RSS
środa, 29 maja 2013

            Spróbuję teraz przybliżyć z czym styka się osoba, która słyszy diagnozę „nowotwór złośliwy”. Po pierwsze jest to szok, gdyż praktycznie nikt tak naprawdę nie wierzy w to, że nowotwór może stać się jego udziałem. Nawet, jeżeli mówi co innego, to i tak po cichu liczy że to doświadczenie go ominie. Po drugie, możliwy jest cały szereg lęków i rodzajów strachu. Pamiętając, że każdy człowiek jest inny, nie wiemy dokładnie, czego się boi, ale na podstawie przeżyć innych chorych, możemy wskazać najbardziej prawdopodobne obawy: Strach przed śmiercią, przed bólem, przed leczeniem, strach przed osądzeniem (sam chory często obwinia się o sprowokowanie choroby), strach o rodzinę, strach o to, że będzie dla rodziny ciężarem, strach o sprawy finansowe, strach o sprawy zawodowe oraz strach o wszystko, co z dotychczasowymi obawami może być powiązane. To wszystko jest normalne, gorzej jest, jeżeli zaczyna urastać do patologicznych rozmiarów, utrudniając leczenie i powrót do normalnego życia, tragedią jest, jeżeli zacznie to paraliżować decyzje. Często u chorych spotykamy zaprzeczanie diagnozie, niedowierzanie lekarzom, chęć zamknięcia się ze swoim problemem,  izolacji od otoczenia. Ludzie potrafią wymyślać sobie różne szkodliwe wzorce zachowań, sam mam w pamięci słowa znanego aktora, który stwierdził, że on jest jak słoń- przywódca stada, który w czasie choroby idzie się schować przed stadem, by wrócić dopiero po wyzdrowieniu. Nikt nie jest w stanie zabraniać tworzenia takich zasad, ale postarajmy się chociaż zrozumieć, jak są one szkodliwe, jak wiążą one ręce bliskim, a także lekarzom i w tym odcinku będę zachęcać, by to zmienić.

            Rozmowa, to najbardziej popularny sposób komunikowania się ludzi, idealny zarówno do przekazu informacji, jak i do wyrażania uczuć lub zaspokajania potrzeb związanych ze społeczną naturą człowieka. W Irlandii bardzo poważnie traktuje się problem komunikacji z pacjentem, dotarcia do niego rozmową. Począwszy od pielęgniarek i pomocników pielęgniarek, przez lekarzy, po specjalnie w tym celu zatrudnionych pracowników socjalnych, każdy stara się nawiązać dobry kontakt słowny z pacjentem. To istotne, by pacjent nauczył się mówić o swoich potrzebach, dolegliwościach, obawach. Dzięki temu można mu lepiej pomóc.

            Nie mam pojęcia, jak wyglądają oddziały onkologiczne w Polsce, lecz byłem kilka razy pacjentem oddziału chirurgicznego. Podejście do pacjenta, kojarzyło mi się z podejściem do maszyny: sprawdzić odczyty urządzeń pomiarowych, uzupełnić płyny, dokonać szybkiej adjustacji i sprawa z głowy. I naprawdę nie było to wynikiem niedoborów kadrowych, a tego, że kadry przebywały w tzw. „pokojach pielęgniarek”, które w szpitalach Irlandii nie istnieją, bo miejsce pracy jest przy pacjencie, a nie w pokoju. Pomierzenie temperatury i podanie leków nie wyczerpuje potrzeb pacjenta i nie jest uzasadnieniem ucieczki z miejsca pracy do pokoju z kanapą i telewizorem.

            Podstawową sprawą, tak często pomijaną, jest to, że pacjent onkologiczny, to nie tylko nowotwór. Nie można go podpiąć pod kroplówkę z „chemią” i wymagać, by był zadowolony, że ją w ogóle dostał. Pacjent, to człowiek, który przed chorobą miał pracę, rodzinę, przyjaciół, prywatne problemy, konflikty. Miał codzienne zobowiązania. To nie zniknęło, natomiast drastycznie zmieniła się możliwość zarządzania życiem przez pacjenta.


