RSS
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

            Zainspirowane autentycznym wywiadem telewizyjnym, w którym gośćmi było dwóch rozpoznawalnych polityków, którzy koniecznie chcieli coś powiedzieć z telewizora.

 

Osoby:

-Pani Redaktor,

-Pan Januszek,

-Pan Robercik.

 

 

            Telewizyjne studio, dookoła trwa krzątanina techników w pośpiechu dopracowujących ostatnie szczegóły, Januszek i Robercik przy kawce zawzięcie o czymś dyskutują. Wchodzi Pani Redaktor.

 

-Dzień dobry Januszku, dzień dobry Robercik.

-Dzieeeeń- dooooo- bryyyy......!

-Bardzo się cieszę, że przyszliście, a wiecie, co będziemy robić?

-Będę w telewizorze, będę w telewizorze! Mnie zawsze najmniej bierzecie do telewizora, to jest niesprawiedliwe!

-Dobrze, już, dobrze, Januszku, ale teraz bardzo się cieszymy, że jesteś i wiecie, co będziemy robić??? Będziemy robić WY.....

-...WIAD.

-Świetnie, chłopcy, cieszycie się?

-Zobaczymy!

-Tak, cieszymy się, hura, hura, Pani Redaktor!

-Pedał!

-Chłopcy, spokój, zaraz wchodzimy na wizję.

 

-Witam państwa, wybory za pasem, moimi i państwa gośćmi Pan Januszek...

-Dobry wieczór państwu.

-...i Pan Robercik.

-Witam państwa serdecznie.

-Cieszymy się, że możemy gościć panów w studio, może zacznie Pan Januszek: Co chciałby pan zrobić w Europarlamencie.

-Otóż, ja chciałbym rozpieprzyć!

-Słucham?!

-Rozpieprzyć, zrobić taką rozpiździuchę i rozpieprzyć Unię ciach- ciach! Wiadomo, że jak coś jest kolektywne, to jest do niczego!

-Na przykład jakby Lewandowski wyszedł w reprezentacji sam, to by wygrał, a tak, wychodząc razem w jedenastu, to znowu umoczyliśmy???

-Pani jest, niestety, idiotką!

-To może Pan Robercik.

-Ja to bym chciał do Europarlamentu, bo żeby Unia nam pomogła.

-A w czym „bo żeby nam pomogła”?

-Ja to bym chciał, żeby można było jarać blanty!

-?!

-Chciałbym, żeby marihuana była legalna. Ja na przykład jaram i nic mi się nie stało.

-Tylko cię pupa piecze!

-Panie Januszku, proszę o powagę! Panie Roberciku, a jak pan nie jarał, to się coś panu stało???

-Tak, stało mi się coś..., bardzo mi się stało.

-Słuchamy pana.

-No..., była impreza. Ja bardzo pielęgnuję ciało. I jak już tak wszystko zrobiłem na tip- top, to poszłem.

-Poszedłem.

-Tak, poszłem...! Idę i idę i jak już była ta impreza, to siedzę ładnie ubrany i chciałem pocałować jednego chłopca, co mi się spodobał. I mi się wtedy coś stało! No napadł na mnie, uderzył mnie, pani sobie wyobraża, psze pani!

-A jak pan jarał, to się panu nic nie stało!

-Jak jaramy to chłopcy są tacy mili! To zioło miłości!

-Widzę, że Pan Januszek robi duże oczy, proszę, może pan coś chciałby powiedzieć.

-Pe-dał, pe-dał, pe-dał...

-Panie Januszku!

-Dlaczego nie mówi pan na mnie „gej”, tylko „pedał”?

-Bo mnie się „gej” z gównem kojarzy!

-Biedny Januszek ma pan takie skojarzenia: gej- gówno?!

-Tak, mam. Pe-dał, pe- dał, terefere pe-dał!

-O Boże, to strach pomyśleć z czym się panu gardło kojarzy!

-Pe-dał, pe-dał, jest takie słowo w słowniku: pe- dał....

 

