RSS
niedziela, 31 maja 2015

            Za sobą mamy cały powyborczy tydzień. W zalewie związanych z wynikiem komentarzy, szukania winnych (oczywiście nie w sobie, ale w unych- rządzących- tu puszczam oczko do dziennikarzy, blogerów i innych kolporterów kaczek PiSowskich) zapomina się o coraz liczniejszych antypolskich bojówkach, tresowanych gdzieś na plebaniach pod imionami przeróżnych „Krucjat różańcowych”, „Kół Radia Maryja”, czy „Odnowy w Duchu Świętym”, „Legionów Wszystkich Świętych i innych znanych i lubianych superbohaterów”. Parafialne komórki tych organizacji posiadają dużą dozę autonomii, za to prześcigają się w nadgorliwości, a ich aktywność utrzymywana jest na wzór harcerski- regularnymi zadaniami wydawanymi przez lokalnych liderów. Wiem jak to wygląda, bo moja rodzona Matka działa w jednej z takich komórek. Dostaje rozpiskę zadań do wykonania: Czuwania, adoracje, marsze w obronie tego i owego, spotkania modlitewne, przy czym nie ma znaczenia, czy to są akcje odbywające się w miejscach modlitwy, czy w przestrzeni publicznej. Nikt jednak nie reaguje na jej (przestrzeni publicznej) zawłaszczanie, więc i projekty są coraz bezczelniejsze.

            Zdaje się, że na blogu Elizy przeczytałem zdanie, że krzyż i Chrystus służą za kije bejsbolowe do okładania przeciwników politycznych, a ja polemizując z tym stwierdzeniem, uważam je za zbyt optymistyczne. Krzyż, Chrystus, pomniki, modlitwa, służą do tego, do czego pieskowi służy jego mocz- do znaczenia terenu i zajadłej walki w jego obronie. Krzyż, modlitwa, pomnik, służą tej sekcie za psie siuśki, którymi oznaczają teren uznany przez nich za należną zdobycz, z którego można ich pogonić jedynie kijem, choć i tak będą się odszczekiwać. Pies uważa, że gdzie jest jego zapach, jest jego teren. Sekta uważa podobnie.

            Pierwszym testem możliwości wykorzystania tych antypolskich bojówek w celach politycznych, był krzyż pod Pałacem Prezydenckim (Namiestnikowskim). Pod pretekstem obrony krzyża, modlitwy, pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej, odbywało się bezprecedensowe oskarżanie o najgorsze zbrodnie prezydenta, premiera i ekipy rządzącej. Hasło do tych żenujących, antypolskich rozruchów dał sam Jarosław Kaczyński, a później, to już sekciarscy nadgorliwcy prześcigali się w „dawaniu świadectwa”. Oczywiście maski szybko opadły, bo wystarczyło krzyż, który sekta próbowała harcerzom najzwyczajniej w świecie zrabować, umieścić w kościele i wyszło na jaw, jak nim gardzą gorliwi manifestanci. Dziś mało który z tych bojówkarzy wie, gdzie krzyż się znajduje, a wszyscy razem mają daleko w dupie modlenie się pod nim, bo chodziło o zwykłą demonstrację antyrządową i antyprezydencką, połączoną z próbą przeprowadzenia pełzającego zamachu stanu. Nie chodziło też o pamięć ofiar, gdyż w efekcie tych partyjnych parad pamięć została w stalinowski sposób zniekształcona- spróbujcie nie zaglądając do internetu wymienić ofiary, to sami się przekonacie. Pierwsza Para Lech i Maria Kaczyńscy, Gosiewski, Błasik, Wassermann, Kurtyka, to jedyne wspominane przez manifestujących osoby. Nawet pamięć ostatniego prezydenta na uchodźstwie, Ryszarda Kaczorowskiego zatarła się na rzecz powyższych nazwisk, nie mówiąc już o ofiarach z innych partii politycznych.


