kobiety, co serdecznie wszystkim panom polecam, a paniom analogicznie. Wtedy nie muszę nawet sięgać po tak spektakularne historie, jak te z fotoreportażu, który można obejrzeć klikając tutaj- w ostatni akapit. Gdy sobie o tym pomyślę, to nawet dzisiejsze zaćmienie słońca, przesłonięte grubą warstwą irlandzkiej mgły, nie wydaje się być takie szare i ponure.

 

 

14:53, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
wtorek, 17 marca 2015

            W Legionowie policja próbowała zatrzymać grupę osób podejrzaną o handel narkotykami. Jeden z zatrzymanych, dziewiętnastolatek, wkrótce zasłabł i zmarł. Okazało się, że wykazał się specyficznym intelektem, który mu podpowiedział rozwiązanie godne „Nagrody Darwina”- połknął woreczek z marihuaną i się nim zadławił, kończąc dość marnie i niechlubnie. Jeżeli o mnie chodzi, mój głos ma, a co mi szkodzi, chętnie zagłosuję na naszego, polskiego idiotę!

            Nie rozumem jednego: Po co mieszkańcy Legionowa napadają na budynek Policji Państwowej, dlaczego rzucają w policjantów kamieniami, śląc im groźby i wyzwiska? Żeby zdobyć „Nagrodę Darwina”, trzeba po prostu wysłać zgłoszenie waszego bohatera do kapituły nagrody i podsyłać listy z głosami poparcia! Chyba, że mieszkańcy Legionowa pozazdrościli denatowi sławy i chcieliby stanąć zbiorowo do konkursu, mając nadzieję na „NIESPODZIEWANĄ” (i grożącą nominacją do „Nagrody Darwina”) śmierć podczas bandyckiego napadu na posterunek.

            Niesamowicie drażni mnie gówniarskie podejście do życia u ludzi dorosłych, którzy powinni charakteryzować się odpowiedzialnością za swoje czyny, a nie łamaniem prawa i tchórzliwą (i co groteskowe, niezwykle durną) próbą uniknięcia konsekwencji. Żeby nie być gołosłownym:

            Fotoradary- ile to razy w dyskusjach o tych urządzeniach słyszałem lament, że przyczyniają się do wypadków, bo kierowcy na ich widok dają zbyt ostro po hamulcach. Co trzeba mieć pod beretem, żeby obwiniać fotoradar, stojący sobie spokojnie obok drogi, a nie idiotę, który uważał się za świetnego kierowcę, któremu żadne ograniczenia prędkości nie są potrzebne, a na widok stojącego nieruchomo poza poboczem urządzenia tak spanikował, że spowodował wypadek?! To co taki bubek by zrobił, gdyby zamiast nieruchomego fotoradaru poza drogą, zobaczył przeszkodę, która mu nagle wtargnęła na tor jazdy?! Gdyby to było dziecko, bądź ciągnik z długą przyczepą? Wiecie, dlaczego mamy tyle ograniczeń prędkości? Bo zarówno lokalne władze, jak i okoliczni mieszkańcy wiedzą, że chronią zdrowie własne i swoich dzieci. Wiedzą, że w ich miasteczku ciężko się przedostać na drugą stronę jezdni, bo tylu jest kierowców ignorujących pieszych. I to lokalni obywatele decydują o ograniczeniach, bo wiedzą, po co są. Niestety, jakaś magia sprawia, że jeśli tylko wsiądą za kierownicę i wyjadą ze swojego Grajdołkowa, to nie mogą się nadziwić, po co w sąsiedniej wsi mają ograniczenie i fotoradar.

            Wracając do naszego kandydata z Legionowa do „Nagrody Darwina”- powiedzcie mi, co było przyczyną tragedii: Gapcio nie wiedział, że handel marihuaną jest nielegalny, że niszczenie dowodów przestępstwa również podpada pod kodeks karny, czy może jego wybitnie rozwinięty mózg marihuanisty nie pozwolił na przewidzenie udławienia się woreczkiem? Cóż za inteligencja, cóż za twórcze myślenie! No to i wymyślił! Twardziel!