            Zostawmy Pana Januszka, Pana Robercika i Panią Redaktor z ich arcyciekawą dyskusją. Należy się czytelnikowi kilka słów wyjaśnienia. Zacznę od ortografii. Zapewne zwróciliście uwagę, że używając słów „pan, pani”, piszę naprzemiennie „Pan- pan i Pani- pani”. Macie rację, pan, pani piszemy małą literą, jednak zwróciłem uwagę, że zarówno dziennikarze, jak i politycy wydają się być bardzo dumni z tego co robią i z tego, co wygadują. Tak dumni, że uznałem iż niegłupio by było, jako takie NAZWISKO ZASTĘPCZE dać im „Pan- Pani”, podkreślając ich przekonanie o własnej doskonałości i wyższości, stąd w tym kontekście występują wielkie litery. Pan, Pani podkreśla dumę i samozachwyt, zarówno redaktorów, że zaprosili tak znamienitych gości i mogą profesjonalnie moderować tak wyrafinowaną dyskusję, jak i samych polityków, tak mocno przekonanych o własnym geniuszu. Geniuszu, który zdaje się być tak genialny, że czasem zaskakuje ich samych. Nie muszę chyba dodawać, że postaci niezrównoważonych emocjonalnie polityków, mają autentyczne pierwowzory. Jeden jest znany z tego, że woli chłopców, jara blanty i uważa, że to aż nadto ważkie powody, by głosować na niego i każdą partię, którą on wesprze swoim autorytetem. Drugi, to psychol, który nawet w studio telewizyjnym zachowuje się, jak drażnione zwierzę w klatce: miota się, pyskuje i bluzga- naprawdę twierdził w jednym z programów telewizyjnych, że zamiast "gej" mówi "pedał", bo mu się gej z gównem kojarzy, robiąc przy tym taką minę, jakby liczył, że mu wszyscy uwierzą. Jest głęboko przekonany, że powinien zostać królem Polski i dostać władzę absolutną, a (między nami mówiąc) jest taką dupą wołową, że nie ogarnia nawet prostego faktu, iż nie jest pępkiem Świata, przegrał w swoim życiu politycznym wszystko, co było do przegrania, bo regularnie, konsekwentnie dawał ciała zawsze w ten sam, konserwatywny sposób i nadal stanowczo twierdzi, że im ktoś jest bardziej sam, tym jest silniejszy. I to jest, drogi Czytelniku ta alternatywa, którą mamy w miejsce do znudzenia opatrzonych głównych graczy sceny politycznej. To ja raczej już pójdę strugać łódki z kory i robić ludziki z kasztanów!

 

10:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 kwietnia 2014

W piekle bardzo jest niemiło:

W kotłach tam bulgoce wrzątek,

Moc grzeszników tu trafiło

I się warzą, świątek- piątek.

 

Nagle...! Wielkie poruszenie,

Bo wieść taka się rozeszła:

Wkrótce oddział pedofilii

Objąć wielka ma amnestia!

 

Pedofile, stręczyciele

I ich wszyscy pomocnicy,

Myśli w sobie kryją wiele,

Jednak dzisiaj ta się liczy:

 

„Wolność, wolność, wychodzimy.

Koniec płaczu, koniec krzyków”!

Drzwi się nagle uchyliły:

Wchodzi strażnik nieszczęśników.

 

Do białego zmierza kotła.

Pokazuje druczek zmięty:

Wypad stąd, tak mówi rozkaz!

Mają cię ogłosić świętym.

 

Krzyk radości przerwał nagle

Dość złośliwy śmiech szatana:

Stój- co nagle, to po diable.

To był taki żarcik z rana :-)

 

We łbach wam się pomieszało,

Wsad do kotłów ja wybieram.

Wy możecie- tam- na górze

Obrać posłów i premiera.

 

Nigdzie dziś się nie wybierasz.

Wkrótce będziesz miał tu gości.

Stoi jasno w twych papierach,

Żeś nie działał w samotności.

 

A na ziemi dziś impreza!

Jedzą, piją, lulki palą!

Ledwie karczmy nie rozwalą

Cha, cha, chi, chi, hejże, hola! (*)

 

(*)No co...?! Ortografia wprost z Mickiewicza!


 


01:09, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 kwietnia 2014

            Minęło czterdzieści lat od śmierci Niemki, Anneliese Michel, spowodowanej nieudzieleniem pomocy lekarskiej. Zamiast tego, nieszczęsna dziewczyna została poddana serii egzorcyzmów, bo jej rodzice WIERZYLI.... Szczęśliwie niemiecki aparat państwowy wierzył mniej w leczenie padaczki i jej powikłań za pomocą magika z miniaturką starożytnego narzędzia tortur na szyi i skazał egzorcystów prawomocnym wyrokiem. Mimo to, do dziś są tacy, którzy twierdzą, że z Rozalki choroba za szybko wyszła (ups...! przepraszam, sam diabeł to był i wychodził z Anneliese). Groźba konsekwencji prawnych jednak sprawiła, że lokalni szarlatani mieli coraz mniejszą ochotę podejmować ryzyko, ilość egzorcyzmów malała i ostatni znany przypadek tego typu guseł odnotowano tam w 2007 roku.

            Gdy w Niemczech ilość szamańskich obrzędów zanikała, sąsiednia Polska odnotowywała ich wzrost- i to na poziomie struktur państwowych. Pod koniec lipca 2006 Marszałek Sejmu z ramienia PiS, Marek Jurek, wezwał posłów do udziału w modlitwie o deszcz, w której to intencji jego klub zamówił gusła. Wydawać by się mogło, że wraz z upadkiem niesławnej koalicji, minęły czasy szamańskie, lecz okazuje się, że wręcz przeciwnie: Niecałe siedem lat po tej szopce rośnie liczba egzorcystów, a na Stadionie Narodowym miał swój show ksiądz J.B.Bashobora, jak go reklamował tygodnik „Niedziela”, kapłan, charyzmatyk, uzdrowiciel, wskrzesiciel. Prawie sześćdziesiąt tysięcy naiwniaków dało się naciągnąć na bilety, gorzej było z tymi wskrzeszeniami i uzdrowieniami. Jednak nigdy nie jest tak, by nie mogło być gorzej!