            W międzyczasie antypolskie bojówki utrzymywano w gotowości bojowej, mobilizując je na procesy sądowe z udziałem duchownych, czy na manifestacje antyrządowe, czy rzekomo w obronie życia (Chazan, wszelkie ruchy anty in vitro, anty gender, co ciekawe, przy zerowej wiedzy manifestujących w tematach, których dotyczyły ich manifestacje). W pewnym momencie Jarosław Kaczyński rzucił nowe hasło: FAŁSZOWANIE WYBORÓW. Każde przegrane wybory komentował sugestiami o rzekomych fałszerstwach, a jego bojówki organizowały przeróżne akcje sugerujące nieważność wyborów- z okupacją siedziby PKW włącznie. Nie inaczej było podczas wyborów prezydenckich. Antypolscy bandyci pod szyldem „Krucjaty różańcowej” próbowali wywierać nacisk na Państwową Komisję Wyborczą, organizując tzw. „Pogotowie różańcowe”, jednak gdy tylko jasnym stało się, że wybory wygrał Andrzej Duda, ta sekta natychmiast rzekła: „Wal się Maryjo ze swoim Różańcem, odwołujemy modlitwę, mamy ją gdzieś, nasz człowiek wygrał i co nam teraz zrobisz?!” A nowo obrany prezydent elekt z miejsca zapomniał o obietnicach bycia prezydentem wszystkich Polaków i już po kilku dniach od zwycięstwa wyborczego ogłosił, że pamięta jak swą fałszywą modlitwą oszczał teren pod Pałacem Prezydenckim i teraz będzie tam stawiać pomnik- symbol władzy i jednocześnie, symbol niezgody wewnętrznej w Rzeczpospolitej. I już zapowiedział blokowanie wszelkich rządowych prób reformowania Polski, bezczelnie domagając się od premier Kopacz wstrzymania się od wprowadzania ustaw ustrojowych do czasu, gdy będzie władny je blokować. Nie obiecywane ZMIANY, lecz STAGNACJA. To wybrali Polacy. Przypominam o tym na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapomniał, czyimi głosami tak się stało. I wiecie co? Nie łudźcie się, że sekta będzie tego żałować. Im chodziło o zwycięstwo, jak kibolom. Nie było istotne, jakimi zostało osiągnięte metodami i czy obietnice są realne, chodziło o władzę. Jedyni, którzy będą mieć pretensje, to ci wszyscy „oburzeni i zmieleni”, którzy postanowili okazać wielkiego focha i zrobić na złość Komorowskiemu. Może tak nie jest? Przecież ludzie głosujący na ustępującego prezydenta wiedzieli, że obietnice Dudy są funta kłaków nie warte, bo zwyczajnie nie ma nie tylko woli, ale i możliwości ich spełnienia. Ja oburzenie mam już za sobą, bo mnie oburzył fakt, że wygrał człowiek, który z pełną premedytacją obiecywał gruszki na wierzbie, cała reszta będzie przez ten fakt implikowana. 2+2 nie równa się 5, nawet jeżeli ktoś głośno i długo prosi. To nie kwestia chęci, to kwestia realiów. Prezydent elekt dobrze o tym wie, stąd uderzenie w tematy zastępcze. Smoleńsk, pomniki, gender, in vitro, gwarantują STAGNACJĘ przy pozorach działania. Tak sobie wybraliśmy. MY, POLACY. To teraz NASZ PREZYDENT, TAKŻE MÓJ. Zaraz, zaraz..., a gdzie to się podział Jarosław Kaczyński ze swoimi „SFAŁSZOWANYMI WYBORAMI”, gdzie jego bulteriery, gdzie bojówki? Ponoć prezes świętuje, a Jacek Kurski po raz kolejny winszuje ciemnemu ludowi wyborczych zakupów. Tylko sekciarskie grupy szturmowe utrzymywane są w gotowości, ćwiczenia trwają tydzień w tydzień- przed nami najważniejsze wybory, przed nami walka o Parlament.