            A propos przestępców- idiotów. Kliknijcie tutaj, mam dla Was ciekawostkę z miasta, w pobliżu którego mieszkam. Warto przeczytać cały tekst, zwłaszcza zwrócić uwagę na bezczelność włamywacza próbującego szantażować ofiarę swej nieudolności i głupoty. Miłej lektury!

 

            Pozostając w klimacie przestępców- kretynów, rzućcie okiem na ciekawostkę, jaką podzielił się z nami Andy Lighter- klinijcie tu w te słowa i miłego oglądania!

 


 

12:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
niedziela, 15 marca 2015



„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”.

Jezus z Nazaretu, Mt 25,40.

 

            Wyobrażam sobie zatem biskupa Wesołowskiego gwałcącego chłopca z Dominikany, którego rysy nagle w niewytłumaczalny sposób upodabniają się do młodego Jezusa, syna Maryi. I wyobrażam sobie arcybiskupa Michalika, wołającego: „Ty się Jezus, na księdza biskupa nie obruszaj, bo kusisz, łobuzie, kusisz, dzieciaku z rodziny patchworkowej. Zobacz, do czego doprowadziły biednego księdza okrutne feministki!!!”

            Prawdziwe słowa wygłoszone przez arcybiskupa Michalika podczas homilii brzmiały tak:

            „Karygodne są nadużycia dorosłych wobec dzieci, o których wciąż mówią media. Jednak nikt nie zwraca uwagi na przyczyny tych zachowań. Pornografia i fałszywa miłość w niej pokazywana, brak miłości rozwodzących się rodziców i promocja ideologii gender”.

            O feministkach powiedział: „To one walczą o to, żeby w szkołach i przedszkolach wygaszać w dzieciach poczucie wstydu, a nawet o to, żeby mogły decydować o zmianie swojej płci”.

           O dzieciach rzekł też tydzień wcześniej, że "wielu molestowań dzieci dałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe, tłumacząc, że dziecko rodziców, którzy się rozwodzą, szuka miłości, lgnie do drugiego człowieka i wciąga go".

            Przypominam o tym wszystkim, ponieważ zaczęła się nagonka na Małgorzatę Marenin- feministkę, która pozwała abpa Michalika o zniesławienie poprzez obarczanie kobiecych działaczek winą za zbrodnię pedofilii. Moherowa sekta obrońców pedofili po raz kolejny próbuje sterroryzować sądy i wymóc wyrok uniewinniający. Machinę w ruch wprawia, a jakże, ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk, jego media aż huczą. Żeby nie być gołosłownym, fragment wypowiedzi ks. bpa Edwarda Frankowskiego dla Naszego Dziennika:

            „Zaczęło się kneblowanie ust tym, którzy mają odwagę mówić PRAWDĘ o fatalnych skutkach seksualizacji młodzieży szkolnej, a nawet dzieci, a więc o tym zagrożeniu, jakie niesie za sobą zgubna ideologia gender forsowana na siłę w Polsce. Polska, która jest twierdzą patriotyzmu i katolicyzmu, na skutek obłudnej polityki lewicowych i liberalnych władz staje się polem eksperymentów na żywym organizmie społeczeństwa. Władz, która zamiast dbać o rozwój społeczeństwa w oparciu o tradycję i wartości z jednej strony próbują podpierać się autorytetem Kościoła, papieży, biskupów, a z drugiej strony przemilczają i fałszują istotną treść nauki Kościoła o świętości życia, nienaruszalności i sakramentalności małżeństwa o Bożym ładzie w życiu małżeńskim i rodzinnym i wychowywaniu młodego pokolenia, na co wskazywał nam św. Jan Paweł II. Ten brak oparcia w zasadach i bezkarność stwarzają pole do manipulacji i prób zdyskredytowania autorytetów. Oskarżenie przed sądem najpierw we Wrocławiu, a teraz w Przemyślu ks. abpa Józefa Michalika za wypowiedź o zagrożeniach, jakie niesie ideologia gender, jest wyraźną próbą ograniczenia wolności nauczania Kościoła.”