            Jak by się czuła nawet całkiem zdrowa osoba, gdyby nagle wszyscy znajomi zerwali z nią kontakty... lub gdyby przychodzili, sprawdzali czy ma co jeść i czy ma dach nad głową, po czym mówili „aaa..., masz co żryć, nie pada ci na łeb, to fajnie, przyjdę jutro sprawdzić to samo”. W wypadku osoby chorej na nowotwór, mamy jednak dodatkowe obciążenie: Całe dotychczasowe życie ulega zmianie, pojawia się długotrwała niezdolność do pracy, pojawiają się koszta leczenia przy równoczesnym drastycznym obcięciu przychodów. Niektórzy muszą w trybie pilnym sprzedawać dom, samochód, zmieniać miejsce zamieszkania na bardziej dostosowane do nowego, niższego budżetu. Trzeba dokonać wszystkich formalności biurokratycznych. Jednocześnie wisi nad głową obawa przed leczeniem i skutkami choroby. Dlatego pierwszą pomocą, jakiej można udzielić będąc członkiem rodziny, czy przyjacielem osoby, która dowiedziała się nagle o swojej chorobie, jest nawiązanie z nią kontaktu. Nie chodzi tu o nic wielkiego, raczej wielkie sprawy są wręcz odradzane przez psychologów, by nie wzbudzać w chorym poczucia winy, że nie może się za to odwdzięczyć. Chodzi o drobne przysługi: odwiedziny, telefon, podwiezienie samochodem, przekazanie informacji, zachęcenie innych przyjaciół do aktywniejszych kontaktów. Gdy już zaczniemy rozmawiać z chorym, wtedy będziemy mogli się dowiedzieć więcej o jego potrzebach, czy oczekiwaniach. Pamiętajmy, że nie wszystko, co uważamy za pomoc, jest przez drugą osobę pożądane- zorientujmy się, czy pacjent chce tej pomocy, a póki co, po prostu bądźmy. Na dobry początek wystarczy uzmysłowienie choremu, że nie jest sam.




Tagi: nowotwór
11:26, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 maja 2013

            W piątek, 25 maja, uczestniczyłem w konferencji połączonej z warsztatami, p.t. „Życie po raku”. Korzystając z tego, że mam informacje na gorąco, postanowiłem podzielić się nimi i przedstawić je w formie kilkuodcinkowego minicyklu łopatologoicznego. Minimum specjalistycznych terminów, maximum obrazowych przykładów, porównań i przybliżeń, dlatego zachęcam do zaglądania w najbliższym czasie na mój blog. Nowotwór dawno już przestał dotyczyć „INNYCH”. Atakuje ogólnie znane osoby, ale też przyjaciół, bliskich, a także nas samych. Wystarczy spojrzeć na znajomych z blogosfery: ile osób odeszło z powodu nowotworu, ile z im się zmaga. Nie ma żadnego racjonalnego powodu, by twierdzić, że na tym koniec. Nie chcę podawać listy nieobecnych, żeby nikogo nie pominąć. Chciałbym przedstawić kilka faktów na temat choroby, które równie dobrze można wykorzystać, jak i zignorować- wybór należy do nas.

            Początkowo żyjemy sobie w przekonaniu, że zdrowie mamy raz na zawsze. Choroby dotyczą innych. „Na coś trzeba umrzeć”, słyszymy oklepany slogan powtarzany przez zaciągającego się dymem tytoniowym człowieka, który nie ma pojęcia o czym mówi. „Nigdy nie poddam się chemioterapii, jeżeli zachoruję, to poproszę tylko o środki przeciwbólowe”, mówi ogarnięta irracjonalnym strachem kobieta, której ojciec, a potem siostra, zmarli z powodu raka. To dwa najczęściej spotykane podejścia do nowotworu: udawanie, że go nie ma, a nawet jak jest, to go chętnie przyjmiemy na klatę lub (na drugim biegunie zachowań) panika, złożenie przed nim broni. Właściwie te podejścia różnią się tylko opakowaniem, bo w środku jest to samo: nadzieja, że nam on nie grozi i absolutny brak planu, jak tej nadziei pomóc, a w razie choroby, jak podjąć skuteczną walkę. Gdy jednak nowotwór przyjdzie, nie ma nikogo, kto chce umrzeć. Wtedy ludzie dzielą się na tych, którzy nastawiają się na to, by go pokonać i tych, którzy boją się walki, więc liczą na cud. U tych ostatnich zaczynają się pielgrzymki do tzw. „miejsc świętych” i modlitwy, ewentualnie alkohol, czy inne używki i ucieczka od choroby w świat marzeń i fantazji.

            Rak nie jest jedną chorobą, więc nie ma jednego leku. To grupa chorób, które łączy jedno: Chore, niespełniające swej roli komórki, które funkcjonują w każdym zdrowym organizmie, zamiast ulec zniszczeniu, reprodukują się wraz z błędem, który zawierają. W efekcie powstaje rosnące obce ciało, które niszczy zdrowe komórki. Zaatakowane organy przestają pełnić swoje funkcje, a nowotwór reprodukuje się i liczebność wadliwych komórek rośnie w postępie geometrycznym. Żeby mu skutecznie stawić czoła, należy go jak najszybciej dokładnie zdiagnozować, by dobrać najlepszą dostępną terapię, dostosowaną do typu nowotworu, jego umiejscowienia, rozległości, a także do indywidualnych możliwości zaatakowanego organizmu.