 

 

            P.S.

            Na pocztę otrzymałem pytanie o to, co sądzę o inicjatywie „NowoczesnaPL”. Odpowiedź brzmi: NIE WIEM. Nie znam żadnych założeń, ani (co istotniejsze) żadnych działań. Oni dopiero zaczynają się organizować i sami nie wiedzą, jaki kształt da się uzyskać. Pamiętajmy, że to ludzie, a nie hasła, tworzą partie polityczne. Ludzie mają jakąś wiedzę, jakieś wpływy, jakieś możliwości, jakieś przekonania. Muszą osiągnąć jakieś porozumienie, żeby zaistnieć jako grupa. Jestem niezwykle ciekawy, co z tego wyniknie.

            P.S.

            Dziękuję za odwiedziny na blogu i dyskusję pod poprzednią notką. Nie miałem czasu w niej uczestniczyć, rzucałem na nią jedynie okiem pilnując, czy nie ma w niej jakiegoś drastycznego przekraczania norm. Jestem już w domu, odespałem, mogę nieco więcej czasu poświęcać na blog.

 

 

16:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 25 maja 2015

            Ja, Woland, sympatyk Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, składam ten akt zawierzenia prezydenta- elekta, Andrzeja Dudy, pod opiekę Wielkiej Wszechmocnej Wszechwiedzącej Węglowodanowej Istoty, przeto nakładając rytualny durszlak na głowę, błagam Cię, o Najdoskonalszy Latający Potworze Spaghetti, byś dotykając nas wraz z nowo obranym prezydentem swą Wielką Makaronową Macką, obdarzał nas, pokornych oraz zwycięskiego Andrzeja Dudę nieustającym mackosławieństwem, RAMEN.

            Ogłoszenia duszpastafariańskie:

            W niedzielę, 17 maja 2015 roku, przyleciałem na Lotnisko Chopina w Warszawie samolotem linii Aer Lingus, gdzie nieopacznie zostawiłem na siedzeniu wełnianą czapkę- kaszkietówkę. Zorientowawszy się po pięciu minutach, wróciłem, lecz przeszła już polska ekipa czyszcząca i zasugerowano mi udanie się do biura rzeczy znalezionych, co też niezwłocznie uczyniłem. Jednakże zapytana o czapkę ekipa czyszcząca stwierdziła, że niczego takiego nie znalazła, podobnie jak pasażer, który usiadł na moim miejscu w samolocie. Okazuje się bowiem, że nasi Rodacy wezmą wszystko za wyjątkiem gorącej smoły i ciepłego gówna nawet wtedy, jeśli jest to tylko czapka. Później ci sami Ziomkowie będą się bulwersować na dowcipy o Polakach- złodziejach. Podobnie ci sami Krajanie wybrali w elekcji nieznanego sobie człowieka, który im naobiecywał pierdół, których spełnienie kosztowałoby więcej, niż wynosi cały budżet RP, a później będą się wzburzać, gdy obietnice nie zostaną spełnione. A ja w jednym i drugim przypadku uważam, że takich mamy Rodaków i taka jest ich wola, takie też będą i konsekwencje, tak mi dopomóż, o dobry, nieustannie mackosławiący nam Latający Potworze, RAMEN.


 

 

22:49, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (23) »
sobota, 23 maja 2015