TAK SEKTA POWSTAŁA NA TYM, CO ZOSTAŁO W NASZYM KRAJU Z RELIGII KATOLICKIEJ WNOSI SWÓJ WKŁAD W ROZWÓJ PEDOFILII W POLSCE!

 

            Jeżeli przyjrzyjmy się wypowiedziom biskupów, bez trudu zauważymy, że składają się na nie dwa nieodłączne elementy:

  1. Ukrycie sprawców pedofilii. Ani jeden z biskupów nie zająknął się o tym, że nawiązują do afery pedofiliskiej, której głównym bohaterem negatywnym był nuncjusz papieski na Dominikanie, ks. bp. Józef Wesołowski, który teraz jest chroniony przez papieża Franciszka, przez co klub pedofila na Dominikanie może się czuć bezpieczny, gdyż policja i prokuratura pozbawiona jest możliwości przysłuchania głównego podejrzanego. Arcybiskup Michalik ani słowem nie wspomina o duchownych, szybko odwracając uwagę na ogólnie pojętych dorosłych, rozwodzących się rodziców, feministki oraz, co jest po prostu haniebne, na dzieci- ofiary pedofilii. Biskup zaś Frankowski tak się rozpędził, że doszedł do oskarżania władz Rzeczpospolitej.

  2. Fałszywe oskarżenie, odwrócenie uwagi wiernych od prawdziwych sprawców pedofilii i jej skierowanie na fałszywy trop, by pedofile mogli dalej gwałcić swoje ofiary. Jest to oczywiście wbrew prawu ludzkiemu i boskiemu. Arcybiskup Michalik i biskup Frankowski plują „Bogu swemu” w twarz, gwałcąc przykazanie Dekalogu „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu. Dodatkowo pogardę dla „Prawa Boskiego” demonstrują żrąc regularnie tzw. „Ciało Chrystusa”, które zgodnie z zasadami religii powinni przyjmować w „stanie łaski uświęcającej”. Jak mają ten stan osiągnąć, jeśli zbrodni pomocy pedofilom, czy fałszywego oskarżania niewinnych osób nie biorą pod uwagę nawet w rachunku sumienia, nie mówiąc już o wyznaniu grzechu, zadośćuczynieniu pomówionym, czy mocnym postanowieniu poprawy. To zwykli sataniści wyznający antydekalog.

            Wróćmy do biskupa Wesołowskiego i słów Jezusa z Ewangelii wg św. Mateusza. Jak był wychowywany ksiądz biskup? Ano, wychowywany był zgodnie z tradycyjnymi, podhalańskimi wartościami, we wsi Mizerna, gmina Czorsztyn. Pobierał nauki w liceum ogólnokształcącym w Nowym Targu, by po maturze wstąpić do Wyższego Seminarium Duchownego Archidiecezji Krakowskiej. Święcenia kapłańskie przyjął z rąk ówczesnego kardynała Karola Wojtyły w katedrze na Wawelu. Zaprzyjaźniony z późniejszym papieżem Janem Pawłem II, czerpał garściami z tej znajomości, będąc ostatecznie wyświęcony przez niego na biskupa. Gdzie tu gender? Gdzie feministki? Biskup Wesołowski, wychowany na tradycyjnie religijnym Podhalu w duchu wartości katolickich i nauk Jana Pawła II, by gwałcić swojego małego Jezusa gdzieś na dalekiej Dominikanie, tam gdzie wpływ polskich feministek na dzieci jest zerowy!