            Od kilku tygodni obserwuję w środkach masowego przekazu wysyp relacji o cudach Jana Pawła II. Nastąpił on, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, po śmierci magika. Szczególną rangę zyskał cud „dowodzący” świętości denata. Ponieważ nawet wersje kościelne są rozbieżne, mogę tylko powiedzieć, że chodzi o niewytłumaczalny zanik tętniaka mózgu u jakiejś kobiety. Skąd przekonanie o cudzie? Bo niewiasta owa słyszała jakieś głosy znaczące mniej- więcej „wstań, nie lękaj się”. Zazwyczaj nazywamy to omamami słuchowymi, ale nie w wypadku gry o kasę. Nie będę wyręczać specjalistów od tłumaczenia cudów, opowiem tylko, jak to jest z ciężkimi chorobami: Otóż, każda choroba osiąga swój punkt kulminacyjny (krytyczny). W przypadku stanu zagrożenia życia, po przejściu punktu krytycznego następuje agonia lub stopniowy powrót do zdrowia. Punkt zaś krytyczny często połączony jest z gorączką, niedotlenieniem i majaczeniem. Nie wiem, co takiego cudownego jest w tym, że chora kobieta miała haluny, ale niegodnym najwidoczniej dostąpić łaski oświecenia. Nie wiem również, co jest cudownego w tym, że nikt nie wie, co było przyczyną wyzdrowienia kobiety. Zanim Newton zajął się działalnością naukową, nikt nie wiedział, co to jest siła ciążenia i od czego zależy, nie znano też zasad dynamiki, nie ma w tym nic cudownego. Dziś, choć każdy maturzysta powinien to wiedzieć, nadal niewielu ludzi rozumie, co to oznacza w praktyce (pokazała to katastrofa smoleńska, czy też raczej Wielki Eciepeci PiS, Antoni Macierewicz). To również nie jest cud, lecz zwykła żenada.

            Nic mi do wierzeń i mitologii, jednak gdy za ich sprawą dokonuje się rytualnej autodestrukcji, przestaje być to temat neutralny. Szczególnie, że sam byłem namawiany do rytualnego samobójstwa, przez udział w wycieczce do Lourdes po „cudowną wodę”, zamiast udania się do szpitala. Namawiająca mnie dewotka oferowała nawet, że opłaci mi ten wyjazd po śmierć. Nie skorzystałem z oferty i żyję, lecz siostra dewotki dała się skusić wizji uzdrowienia, przez co wkrótce zeszło jej się w cierpieniu. W obu przypadkach chodziło o (bagatela!) nowotwór złośliwy. Może to i dobry pomysł z ekonomicznego punktu widzenia- obowiązki NFZ scedować choćby na cuda Jana Pawła II, bo eliminując leczenie, z deficytowego molocha stanie się maszynką do zarabiania pieniędzy, tym niemniej perspektywa ludzi „uzdrowionych inaczej” zupełnie mnie nie pociąga.

            Ludzie boją się chorób, zwłaszcza tych najpoważniejszych. I słusznie, bo jest się czego bać. Niestety, uzasadnionemu lękowi często towarzyszy nieuzasadniona panika objawiająca się odrzuceniem pomocy medycznej, ze szczególnym uwzględnieniem tak agresywnych metod terapii, jak zabiegi chirurgiczne (zwłaszcza resekcje) oraz silne leki (n.p. chemioterapia) zaburzające wiele czynności organizmu, mogące wywołać działania niepożądane, często wyniszczające organizm, lecz niezbędne w walce o życie. Jeżeli będziemy podsuwać przerażonym pacjentom wizje szamańskiego uzdrowienia, to wielu z nich może zmarnować jedyną szansę na wyleczenie. Czas i wysiłek poświęcony na „pielgrzymkę”, czy wizytę u „uzdrowiciela- wskrzesiciela” może być tym, który zdecyduje o śmierci.

            W dobie narodowego pierdolca związanego z „cudami” Jana Pawła II, wobec tak jawnych ataków zbiorowego szaleństwa, jak zapraszanie „uzdrowicielo- wskrzesiciela” z Afryki, czy modlitwy o deszcz w Sejmie, pragnę oświadczyć, że to Wasza sprawa, czy nosicie w kieszeni obrazek siostry Faustyny, Jana Pawła II, czy Ciccioliny (ta trzecia może pobudzić krążenie, więc może być zbawienna, choć ostrożnie z nią u nadciśnieniowców), ale nakłanianie do opóźnienia, czy rezygnacji z opieki medycznej na rzecz szamańskich rytuałów wiąże się z wzięciem odpowiedzialności za życie chorego. Kiedyś prawnicy dokonali wielkiego przełomu i oskarżyli koncerny tytoniowe o ukrywanie zagrożeń związanych z paleniem i wygrali. Czas najwyższy, by prawnicy zrobili dziś to samo z wielkimi koncernami religijnymi! Jeżeli kiedyś by tak się stało, że moi zdewociali rodzice w ostrym stanie chorobowym zamiast do lekarza, udaliby się na pielgrzymkę i potrafiłbym dowieść, że organizator pielgrzymki wiedział o ich chorobie, miałby na karku prawnika, który gdyby było trzeba, prowadziłby sprawę, aż do Strasburga. Bez ponoszenia konsekwencji patologii, marne są szanse na jej eliminację.


