RSS
czwartek, 31 maja 2012

            Zaczyna się od problemu. Niech to będzie niepokojąca ilość wypadków. W celu znalezienia sposobu rozwiązania problemu, określa się czynniki sprzyjające wypadkom. Później analizuje się możliwości redukcji tych czynników i wprowadza ograniczenia. Po każdym ograniczeniu do głosu dochodzą jednak demagodzy, buntujący się przeciw nim, twierdzący, że to ogranicza ich “wolność”. W cudzysłowiu, bo zachcianka nie ma nic wspólnego z wolnością.

            Zastanawiałem się, jaki przykład najlepiej zobrazuje ten mechanizm. Postanowiłem wybrać wypadek wózka widłowego. Nie dlatego, że ten rodzaj wypadków stanowi jakiś poważny problem, ale dlatego, że bardzo ładnie i przystępnie obrazuje ilość i różnorodność czynników wpływających na wypadki. Mam obawy, że większość czytelników teraz zrezygnuje z lektury, proszę zatem o cierpliwość, wiem że wózek widłowy nie jest fascynujący nawet dla mnie, a co dopiero dla pań, ale naprawdę ten przykład daje dobre pojęcie o rozwiązaniu problemu i dyskusji na ten temat.

 

            Wyobraźmy sobie taką sytuację: Operator wózka podniósł nierównomiernie rozłożony ładunek, jadąc na lekko pochylonej nawierzchni zrobił dość szybko ciasny skręt, w czasie którego podnosił maszt z ładunkiem, by go załadować na samochód dostawczy. Wózek podczas manewru się przewrócił. Przyczyny wypadku były takie:

  1. Człowiek źle ocenił sytuację.
  2. Nawierzchnia była nierówna.
  3. Ładunek był zbyt wysoko.
  4. Ładunek był nierównomiernie ułożony.
  5. Pojazd poruszał się zbyt szybko w ciasnym skręcie.

            Reakcją na wypadek szefostwa było wprowadzenie kontroli trzeźwości (zarówno na alkohol, jak i narkotyki) oraz wysłanie pracowników na dodatkowe szkolenia.

            Wśród pracowników podniósł się szum. Demagodzy zaczęli głośno krzyczeć. Mieli pretensje, że gdy jest wypadek, to cierpią pracownicy. Muszą chodzić na “głupie” kursy, zdawać “głupie” egzaminy, dmuchać w “głupi” alkomat i poddawać się “głupim” testom na narkotyki. A wypadku by nie było, gdyby plac manewrowy był równy, wózki większe i przystosowane do podnoszenia większych ładunków, a pracy mniej. I mało ich obchodzi, że wózki były sprawne, dostosowane do ładunku, tylko przepisy eksploatacji zostały naruszone przez obsługującego.

             Firma pozostała jednak niewzruszona. I..., co najważniejsze, miała rację. Podjazdów i zjazdów nie da się uniknąć, można wyrównać plac manewrowy kosztem olbrzymich nakładów finansowych, ale operatorzy i tak będą się stykać z pochyłościami i MUSZĄ WIEDZIEĆ, jak na nich się zachowywać. Można, również kosztem olbrzymich nakładów finansowych, kupić wózki większe niż potrzeba, ale operatorzy zaczną ładować więcej towaru jednocześnie, żeby nie robić 15 kursów, tylko 10. Nadal operator MUSI eksploatować wózek zgodnie z zaleceniami, o których nauczy się na kursach, a nader wszystko MUSI być trzeźwy, by ocenić prędkość, ciężar i rozmieszczenie ładunku, pamiętać o opuszczeniu masztu podczas jazdy i o innych regułach eksploatacyjnych. Bez TRZEŹWOŚCI I WIEDZY O ZAGROŻENIACH nie unikniemy zwiększonego ryzyka wypadków, a wydatki, których domagają się pracownicy w miejsce sprawdzania trzeźwości, mogą zarżnąć firmę i posłać wszystkich na bezrobocie.

             Zwrócę uwagę jeszcze na jedną rzecz: Im bardziej złożony jest problem, tym demagog więcej będzie mieć pseudologicznych argumentów. Na przykładzie tego wózka, może powiedzieć “odczepcie się od badania trzeźwości, wystarczy jak nie będziemy tak szybko skręcać, bo TRZEBA WIEDZIEĆ, jak jeździć”. Oczywiście  “trzeba wiedzieć”, ale uczyć się już nie trzeba, bo przecież szkoła jest głupia. Wracając do pseudoargumentów: To samo można powiedzieć o ułożeniu ładunku, podniesieniu go podczas jazdy, czy też  jazdy w poprzek nachylenia podjazdu. Pewnie, wszystko racja, tylko że to zależy od WIEDZY i TRZEŹWEJ oceny, nikt nie będzie tracić czasu na bezproduktywne roztrząsanie problemu, czy stan upojenia wpłynął w sposób decydujący na ocenę sytuacji, czy stało się to z innego powodu. Jest to zbyt uciążliwe, by nie powiedzieć “niemożliwe”. Po prostu eliminujemy stan nietrzeźwości i dostarczamy wiedzę, żeby załatwić kilka istotnych spraw naraz.

            Demagog powie: “Terefere, wystarczy że kierowca będzie zmęczony i będzie się zachowywał jak pijany i naćpany jednocześnie”. To prawda, odpowiem, ale nikogo nie stać na kontrolę czasu wolnego pracownika, by przypilnować jego snu, ani też nikt nie zamierza zamieniać go w niewolnika, który śpi na rozkaz. Testy na obecność alkoholu i narkotyków są dużo łatwiejsze do wykonania i nie ingerują tak w prywatność. A jeśli ktoś się nie potrafi powstrzymać od zażywania tych substancji, to jego miejsce jest na terapii odwykowej, a nie w pracy.

             Na finał pytanko: Zauważyliście, że demagog winą za wypadek obarcza wprowadzającego ograniczenia, a nie osobę te ograniczenia łamiącą??? Z czym się Wam to kojarzy???

 



Tagi: demagogia
14:34, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (49) »
poniedziałek, 28 maja 2012

            Czternaście lat temu kilku bardzo młodych, niedoświadczonych gangsterów przygotowywało się do ostatniego błędu w swoim życiu. Trwała wojna gangów: ich grupa walczyła z dawnym szefem- królem Nysy vel Carrington. Mieli porwać  człowieka Carringtona. Do tego momentu wojny były trzy trupy, kilku rannych i dużo strachu po obu stronach.

 

            Znałem dwóch spośród porywaczy. Zwłaszcza P., który był ogólnie lubiany w rodzinnym miasteczku spędzał często czas z tymi samymi ludźmi, z którymi ja go spędzałem. Taki mały, piekielnie zwinny i wytrzymały twardziel. Kiedyś, gdy był jeszcze w podstawówce (wtedy trwała osiem lat), mój kumpel uprawiający biegi górskie zabrał go na półmaraton, żeby zobaczył jak wyglądają tego typu zawody. Dzieciak w życiu nie trenował biegów długodystansowych, ale za to całymi dniami grywał w piłkę- stąd znał go każdy facet z miasteczka, bo grywał z każdym. Nie miał nawet butów do biegania, tylko jakieś tanie, znoszone trzewiki. Nie z gruchy ni z pietruchy zgłosił się do tego półmaratonu- bez sprzętu i przygotowania ukończył go i wcale nie na szarym końcu, lecz gdzieś w środku stawki. Drugi z gangsterów, nazwę go M., już nie wzbudzał takiej sympatii: Trzymał się z miejscowymi looserami, gdzie królował klej, tanie wino i drobna przestępczość. Nawet miejscowi ich unikali, bo była to bardzo mściwa banda, potrafili czekać kilka tygodni na odpowiedni moment, by w kilkanaście osób napaść na kogoś, kto im podpadł.