            Na zakończenie kwestia „prawdy zawartej w naukach Kościoła o rodzinie”. Jak zarozumiałym i próżnym bucem trzeba być, by nauczać o rodzinie, nie mając z rodziną nic wspólnego, bo księża są co najwyżej reproduktorami i uciekają w stan duchowny od wzięcia na siebie odpowiedzialności za rodzinę. Owszem, mogliby mieć pojęcie, gdyby byli pedagogami. Tyle, że nimi nie są! Mają w pogardzie zdobycze nauki w temacie wychowania dzieci, atakując je na każdym kroku, jako przeciwwagę pokazując „tradycyjny model wychowania katolickiego” (patrz, bp. Wesołowski). Abp. Michalik jest z wykształcenia TEOLOGIEM DOGMATYCZNYM, a bp. Edward Frankowski, TEOLOGIEM PASTORALNYM, który doktoryzował się z SOCJOLOGII. Nieźli eksperci od manipulacji socjologicznych, ale z całą pewnością nie pedagodzy. Ich cała wiedza pedagogiczna, to własne fantazje seksualne ukształtowane przez opowieści z konfesjonałów i dyskusje między duchownymi, ewentualnie poszerzona wydawnictwami pornograficznymi. Jako facet, który w tym roku skończy 44 lata, mogę Wam powiedzieć, że fantazje seksualne rozmijają się dalece z rzeczywistością. Nie wszystko, co nas podnieca, gdy na to patrzymy, bądź sobie wyobrażamy, daje nam przyjemność w rzeczywistości. Co na ten temat może wiedzieć dwóch zaślinionych staruchów ze święceniami biskupimi, którym bliżej niż dalej do śmierci, a których wiedza o kobiecie i mężczyźnie opiera się na takich właśnie fantazjach?!

 

 

12:32, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
sobota, 14 marca 2015

            Ostatnio przez te miejsca w sieci, które zwykłem odwiedzać, a także na moim blogu, przetoczyło się kilka opinii na temat sposobu wyrażania przekonań politycznych oraz stosunku do oponentów. Nie tyle chciałbym tutaj włączać się do dyskusji, co napisać o swoich możliwościach i ograniczeniach, jako blogera.

            Nie muszę chyba udowadniać, że blogerzy nie mają możliwości konkurować z mediami ani możliwościami technicznymi, ani finansowymi, dostępnością do źródeł, ani pomocą prawną. Blogerzy nie dostają akredytacji dziennikarskich, nie mają szans na wywiady z osobami z pierwszych stron gazet, nie dotrą na pierwszą linię gorących wydarzeń, bo dowiedzą się o nich dopiero z mediów, których gorące łącza uprzedzają dziennikarzy o możliwościach. Dziennikarz wyśle ekipę, bądź pojedzie sam, legitymacja otworzy mu wiele drzwi, informatorzy dorzucą kilka kamyczków do ogródka, a za wszystko zapłaci koncern medialny.


           W praktyce oznacza to dla mnie, jako blogera ni mniej, ni więcej, tylko że dowiadując się o wszystkim po fakcie, dostając do wglądu przerobione przez inne media informacje, nie mam szans na zainteresowanie czytelnika formami dokumentującymi rzeczywistość polityczną. Po prostu, jestem spóźniony i niedoinformowany. Nie mam szans na ciekawy reportaż, czy wywiad. Żeby zatem nie zanudzić czytelnika, żeby sprawić, by ktokolwiek zaglądał na łamy mojego bloga i nie żałował, że tracił czas, sięgam po felieton. Nie mogę kopać się z koniem i próbować Was zachwycić świeżością informacji, nie będę nigdy pierwszym, który Wam udostępni nowości, za to mogę to skomentować, zaprawić humorem, ironią i kpiną, zrobić retrospekcję tego, co dawno straciło świeżość, lecz danemu wątkowi nadaje nowych barw.


            Według definicji, felieton jest formą publicystyczną, krótkim i lekkim w formie utworem dziennikarskim, wyrażającym osobisty punkt widzenia, często w sposób skrajnie złośliwy. Charakteryzuje go wybiórczość, sprawne ślizganie się po temacie, zaskakujące zwroty akcji i swoisty humor.