            Z ostatniej chwili:

                        Cuuuuuuuudddd...!!! W Brescii (północne Włochy) zginął młody mężczyzna PRZYGNIECIONY KRZYŻEM ustawionym na pamiątkę wizyty Jana Pawła II w tym mieście. Był na parafialnej wycieczce. WYMOWNY SYMBOL!!! Kliknij tu, by poczytać.

10:40, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 24 kwietnia 2014

Zmarł jeden z moich ulubionych poetów (także dramaturg i scenarzysta)- Tadeusz Różewicz, ale niemożliwe jest, by umarł jego dorobek artystyczny, przynajmniej dopóki istnieje polska kultura i edukacja. Miał 93 lata. Dużo w swoim życiu widział i nam o tym opowiedział. Karolina Cicha pokazuje maleńki fragment jego twórczości.



10:25, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 kwietnia 2014

            W poprzedniej notce zamieściłem zdjęcie znalezione na jednym z portali. Skąpo ubrana młoda dziewczyna o smutnej twarzy dała się sfotografować w zalotnej pozie i umieściła to w sieci. Tak jak dziesiątki, czy setki tysięcy innych polskich nastolatek, które jeszcze nie zdają sobie sprawy, że seks nie służy do lansu. Różnica polegała na tym, że zdjęcie jest zrobione w jakimś barłogu pośród ogólnego bałaganu. Wystrój mieszkania sugerował nie tylko biedę, ale wręcz patologię, gdyż było to nie tylko biednie urządzone wnętrze, wszystko tam się działo na zasadzie „przewróciło się- niech leży”- totalny, meliniarski bałagan. Dziewczyna jednak nie zdawała sobie nawet sprawy, że nie jest to normą i pozowała w tym miejscu. Nieco dalej napisałem też następujące słowa: „Bezsilna złość mnie ogarnia, bo wiem, że nawet wśród swoich znajomych potrafiłbym wytypować takich, którzy z dużym prawdopodobieństwem, widząc to zdjęcie i mając namiary na tę dziewczynę w mig by do niej pocwałowali, licząc (nie bezpodstawnie) na miłe towarzystwo do picia i tanie dymanko.”


            Jakby na potwierdzenie moich słów, dziś serwisy informacyjne podały za Gazetą Wyborczą, że POLICJANCI, BIZNESMENI I GINEKOLOG z podlaskiego Zambrowa wykorzystywali seksualnie dziewczyny z tamtejszego sierocińca. Na ławie oskarżonych zasiada pięciu mieszkańców miasta- odpowiadają Z WOLNEJ STOPY! Najbardziej odrażający jest jednak brak jakiejkolwiek refleksji, skruchy, czy chęci zadośćuczynienia. Wiecie, co powiedział pan K., żonaty biznesmen branży budowlanej, który w sypianiu z nieletnimi nie widzi nic złego? Oto cytat:

            ”Nawet jeśli seks by był, to jaka to zbrodnia? Ma skończone 15 lat, czyli żadne z niej dziecko. Godziła się na wszystko, wręcz inicjowała. Zaznaczam, jestem niewinny.”

            Jeden z tych obciachmenów ze słomą wystającą z butów, którzy widzą tylko koniec własnego nosa i wydaje im się, że za swoją marną kasę mogą kupić wszystko. Jednocześnie są takimi chorymi z chciwości porąbańcami, że nawet jak wezmą na seans dziecko, które w życiu nie było w kinie, to tylko w zamian za seks. KSIĄŻE PAN- motyla noga- z Psiej Wólki, który nie ma nawet na tyle godności (jeżeli tu można w ogóle o godności mówić), by choć pójść do agencji towarzyskiej, jeżeli już ma ochotę na płatny seks, lecz woli za drinka i papierosy zgwałcić nieletnią. Zgwałcić, bo dziecko nie ma świadomości konsekwencji czynów. Ono widzi tylko drinka, papierosy i traktowanie jak dorosłą osobę, do tego ma jakąś namiastkę czułości, a pan „słoma z butów- biznesmen” oszczędza na dziwkach, więc idzie się wyżyć na dzieciach do sierocińca. To jeden z tych obszczymurków, którzy dla oszczędności puszczają ze swej przybajerzonej komórki sygnał, żeby do nich oddzwonić, a zaoszczędzone na rozmowie pieniądze przeznaczają na imponowanie dzieciom, dla których kolacja w lokalu z obsługą kelnerską jest niewyobrażalnym luksusem.


            To się nazywa PRZESTĘPSTWO Z PEŁNĄ PREMEDYTACJĄ, BEZ CIENIA SKRUCHY. Taki czyn wymaga najwyższego przewidzianego w KK wymiaru kary i długotrwałej resocjalizacji. Tymczasem co mamy?! Panowie odpowiadają z wolnej stopy, bo przez przypadek są wśród nich policjanci, ginekolog i dwóch biznesmenów ze słomą w butach. Wiecie, co mam ochotę zrobić? Zdobyć zdjęcie pani prokurator/ pana prokuratora prowadzącego dochodzenie i rozesłać je do jej/ jego rodziny i znajomych z opisem tej sytuacji. Prokuratura nie widzi powodów, by gwałciciele dzieci z sierocińca zostali aresztowani, bo to policjanci i dość dobrze, jak na Zambrów, sytuowani „obywatele”. Bezkarność i anonimowość są motorem eskalacji przestępstw- skoro prokuratura ma to gdzieś, ludzie odpowiedzialni powinni zostać przynajmniej pozbawieni anonimowości. Skoro uważają, że sumiennie wypełniają swój zawód społecznego zaufania, to warto pokazywać ich twarze. Może mają piętnastoletnią córeczkę, którą by można umówić z szarmanckimi policjantami, ginekologiem lub „słoma z butów”- biznesmenami!