 

            W pewnym momencie P. zafascynował się siłownią. Po kilku latach intensywnego treningu i koksowania, powstało z niego najniebezpieczniejsze monstrum, jakie znałem. Najgorsze było to, że z  powodu niskiego wzrostu był łatwy do zlekceważenia, a miał siłę byka i zwinność diabła. Wykorzystał je najgorzej, jak mógł: Wstąpił do mafii, gdzie zaczynał od pobić, ściągania haraczy i porwań dla okupu. Nastąpiło wtedy coś fatalnego: Stał się idolem miejscowych nastolatków. W USA szybki awans majątkowy startującego od zera określany był mianem “american dream”. W Polsce ten sen wyglądał odrobinę inaczej: Dziesięcioletni Alfa Romeo bez papierów, opalenizna z solarium, spodnie Levis na tyłku i na tym koniec luksusu. W tamtym czasie ja, świeżo zatrudniony w zakładach chemicznych pracownik średniego szczebla, miałem chyba większy dochód, niż ten gangster, jednak w tej miejscowości, to był smak luksusu na wyciągnięcie ręki, bo to przecież jeden z nich, żaden geniusz, żaden synek bogatego tatusia, lecz chłopak ze slumsów z dnia na dzień stał się posiadaczem tych przedmiotów marzeń. W tamtym czasie, czerpiąc wzór z P., chyba co drugi chłopak z miasteczka w trudnym wieku 15- 18 lat,  zaczął uczęszczać na siłownię, koksować się i zajmować drobną, wręcz pomijalną i dla policji nieinteresującą dealerką marihuany. P. był traktowany jak papież młodzieży. Choć był brzydki jak sto nieszczęść, obracał najładniejsze nastolatki z okolicy, zdarzało się, że z jego samochodu wysiadały cztery panienki. Dorośli również dostali świra i w pełni akceptowali P., bo jak to mawiała moja Ciocia: “on fajny był, taki zawsze uprzejmy, pożartował, pośmiał się....”.

 

            Piątego czerwca minie 14 lat, jak P., M. i dwóch innych młodych ludzi zginęło w egzekucji. Porwanie im się udało. Odbiór okupu już nie: Płatni zabójcy rozstrzelali trzech gangsterów i jednego przypadkowego piętnastolatka, który się z nimi przyjaźnił i na czas transakcji został wysłany do sklepu po prowiant na ognisko. Wrócił zbyt szybko. Tragiczne, lecz prawdopodobnie ta tragedia uratowała kilku, bądź kilkunastu młodych ludzi przed pogrążeniem się w przestępczym świecie. Jeszcze tylko zginęło pięciu przypadkowych Białorusinów (Carrington będąc w układzie z Pruszkowem wiedział, że cyngle Pruszkowa i Wołomina są często tej narodowości, ponieważ on ich nie wynajął, myślał że mają zabić jego i na wszelki wypadek ich kazał zlikwidować, jak się później okazało, nie mieli powiązań z żadną mafią). Na dokładkę, kolejny młody dealer marihuany z miasteczka, został zmuszony do wykopania sobie grobu w lesie i ułożenia się w nim, tam został skopany i pobity trzonkiem od łopaty, lecz oszczędzono mu życie- to było tylko zastraszenie, by przestał handlować. Wystarczyło wrażeń, dzieciaki albo same się wycofały z interesu, albo włączyli się rodzice i zakończyli zabawę w gangsterów. Wiadomo mi o trojgu, którzy z czasem wznowili proceder, lecz bardzo szybko trafili za kraty.

 

 

“Honor gangstera”- kliknij, by poczytać.

 

            W notce, do której link zamieściłem powyżej, obśmiałem tzw. “zasady” gangsterskie. Generalnie jest tak, że tam jedyną zasadą jest ratować swój tyłek- nie ma nic z legendy współczesnego rycerza z poematów łotrzykowskich. Dlatego na zakończenie pokażę na przykładzie porachunków opisanych powyżej, że i tu gangsterzy zachowali się, niczym tchórzliwi konfidenci BEZ ŻADNYCH ZASAD.

            1. Konflikt między wspólnikami rozpoczął się od tego, ze jeden postanowił dokonać przemytu bez udziału drugiego- zwyczajnie go chcąc wykiwać.

            2. Walka między gangami została przerwana poprzez donos “życzliwego” i policyjne aresztowania.

            3. Gangsterzy zaczęli się wzajemnie sypać. Mało tego: Część z nich zaczęła sama oddawać się w ręce policji oferując współpracę w zamian za niski wyrok- doszli do wniosku, że w więzieniu jest bezpieczniej. Żałośni konfidenci!

            4. Wielkie gangi: pruszkowski, wołomiński oraz gdańska grupa Nikosia, na wsparcie których liczyli zwaśnieni wspólnicy, tylko się przyglądały. Doszli do wniosku, że niech się powyrzynają, nie ma sensu ryzykować w imię jakiejś honorowej pomocy, ktoś w końcu wygra i poprowadzi interes- to z nim- ze zwycięzcą nawiążą współpracę największe gangi Polski.

 

            P.S.

            Ta historia, to tylko mglisty zarys całej prawdy. Jak to w Polsce bywa, dziennikarze szukają sensacji, a nie faktów, więc informacje (zwłaszcza z lokalnej prasy) różnią się w szczegółach, wiem na pewno, że nagminnie mylnie podawane jest imię jednego z zabitych gangsterów, właściwie dopiero w 2009 roku policja zakończyła śledztwo i pojawiły się oficjalne, kompleksowe informacje na temat tej wojny (wykluczono n.p. bezpośrednią ingerencję "Pruszkowa", co do momentu aresztowania Carringtona było obowiązującą wersją). Innym źródłem informacji były dla mnie wersje zdarzeń krążące w feralnym miasteczku w formie plotek- część z nich była potwierdzana z wiarygodnych ust, część nie, więc tę ignorowałem. Zmieniały się wersje podłoża konfliktu: Najpierw krążyła wersja o kradzionych samochodach, potem o narkotykach. Najbardziej prawdopodobny jest jednak przemyt spirytusu, a na pewno to dzięki temu przemytowi do gry weszła policja.



12:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
niedziela, 27 maja 2012

            Franklin Delano Roosvelt przejął władzę w czasach prohibicji. Ponieważ jedną z jego obietnic wyborczych było jej zniesienie, systematycznie prowadził prace do tego zmierzające. Zdając sobie jednak sprawę z odpowiedzialności, jaka na nim ciąży, jako na najwyższym przedstawicielu władzy, cały czas podkreślał, że respektuje obowiązującą ustawę, choć z utęsknieniem czeka na toast lampką szampana po jej zniesieniu. Dziś szacunek dla prawa, to już przeszłość. Dziś byle burak dostaje poklask tępej gawiedzi za publiczne złamanie prawa. Takie czasy!

            Posłowie Ruchu Palikota, konkretnie DWÓCH posłów: Janusz Palikot i Robert Biedroń, od jakiegoś czasu testują możliwość odegrania roli mesjasza marihuanistów- sprawdzają, czy nie da się stworzyć religii palikotańskiej na bazie marihuanistycznego męczeństwa któregoś z nich. Od ostatnich wyborów parlamentarnych niedwuznacznie sugerują, że palą marihuanę, Biedroń wręcz powiedział to wprost, a Palikot wczoraj zapalił publicznie coś, co wyglądało na skręta z dodatkiem marihuany. Jak do tej pory obaj panowie mają pecha: Prawnicy mają w dupie ich bohaterskie dokonania polegające na ssaniu podłużnego pakunku z żarzącą się substancją organiczną. Moi dzielni herosi, przypomnę wam, że każdy pacjent zakładu psychiatrycznego potrafi ciągnąć skręta, żeby nie zgasł!!! Jeśli myślicie, że od tego się staje mesjaszem, to takich mesjaszy jest pełno w zakładach zamkniętych.