            Stali czytelnicy wiedzą, że oprócz komentarzy do problemów społecznych zdarza mi się, rzadko bo rzadko, ale jednak, zamieszczać na blogu krótkie utwory dramatyczne, opowiadania, fraszki. Powstają one w ten sposób, że zainspirowane autentycznymi postaciami i wydarzeniami, zostają okraszone fikcyjną fabułą. Nie jestem tutaj wyjątkiem: Większość utworów literackich powstaje w ten sam sposób: Inspiracja jest autentyczna, natomiast już sama fabuła jest mocno podkolorowana przez autora. To nie tylko zabieg pozwalający uwypuklić pewne zagadnienia moralne, czy społeczne, poruszane w literaturze, ale i sprawić, by utwór był bardziej strawny dla czytelnika, mieścił się w ludzkich ramach objętościowych oraz zwyczajnie nie zanudzał i nie zaciemniał głównych problemów. Poza tym, pewne sprawy leżą poza możliwościami autora, bo nawet jeżeli bohater utworu jest inspirowany postacią autentyczną, to nie wiadomo, co myślał, ani co czuł. Spróbujmy jednak pozbawić tych informacji dramat, powieść, czy poemat, a wyjdzie nam wypracowanie pierwszoklasisty- pozbawimy swą pracę wartości. Gdyby autorom zabroniono zmyślać, nie powstałoby ani jedno godne uwagi dzieło literatury. Mało tego, narrator powieści, ani też jej bohaterowie, nie wygłaszają opinii autora, lecz opinie pasujące do charakterów z utworu, nie może to stanowić podstawy do wyrokowania o jego poglądach, a celem jest wywołanie przemyśleń odbiorcy.


            Mniej- więcej to samo starała się wytłumaczyć Sądowi Okręgowemu w Warszawie w 2013 roku, powołana jako ekspert, historyk literatury, biegła sądowa, prof. Grażyna Borkowska podczas rozprawy o naruszenie dóbr osobistych, gdzie pozwanym był autor powieści „Nocnik”, Andrzej Żuławski, a powódką Weronika Rosati, była partnerka pozwanego, aktorka i modelka, córka wpływowego polityka, ekonomisty i bankowca. Sąd z uporem maniaka udawał głupca nie rozumiejącego, że utwór literacki z definicji ma prawo zawierać fikcję i wydał wyrok skazujący Żuławskiego za „zniesławienie” byłej towarzyszki życia na kartach powieści. Żeby było bardziej groteskowo, ani imię, ani nazwisko powódki nie pada tam w żadnym kontekście. Główna bohaterka, w której pani Weronika rozpoznała siebie robi zarówno rzeczy, które robiła powódka, jak takie, których nie robiła- jak to postać literacka. Najgorsze jest to, że Sąd Apelacyjny w Warszawie, osobą sędziego SA, Jerzego Paszkowskiego, potwierdził brednie Sądu Okręgowego w Warszawie, uzasadniając między innymi tak:


            „Nie ma niczym nieograniczonej wolności słowa, nie można naruszać dóbr osobistych”. I na nic tłumaczenia profesor, historyk literatury, bo pan sędzia nie jarzy, że fikcja literacka znajduje się w każdej książce i gdyby dostosować się do jego precedensu, autorzy by nie popełniać przestępstwa, musieliby pisać o kwiatkach i ptaszkach lub ograniczyć się do opisu cudownych, wspaniałych ludzi i szlachetnych postaw, by nie dać pretekstu do oskarżenia o naruszenie dóbr osobistych. Zwróćcie też uwagę na coś innego: zarówno wyrok w pierwszej instancji, jak i drugiej- apelacyjnej, wydali sędziowie z Warszawy- miasta, gdzie od pięciu lat regularnie i publicznie o najgorsze zbrodnie (w tym zamordowanie zmarłego w wypadku lotniczym prezydenta Kaczyńskiego) oskarża się władze Rzeczpospolitej, podczas publicznych marszów transmitowanych przez telewizję, podczas wywiadów, na łamach prasy. Nie, jak w przypadku Żuławskiego, na łamach powieści, gdzie fikcja literacka jest dopuszczalna, są to bezpośrednio formułowane w mediach fałszywe oskarżenia. Ci sami sędziowie z pełnymi pampersami siedzą cichuteńko gdy ma miejsce plucie w twarz Polsce, którą reprezentują demokratycznie wybrane władze i udają, że wydają werdykt chroniący dobra osobiste. Brak mi słów!