 

11:19, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
niedziela, 20 kwietnia 2014

            Była to Wielka Sobota. Po Grafton Street szedł człowiek. Mijał bogate witryny sklepów, lecz nie miał sił, by choć spojrzeć na nie. Starał się zastępować drogę przechodniom, wyciągając drżącą ręką plastikowy kubek po kawie z Mc'Donalda. Nie zapamiętywał twarzy, były dla niego jedynie rozmazanym cieniem. Rozpoznawał kształt i prędkość obiektu, odległość dającą szanse na przecięcie mu drogi, a potem szedł tam i już tylko czekał. Czasem do kubka wpadało kilka drobnych monet. Choć ludzie dawali niechętnie i to najdrobniejsze z klepaków, to ziarnko do ziarnka.... Na razie dopiero zaczynał swoje żebry, cały się trząsł, ciało zlewał mu na zmianę zimny i gorący pot, był spragniony nieugaszalnym pragnieniem- tu woda nie pomagała, choć jej łyk pociągany od czasu do czasu z półlitrowej butelki PET, ratował go przed niechybną utratą przytomności. Był niewyobrażalnie głodny. Zapachy licznych fast- foodów wywoływały w nim zwierzęcą żądzę zatopienia zębów (czy też raczej tego, co z nich zostało) w czymś ciepłym. Przypominał sobie smaki znane sprzed dziesięciu lat (mniej- więcej wtedy znalazł się na ulicy, stracił już rachubę, kiedy to było) i jadł, jadł, jadł.... Wszystko w marzeniach- wyobrażał sobie, że znajduje banknot: 5..., 10..., nie..., lepiej 50 euro..., kupi dużą pizzę z wszystkimi dodatkami, potem kupi TO i jeszcze mu zostanie na drugi dzień, a potem jakoś to będzie..., przydało by się trochę kasy! Kubeczek jednak zapełniał się powoli- na Grafton Street jest tylu ulicznych performerów, niektórzy z nich, to prawdziwi wirtuozi- ludzie im chętnie rzucają nawet banknoty, a on.... Przerażony, zziębnięty, drżący, głodny i spragniony, bez sił, bez energii, otula się brudnym śpiworem, który lepiej wziąć ze swojego legowiska- cuchnący dobytek trzydziestoletniego życia.

            Woland spoglądał na niego najwyżej 5 sekund, więcej nie potrzebował. Wiedział, że tak samo przywita Wielkanoc i każdy następny dzień, aż w końcu coś się zmieni. Na pewno coś się zmieni- nikt i nic nie trwa wiecznie. Kilkaset metrów dalej, gdzieś w jednej z wnęk budynków przylegających do Trinity College inny nieszczęśnik wgapiał się w Wolanda nieprzytomnym wzrokiem. Wsparty na łokciu, niby leżał wtedy tam w swym śmierdzącym barłogu, niby był, ale nie zdawał sobie sprawy ze swego istnienia. Już odleciał. Jego kolega z Grafton Street zrobi to samo, gdy tylko mu się zapełni kubeczek.

            To był obrazek z Irlandii. Z 19/04/2014 roku. Oczywiście, by go namalować po swojemu, musiałem się wspomóc wyobraźnią i doświadczeniem- nie gwarantuję za dokładność odwzorowania myśli i pragnień bohaterów, ale biję każdy zakład, że nie zrobiłem wielu pomyłek. Powiecie, że tragiczne, ale mają to na własne życzenie. I tak- i nie. Żaden z nich nie chciał tak skończyć, nie wierzył, że tak skończy, w najczarniejszych snach się tego nie spodziewał. Dziesięć- piętnaście lat temu byli takimi wesołkami, jakich pełno w dyskusjach pod moimi notkami o marihuanie- przekonani o demonizacji narkotyków, domagali się dowodu, że środki odurzające szkodzą. To jednak nie wszystko. Właśnie natknąłem się w sieci na wstrząsające zdjęcie. Przyjrzyjcie się uważnie i KONIECZNIE przeczytajcie mój do niego komentarz.

            Natknąłem się na to przypadkiem- opis brzmiał „Lalunia..., chyba w barłogu na melinie...”- dawno nie widziałem czegoś równie szokującego. Niby nic takiego: Młoda dziewczyna prezentuje swe wdzięki- jak każda młoda dziewczyna, chce się podobać, czuć się seksownie. Nie zwraca uwagi na otoczenie w jakim robi fotkę. Dla niej krajobraz meliny jest naturalnym środowiskiem- ona się tu wychowała. Po prostu chwali się swoim ponętnym ciałem, nie zdając sobie sprawy, ile mówi to zdjęcie. Za dziesięć- piętnaście lat, będzie wyglądać mniej- więcej tak, jak słynna z „Misia” Zofia.