            W ostatnim czasie spotkałem zdecydowanie zbyt dużo osób, których dziś nie ma na tym Świecie, ponieważ ludzie ci odwlekali badania diagnostyczne lub bali się podjęcia leczenia, na ogół obie te sprawy działy się równolegle. Cały dzień poświęciłem na rozmyślania, jak to napisać, by nie zabrzmiało to banalnie i nie zostało zignorowane. Jeżeli podejrzewamy nowotwór, powinniśmy zdiagnozować go, bądź wykluczyć, jak najprędzej, ponieważ wraz z każdym cyklem rozmnażania wadliwych komórek, dwukrotnie zwiększa się ich liczba. Prześpimy 4 cykle, zamiast miliona, będziemy mieć 8 milionów chorych komórek, które jednak mają zdolność rozmnażania. Prześpimy cyklów 10, zamiast miliona, będziemy mieć 512 milionów, które w następnym cyklu pomnożą się do 1024 milionów. To może być zbyt duża ilość, by sobie z nią poradzić, nie zaburzając funkcji życiowych organizmu. My potrafimy zabić komórki rakowe, mamy jednak problem z tym, by zabić je wszystkie tak, by zaatakowanego człowieka pozostawić przy życiu. Rozwój nowotworu wiąże się nie tylko z liczebnością uszkodzonych komórek, lecz z uszkodzeniami coraz to nowych narządów. Organizm potrzebuje siły do walki, jeżeli pozwolimy na zbyt liczne uszkodzenia, tej siły nie będzie. Nie można zwlekać, jeżeli chcemy pokonać chorobę.

            To znowu brzmi jak banał, ale postarajmy sobie to wyobrazić: Rak nie jest wyrokiem. W czteromilionowej Irlandii żyje 120 tysięcy osób, które go pokonały. Na każdych 30 osób mijanych na ulicy, jedna żyje tylko dlatego, że odpowiednio wcześnie podjęła leczenie nowotworu. Niewiele? Wyobraźmy sobie naszą klasę ze szkoły podstawowej, wyobraźmy sobie, że losowo wybraną z tej klasy osobę można uratować, nakłaniając ją do szybkiej diagnozy i leczenia, ale równie dobrze można ją zaprowadzić na cmentarz, udając że nic się nie dzieje. A pamiętajmy, że w praktyce, odsetek uratowanych osób jest o rząd lub dwa rzędy wielkości większy, gdyż nie każdy choruje.

            Mam szczęście żyć w kraju, gdzie problemem w leczeniu nowotworu nie jest dostępność leczenia, lecz zachęcenie pacjentów do jego podjęcia i cierpliwej kontynuacji. Mój konsultant onkologiczny, specjalizujący się w chemioterapii dr Breathnach, podczas swojego wystąpienia wspomniał o najważniejszym problemie, z jakim się styka planując chemioterapię swoim pacjentom: „Jak dobrać taką dawkę, żeby pacjent przed końcem terapii nie powiedział, że nie chce już przyjąć ani kropli więcej, bo tak jest wyczerpany leczeniem”. Tak, to jest kraj, gdzie problemem nie jest rozpoczęcie leczenia, lecz nakłonienie do niego pacjentów. A to dopiero początek drogi. W następnych odcinkach przedstawię problemy, naprzeciw których stają pacjenci i ich rodziny, podczas walki z rakiem. Zapraszam.

C.d.n.



Tagi: nowotwór
15:18, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
czwartek, 23 maja 2013

            Jedli, pili, bawili się. Trwało wesele Tetydy i Peleusa, na które zaproszeni byli wszyscy bogowie..., prawie wszyscy, bo nikt nie zaprosił Eris- bogini niezgody. Odpowiedź urażonej bogini zdawała się być niewinna: rzuciła pomiędzy gości złote jabłko z napisem „KALLISTI” (dla najpiękniejszej). Trzy boginie: Hera, Afrodyta i Atena uznały się za uprawnione do posiadania wyróżnienia i powstał spór, który postanowiły rozstrzygnąć za pomocą śmiertelnego sędziego. Wtedy to miała miejsce najsłynniejsza afera korupcyjna starożytności. Sędzia miał przechlapane na starcie: Czegokolwiek by nie orzekł, to ściągał na siebie gniew dwóch bogiń naprzeciw przychylności jednej, a każda z nich mogła go zgnieść, jak robaka. Boginie, podobnie jak i dziś, oczywiście zdawały się na „niezależnego sędziego”, próbując go przekupić (Hera- majątkiem, Atena- mądrością, a Afrodyta- najpiękniejszą śmiertelniczką). Parys wybrał kobietę, no i wszyscy wiemy, co się stało: porwanie Heleny, dziesięć lat okrutnej wojny, jakieś kretyńskie ofiary dla bogów, śmierć największych wojowników, czasem ich szaleństwo, potem podstęp Odysa, koń trojański, rzeź Troi, hańba, śmierć lub niewola dla mieszkańców dumnego Ilionu, a dla samego miasta zagłada. Zapłacił każdy, za wyjątkiem bogiń, które narobiły jedynie siary swoją próżnością i zarozumiałością.