            Zwolennicy legalizacji marihuany z uporem maniaka powtarzają mrożącą krew w żyłach legendę o więzieniu niewinnych ludzi, których jedyną winą było posiadanie konopi indyjskich. Pytanie brzmi: CZY CI BIEDACY BYLI OGRANICZENI UMYSŁOWO???   Nawet dziecko w podstawówce wie, że posiadanie marihuany jest przestępstwem. Przestępstwem popełnionym z pełną premedytacją. Nie da się posiadać marihuany przez nieuwagę. Jest to również przestępstwo, którego nie tłumaczą względy krytycznej sytuacji materialnej. Złodziej czasem kradnie, by zdobyć środki na życie. Żeby wejść w posiadanie marihuany, trzeba WYDAĆ środki, które mogłyby pomóc żyć rodzinie. Posiadającego mariuhuanę nie tłumaczy zatem żaden ważny powód. Jedynym powodem jest to, że bachor chce zapalić i już!!! I klękajcie narody, dostosujcie się wszyscy, bo bachor ma taki kaprys. Swoim jednak zwyczajem dodam, że co najmniej pięcioro moich znajomych trafiło za kratki z powodu marihuany. WSZYSCY byli wieloletnimi handlarzami bezpośrednimi za wyjątkiem jednego, który wpadł w Niemczech z dwoma, czy trzema kilogramami, był to jego pierwszy tak duży deal, nie wiem, czy wcześniej handlował. Choć tak naprawdę każdy marihuanista jest dealerem, gdyż każdy częstuje marihuaną swoich towarzyszy.

            Podczas wczorajszego “marszu wyzwolenia konopi” (już sama nazwa ukazuje poziom umysłowy marihuanistów- marszu wyzwolenia zupy żółwiowej nikt nie organizuje???) przypomniana została postać jakiegoś męczennika marihuany, który był tak zdolny, że występował w telewizji (może to zakonspirowana Jola Rutowicz???). I ponoć zmarnowano mu życie, skazując go za posiadanie marihuany. Biedny, nierozgarnięty debil: Nie obejmował przejaranym mózgiem, że popełnia przestępstwo. Dlaczego je popełniał??? Bo miał taki kaprys!!! Niesamowicie ważki powód!!! A przecież był taki mądry, że występował w telewizji, jak Jola Rutowicz i Frytka z Big Brother!!!

 

            Nie odmówię sobie przyjemności ponabijania się z haseł wznoszonych przez uczestników wczorajszego marszu:

            -KTO NIE JARA, TEN FUJARA- dzieci drogie, od jarania nie staniecie się mniejszymi fujarami, niż jesteście obecnie, naprawdę jaranie z nikogo nie zrobiło Hendrixa, ani Marleya, nawet Biedroń z tym, z czego jest znany w Polsce nie zapoznawał się dzięki marihuanie, tylko dzięki nietypowym upodobaniom.

            -MARIHUANA TO MEDYCYNA- a szubienica, to mechanika.

            -WOLNOŚĆ DLA KONOPI, KONOPIE DLA WOLNOŚCI- wolność dla azbestu, poszycia azbestowe dla wolności. Narkotyki odbierają wolność, są przeciwieństwem wolności!!!



piątek, 25 maja 2012

            Chyba nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że Janusz Palikot nie jest politykiem, lecz happeningowcem. To co robi ma ścisły związek z polityką, lecz polityką nie jest, jego działania zwracają uwagę społeczeństwa na wybrane zagadnienia polityki. Jego akcje oceniam różnie: niektóre przeprowadzone były naprawdę z jajem, a inne były dość żenujące. Nawet nie chodzi mi tutaj o przedmiot happeningu, a raczej o słaby, banalny pomysł. Bywało różnie.

 

            21 maja Janusz Palikot przybił na drzwiach krakowskiej bazyliki Franciszkanów akt apostazji. Jak przystało na dobry happening, wcześniej zadbał o jego nagłośnienie. Jego efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania: Kler i jego klakierzy dali się podejść, jak młode leszcze i sami zdemaskowali swą niewyobrażalną arogancję i pychę, które w efekcie przynoszą im szczególne ograniczenie umysłowe: Nie takie, związane z niskim ilorazem inteligencji, ale raczej z dysonansem poznawczym i niekonstruktywnymi sposobami łagodzenia dyskomfortu psychicznego, wynikającego właśnie z tego dysonansu. Cóż bowiem takiego zrobił Janusz Palikot? Przecież zrobił dokładnie to, czego się domagają od coraz to większej liczby ateistów duchowni: Złożył oficjalne oświadczenie. Co zatem wzbudziło ich wściekłość? Otóż nie zrobił tego na ich warunkach. Nie żebrał o widzenie z proboszczem, nie tłumaczył się przed typem, który mu ani bratem, ani swatem nie jest z prywatnej decyzji, z której nie ma obowiązku przed nikim się tłumaczyć. To było takie: MASZ I SIĘ WYPCHAJ!!! Czasem w życiu codziennym zdarza się, że ktoś domaga się od nas czegoś, co mu się nie należy, lecz w jakiś idiotyczny sposób próbuje nam wmówić, że jesteśmy mu to winni. N.p. sąsiad, który przypomina nam, jak to nas zgarnął z przystanku autobusowego i podwiózł do domu i w imię tamtego wydarzenia chce teraz pożyczyć dwie dychy. I wtedy zdarza się, że ze złości bierzemy tych dwadzieścia złotych, dajemy mu w łapę i mówimy “Masz i spierdalaj!”. Palikot zrobił dokładnie ten numer, ale publicznie- ośmieszył i upokorzył kler przed całą Polską.

            Wiecie jaka jest cecha dobrego happeningu? On trwa długo po jego zakończeniu. Tak było i tutaj: Duchowni i politycy na wyścigi brali w nim udział, wydając swoje opinie. Z prawdziwą przyjemnością przyłączam się więc do tego wydarzenia i ja, swoim krótkim felietonem. Niech trwa, niech jeszcze kilka osób się zastanowi, co tak naprawdę pokazał Janusz Palikot.

            Oczywiście najczęściej spotykane komentarze, to “szopka, cyrk pod publiczkę”. Zgadza się, brawo, tak miało być- happening jest rodzajem szopki- w dowcipny sposób dociera do szerszej widowni, ukazuje sprawy, nad którymi być może szary człowiek nigdy się nie zastanawiał, ma być łatwy w odbiorze i zwrócić uwagę jak największej liczby osób, to dlatego jest tandetny i kiczowaty, ale jest to kicz zamierzony, jak w kabarecie, czy karykaturze. Innym, często słyszanym pytaniem jest “dlaczego przy świetle kamer?”. A co? Wstydzicie się? Czego? Ja odpowiem, czego. To kler organizuje tę szopkę. To kler jej wymaga. Tego się wstydzi duchowieństwo: To oni są autorami tego kabaretu.

 

            Osobny akapit poświęcę wypowiedzi abpa Nycza, który poddał w wątpliwość formalną stronę apostazji Palikota i nie udzielił potwierdzenia jego wykluczenia z Kościoła Katolickiego. Księże arcybiskupie, toż cały wic na tym polega, że duchowni i ich potwierdzenie jest apostatom absolutnie zbędne. Wy tu nie macie NIC do gadania. To dorośli ludzie, którzy mają WOLNĄ WOLĘ, mają także PRAWO WOLNOŚCI WYZNANIA. Co ma decyzja proboszcza, biskupa, papieża, czy nawet nadpapieża Rydzyka do decyzji wolnego człowieka o przynależności do związku wyznaniowego? To doprawdy żenująca sytuacja, gdy biskupi przebierają nóżkami i krzyczą "MY, MY, MY, JESZCZE MY MUSIMY SIĘ ZGODZIĆ!" Jakim prawem macie czelność domagać się ode mnie wypełniania jakichś kretyńskich formularzy i ganiania z nimi po parafiach oraz wysłuchiwania uwag typa, na wybór którego nie miałem żadnego wpływu. Bo inny koleś mnie schlapał kranówą, gdy byłem niemowlęciem??? Przecież ja do żadnego sakramentu nie przystąpiłem jako człowiek świadomy i pełnoletni! Co się duchownym pod tymi śmiesznymi czapkami układa?! Nie każdy podziela biskupi entuzjazm w kwestii duchowego przywództwa Kościoła Rzymsko- Katolickiego. Ba, nie każdy podziela ten entuzjazm w kwestii istnienia Boga. Pycha i arogancja zgubią kler!