            Na razie jednak nie czuje żadnego zagrożenia i choć jest w miejscu, które stanowi śmiertelną pułapkę, ona cieszy się swoją urodą. Najgorsze jest jednak to, że w transformacji w Zofię będą jej pomagać różni ludzie: Długo i krótkoterminowi partnerzy, mężczyźni, którzy alkoholem i papierosami będą ją próbowali kupić na jedną noc, koleżanki i koledzy podsuwający jej „nadzianych” klientów, może nawet rodzina. Ten proces już się rozpoczął. Bezsilna złość mnie ogarnia, bo wiem, że nawet wśród swoich znajomych potrafiłbym wytypować takich, którzy z dużym prawdopodobieństwem, widząc to zdjęcie i mając namiary na tę dziewczynę w mig by do niej pocwałowali, licząc (nie bezpodstawnie) na miłe towarzystwo do picia i tanie dymanko. Dalej jesteście przekonani, że ludzie z dublińskiej ulicy są sami sobie winni? Nawet, jeżeli się wychowywali w tzw. „dobrym domu”, coś ich skłoniło do szukania ucieczki w narkotykach, a mogli się wychowywać w domu takim, jak ze zdjęcia. To prawda, że nikt im niczego na siłę nie podawał, ale też i bywają okoliczności, które zwiększają szansę sięgnięcia po toksyczną ułudę szczęścia.

 

21:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (1) »
sobota, 19 kwietnia 2014

            Umiłowani w wierze Bracia i Siostry, Rodzice, Dziadkowie, Babcie, Ciocie, Wujkowie, Stryjkowie i Stryjenki, Kuzynki i Kuzyni oraz cała reszto wesołej ferajny! Latający Potwór Spaghetti mackosławiąc Wam na Święta wolałby, byście miast się umartwiać, radośnie się dzielili spaghetti, albowiem ten, kto się nim dzieli, dzieli się również i jajkiem (czterokroć się dzieli, używając makaronu czterojajecznego), a dzielący się jajkiem, jajkiem się jedynie dzielą. Nie katujcie się jednakowoż makaronem na sucho, albowiem Wielka Wszechwiedząca Węglowodanowa Istota wtedy tylko się raduje, jeżeli wiedziemy życie ze smakiem. Użyjmy zatem jednego z pysznych sosów, warzyw zdrowych, wonnych przypraw, pożywnych mięs, ryb, drobiu lub owoców morza wszelakich i jedzmy na zdrowie. Pamiętajmy, by się nie wygłupiać i nie parodiować przy tym innych religii, by żaden sąd, ni premier nam już nie zarzucał, iż jesteśmy happenerami jedynie. Odpuśćmy zatem sobie nocne czuwanie nad makaronem. Niech nocą pastaferianin przytuli pastafariankę, a pastafarianka pastafariana, radosnym fik- fik nadejście wiosny witając. Zrelaksowani i wyspani w dzień słoneczny wycieczkę sobie zróbmy, nie zamykajmy się w ciemnych pomieszczeniach i nie całujmy makaronu w stopy, gdyż tak naprawdę kluski stóp nie posiadają nawet, jeżeli na ich podobieństwo je ukształtujemy. Nie nawijajmy spaghetti na narzędzia tortur, nigdzie go nie przybijajmy, nie klękajmy przed nim, ni pokłonów mu nie składajmy, bo to zupełnie bez sensu.

            Smacznego- mackosławieni, Wesołych Świąt, RAMEN.


            Osobne pozdrowienia kieruję do braci i sióstr kryptopastafarian pod postacią duchownych, polityków, adwokatów, sędziów i prokuratorów się ukrywających, a z nawijania makaronu na uszy słynących. Nie lękajcie się, bądźcie sobą, RAMEN.

 


13:16, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 kwietnia 2014

Wielki Czwartek, to w tradycji chrześcijańskiej, dzień wspominania Ostatniej Wieczerzy.

Chrystus poprzez słowa "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody" miał ustanowić sakrament kapłaństwa. Uważa się też, że obmywając stopy apostołom nadał kapłaństwu charakter służebny. 

Dla lepszego zapamiętania, proponuję małe ćwiczenie: Znajdź pięć szczegółów, którymi różni się obrazek powyżej od fotki poniżej.

Może się czepiam, ale dlaczego z większym potępieniem, a nawet z zainteresowaniem prokuratury i sądu, spotkał się bohater kolejnego zdjęcia?!

Wracając do służebnej roli ludzi w śmiesznych czapkach:


Czy jestem źle poinformowany, czy przyjęło się, że kapłani katoliccy (od proboszcza w górę) nie raczą nawet sami przygotować sobie jedzenia, ani utrzymać wokół siebie porządku, wysługując się gosposią?

Ups..., pomyłka!

Jestem laikiem. Naprawdę mówimy o tej samej religii?!

Co z tą wieczerzą?! Na post mam całą wieczność! A co nowego u Wesołowskiego?

Napisane jest bowiem:

"Gdy jest ci smutno i swędzi cię dupa,

jedź do Poznania, do arcybiskupa!"


 


18:44, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
sobota, 12 kwietnia 2014

            Tę historię chłonę, niczym chłopiec czytający o losach osadników z Dzikiego Zachodu. Robię to cały czas, bo ta historia trwa. Zawartość książki „To jest nasza Ameryka, czyli krótka historia Teatru Naszego” to tylko początek, bo to cały czas dzieje się tuż obok i dzieje się naprawdę. Jej autor, Tadeusz Kuta, wraz z małżonką Jadwigą, są jednocześnie głównymi bohaterami niekończącego się przedstawienia.