 


 

09:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
czwartek, 21 maja 2015

            Działo się to w warszawskim metrze, dwudziestego maja 2015. Starszy jegomość wiercił się niemiłosiernie, lustrując wzrokiem towarzyszy podróży. Wyglądał źle, choć nie biednie. Po prostu tak, jakby chwili czasu nie poświęcał na pielęgnację własnego ciała, a ubiór dobierał na zasadzie, że potrzebne mu są jakieś gacie, skarpety, spodnie, koszula, buty, a na to wszystko się narzuci przypadkową marynarę, przy czym zupełnie znaczenia nie ma, czy to wszystko do siebie pasuje i czy nie jest wygniecione, podobnie jak znaczenia nie miał stan fryzury. Był dokładnym zaprzeczeniem ludzi, o których mówimy „elegancki starszy pan”. Na swoją ofiarę wybrał kobietę w średnim wieku, siedzącą tuż obok. Odwrócił się do niej tak, żeby nie było wątpliwości, iż to właśnie od niej oczekuje wytężonej uwagi, otworzył na przypadkowej stronie jakiś periodyk Karnowskich, rzucił okiem na obrazek i tytuł, po czym rozpoczął demaskowanie międzynarodowych spisków. Rzucał śmiałe tezy, zadawał sobie samemu pytania i sam na nie odpowiadał, a jego donośny głos słychać było w całym wagoniku metra, mimo tego, że nie należy ono do najbardziej cichych środków transportu. Osaczał i męczył, wściekłym głosem demaskując niewidocznego wroga, ale nikt z pasażerów nie chciał się włączać, by nie rozsierdzić jeszcze bardziej wojownika- teoretyka. Nareszcie kolejka dojechała do stacji Wierzbno i nieszczęsna ofiara oratorskich talentów naszego znawcy przeprosiła, powiedziała że to jej stacja i wysiadła. Dziadek straciwszy cel swojego monologu, zajął się robieniem takich min, jak nie przymierzając, Duce po ognistej mowie. Chwilę jeszcze poświęcił na kartkowanie gazetki, aż rozejrzał się, zbladł i rzekł ledwie słyszalnym głosem „przejechałem swoją stację”. Wysiadł przerażony na następnej i tyle go widziałem. Dziś myślę, że jest idealnym uosobieniem pewnej części naszego społeczeństwa: Sam nie potrafi się nie tylko ubrać, uczesać i zadbać o siebie, ale i nie jest nawet w stanie wysiąść na właściwym przystanku, tak go zaślepia własna agresja i zacietrzewienie, za to czuje się w pełni upoważniony do męczenia wszystkich w koło teoriami o wpływie obcych służb na swoją niedolę.

 


08:43, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 18 maja 2015

            Przed trzystu laty Polska borykała się z gnuśnym konserwatywnym obozem antyreformatorskim wspartym, a jakże, przez elity kościelne. Blokowane były wszelkie próby reformy finansowej, reformy armii, uwłaszczenia chłopów i rozpoczęły prześladowania innowierców. Dziś sytuacja się powtarza. Gnuśne siły konserwatywne próbują blokować wszelkie próby reformy armii, reformy systemu emerytalnego, reformy finansów publicznych, prywatyzacji. W osiemnastym wieku ten wewnętrzny opór przed zmianami doprowadził do rozbiorów- podczas gdy Rosja się reformowała i zbroiła, konserwatyści pilnowali przywilejów szlachty i duchowieństwa, by na zakończenie przyjąć Konfederację Targowicką i z pomocą armii rosyjskiej zniszczyć Konstytucję III maja. Jak długo PiSowskie praktyki antyreformatorskie wytrzyma współczesna Rzeczpospolita? Ile razy związkowe veto, zablokuje rozwój polskiej gospodarki? Czy Duda, obiecujący wstrzymanie i cofnięcie reform wygra najbliższą elekcję?