01:21, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (24) »
środa, 23 maja 2012

 

            Nie będzie tak romantycznie, jak w historyjce Wojtka Młynarskiego: nie było żadnej miłości platonicznej, ani żadnej, po prostu znaliśmy się, a też i samo spotkanie po latach nie miało w sobie nic ze szczerych, choć spóźnionych wyznań, a raczej było pełnym żalu monologiem osoby niezadowolonej z życia. W zasadzie się nie dziwię, ale o tym później. Nie jest to też tak dawne wspomnienie- to początek roku 2005.

 

            To nie były przyjaciółki od serca, niczym te z tekstu Anny Saranieckiej i Katarzyny Nosowskiej, łączyło je tylko jedno: Imprezy. Po prostu głupio by im było samotnie się szwendać pomiędzy domami zamieszkałymi przez polskich emigrantów, a we dwie zawsze raźniej. Na tym się ich współpraca kończyła. Konflikt interesów był ogromny: Gdy stawały w drzwiach, męskie pożądanie kierowało się tylko na jedną z nich, ponadprzeciętnie zgrabną, a jednocześnie o niewinnej, dziewczęcej urodzie. Druga z nich też nie była brzydka, miała niesamowity, przyjazny uśmiech i płonące oczy, jednak posiadała lekką nadwagę, taką, jaka nie przeszkadza żadnemu facetowi, ale nie była w stanie konkurować z pierwszym wrażeniem, jakie robiła figura zjawiskowo zgrabnej koleżanki. Ponieważ obu marzyła się rola gwiazd towarzystwa, adorowanych, sponsorowanych i noszonych na rękach, a chłopcy wabieni czarem zgrabniejszej, na niej koncentrowali uwagę, druga przeciwdziałała temu zabójczą bronią: seksem. Miała niesamowity przerób, nie zdziwiłbym się, gdyby to było trzech facetów na tydzień, a z całą pewnością zdarzały się takie tygodnie. Skąd wiem...??? A o czym rozmawiają dwudziestolatkowie po imprezach??? O polityce? Historii? Szczególnej teorii względności? A ja w tym czasie mieszkałem pośród nich.

            W praktyce wszystko wyglądało tak: Od momentu pojawienia się dziewcząt w drzwiach, zlatywali się do nich chłopcy, wyraźnie ukierunkowujący swe pożądanie ku zgrabniejszej, która była mistrzynią kokieterii, dając nadzieję wszystkim naraz i uważnie wybierając tego, który się nadaje. W tym czasie ta mniej zgrabna odgrywała swoją rolę: Głupiutkiej, rozrywkowej, chętnej. Ona też dokładnie wiedziała, co robi, choć z pozoru nikt by jej nie dał szans. A jednak: uważnie się przysłuchiwała chłopcom, uważnie ich obserwowała i też dokonywała swojego wyboru, który ułatwiała jej zgrabna koleżanka, po mistrzowsku ciągnąc leszczyków za języki. Po dwóch- trzech godzinach imprezy wystarczył jeden moment, gdy upatrzony obiekt oddalał się od pozostałych, teoretycznie obdarzona mniejszymi szansami gwiazdeczka dopadała go poza wzrokiem towarzystwa i inicjowała szybki seks. Naprawdę wielu dochodziło do wniosku, że lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Zdarzało się nawet, że był to ten, którego namierzała ta niby atrakcyjniejsza, łaskawie pozwalająca się adorować, ale nigdy nie goniąca pierwszego dnia znajomości do łóżka. Nie mogło się jej to podobać. Z dwóch przyczyn: Po pierwsze, co zrozumiałe, nikt nie lubi, gdy obiekt zainteresowania zostaje zgarnięty sprzed nosa przez konkurencję. Po drugie, nawet gdyby danym facetem nie była zainteresowana, to i tak lubiła, gdy to ona była w centrum zainteresowania, lubiła gdy walczyli o nią wszyscy. Samo brylowanie przy stole nie wystarczało. Oczywiście sama nie miała zbyt długich okresów samotności, lecz dla zasady, odgrywała się na koleżance, obrabiając jej tyłek do oporu. Co niekoniecznie przynosiło ten efekt, o który jej chodziło. Okazywało się bowiem, że dziewczę z piętnem puszczalskiej przestało mieć jakikolwiek problem ze znalezieniem adoratora, gdyż perspektywa łatwego seksu ukierunkowywała część męskiego towarzystwa na nią, od razu- z miejsca. I to było tyle, co o nich wówczas wiedziałem- nigdy z nimi nie mieszkałem, akurat te dwie dziewczyny znałem głównie z opowieści.

            Przed rokiem spotkałem tą teoretycznie mniej atrakcyjną, muszę przyznać że zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Przede wszystkim nic się nie zmieniła, jakby czas dla niej stanął w miejscu. Ja nie zauważyłem sześciu lat, które minęły, a nawet powiedziałbym, że wyglądała korzystniej, bo chyba zaczęła nieco więcej środków przeznaczać na ubiór. Mało tego, odniosłem wrażenie, że mentalnie również jej nie przybyło lat, dalej w jej głosie brzmiała ta sprytnie odgrywana głupiutka trzpiotka, najważniejsze jednak, że nadal słyszałem w jej głosie tę absolutną beztroskę, jakby nie miała nigdy problemów. Czy rzeczywiście nie ich nie miała, pozostanie jej tajemnicą, ale wyglądała świetnie.

            W przedostatni weekend spotkałem też drugą bohaterkę opowieści i o tym pisałem na początku notki. Już z daleka wyłowiłem z tłumu kobietę, która mi kogoś przypominała, więc wpatrywałem się w nią, usiłując sobie uświadomić, skąd my się znamy. Gdy załapałem kogo mi przypomina, gapiłem się w nią jeszcze intensywniej, gdyż nie wierzyłem, że mogła się aż tak zmienić. Twarz lekko różniła się od dawnej czymś, co chyba było opuchlizną, sprawiała do tego wrażenie poszarzałej, ale na zmianę całokształtu miał głównie wpływ kompletny brak dbałości o wygląd: brudny dres, wyglądający na niej strasznie, gdyż jej kształtna kiedyś pupa zrobiła się całkiem płaska. Przed siedmiu laty gwiazda towarzystwa, błyszcząca wyglądem, umiejętną kokieterią, dopasowanym strojem, dziś wychudzona, poszarzała i w brudnych łachach. Tak, to była ona, upewniłem się, gdy spostrzegłem że i ona próbuje we mnie kogoś rozpoznać.