            Wjeżdżając do Michałowic mam zawsze wrażenie, jakbym odkrywał jakąś zaginioną wioskę, której mieszkańcy rozwinęli niezależnie od reszty Świata własną cywilizację. Jej granice wyznaczają otaczające ją ze wszystkich stron wzgórza. To już nie miasto (Jelenia Góra), jeszcze nie kurort (Szklarska Poręba), a ukryta pomiędzy nimi, gdzieś w podgórskiej kotlince osada. I choć zimą pług nie dociera tu w pierwszej kolejności, nikomu to nie przeszkadza w normalnym życiu. Także TEATROWI.

            Teatr Nasz (właściwie, jego siedziba) wygląda, jak kaprys zblazowanego miliardera. Umiejscowiona na uboczu, idealnie wkomponowana w krajobraz rezydencja z zapleczem rozrywkowym. NIC BARDZIEJ MYLNEGO! Teatr Nasz, to świadectwo miłości, pasji, talentu, pracy i ludzkiej solidarności oraz żelaznych zasad.

            Wyobraźcie sobie dwoje utalentowanych aktorów- mają za sobą pierwsze sukcesy sceniczne, są świeżo po ślubie i marzą o własnym domu pośród gór, marzą o dziecku, marzą też o wiernych czworonogach. Mają tylko siebie, talent, umiejętności i zapał. Mają też dużo do stracenia, bo ich marzenia wiążą się z utratą aktorskich etatów, zapewniających im spokojne życie na poziomie nieco wyższym, niż przeciętnego Polaka, jednak dalece niewystarczających, by spełniać najpiękniejsze wizje. Kupują w Michałowicach urokliwą działkę z ruiną siedemnastowiecznego budynku. Gdy piszę „ruina”, mam na myśli ruinę- taką z przeciekającym dachem, walącą się ścianą, jednym kranem, w którym zimą i tak nie ma wody i trzeba ją nosić wiadrami ze studni. Gdy zastanawiają się, jak zdobyć środki, by przeobrazić to miejsce w wymarzony Raj, przyjaciel radzi im, by zamiast zajmować się rolnictwem, zrobili to, co umieją najlepiej: Niech zarobią tworząc teatr. Tak się rozpoczął cud- nie cud.


            Sami wybierali repertuar, napisali nieskończoną ilość piosenek i scenariuszy, aranżowali i reżyserowali większość przedstawień. Grali wszędzie: na ulicach i w prywatnych domach, pensjonatach i państwowych teatrach. W międzyczasie remontowali przeciekających dach, podnieśli dom, by wymienić fundamenty, ocieplili przyłącze wody, by zimą nie nosić jej ze studni, odbudowali zawaloną ścianę domu. Widzicie zdjęcie powyżej? W 1990 była tam tylko waląca się, 360- letnia chata, dwoje kochających się ludzi z ukochaną córeczką, dwa psy, jeden kran i węglowa kuchenka! I żadnych pieniędzy, jedynie miłość, przyjaźń, umiejętności i praca. Historia opowiedziana przez Tadeusza Kutę zawiera jednak dużo więcej: Jest w niej miejsce dla córki, która ze zrozumieniem znosiła od dzieciństwa wiele niedostatków, pracowała i grała w teatrze rodziców, jest w niej miejsce dla przyjaciół- artystów, którzy współtworzyli, a niektórzy nadal współtworzą teatr, jest miejsce dla sklepikarza, który dawał mieszkańcom Michałowic codzienne zakupy „na zeszyt” i korzystali z tego także główni bohaterowie, bo i im czasem brakowało pieniędzy na podstawowe produkty (ten człowiek potrafił dla pana Tadeusza pojechać do wsi obok po pęczek świeżej, dorodnej pietruszki, mówiąc mu, by chwilę poczekał, on jej poszuka w magazynie, by dostarczyć stałemu klientowi, a przede wszystkim sąsiadowi, towar należytej jakości). Jest miejsce dla sąsiadów, którzy pracowali przy budowie i pomagali bohaterom w prostych, codziennych czynnościach, by potem stać się stałymi widzami teatru. Jest nawet ksiądz, taki jak z bajki, taki o jakich myślimy, że już wyginęli: skromnie ubrany, uśmiechnięty, zawsze był z parafianami i zawsze jest w Teatrze Naszym, siedzi w pierwszym rzędzie, po prawej stronie przy przejściu. To również jego Raj i choć z powodów finansowych musiał sprzedać z trudem wybudowany domek marzeń w Michałowicach, to dojeżdża do swoich z Jeleniej Góry. Jak napisałem na początku, ta historia trwa!

            Jadwiga i Tadeusz Kuta, ich córka, Kasia Kuta oraz przyjaciel, Jacek Szraniawa, tworzą Teatr Nasz, który od siódmego lipca 1991 roku dostarcza publiczności radości i wzruszeń. Współpracują z najlepszymi artystami i muzykami, lecz widzowie teatru zawsze byli dla nich najważniejsi. Potrafili odrzucać intratne propozycje finansowe, gdyż kolidowały one z tradycyjnymi czwartkowymi przedstawieniami w Michałowicach. Żarłoczny szołbiz nie ma tam wstępu, popularni „producenci z branży” są o to poobrażani, a teatr radzi sobie bez nich świetnie.