            Na wszystko jest miejsce i czas. Nie wymagajcie od blogera piszącego felietony obiektywizmu i taktu, gdyż felieton z definicji zawiera kpinę, ironię i prywatne opinie autora. Miejscem na obiektywizm jest reportaż oraz kanały informacyjne. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że zawodowi dziennikarze, przy pomocy swoich pracodawców, ze swoimi wszystkimi możliwościami informacyjnymi, technicznymi i finansowymi, zamiast n.p. przekazać wypowiedź znanej i wpływowej osoby, opowiadają o tym, co ona powiedziała i komentują nie wypowiedź tej osoby, lecz to, co oni sami opowiedzieli. Ja wiem, że powstały ohydne pseudodokumenty, w których zamiast przeprowadzać wywiady z ludźmi, przeprowadzano wywiady z podstawionymi i wmieszanymi w tłum aktorami odgrywającymi rolę przypadkowych uczestników zajść. To tam powinno być kierowane oburzenie spowodowane brakiem obiektywizmu, gdyż jest to fałszowanie rzeczywistości w formach mających za zadanie jej wierne relacjonowanie. Jeżeli miła jest nam prawda, powinniśmy pilnować czystości źródeł.


            Jestem blogerem- felietonistą. W sposób humorystyczny przekazuję Wam swój punkt widzenia na sprawy znajdujące się w kręgu moich zainteresowań. Nie jestem kanałem informacyjnym, nie jestem reporterem, by wymagać ode mnie obiektywizmu. Ja Wam przekazuję SWOJE wnioski, stworzone na podstawie materiałów źródłowych, starając się Was przy tym zabawić.

Pozdrawiam,

 

-Woland.

 


 

11:55, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 09 marca 2015



            Z chwilą inauguracji kampanii wyborczej przez urzędującego prezydenta Komorowskiego, wybudzono z letargu PiSowską rogaciznę, będącą prawdziwą twarzą „przebojowej” kampanii kolejnego prezydenta technicznego na posyłki Jarosława Kaczyńskiego, europosła Dudy. Spodziewać się należy nasilenia buczenia, beczenia, bekania, pierdzenia, etc. PiSowskiej siły sprawczej, jak to było na wiecu Bronisława Komorowskiego w Nowym Targu i Krakowie. Z tej to okazji, przypomnę zawartość portfolio wspomnianej rogacizny:

  1. Wybryki okołosmoleńskie: Rzucanie słoikiem z fekaliami w tablicę upamiętniającą ofiary katastrofy w Smoleńsku, śpiewanie „Sto lat” na wiecu rocznicowym upamiętniającym ofiary, brawurowe wykonanie bliżej nieznanego hip- hopu zaczynającego się słowami „sp....alaj czerwona k...o do telewizji”- również na tym wiecu. Na innym spotkaniu z tej serii miało miejsce przerwanie modlitwy „Ojcze nasz”, zastępując go kimś znacznie ważniejszym JA-RO SŁAW, JA- RO-SŁAW! Próbowano też staranować barierki ochraniające Pałac Prezydencki oraz demonstracyjnie olano krzyż harcerski, którym po przeniesieniu do kościoła PiS z kulawą nogą się nie zainteresował, choć gdy stał pod koniem Poniatowskiego, to ze łzami w oczach owijali się dookoła niego krzycząc „Prosimy, nie zabierajcie nam krzyża”. Możliwe, że mylili go z rurą do tańca go-go! Tam też paradowali próbując nas przekonać, że zasady dynamiki Newtona nie działają, jeżeli tylko wystarczająco liczna sekta zaprzecza im w teoriach zespołu specjalnej troski Macierewicza.

  2. Wybryki powązkowskie: Buczenie, gwizdanie i inne niezidentyfikowane odgłosy podczas apelów poległych powstańców warszawskich 1944, oraz nasilanie tych bydlęcych głosów na widok oficerów AK- żołnierzy Powstania Warszawskiego. Przypomnę, ze w czasie wojny za takie zezwierzęcenie- z rozkazu AK było mycie latryn do końca wojny i czapa w razie niewykonania kary.

  3. Wybryki z Katedry Św. Jana- wydawanie zwierzęcych odgłosów, do których nas sekta przyzwyczaiła, podczas ingresu arcybiskupa Nycza w nawie głównej świątyni- w samym centrum uroczystości.

  4. Wybryki na Dzień Niepodległości- podpalanie Warszawy, zrywanie bruku, ataki na policję, dzikie, zwierzęce okrzyki, tak nam dobrze znane z innych wystąpień publicznych rogacizny.