 

            Miałem zamienić tylko kilka kurtuazyjnych słów, zwyczajnie nie wiedziałem, jak mam się zachować. Co ma zrobić facet, widząc dziewczynę, która jeszcze niedawno błyszczała urodą, a po siedmiu zaledwie latach wygląda tak, że nawet nie można jej komplementu powiedzieć, gdyż brzmiałby tak fałszywie, że niechybnie zostałby odebrany jako kpina?! Ona jednak zaskoczyła mnie i wskazując pusty stolik przed jakąś kawiarenką spytała, czy usiądziemy. I tak zaczęła się ta troszkę wymuszona “kawa” i dość smutny monolog. Opowiedziany językiem dalekim od tego, który pamiętałem: Znikła zalotna kokieteria, pojawiła się skarga i wulgaryzmy oraz zarys błyskawicznej historii upadku. Okazało się, że w ciągu siedmiu lat zdążyła wyjść za mąż, urodzić dwoje dzieci, rozwieść się i stracić prawo do opieki, właściwie ratowało ją to, że miała pracę nocnej sprzątaczki (nie brzmi to atrakcyjnie, ale w jej przypadku, dodatek nocny dawał naprawdę wiele, a z taką prezencją ciężko by jej było znaleźć jakąkolwiek pracę), a rozkładało to, że musiała płacić alimenty. Kilka godzin po tym spotkaniu, wspomniałem o niej znajomym- wyjaśnili mi, że po ślubie nie pozbyła się zamiłowania do imprez i kokieterii. Choć miała małe dzieci w domu, zdarzało jej się urwać. Mąż miał dosyć, lecz (jak to bywa) czarę goryczy przebrało dopiero przyłapanie małżonki w niedwuznacznej sytuacji u gospodarza jednej z imprez.

 

            Ot, i cała historia, a teraz chwila refleksji: Jak dziś, brzmią mi w uszach słowa tej urodziwej kiedyś dziewczyny, gdy podczas towarzyskiej dyskusji wygłosiła pogląd mniej- więcej taki: “Kiedy się mam bawić? Jak będę miała męża i dzieci? Wtedy nie będzie czasu!”. Nie przewidziała jednego: Przez taką zabawę STRACI MĘŻA I DZIECI. STRACI RÓWNIEŻ URODĘ. Czasu będzie jak lodu, nie będzie tylko nikogo, kto będzie się chciał z nią bawić. I choć jest w wieku, w którym na niewiele rzeczy jest już za późno (ma dopiero 32 lata- teoretycznie wszystko przed nią), to jedno jest pewne: straciła rodzinę, straciła urodę. Bezpowrotnie. I już nigdy nie wróci ten czas, gdy stając w drzwiach wzbudzała pożądanie męskiej części gości.

            Wśród uzależnionych kobiet (nieistotne, czy uzależnionych od alkoholu, czy od narkotyków), za największą stratę w wyniku nałogu, uważana jest STRATA RODZINY I URODY. Z obu tymi stratami nie potrafią się zmierzyć, ale o ile stratę rodziny, kobiety te potrafią wypierać ze świadomości stosując obwinianie partnera, czy też innych osób, o tyle utrata urody jest dla nich tematem tabu. Tu nie da się zrzucić odpowiedzialności na nikogo. Takie to myśli naszły mnie po przeczytaniu notki Smugi, traktującej o imprezowych kobietach, zwłaszcza w kontekście niedawnego spotkania z jedną z nich. W każdym razie, wygląda na to, że seks okazał się zdrowszy od picia.



00:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (41) »
niedziela, 20 maja 2012

            Prokurator Roman Pietrzak z katowickiej prokuratury apelacyjnej nakazał aresztowanie i przetrzymywanie człowieka pod zarzutem wyprodukowania 200 kg amfetaminy i przechowywania ich na wyspie jeziora. Pomimo tego, że już 20 dni po aresztowaniu okazało się, że w kuchni ośrodka, gdzie rzekomo miała być produkowana amfetamina, nie ma nawet śladowych ilości narkotyku, a wyspa nie istnieje w ogóle, prokurator przetrzymywał człowieka w areszcie ponad DWA LATA. Pomimo decyzji sądów dwóch instancji zarzucających  prokuratorowi działania nieetyczne i niemoralne, przełożeni prokuratora nie chcą wyciągać żadnych konsekwencji.

            To nie jakaś bezosobowa “prokuratura”. Niewolący bezpodstawnie człowieka ma imię, nazwisko i wygląd, to prokurator Roman Pietrzak zatrudniony w prokuraturze apelacyjnej w Katowicach. Jeżeli go znasz, nie podawaj mu ręki, nie siadaj przy jednym stole, nie odzywaj się do niego, nie nawiązuj kontaktu. Jeśli jesteś jego żoną/ kochanką, uciekaj od niego, jeśli jesteś dzieckiem, powiedz żeby zabrał od Ciebie swoje łapy, jeśli jesteś przyjacielem, znajomym, wykreśl go z listy kontaktów.

 

            Prokurator Roman Pietrzak z katowickiej prokuratury apelacyjnej nakazał aresztowanie i przetrzymywanie człowieka pod zarzutem wyprodukowania 200 kg amfetaminy i przechowywania ich na wyspie jeziora. Pomimo tego, że już 20 dni po aresztowaniu okazało się, że w kuchni ośrodka, gdzie rzekomo miała być produkowana amfetamina, nie ma nawet śladowych ilości narkotyku, a wyspa nie istnieje w ogóle, prokurator przetrzymywał człowieka w areszcie ponad DWA LATA. Pomimo decyzji sądów dwóch instancji zarzucających  prokuratorowi działania nieetyczne i niemoralne, przełożeni prokuratora nie chcą wyciągać żadnych konsekwencji.

 

            To nie jakaś bezosobowa “prokuratura”. Wszyscy tam zatrudnieni mają imiona, nazwiska, wygląd. Jeśli znasz kogoś zatrudnionego w prokuraturze apelacyjnej w Katowicach, skreśl go z listy znajomych. Jeśli jesteś kochankiem/ kochanką, mężem/ żoną tam zatrudnionych, uciekaj od nich. ZBRODNIA JEST ASEKSUALNA. Pamiętaj: Nie da się być strażnikiem więziennym, nie wiedząc, co się dzieje w więzieniu, nie da się być sekretarzem Berii, nie wiedząc jakie rozkazy wydaje Beria. Nie zbliżaj się do tych ludzi, nie siadaj z nimi przy stole. Nie utrzymuj związków, powstrzymaj się od kontaktów seksualnych z nimi. Oni utrzymują w pracy człowieka, który ponad dwa lata bezpodstawnie, z pełną świadomością tego, że dowody w sprawie dają niepodważalne alibi podejrzanemu, więził go, zabrał ponad dwa lata życia, skaził go na całe życie piętnem przestępcy. Niech żyją w wiecznej pogardzie!

            Prokurator Roman Pietrzak z katowickiej prokuratury apelacyjnej nakazał aresztowanie i przetrzymywanie człowieka pod zarzutem wyprodukowania 200 kg amfetaminy i przechowywania ich na wyspie jeziora. Pomimo tego, że już 20 dni po aresztowaniu okazało się, że w kuchni ośrodka, gdzie rzekomo miała być produkowana amfetamina, nie ma nawet śladowych ilości narkotyku, a wyspa nie istnieje w ogóle, prokurator przetrzymywał człowieka w areszcie ponad DWA LATA. Pomimo decyzji sądów dwóch instancji zarzucających  prokuratorowi działania nieetyczne i niemoralne, przełożeni prokuratora nie chcą wyciągać żadnych konsekwencji.

 



czwartek, 17 maja 2012

 

            Był czas, gdy radio było czymś magicznym. Połączenie słowa, dźwięku i ludzkiej wyobraźni dawało wspaniały efekt. Brak ograniczenia czasowego sprawiał, że wszystko można było okrasić komentarzem lub dyskusją oraz dokonywać korekty wraz z poznawaniem nowych faktów. Do dziś w niemal klasycznej formie funkcjonuje kilka stacji, jak nasza Trójka.