 

          Nie będę leżał do góry brzuchem, gdy PiS organizuje swoją małą Targowicę. Przyjechałem do Polski i jeszcze raz zrobię, co do mnie należy. Mam dosyć gnuśnego karła, który pluje na wszystkich reformatorów. Głosuje na Bronisława Komorowskiego.

 

14:30, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (22) »
wtorek, 12 maja 2015

            Pierwsze koty za płoty, Polska czeka na decydujące starcie wyborcze. Zaskoczenia nie ma, w drugiej turze znaleźli się dokładnie ci, których przewidywano. Że procentowe poparcie dla poszczególnych kandydatów zaskakuje? A kogo to obchodzi w Jednomandatowym Okręgu Wyborczym? Zwycięzca bierze wszystko, drugi jest takim samym przegranym, jak jedenasty, natomiast wszyscy zainteresowani są bogatsi o kolejną lekcję demokracji. Najgłośniej lamentuje zaś ten, który do wyborów przystępował pod hasłem wprowadzenia JOW. O tyle to dziwne, że właśnie w wyborach prezydenckich, JOW występował zawsze.

            Paweł Kukiz, bo o nim oczywiście mowa, twierdził że JOW-y oddają obywatelom władzę w ich ręce, dzięki czemu establishment musi się mu podporządkować. No i obywatele ją wzięli w swoje ręce, a Kukiz został przez Naród uznany za establishment, który działa na szkodę obywateli i został pogoniony w cholerę. Oczywiście w wyborach do Sejmu, czy Samorządów, przy takim poparciu, jakie uzyskał Paweł Kukiz ze swoimi ludźmi, byłby trzecią siłą polityczną, z którą każdy musi się liczyć, ale w wyborach prezydenckich obowiązuje JOW i system marzeń Kukiza dał mu kopa w dupę już w pierwszej turze. Nie zauważyłem nigdy, by Paweł Kukiz wyrażał się z szacunkiem wobec ludzi wybieranych systemem JOW. Możecie mi przytoczyć jakieś jego ciepłe słowa z kampanii wyborczej o urzędującym prezydencie wybranym ręką mądrych wyborców?

            W komentarzach pod jedną z poprzednich notek jeden z gości raczył był stwierdzić, że nie jestem orłem i Kukizowi mogę buty czyścić. Mogę- nie mogę, zależy co w zamian za to zaoferuje (póki co, nie dostałem żadnych propozycji), ale wiedzy na temat zasad funkcjonowania państwa mam więcej i rozumiem, w przeciwieństwie do Kukiza, że dostał się do swojego wojewódzkiego sejmiku dzięki temu, że ordynacja nie przywidziała JOW, natomiast tam, gdzie JOW funkcjonuje od początku- i to w najostrzejszej formie, tzn. „zwycięzca bierze wszystko”, „mądrzy obywatele” pogonili Pawła Kukiza.

            Zauważyliście cudzysłów przy „mądrych obywatelach”. Jest on celowy. W przeciwieństwie do Pawła Kukiza i innych kandydatów, jak również pozostałych zawodowych polityków, do których pan Paweł niedawno dołączył, ja nie muszę się mizdrzyć do wyborców. Piszę felietony, jeśli komuś się podobają, niech czyta, jeśli nie, niech nie czyta, wolność jest! Otóż wyobraźcie sobie, że stoję na straży poglądu, iż mądrzy są jedynie obywatele posiadający wiedzę i inteligencję, mało tego, korzystają z nich (zgodnie z nimi, a nie przeciw nim). Wcale nie uważam, że obywatele wybiorą najlepiej, ale wybiorą i będzie to ich wybór. Będzie to wypadkowa tego, co chcą wszyscy Polacy. I ci zaangażowani politycznie, i ci głosujący dla jaj, jak również ci, którzy w dniu wyborów leżą do góry brzuchem i nie pofatygują się do urny. Po prostu lepsza marna zgoda, niż otwarta wojna w imię własnego widzi mi się. Podobnie nie uważam, że obywatele najlepiej wiedzą, jak wychować dzieci, bo niektóre rzeczy, na przykład przymusową edukację, trzeba im siłą narzucić, bo nas nie stać na utrzymywanie analfabetów. Na dokładkę powiem Wam, że nie uważam, by politycy byli jakąś szczególnie złodziejską kastą. Politycy są odzwierciedleniem Narodu- tych wszystkich oszukujących na byle gównie także- lewe zwolnienia, lewe renty, wyłudzanie świadczeń (n.p. wypłat z ubezpieczeń), lewe papierosy, lewy alkohol, tylko kasę chcieliby mieć prawdziwą i dużą. I dostaje, gdy taki małomiasteczkowy lodziarz zostaje politykiem- to nie kosmita, nie żaden ruski, tylko jeden z naszych obywateli.