            Sami rozumiecie, że wobec tak częstych praktyk wprost z marnej obory (nie mylić z operą), buczenie i gwizdy na wiecu Komorowskiego, czy próba rzucania w niego krzesłem, to nieprzygotowane należycie, spalone na panewce akcje. Tym niemniej zwrócę uwagę na taktykę łamania oporu słynącymi z solidnej nadwagi aktywistkami PiS i partii wasalnych. Pozwolę sobie wymienić najsłynniejsze:

  1. Beata Kępa, ksywa „Taran”. Hasło: Na Pałac Prezydencki”. Wsławiła się próbą przeskoczenia przez barierki chroniące siedzibę Prezydenta RP- czyli miejsca, które w teorii każdy Polak powinien chronić.

  2. Marzena Wróbel, ksywa „Pociąg Pancerny”. Hasło: „Nie dopuść nikogo do głosu”- wsławiła się uniemożliwianiem prowadzenia prac sejmowej komisji śledczej d.s. nacisków.

  3. Krystyna Pawłowicz, ksywa „Krystyn Testosteron”. Hasło: „Dajcie mi żryć, tu- na sali obrad Sejmu, bo będę bluzgać! I tak będę bluzgać!”

  4. Anna Paluch, wschodząca gwiazda „bydlingu”, ksywa „Buuuu...”. Hasło: „Ja tylko wyrażam opinię, do diaska”. Wsławiła się jak dotąd jedynie organizacją buczenia na wiecu Komorowskiego w Nowym Targu, ale wszystko przed nią.

  5. Małgorzata Gosiewska, ksywa „Chwiejna Podróżniczka”. Hasło: „Golniem, bo pierdolniem, ja na samolot się tylko troszki spóźniłam”. Wsławiła się pijacką awanturą po spóźnieniu na odprawę na lotnisku w Charkowie.

  6. Mariusz Błaszczak, ksywa „Żona prezesa”, wsławiła się tym, że chodzi w męskich garniturach i stara się mówić grubym głosem, który jej drży, jakby się bała, że się najbliższemu z prezesów nie spodoba.

            Czekamy na dalsze atrakcje i liczne dowody głęboko ukrytej inteligencji elektoratu PiS. Ten bydlęcy kamuflaż jest niesamowity. A gdyby towarzystwu przeszkadzać zaczęła słoma wystająca z butów, to popatrzcie jak dzielnie znosi to prezes.

P.S. Ja sobie tutaj tak frywolnie piszę, ale uczestnicy wspomnianych zajść zdają się być z nich dumni, więc chyba nikogo nie uraziłem przypominając część z ich bogatego dorobku!


23:09, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (29) »
niedziela, 08 marca 2015

            Ledwie napisałem tekst o dyskryminacji ze względu na adres zameldowania, a tu mam jej nowy przykład: Jakiś konkurs „Blox- a”, gdzie mogą brać udział jedynie blogerzy mieszkający w Polsce. Właściwie nie „jakiś”, bo o asertywności. Tak się złożyło, że mam w tym temacie historyjkę, którą zamieszczę (poza konkursem, skoro konkurs jest nie dla mnie). Czy ja nie jestem zbyt wielkim altruistą? Piszę gratis, reklam nie zamieszczam, piszę w temacie konkursów, w których nie biorę udziału, nie zgłaszam bloga na „blog roku”..., cholera, coś ze mną może być nie tak. Wracając do historyjki: Być może natknęliście się na jej strzępki w jednym z moich komentarzy, bo z pewnością w jakiejś formie już o tym wspominałem. Jest o tyle aktualna, że dotyczy wciąż żywego obyczaju „załatwiania roboty”, więc chętnie ją przytoczę nieco dokładniej.