 

            Gdy na rynku medialnym pojawiła się telewizja, wydawało się, że jej magia będzie nieograniczona. Wystarczy zresztą spojrzeć na powyższy teledysk- kto widział film, czuje ten klimat. Uzupełnienie przekazu o obraz dawało twórcom olbrzymią dowolność. Paradoksalnie jednak, telewizja nigdy nie wspięła się na wyżyny radia. Okazało się, że obraz zabijał wyobraźnię, a wszechobecna uległość wobec masowego odbiorcy, wzmocniona misją propagandową, zabijać zaczęła to, co zapowiadało się tak wspaniale. Gdy okazało się, że telewizyjne gówno sprzedaje się świetnie w nurt ten włączyły się rozgłośnie radiowe. Na alarm bili nie tylko krytycy. Już w roku 1965, dwudziestotrzyletni Mick Jagger napisał jeden z najbardziej znanych protest songów przeciw dyktaturze komercji, propagandy i chłamu: “Satisfaction”.

            Nie inaczej było i w Polsce. W latach komuny, kulturę medialną niszczyła propaganda, a po jej upadku, do propagandy dołączyła jeszcze komercja. Osiągnęliśmy jednak coś, co nie udało się chyba nigdzie. Nie dość, że zamiast mediów mamy komercyjno- propagandowy kał, to jeszcze ten kał okazuje się być nierentowny. To jest naprawdę sztuka: Coś, co wszędzie na Świecie jest żyłą złota, w Polsce okazuje się być deficytowe. Najlepsze jest jednak to, że od dwudziestu lat trąbi się o potrzebie reformy mediów publicznych, jest to jeden z ulubionych tematów polityków, a już na starcie okazuje się, że nikt nie zamierza dokonywać, ani reformy finansów, ani reformy zawartości kulturalno- oświatowej radia i telewizji. Te kutasy, jeśli już dyskutują (choć raczej nie nazwałbym tego dyskusją, lecz skakaniem sobie do gardeł), to o tym, co zrobić, by ich partia, czy kościół, mógł tam intensywniej prowadzić swoją propagandę!!!

 

            Wiecie, co mi chodzi po głowie??? Właściwie na jaką cholerę nam telewizja publiczna?! A sprzedać ją w diabły!!! Zostawić w umowie klauzulę na główne wydanie wiadomości, pół godziny programu edukacyjnego, pół godziny bajki, klasykę filmową po wiadomościach (razem 4 godziny programu), a resztę sprzedać. Przecież i tak telewizja nie spełnia już roli misyjnej, jest tylko komercja, propaganda polityczna i indoktrynacja religijna!!! I w dodatku przynosi deficyt! Na co komu ten wrzód na dupie? A jak państwo chce budować telewizję misyjną, to na bazie “TV Kultura”. Sio od polityki, sio od komercji, sio od drogich, ekskluzywnych studiów filmowych i siedziby na Woronicza, sio od programów licencyjnych, sio od oper mydlanych, sio od teleturniejów zamienionych w gwiazdorskie show. Archiwum filmowe, teatr telewizji, program historyczny, program przyrodniczy i starczy. Jak nas nie stać na więcej, a nikt nie zatrudnia dobrych managerów, by telewizja zarabiała, tylko obsadza stanowiska według klucza politycznego, to znaczy, że trzeba się jej pozbyć i zacząć od zera.

 

            Osobną sprawą jest, jak to się dzieje, że władze telewizji przeprowadzają tak wielkie inwestycje, generują coraz to większe wydatki na programy typu show dla niedorozwiniętych, a nie potrafią oszacować właściwie przychodów, którymi można by było sfinansować te przedsięwzięcia. Przecież to mi wygląda na komunistyczną zasadę: “Najpierw kupmy, a jak już to będzie, to się będziemy martwić”.  Myślałem, że ostatnią oazą takiego myślenia, są kościelne mózgi, które nabudowały kościołów, a o koszty utrzymania będą się martwić później (w domyśle- remonty i renowacje sceduje się na państwo, a opłat stałych się po prostu nie uiści i podjudzi wiernych, że zła władza kościoły chce zamykać). No, podobnie myśli jeszcze PKP, które udaje, że nie jest tym samym państwowym molochem, jakim było przed tzw. “restrukturyzacją”.

 

            Wracając do telewizji: Nie odnosicie wrażenia, że po prostu jakiś komuch wymyślił, że cokolwiek by nie zrobił, to i tak państwo mu dołoży brakujące fundusze? Bo ja widzę to dokładnie w ten sposób! Zakładają, że żaden rząd nie pozbędzie się takiego narzędzia propagandy i utrzyma je za wszelką cenę. Czy nie ma prawnych możliwości wykopania nieudolnych managerów? Przecież od tego trzeba zacząć, jeśli się w ogóle myśli o reformie. Czy TVP nie planuje budżetu i się później nie rozlicza z jego wykonania?! Na to wygląda! ...A jeśli wygląda, to trzeba to zmienić, bądź się tego pozbyć.

 



20:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
wtorek, 15 maja 2012

            Polacy przez lata komuny przyzwyczaili się do idiotycznego systemu refundacji “wszystkiego”, co jest związane z leczeniem. Cudzysłów jest zamierzony, bo oczywiście NIGDY ta refundacja nie miała miejsca. ZAWSZE na coś brakowało! Z niewiadomych przyczyn Polacy wkręcili sobie, że ponieważ “TYLE PŁACĄ”,  to “POWINNI” mieć wszystko gratis. Ile płacą, łatwo wyliczyć, gdyż to 9% pensji brutto, więc bez przesady z tym ogromem. Ile mają, to wiemy, gdyż do specjalisty czeka się w kolejce od pół roku wzwyż. Dlaczego? Bo wyżej dupy nie podskoczysz. Więcej specjalistów, niż jest zatrudnionych w służbie zdrowia nie ma, a nie wystrugamy ich z kory. Trzeba ich wykształcić i zatrudnić. Ewentualnie przyjąć specjalistów wykształconych gdzie indziej, zaoferować konkurencyjną pensję, by opłaciło im się zostawić kraj rodzinny i wtedy zatrudnić. Polak jednak z uporem maniaka będzie powtarzał, że ci specjaliści “POWINNI BYĆ”, nie chce na nich płacić, ale chce ich mieć.

            Z tym samym problemem stykają się mieszkańcy wszystkich krajów Świata. Wbrew temu, co próbuje wmawiać Janusz Korwin Mikke, kraje rozwinięte płacą obowiązkowe ubezpieczenia zdrowotne, a zbawienną medycynę bezpodatkową stosuje się chyba tylko we wspólnotach plemiennych, gdzie leczy się ludzi przez pocieranie skórą węża, bądź spożywanie sproszkowanych dziobów papuzich. Wszędzie tam, gdzie jest rozwinięta medycyna, istnieje system obowiązkowych ubezpieczeń. Różny jest tylko ich zakres.

 

            Ponieważ za dość ciekawe uważam rozwiązanie irlandzkie, z którego korzystam, chciałbym je skrótowo przedstawić:

            Nie wnikając w niuanse algorytmu obliczeń, powiem tylko, że moje obowiązkowe ubezpieczenie społeczne (zdrowotne+ emerytalne) kosztowało od 3100 euro rocznie do ponad 5 000 euro rocznie (w zależności od zarobków, które plasowały się w strefie średnich dochodów- wyższych zdecydowanie od płacy minimalnej, natomiast oddzielonych przepaścią od dochodów klasy “S”). W zamian za to otrzymałem bezpłatne leczenie, jednak ta bezpłatność obwarowana jest kilkoma warunkami. Po pierwsze, wszystkie wizyty kontrolne są płatne. Dopiero, gdy lekarz pierwszego kontaktu uzna, że to coś poważnego i zleca dalszą diagnostykę, bądź leczenie, jest ono bezpłatne. Koszt wizyt u lekarza pierwszego kontaktu można odliczyć od dochodu, jednakże dopiero, gdy przekroczy on sumę określoną ustawą, nie chce mi się szukać, jaka jest obecnie, ale gdy pracowałem, wynosiła ona ok. 300 euro rocznie- nigdy jej nie przekraczałem, więc płaciłem pełną odpłatność za wizyty.