            Trzydzieści dwa stulecia później podobna sytuacja miała miejsce w Lechistanie. Podczas uczty z okazji wspólnego zwycięstwa nad komuną, znalazła się grupa bogiń i bogów niezgody, którzy poczuli się urażeni niewystarczająco honorowymi miejscami przy stole biesiadnym. Zewsząd zaczęły padać jabłka niezgody. Napisy na nich były różne: „dla prawdziwego Polaka”, „dla największego demokraty”, „dla tego, co obalił komunę”. Kto o te jabłka nie walczył?! Kościół, Solidarność, KOR, KPN, UPR i cholera wie, kto jeszcze. Walczył nawet śpiący, mamusiny Jarek Żoliborski, który próbował stworzyć wrażenie, że tak naprawdę to on, podający kawę Wałęsie i porządkujący mu segregatory oraz jego młodzi koledzy, noszący w stanie wojennym krótkie spodenki (Ziobro, Zawisza, Hofman, Błaszczak) tę komunę obalali pod duchowym wsparciem siedzącego gdzieś za granicą przyszłego ojca dyrektora....


            O co poszło po przywróceniu w Polsce demokracji, jestem w stanie zrozumieć: podział łupów, strefy wpływów, godności. O co jednak poszło kilka dni temu, za cholerę nie wiem! Dlaczego Krzywonos zachowała się niczym Eris, a Wałęsa, niczym Ajaks rywalizujący z Odysem (w tym wypadku z Borusewiczem) o zbroję po Achillesie?! Przypomnę, że Ajaks przegrał, a Atena zesłała na niego szał, w którym wyrżnął stado baranów, biorąc je za wojowników achajskich z Odysem i Agamemnonem na czele, by popełnić samobójstwo po zdaniu sobie sprawy ze skali samoośmieszenia, jakiego dokonał.  Wiem jedno- Tak można rozpieprzyć wszystko: małżeństwo, zespół, drużynę. Wystarczy tylko powiedzieć, że tak naprawdę najważniejszy był/ najważniejsza była..... (tu można wstawić dowolnie: mąż, żona, Józek Dupa z kopalni „Makoszowy” lub Krystyna z Komprachcic, przodowniczka pracy).


            Nie, nie zamierzam być sędzią w tym sporze o nieistniejący problem. Przed 1989 każdy opozycjonista odgrywał swoją rolę: jeden był przywódcą i wizytówką, inny był mózgiem i organizatorem, jeszcze inny negocjował, a kto inny czuwał nad prawnym zapleczem przedsięwzięcia. Po co się tu bawić w Parysa i sędziować w sprawie bez rozwiązania?! Pamiętam, jaki los go spotkał, pamiętam też, że największą ofiarę ponieśli ludzie, których ta sprawa nie dotyczyła...., a Troja spłonęła, jakby to komuś miało w czymkolwiek pomóc.



wtorek, 21 maja 2013

 WARIANT "C"- kliknij, by posłuchać.

            Niedawno minęło dziewięć lat od daty naszego wejścia do UE. Od dziewięciu lat obywatele Rzeczpospolitej mogą legalnie starać się o pracę w wybranych krajach UE (na dziś dzień chyba we wszystkich). Obywatele RP są chronieni prawem pracy państw członkowskich Unii, wystarczy zatem złożyć aplikację i przejść proces rekrutacyjny. Tak, jak każdy inny człowiek. Bez poniżania, bez żebrania, bez korupcji, bez nepotyzmu. Robi tak każdy, kto ma odrobinę godności. To działa, ale NIE W GRAJDOŁKOWIE!!! W Grajdołkowie nadal wiedzą lepiej. Mentalni niewolnicy nadal płacą haracz za przyjęcie do pracy, a to z tego powodu, że szukają NIE PRACODAWCY, a KOGOŚ, KTO „ZAŁATWI ROBOTĘ”. No i mają załatwioną... pupę na cacy! Nawet nie wiedzą, czy pracują na siebie, dostają jakieś tam kieszonkowe, a resztę wypłaty przejmuje pośrednik. Wolą nie pytać, co z ubezpieczeniem zdrowotnym i socjalnym, co z podatkami. Urodzeni, by ich wydymano.