            Polacy po dziś dzień mają silne tendencje do tzw. „załatwiania pracy”, które tak naprawdę sprowadza się do przedstawienia propozycji nowego pracownika własnemu pracodawcy. Robią to z różnych pobudek: Czasem dla kasy, wyłudzając od starającego się łapówkę, czasem dla lansu, by sprawić wrażenie takich, od których coś zależy. Jeszcze w innych przypadkach, chodzi o „pomoc przyjacielską” lub wręcz „pomoc rodzinną”. Pół biedy, jeśli to nam na tym zależy, bo ponosimy konsekwencje swoich zachcianek. Zdarza się jednak, że nie potrafimy odmówić, podczas gdy wymaga tego od nas zwykła odpowiedzialność. Tak, bo w pierwszej kolejności odpowiadamy za to, by pomóc samym sobie i realizacji obowiązków, za które jesteśmy odpowiedzialni- inaczej nie tylko nie będziemy w stanie pomóc nikomu, ale to my będziemy wymagać pomocy.

            W czasach boomu gospodarczego, wraz z falą emigracji zarobkowej, przybyła nieco mniej liczna, za to dająca znać o sobie fala drobnych cwaniaczków, którzy bardzo chętnie zorganizują taki interes, na którym można wydymać zdezorientowanych rodaków, bo takie cwaniaczki mają to do siebie, że są bardzo odważni, ale jedynie wobec słabych. Gniew mocnych, na przykład przełożonego, powoduje u nich popuszczanie zwieraczy i wycofanie. Zetknąłem się z nimi i ja, tępiłem jak mogłem- w efekcie cwaniaczki próbowały mnie przekupić podwójnymi stawkami. Jak się domyślacie, chodziło o przyjęcie do pracy. Tak się składało, że miałem sporo w tym temacie do powiedzenia, będąc foremanem w czasach, gdy brakowało rąk do pracy. Ponieważ jednak widziałem w życiu to i owo, zupełnie nie kusiło mnie, by kasować od jakiegoś nieszczęśnika pół miesięcznej pensji w zamian za przyjęcie niepewnej osoby, gdyż interesowali mnie uczciwi pracownicy, a nie tacy, którzy zaczynają robotę od przekupstwa. Szukałem więc pracowników- i owszem, ale spełniających odpowiednie warunki. W tym celu poprosiłem mieszkającego w Polsce kuzyna o rekomendacje dla chętnych z jego miasteczka. Chwilowo potrzebowałem jednego, ale zapotrzebowanie rosło, a ja korzystałem z informacji, pozwalając przybyłym ściągać ich znajomych, o których dowiadywałem się uprzednio interesujących mnie kwestii. Z czasem oni sami zaczęli podejmować ryzyko rekomendowania szefowi ludzi, który się na to zgadzał, więc umyłem od tego ręce. Szybko zaczęło się okazywać, że późniejsza zbyt pobieżna rekrutacja przynosiła wstyd rekomendującym i kłopoty firmie, ale to było do przewidzenia i nie to chcę opisywać.

            Gdy odwiedziłem w końcu kuzyna, od którego miałem informacje na temat pracowników, stało się coś, czego się obawiałem: On sam poprosił o pracę. Jednocześnie o załatwienie pracy poprosił mnie drugi kuzyn- brat pierwszego. Problem polegał na tym, że jeden z nich był alkoholikiem, bez znajomości języka (wówczas istniał jeszcze cień szansy, że tylko pije ryzykownie), a drugi chciał sobie jedynie dorobić w wakacje i zostawić mojego szefa, mnie i całą resztę firmy z ręką w nocniku. I tu kłania się magiczne słowo: ASERTYWNOŚĆ.

            Zacząłem od rozmowy z tym kuzynem, który był chętny jedynie na wakacyjne dorobienie do niemałych skądinąd dochodów, które generował w Polsce. Najpoważniej w Świecie zacząłem się wypytywać, czy ma plan, jak ściągnąć całą rodzinę, bo praca na mniej niż dwa lata nie wchodzi w rachubę. Nie był zadowolony, ale wydukał, że praca na dwa lata, to u niego nie wchodzi w rachubę. Ponieważ ten blog czytają raczej dorośli- z doświadczeniem zawodowym, często już na emeryturze lub rencie, mam nadzieję że każdy zdaje sobie sprawę, że dwa lata, to nie żaden kosmiczny cyrograf, lecz jak najbardziej realny okres pracy, który daje szanse pracującemu odłożyć jakąś sumkę, a pracodawcy gwarantuje zwrot nakładów na szkolenie- irlandzkich technologii w Polsce wtedy nie stosowano, więc bez nauki ani rusz.