            Co system na tym zyskuje? Oczywiście zyskuje to, że fundusze, które w Polsce wydaje się na wizyty symulantów i hipochondryków, w Irlandii pozostają w systemie opieki zdrowotnej. Pozostaje więc więcej środków na naprawdę skomplikowane i drogie terapie. Dopiero poważne choroby, których leczenie kosztuje więcej, niż 300 euro rocznie są refundowane. Skala refundacji zależy od dochodu. Bogatszy może liczyć na mniej, choć płaci więcej podatków, a biedniejszy na więcej. Osoby, których dochód jest poniżej minimum socjalnego, mają opiekę refundowaną w całości, co nie oznacza że całkiem bez sensu. Nie wszystkie leki są refundowane, a na odpowiednie leczenie wymagane jest skierowanie.

            Malkontenci mogą płakać, że to niesprawiedliwe. Rzeczywiście, osoba zarabiająca dużo, więc płacąca dużo, niejako “za karę” za swoją pracowitość, płaci za swoje choroby więcej, niż osoba, która zarabiała mniej, bądź nie zarabiała wcale. Irlandia wyszła jednak z założenia, że bogaty nie zbiednieje, natomiast dzięki finansowaniu leczenia ludzi ubogich, unika się napadów rabunkowych, których celem miałoby być zdobycie pieniędzy na leczenie- leczenie osób bezrobotnych, bądź ich dzieci. Zgadzam się z tym tokiem myślenia. Jak już napisałem, ubezpieczenie społeczne i zdrowotne nie jest takim znowu wydatkiem, by nad nim płakać, a zabezpiecza obywateli przed rozbojami, czy w skrajnym wypadku, rewolucją, poza tym KAŻDY może wpaść w kłopoty finansowe, więc każdy ma chroniony tyłek. Jeśli ktoś myśli, że nie, to najzwyczajniej w Świecie, NIE ZNA ŻYCIA. Mantra Janusza Korwin Mikke “chcącemu nie dzieje się krzywda”, charakteryzuje się niezwykle ograniczoną wyobraźnią. Ponieważ ja miałem okazję zarabiać bardzo przyzwoite pieniądze, by chwilę później stracić źródło dochodu z powodu choroby, mam nie tylko wyobraźnię, ale i WIEDZĘ na ten temat. Znam to zarówno z teorii, jak i z praktyki. I to zarówno od strony ubezpieczenia obowiązkowego, jak i dodatkowego.

            Co śmieszne, system zdrowotny Republiki Irlandii odrzuciłby nie tylko Janusz Korwin Mikke, ale i Leszek Miller, Grzegorz Napieralski, czy Jarosław Kaczyński. Dlaczego? Bo za wizyty u lekarza pierwszego kontaktu trzeba płacić, co wywołuje panikę o komunistów, kryptokomunistów i narodowych socjalistów. Mało tego, Irlandia ma zróżnicowany standard leczenia, gdyż osoby decydujące się na dodatkowe ubezpieczenie, są uprawnione do wygodniejszych sal komercyjnych, a także do szpitali prywatnych. Jak pamiętamy, taka propozycja rządu Tuska, wywołała zdecydowany sprzeciw PiS i SLD, bo to podobno “NIESPRAWIEDLIWE”. Jak widzimy, sprawiedliwość jest jak DUPA, inną ma Janusz Korwin Mikke, inną Leszek Miller, inną Donald Tusk, a jeszcze inną Waldemar Pawlak, Renata Begger, czy Zbigniew Ziobro. Dlatego osobiście nie uznaję pojęcia “sprawiedliwości”, gdyż jest ono naciągane, niczym guma w gaciach.

 

            Za największą wadę systemu zdrowotnego w Irlandii uznaję brak kadry. Edukacja nie nadąża za potrzebami, poziom lekarzy ogólnych jest dużo niższy, niż w Polsce, dobrych jest jak na lekarstwo. Nie wynika to jednak z systemu ubezpieczeń, lecz z niskiego poziomu edukacji ogólnej.  Za to eksperci są światowej klasy, tyle że nie ma ich wielu. Choć i tak zdarzają się rzeczy, na które nie ma lekarstwa.

             Na zakończenie taka uwaga: Ciężko ten felietonik nazywać obiektywnym, skoro wyraźnie sugeruję czytelnikowi, że podoba mi się opcja irlandzka. Z satysfakcją odnotowuję jednak, że subiektywizm jest cechą felietonu i taki ma być. Mimo to, podałem elementy systemu irlandzkiego, które mogą się nie podobać zarówno komunistom, jak i skrajnym liberałom. Pocieszam się zatem, że i tak jestem o niebo uczciwszy, niż politycy, którzy ograniczają się do tępej krytyki pomysłów innych opcji politycznych, gdyż przyznałem, co może tutaj stanowić element kontrowersyjny. Poza tym, jakie to ma znaczenie??? I tak żaden z polityków nie oprze się na tym, co tutaj napisałem. Warto jednak wiedzieć, że są do wyboru inne systemy, niż finansowanie “wszystkiego”, bądź pełna odpłatność. To jeden z nich. Na Świecie są ich dziesiątki lub nawet setki. Rzut oka na to, co jest poza naszym grajdołkiem jeszcze nikomu nie zaszkodził.



wtorek, 08 maja 2012

            Zauważyliście ciekawą prawidłowość??? Polak, gdy robi coś zespołowo, zawsze uważa, że jest wyzyskiwany. Gdy pracuje, to okrada go prywaciarz- szef, który go wyzyskuje, a koledzy z pracy się obijają i tylko on ciągnie firmę. Gdy posiada firmę, to go okradają pracownicy, obijają się, ściemniają, oszukują. Gdy dokonuje transakcji kupna- sprzedaży, to druga strona chce go oszwabić. Tylko on jeden, jedyny, jest uczciwy.

            Nie inaczej jest z ubezpieczeniami. Ile to już razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że “JESTEŚMY OKRADANI, a za taką kasę, to mielibyśmy takie ubezpieczenie, że w szpitalach by nam złote kaczki podawali”. Niby coś jest na rzeczy, jednak nie tak wiele, jak się to powszechnie uważa. Otóż  z całą pewnością, więcej niż wpłacimy na ochronę zdrowia (globalnie, jako obywatele RP), nie wyciągniemy. Pieniędzy w NFZ jest dokładnie tyle, ile wpłaciliśmy, minus koszty własne. Pewnie, jak wszędzie gdzie jest kasa, są też i złodzieje, jednak opowieści o tym, jak to byśmy leczyli się jak “pany”, gdyby istniało tylko prywatne, dobrowolne  ubezpieczenie, radziłbym włożyć między bajki. Zapytam tak: Dlaczego zatem ci wszyscy przekonani o tym królewskim leczeniu ubezpieczonych dobrowolnie, po prostu nie wezmę i się tak nie ubezpieczą, skoro to takie tanie i daje taką opiekę??? Wiecie dlaczego??? Bo to gówno prawda. Ja akurat byłem dodatkowo ubezpieczony i wiem, jak wyglądają profity z tego powodu. Co prawda w Irlandii, ale znam i cenę i to, co się w zamian otrzymuje.

 

Oto link do jednego z irlandzkich ubezpieczycieli, wybrałem jego, bo działa również w Polsce. Kliknijcie tu i sprawdźcie, jakie są ceny i co jest w pakiecie. Pamiętajcie, że oprócz tego, oni płacą ubezpieczenie obowiązkowe, więc te punkty o szpitalach publicznych są finansowane z trzech źródeł: ubezpiecznia obowiązkowego, ubezpieczenia dodatkowego i opłaty rządowej, zawartej w cenie ubezpieczenia. I nie dawajcie sobie wciskać kitów, że ubezpieczenie prywatne jest tanie i daje wszystko!!! Zwróćcie też uwagę, że to ubezpieczenie nie pokrywa wizyt u lekarza ogólnego, pokrywa tylko leczenie szpitalne.