            W czasach boomu spotykałem dość licznych Grajdołkowiczan, zarówno tych dających się wydymać, jak i dymających swoich ziomali. Zazwyczaj zasada była prosta: Jedna tygodniówka dymanego szła dla dymającego i potem zapominali o swym istnieniu. Wśród swoich podwładnych zapowiedziałem, że jeśli się dowiem o kimś, kto uprawia taki proceder, to wywalę na zbity pysk z roboty. W odpowiedzi jakiś frajer zaproponował mi, że będę dostawać tygodniówkę plus stówkę na górkę za każdego tak przyjętego i był bardzo zdziwiony, że go pogoniłem. Ten system działał, gdy brakowało pracowników, a przedsiębiorcom zależało na czasie. Dziś nie jest już tak łatwo obejść rekrutację, jest nadmiar rąk do pracy, więc pracodawca chce z każdym kandydatem porozmawiać osobiście, bądź przez specjalistę z działu kadr. W Grajdołkowie przyzwyczajono się jednak do roli dymanych, więc szybko znaleźli się chętni do dymania. Nie znam szczegółowej zasady, ale chodzi mniej- więcej o to, że zatrudnienie odbywa się przez firmy rejestrowane w dwóch krajach, na ogół dość egzotycznych. Umowa obejmuje karę (i to jakąś kosmiczną, rzędu 5 tysięcy euro) za przerwanie kontraktu przed upływem miesiąca, stały haracz dla pośrednika podczas całego okresu pracy, a delikwent sam musi płacić ubezpieczenia w kraju, z którego pochodzi, czyli właściwie brakuje jeszcze dopisku „DEBILE I PIERDOLNIĘCI MILE WIDZIANI”.

            Kilka dni temu dowiedziałem się, że ktoś z mojej rodziny załapał się na takie gówno. Na moją uwagę, że to przecież jest nielegalne, że żaden kraj UE nie zezwala na pobieranie opłat od pracownika za „załatwienie” pracy (pośrednikowi płaci ZAWSZE pracodawca), dowiedziałem się, że nie znam życia. Nie, moi drodzy, to w Grajdołkowie nie znają nie tylko życia, ale i podstawowych zasad poszukiwania pracy. Każdy Powiatowy Urząd Pracy poszukuje chętnych na kurs w temacie „jak starać się o pracę”. Co z tego, kiedy każdy mieszkaniec Grajdołkowa wie lepiej, że ten kurs jest niepotrzebny. Wie lepiej, że lepiej wystawiać tyłek do dymania drobnym cwaniakom, niż się nauczyć najprostszych spraw. W efekcie taki delikwent nie potrafi nawet napisać C.V., nie mówiąc o liście motywacyjnym, a sposoby poszukiwania pracy leżą całkowicie poza obszarem ich percepcji.


            Bardzo proszę, niech mi nikt nie pisze pierdół, że ludzie nie mają perspektyw. Od czasu naszego przystąpienia do Unii Europejskiej, każda praca, jaką zdobyłem, była pracą zdobytą legalnym procesem rekrutacji, zgodnym z prawem Republiki Irlandii. W zdobyciu pracy nie przeszkadzała mi nawet choroba, której nie mogę ukryć przed pracodawcą, a która wiąże się z ryzykiem śmierci w razie jej nawrotu oraz z ograniczeniami ruchowymi. Gwarantuję Wam, że nieprawdą jest, jakoby „mnie się udało”. Ja po prostu złożyłem setki aplikacji: listownych, mailowych, osobistych. Każdą z tych aplikacji przygotowywałem pod konkretną pracę, a do każdego szczebla procesu rekrutacji przygotowywałem się dokładnie. Jeżeli jednak ktoś ma mentalność niewolnika, to bardzo proszę, dalej można udawać cwańszych, płacić łapówki i haracze za pracę. Nie ma sprawy, chętni do dymania zawsze się znajdą, jest popyt, jest i podaż!