            Dzisiaj, by się dostać na przedstawienie, najlepiej zrobić rezerwację z dwutygodniowym wyprzedzeniem. Na najgorętsze spektakle bilety są wykupione kilka dni naprzód. Klasyczny kabaret, taki jak „Dudek”, czy „Kabaret starszych panów”, profesjonalne wykonanie, świetni muzycy. Śpiew, gra aktorska, step, gitara, klarnet, saksofon, kontrabas, skrzypce, perkusja, akordeon, a nawet arcytrudny bandeon i włączona w przedstawienie publiczność, czyli TEATR NASZ, Michałowice k. Jeleniej Góry.

 

Ważny link- strona domowa TEATRU- kliknij tu.

 

            Mógłbym zilustrować tę opowieść fragmentami przedstawień lub piosenkami wykonywanymi przez Teatr Nasz- te materiały są łatwo dostępne w serwisie Youtube. Celowo tego nie robię, gdyż uważam, że najlepiej zarezerwować miejsce i zobaczyć to w Michałowicach. W swoim życiu wysłuchałem dziesiątków, jeśli nie setek tysięcy godzin muzyki, więc w tej materii możecie mi zaufać. Tam występują profesjonaliści. Zrozumiecie każde zdanie i usłyszycie każdy dźwięk. Zanim się rozgościcie, gospodarze przywitają każdego z osobna ciepłym słowem i uściśnięciem dłoni. Po spektaklu w dość obszernej, skromnie i ze smakiem urządzonej restauracji, gospodarze ugoszczą was swoimi przysmakami. Chętni mogą zarezerwować noclegi. Nie ma potrzeby, bym próbował pokazać coś, co jest niemożliwe do wyrażenia za pomocą mediów. Tam trzeba być, by zobaczyć cud codzienności, bez całego MATRIXA środków masowego przekazu. Zamiast tego, zamieszczam teledysk grupy Sigur Ros. To małe arcydzieło filmowe, które odbieram jak hołd złożony zwykłemu, codziennemu życiu i jego cudowi.

KOMUNIKAT.

            Jeżeli ktoś ma kontakt z Adą (znaną w sieci jako Kawa z chili lub Mila), przekażcie jej, że się martwię, więc niech da znak, czy wszystko w porządku. To dzięki niej zainteresowałem się grupą Sigur Ros, ona też zachęciła mnie do pisania i pomogła zacząć. Wiem, że miała kłopot ze zdrowiem, stąd mój niepokój. Będę wdzięczny, jeśli ktoś potrafi mi pomóc. Jak zauważyliście, Andy Lighter korzystając z okazji pyta o to samo, ale odnośnie Marzateli, więc jeśli ktoś może pomóc, to link jest w mojej linkowni.

 


14:23, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

            Wyobrażam sobie samolot, prawie sto osób na pokładzie. Za oknem mgła i nic nie widać. Schodzenie do lądowania nigdy nie jest przyjemne: zmiany ciśnień związane z obniżaniem pułapu to coś, do czego człowiek nie przywykł. To obniżanie było gwałtowne, bo na skutek pomyłki wieży kontrolnej, samolot znajdował się powyżej standardowej ścieżki i pilot chciał to nadrobić. Gwałtowne obniżanie pułapu we mgle daje subiektywne odczucie spadania u wielu pasażerów. Nawet ludzie mało lękliwi wykazują w takich warunkach niepokój, zwłaszcza że nic nie widzą, więc nie wiedzą, co się dzieje. Potem krytyczny moment- sekundy mrożącego krew w żyłach strachu i bezradności, słychać jak o pokład samolotu uderzają drzewa, słychać trzask łamanych gałęzi, łomot poszycia. Wreszcie utrata sterowności i w ułamkach sekundy strach zamiera na zawsze.

            W ostatnich chwilach życia byli tam razem, zjednoczeni i równi wobec śmierci, choć o różnych poglądach politycznych. Pozostawili samych, przerażająco samych bliskich, którzy przeżyli nie tylko ich śmierć, lecz także identyfikację ofiar i to, co się stało później: rany od czterech lat zadawane i polewane solą nienawiści przez Macierewicza (prawdziwego Rasputina PiS-u, największego polskiego zbrodniarza przeciw przykazaniu „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”), jego mocodawców, podwładnych i popleczników. Tych, którzy już się uwłaszczyli na tej tragedii i tych, którym ciągle mało. Chciałbym, by dusze ofiar mogły kiedyś dopaść tych, którzy największą tragedię ostatnich lat sprowadzili do czarnej groteski i sześciu nazwisk: Kaczyński, Gosiewski, Świat, Wassermann, Kurtyka i Błasik.


Prawdziwa, pełna lista ofiar katastrofy Tu 154 M- kliknij, by pamiętać o wszystkich.

            Dziś przypada również dziesiąta rocznica śmierci poety, barda „Solidarności”, Jacka Kaczmarskiego. Ja o tym pamiętam. Kto jeszcze...???

 


10:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2
Tagi