 

            Do poruszenia tego tematu skłonił mnie jeden z komentatorów, który twierdził, że idąc na lewe zwolnienie on wcale nikogo nie okrada, a jedynie odbija sobie straty. Przede wszystkim bardzo ciekawe było to, że te straty sobie odbija, ale nie na tym, co go rzekomo okrada. To już jest fajne, bo o ile NFZ okradnie tylko na cenę konsultacji lekarskiej, ewentualnie na cenę badań dodatkowych zleconych przez lekarza, to cała reszta jest pokrywana przez pracodawcę, bądź ZUS. Ponieważ składka na NFZ wynosi 9% podstawy opodatkowania, to na drodze trywialnych przekształceń matematycznych obliczamy, że wystarczy wyłudzenie dwóch dni zwolnienia w miesiącu, by koszt tego wyłudzenia przekroczył wartość składki na NFZ (zakładając, że pracujemy 23 dni w miesiącu, dwa wyłudzone dni, to 0,87% wynagrodzenia brutto, do tego dochodzi koszt wizyty i już przekraczamy 9% składki. Oczywiście nie należy oczekiwać, że osoba kradnąca te pieniądze, zrezygnuje z przysługującej jej bezpłatnej opieki zdrowotnej w razie realnej choroby. Przecież się należy!!!

 

            Daleki jestem od gloryfikacji obecnego systemu opieki zdrowotnej. Ba, uważam, że tkwi on nadal w latach komuny, a zmiany są pozorne. Chcę tylko zwrócić uwagę na jedno: Leczenie kosztuje, potrafimy leczyć coraz więcej chorób, więc jego koszty się zwiększają. Wymagania mamy olbrzymie, ale płacić nie chcemy, mało tego, sami ten system okradamy. To czego my, do jasnej cholery, chcemy?!

 

            Następny post poświęcę temu, jak to się dzieje, że Irlandia znajduje środki na poważną diagnostykę i skomplikowane terapie. Już dziś zapraszam, bo jeżeli ktoś myśli, że to się bierze znikąd, to oczywiście jest idiotą. W systemie nie ma więcej pieniędzy, niż wpłacą obywatele!!!

            Na zakończenie taka mała dygresja: Ponieważ tak łatwo przychodzi obywatelom RP twierdzenie, że za taką kasę, którą płacą na NFZ, to oni by się tak świetnie ubezpieczyli, że sikaliby do złotych kaczek, zastanawia mnie dlaczego nie przyjdzie im NIGDY do głowy stwierdzenie, że za kasę, którą wywalają na wyroby alkoholowe, wyroby tytoniowe i narkotyki, to dopiero by się ubezpieczyli! Zważywszy jeszcze koszty dodatkowe, okołoużywkowe, jak dziwki, taksówki, wypadki i choroby spowodowane nałogami, degradacja społeczna i zawodowa, kłopoty z prawem..... Nie spotkałem się NIGDY z taką myślą. Wszyscy są biedni, bo okradani. Jeśli okradani, to przez kogo, jeśli biedni, to czy przez przypadek nie dlatego, że głupi???



19:48, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (94) »
niedziela, 06 maja 2012

            Chomik ma kolejny kłopot... i kolejny poważny. Nazywa się nowotwór złośliwy. Pierwszym objawem, którego nijak nie dało się zlekceważyć i udawać, że go nie ma, był obrzęk szyi. Guz od ucha do ucha na jej grzbietowej części. Mimo to, Chomik zastosowała (to kobieta) metodę “na strusia” i odwlekała badania mające orzec, czy to guz złośliwy, czy też nie. Po roku takiej igraszki ze zdrowiem, okazało się, że guz jest złośliwy, na tyle złośliwy, że odnaleziono przerzuty na wątrobie i tylnej ścianie żołądka (informacje mam z trzeciej ręki, więc nie znam ani liczebności odkrytych ognisk, ani dokładniejszych danych).

 

Kliknij tu, jeśli chcesz poznać wcześniejsze losy Chomika.

 

            Jakie są efekty gry na zwłokę? Nowotwór rozprzestrzenił się w organiźmie, co pozbawiło sensu zastosowania takich metod leczenia, jak radioterapia. Jedna operacja też sprawy nie załatwi, a kilku, pacjentka może nie przeżyć. Chomik nie ma na chwilę obecną zbyt wielkiego wyboru: albo chemioterapia, albo kapitulacja i czekanie na śmierć.

            Próbuję się skontaktować z Chomikiem. Chciałbym ją zmotywować do podjęcia leczenia i stosowania się do zaleceń lekarskich. Z tym może być problem... i to poważny. Chomik kiedyś doradziła swojemu ojcu odrzucenie chemioterapii i zgodę jedynie na radioterapię. Ojciec zmarł. Jeśli Chomik podejmie chemioterapię, będzie musiała wewnętrznie uznać, że pozbawiła ojca innej szansy na wyzdrowienie, że przez nią ojciec nie spróbował wszystkiego, co było w arsenale medycznym Irlandii. Myślę, że Chomik nie jeden i nie dwa razy uciekała przed tą myślą, jest z zawodu pielęgniarką, musiała nieźle udawać, by jakoś zagłuszyć wyrzuty sumienia.

            Mam jeszcze jedną wątpliwość: Chomik jest niepijącą alkoholiczką- mam obawy, by nie wykorzystała choroby, jako pretekstu do powrotu do picia. Problem stanowi nie tylko ona, ale i rodzina, która jak dotąd skwapliwie pomagała Chomikowi łamać zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików. RODZINA CZYNNIE PRZESZKADZAŁA JEJ TRZEŹWIEĆ- piszę to wielkimi literami, gdyż i w Polsce powszechne jest przeszkadzanie w trzeźwieniu, a gdy się stanie coś złego, to wtedy jest umywanie rączek- NIE MA WINNYCH! Ta rodzina wspierała Chomika w życiu obok alkoholu, organizowała w swym domu z udziałem Chomika imprezy z alkoholem, akceptowała przerzucenie się na inne uzależnienie (marihuana, antydepresanty), ta rodzina akceptowała ignorowanie guza. Bo dla tej rodziny od zdrowia Chomika, ważniejsze było, co sobie Chomik o nich pomyśli. TCHÓRZE, bojący się konfrontacji z prawdą.

 

            Nie wiem, czy uda mi się skontaktować z Chomikiem, tym bardziej nie wiem, czy podejmie leczenie i czy przestanie się zarzynać nałogami. W każdym razie spróbuję. Chodzą mi po głowie słowa wyśpiewane kiedyś przez Pawła Kukiza, gdy był członkiem grupy Aya RL, a napisane przez raczkującego wówczas na rynku muzycznym Roberta Gawlińskiego.

 

„...Gdy mówisz: NIE!
Wiesz co to znaczy: być albo nie być
kochać i kląć
Gdy mówisz: NIE!
Wiem, że nie czekasz na przeznaczenie
walczysz o los!
Gdy mówisz: NIE!
To jesteś gotowy, zawsze gotowy by odejść stąd
Gdy Mówisz: NIE!
Nigdy nie przegrasz - choćbyś miał zginąć...”

 

            Nie ten umiera, kto naprawdę umiera, lecz ten, kto bezczynnie czeka na śmierć. Czasem bowiem takie czekanie może trwać całe lata i być prawdziwą udręką dla oczekującego i jego otoczenia. Jeśli jednak człowiek do końca robi swoje i walczy o swój los, staje się NIEZWYCIĘŻONY.

 



 
1 , 2
Tagi