10:58, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (5) »
sobota, 11 maja 2013

            Młoda kobieta trafia na najlepszy ponoć w Polsce oddział specjalizujący się w leczeniu skomplikowanych stanów zapalnych jelit. Pacjenci, jak w „Daleko od noszy”, leżą również na korytarzu. Pielęgniarka robi wywiad, przy czym i tak wpisuje w kartę, co chce. Zgłoszoną wadę wzroku wpisuje, jako „wzrok w normie”, bo według niej 25 lat, to normatywny wiek dla jego wad. Zgłoszone uczulenie na gluten wpisuje jako „brak uczuleń”, ponieważ pacjentka nie posiada stosownego certyfikatu, ani stosownych badań, a „jedynie” reakcję alergiczną. Nie od dziś przecież wiemy, że o tym, czy beznogi posiada nogę, decyduje specjalny certyfikat. W szpitalu jest wprowadzona ciekawa nowinka żywieniowa: Otóż, oprócz zwyczajowo głodowych racji żywieniowych, nie podaje się noży, ani kubków (pacjenci powinni je sobie przynieść z domu). Komercyjny punkt spożywczy na terenie szpitala prowadzi jedynie sprzedaż produktów, których ze względu na chorobę, pacjentka jeść nie może, więc powinna żywić się nadzieją. Najlepszy jest jednak moment, gdy w ramach przygotowania do jakiegoś zabiegu, pacjentka dostaje lek na przeczyszczenie w proszku, który ma rozpuścić w całym litrze wody. Na pytanie, czy może prosić o jakiś dzbanek do rozpuszczenia leku, pielęgniarka urażona do żywego mówi podniesionym głosem: ”a skąd ja pani dzbanek wezmę, proszę sobie kupić w sklepie”. No, głupia ta pacjentka jakaś, myślała, że za właściwe podanie leków pacjentowi odpowiada szpital! To naprawdę nie scenariusz kolejnego odcinka „Daleko od noszy”, lecz autentyczna sytuacja z minionego tygodnia. Na kiego grzyba płacić scenarzyście i aktorom? Niech oddział sprzeda prawa „reality show” stacji TVN, niech oni tylko zamontują kamery i mikrofony- będzie kura znosząca złote jajka!


            Tymczasem wśród potencjalnych kandydatów na lekarzy, znaczy się tegorocznych maturzystów, zdarzyła się wpadka: Złapano oszusta, który przyszedł napisać maturę zamiast swojego kuzyna. No i teraz grozi kolesiom do 5 lat więzienia. Dyżurna banda forumowych debili podniosła krzyk, że jak tak można próbować karać zdesperowanego młodego człowieka?! No pewnie, niech zapłaci i kupi sobie od razu dyplom medycyny, ba, specjalizacje niech ktoś zrobi za niego, może przeprowadzi jakąś fajną operację!


            A tak to się robi na Jasnej Górze: Zakonnik, ksiądz z Częstochowy k. Nowego Jorku (nie robię sobie jaj, chodzi o amerykańską Częstochowę) jest podejrzany o zgwałcenie matki dziewięciorga dzieci. Paulini z polskiej Częstochowy, nakazali mu więc natychmiastowy powrót z USA na Jasną Górę, kontynuując program pomocy gwałcicielom (w tym pedofilom) w ucieczce przed wymiarem sprawiedliwości, tak skutecznie realizowany przez santo subito Jana Pawła II. A kto pomoże biednym oszustom maturalnym?!

Kliknij, jeśli chcesz poczytać, jak Paulini z Jasnej Góry ratują przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości swojego kolegę podejrzanego o gwałt.



13:13, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
niedziela, 05 maja 2013

            Primum non nocere- po pierwsze, nie szkodzić! Kto z nas nie słyszał tej maksymy? Kto z nas pozwoliłby leczyć nowotwór człowiekowi, który nie słyszał o chemioterapii? Kto z nas dałby zoperować sobie mózg przez człowieka, który w życiu nie trzymał skalpela? Głupie pytania? Nie do końca! Powiedzcie mi, dlaczego zatem ludzie z uporem maniaka szukają porady w leczeniu uzależnień u ludzi, którzy nie znają nawet objawów osiowych? Niedawno jasna krew mnie zalała, ale po kolei:

            Nazwijmy bohatera Januszkiem. Zgadza się, to aluzja do znanego serialu. Mama Januszka utrzymuje dom w czystości, pierze Januszkowi ubrania, karmi go, czasem kupuje alkohol. Próbuje go ochronić, by nie zrobił sobie w pijanym widzie krzywdy, czuwa, wzywa pogotowie, gdy się porani tak, że ma krwotok. Chodzi po porady do lekarzy, zamiast niego, czasem go prowadzi na badanie, załatwia następne badania, miejsca w szpitalu. W krótkim czasie wszystkie placówki są spalone, bo jedyną metodą jest odstawić Januszka na detox, a potem pozostawić na terapii, ale to nigdy nie następuje. Zwiększa się zagrożenie życia. Życia Januszka, życia mamy Januszka (pijany Januszek nie wie, co robi, ma halucynozę, przejawia zachowania agresywne i autodestrukcyjne). Mama jednak nie zmienia postępowania, nie dopuszcza myśli, że robi źle, bo musiałaby przyznać przed samą sobą, że przyczyniła się do degeneracji syna. Chce to nadrobić poświęceniem. Chodzi tylko do znajomego lekarza, który zna i lubi zarówno ją, jak i Januszka, którego pamięta jako życzliwego i uśmiechniętego chłopaka, dowcipnego, skorego do pomocy, uprzejmego. Lekarz zachowuje się jak beton, więc go nazwę doktorem Betonem. Nie ma odwagi cywilnej, by powiedzieć matce prawdę. Mówi kobiecie to, co ta chce usłyszeć, nie zważając na to, że stwarza to dodatkowe zagrożenie życia i zdrowia Januszka i jego matki.

            Ostatnio doktor Beton przegiął: Powiedział matce Januszka, że dla jej syna jest za późno na cokolwiek, że „ON JUŻ MUSI PIĆ, ŻEBY NORMALNIE FUNKCJONOWAĆ”. Lekarzu!!! Miałeś, kurwa, nie szkodzić!!! Jak jesteś beton, to po prostu zamilcz!!! Nie dawaj kretyńskich orzeczeń! Powiedzcie mi, jak lekarz medycyny może być aż takim idiotą, żeby picie, które przeszkadza Januszkowi normalnie funkcjonować, nazwać jego koniecznością życiową?! JANUSZEK właśnie NIE MOŻE NORMALNIE FUNKCJONOWAĆ Z POWODU PICIA ALKOHOLU, TYLKO ODSTAWIENIE ALKOHOLU I GŁĘBOKA  PSYCHOTERAPIA POZWOLĄ MU WRÓCIĆ DO NORMALNEGO ŻYCIA!!! To, czego mu natychmiast potrzeba, to fachowego odtrucia w obecności personelu medycznego, a nie zatruwania kolejnymi dawkami trucizny! W następnej kolejności potrzeba mu zajęcia się zdrowiem somatycznym i psychicznym, więc jednocześnie należy leczyć jego wyniszczony alkoholem organizm, odbudowywać go właściwym odżywianiem i zdrowym stylem życia, a jego psychikę poddać pracy podczas psychoterapii. Jasna cholera, a od kiedy to przy zatruciu muchomorem sromotnikowym lekarz mówi „jemu trzeba więcej sromotnika”?!

            Mamy rok 2013, a w Polsce NIEKTÓRZY lekarze do tej pory posiadają wiedzę o uzależnieniach na poziomie najtańszej mordowni w mieście!



22:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
piątek, 03 maja 2013

            Za jedną z najbardziej irytujących cech ludzkich uważam „palenie głupa”, czyli uporczywe powtarzanie zachowań sprzecznych z normami (oczywiście najdotkliwsze w skutkach jest łamanie norm prawnych, ale jeśli chodzi o normy społeczne, też bywa to drażniące) i udawanie, że wszystko jest w porządku. Bardzo dobrze widać to na przykładzie marihuanistów, uporczywie łamiących prawo z pełną tego świadomością, a mających potem pretensje do władz o konsekwencje prawne własnych przestępstw. Widać to było na przykładzie awantury z fotoradarami. Widać to też w bardziej przyziemnych sprawach, jak na przykład śmiecenie i reagowanie agresją na zwrócenie uwagi. Zauważmy, że brak reakcji na takie przypadki, powoduje ich eskalację. Weźmy taką korupcję: Mały cwaniaczek stara się zapewnić sobie lepsze warunki, więc daje łapówki. Zaczyna się od społecznie akceptowalnych spraw: opieka w szpitalu, miejsce w akademiku, potem bezczelność rośnie, a jej granic właściwie nie ma.

            Nie tak dawno groziło Polsce wstrzymanie wypłat unijnych dotacji do autostrad. Powód? Oczywiście, podejrzenie korupcji i brak procedur kontrolnych- każdy udawał, że wszystko jest cacy. Wszystko wskazuje na to, że udało nam się z tego wykaraskać, ale nie łudźmy się, że na długo. Autostrady rzeczywiście były inwestycją robioną w pośpiechu, bo goniło Euro 2012, więc ciężko było stosować procedury kontrolne, dodatkowo opóźniające prace. Jest jednak obszar, gdzie żaden czas nikogo nie goni, a nikt nawet nie pomyśli o zbadaniu zgodności deklarowanej wartości prac z wartością rzeczywistą. Cóż to za obszar? A jakże! Księstwo Ciemnogrodu zarządzane przez Czarną Hydrę, to chyba największy po podmiotach państwowych beneficjent dotacji unijnych. Rzekomo na renowację zabytków.