            Pozostał jeszcze drugi kuzyn. Szczęśliwie dla mnie, miałem dla niego przygotowaną już z dawna propozycję, bo to on mi w końcu pomagał w selekcji ludzi i chciałem dać mu szansę na lepsze życie. Wskazałem mu szkołę językową, w której uczą metodą Callana- daje to szybki efekt pozwalający na podstawowe porozumienie. Metoda ta była stosowana w armii- specjalnie opracowano ją dla prostych potrzeb. Miałem też dowód jej skuteczności w postaci kolegi z pracy, który skorzystał z dobrodziejstwa tej szkoły oraz stosowanej przez nią metody i w trzy miesiące nauczył się dukać mniej- więcej tak, jak mało przykładający się licealista przez cztery lata ogólniaka, zatem dla potrzeb bezpieczeństwa prac na budowie, przy założeniu mojej obecności, wystarczająco. Obiecałem kuzynowi, że jeżeli odbędzie półroczny kurs i wręczy mi certyfikat, dam mu pracę. Otrzymałem wtedy chyba najkomiczniejszą odpowiedź osoby starającej się o pracę, jaką w życiu skierowano do mnie: „Piotrek, ale nie ma sprawy..., tygodniówka się znajdzie..., nie ma sprawy..., weźmiesz mnie do roboty, a po pracy..., nie ma sprawy..., siądziemy sobie i będziesz mi mówił, jak jest kielnia, czy młotek...”.

            Piękna odpowiedź, jak na bezrobotnego, przyznacie. Do tej pory budzi moje rozbawienie, graniczące z niedowierzaniem, że jednak tak można. Facet, który nie ma nic do roboty, broni się przed nauką, próbując mi wmówić, że jak będzie miał pracę, to wtedy znajdzie czas i na naukę, bo jak pracy nie ma, to i czasu nie ma. No i to słodkie przekonanie, że nauczycielem, osobistym i gratisowym, będę ja- i że to jest w porządku. Do tego należy dodać kompletne niezrozumienie tego, po co mu będzie język angielski w Irlandii, bo uwierzcie mi- potrzeba umieć dogadać się w urzędach, rozmawiać o sprawach finansowych i harmonogramie dnia z przełożonym, potrzeba znać podstawowe słowa, by zrozumieć ostrzeżenie w razie niebezpieczeństwa, ale „kielnia” po angielsku jest najmniej potrzebna (chachacha, sam tego nie pamiętam, choć z ciekawości po tamtym zajściu sprawdzałem w słowniku).


            Nie wiem, czy zauważyliście, ale jak pokazuje historyjka o dwóch kuzynach, asertywność wcale nie musi oznaczać gburowatego odmawiania każdej prośbie. Zazwyczaj jest tak, że jeżeli ktoś nas prosi o coś mało korzystnego, a istnieją powody, dla których niezręcznie byśmy się czuli odmawiając, można spełnienie prośby obwarować takimi warunkami, by nikomu nie stała się krzywda, za to bardzo łatwo się wtedy dowiemy, czy dana osoba nie chce nas wystawić do wiatru. Oklepanym do granic możliwości przykładem, jest tutaj kupienie kilku bułek i kilku pętek kiełbasy żebrakowi proszącemu o pieniądze na jedzenie. Jak widać, da się to zachowanie w nieco zmodyfikowanej wersji stosować i w innych sytuacjach. Warto przy tym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz: Jeżeli osobie proszącej o przysługę nie spodoba się nasza rzucona z dobrego serca propozycja i ją odrzuci, jakże nam się wszystko w mózgu ładnie poukłada. Już nie będziemy mieć wątpliwości, czy zrobiliśmy dobrze, bo rozwieje je sam zainteresowany.

 

 

21:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2
Tagi