            Zasada procederu jest bardzo prosta: Konserwator zabytków bierze w łapę za podpis na kosztorysie. Piszę o nim, bo na nim można wyłudzić najwięcej, gdyż mało kto ma pojęcie o realnych kosztach prac konserwacyjnych, ale oczywiście wszelkie inne przeszacowania, potwierdzane podpisem przez innych fachowców są równie mile widziane. Za bezpieczne przeszacowanie uważane jest TRZYKROTNE zawyżenie kosztów. Tak przynajmniej jest na terenie gminy, z której mam informacje. Jeżeli zatem parafia ma do wykonania prace wartości 30 tysięcy złotych, to dostanie 90 tysięcy, 60 tysięcy jest do podziału między konserwatora a proboszcza. Za co bierze w łapę konserwator, to wiadomo: Naraża się na konsekwencje karne i zawodowe, może stracić możliwość wykonywania zawodu, więc jego łapa zgarnia dużą część puli (nie mam pojęcia, ile). Ale za co bierze ksiądz, skoro ta kasa mogłaby upiększyć jego parafię, czyli i tak zyskuje? Chyba za to, że kozły w sutannach tak się przyzwyczaiły do łamania przykazania „nie kradnij”, że wręcz radością napawa je fakt, iż mogą po raz kolejny pokazać „Panu Bogu swemu” środkowy palec mówiąc „Właśnie znów oplułem siódme przykazanie! I co mi zrobisz, Boże?”, po czym wystawi paszczę do pożarcia tzw. „Ciała Chrystusa”.


            Skończyły się już czasy bańki kredytowej, nie ma już "pieniędzy za nic", więc Unia Europejska dokładnie przygląda się wydatkom, by krok po kroku wdrażać procedury naprawcze unijnej gospodarki. Zasada jest zawsze ta sama: Robi się listę wydatków i tam, gdzie są podejrzanie wysokie, przygląda się przyczynom, bo czasem rozwiązanie jest bardzo proste- oddać złodzieja przed sąd i odebrać wyłudzoną kasę. Czasami jest to po prostu pozbycie się niepotrzebnego wydatku- zawsze chodzi o takie oszczędności, które kolokwialnie mówiąc, polegają niemal na schyleniu się po leżący na ulicy pieniądz. W każdym razie, robi się to w pierwszej kolejności. Przekonał się o tym Cypr, przekonała Grecja. Dopiero w drugiej kolejności określa się procentowy udział wydatków i stara się obniżyć koszty w tych, które stanowią największy odsetek. Jak to się przekłada na Polskę? Ano, wcześniej, czy później, kogoś zastanowią kwoty przekazywane na renowację zabytków sakralnych, a zwłaszcza rozbieżność między kwotami na renowację zabytków świeckich, gdzie polskie procedury sprawdzające funkcjonują i te wydatki poddawane są ciągłej kontroli. Skąd to wiem? Rozmawiałem z człowiekiem przygotowującym takie wnioski. Zanim mi ktokolwiek zarzuci kłamstwo, niech najpierw ochłonie, bo akurat to, że do obiektów sakralnych nie wysyła się kontrolerów, bardzo łatwo jest sprawdzić, porównać przydzielane dotacje na podobne cele, również, a ja mam bardzo konkretną gminę, z której czerpałem informacje. Lepiej zastanowić się, czy warto przeginać, bo gdy Unia cofnie pomoc na zabytki Polski, po dupie dostanie cały kraj. I wtedy proszę nie krzyczeć, że zła Unia obiecała i zabrała, tylko proszę mieć pretensje do złodziejskiej bandy kozłów kieckowych. Oczywiście możemy dalej palić głupa i udawać, że nic się nie dzieje, ale nie polecam tej metody, bo może to być ostatni trick.


            Na deser taka uwaga: Ciekawostką jest fakt, że nawet w razie wpadki, ksiądz proboszcz jest nie do ruszenia. Najbardziej ryzykuje konserwator, bo on firmuje wycenę własnym podpisem. Osoba przygotowująca wniosek, to przykład takiego leszcza, co nadstawia dupę za gówniane pieniądze, bo dostaje jakąś śmieszną część wyłudzonych walorów. Ksiądz w razie czego nic nie widział i nie słyszał i w ogóle nie wie o co chodzi z wycenami. Obciążyć go mogą jedynie zeznania tamtych dwu, ale przecież gdyby to zrobili, strzeliliby sobie w stopę. Natomiast stratna jest, jak zwykle, Polska.



00:17, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (7) »
Tagi