            Teraz być może Was zdziwię, ale akurat ja chciałbym, byśmy mieli system JOW w wyborach do Sejmu i Senatu, więc jeżeli doszłoby do referendum w tej sprawie, proponowanym ostatnio przez Komorowskiego, to byłbym „za”. Tyle, że w przeciwieństwie do Pawła Kukiza wiem, jak ten system zadziała. Otóż wyobraźcie sobie, że mam po dziurki w nosie egzotycznych zjawisk politycznych, w tym takich Pawełków, Korwinów, czy innych Braunów, Kowalskich i Tanajnów. Dla takich postaci mamy teleturnieje, przeróżne talent show, estradę, cyrk, a w szczególnych przypadkach, klinikę w Tworkach.

            Przed nami druga tura. Czy głosujemy, czy nie- wybieramy i zbierzemy tego konsekwencje. W pierwszej turze wygrał kandydat partii, która powiedziała swoim wyborcom: „Co nas to obchodzi, że go nie znacie, niewolnicy? My wam go dajemy, bo taki mamy kaprys i taka jest wola prezesa pana, więc macie na niego głosować!” Albo się to nam podoba, albo nie!

 

 

18:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
niedziela, 10 maja 2015

            Korzystając z chwili politycznego oddechu, gdy obserwatorzy i komentatorzy czekają już tylko na wynik wyborczego starcia, chciałem wrócić do dawno nie poruszanego u mnie tematu sensu podejmowania terapii uzależnień. Wbrew pozorom, należy przypominać, jak ona działa, ponieważ pacjenci i ich rodziny oczekują czegoś na kształt operacji wycięcia wyrostka robaczkowego: Delikwent poddany jest niemiłemu zabiegowi, po którym wraca do zdrowia i może żyć dawnym życiem, pozbawionym chorobowych dolegliwości. Gdzieś czai się z gruntu błędne oczekiwanie, że DOBRA terapia to taka, że idzie się na nią i wraca w zdrowiu.

            Drugim z kolei mitem, jest temat chętnie podejmowany przez uzależnionych i ludzi z nimi emocjonalnie związanych (niekoniecznie muszą to być rodziny, mogą być dobrzy znajomi), jakoby presja na podjęcie leczenia terapeutycznego nie miała sensu, gdyż jak chory sam nie będzie chciał, to się nie wyleczy. Jest to o tyle zdradliwy pogląd, że chory nigdy nie chce się leczyć, co najwyżej zmusza go do tego sytuacja, także przymus sądowy, groźba rozwodu, utraty pracy etc., a terapia jest tylko jednym ze środków, które pomagają sprawić, by chory zechciał się leczyć, choć środek ten może się okazać najistotniejszy. Leczenie zaś polega na przestrzeganiu zaleceń terapeutycznych, a nie na samym udaniu się na terapię. To tak, jak z pójściem do fizjoterapeuty- on pokaże ćwiczenia, powie czego unikać, a co robić i jeżeli się do tego zastosujemy, wtedy możemy liczyć na efekt. Sama wizyta, czy szereg wizyt, nic nie daje. Jak zatem to wszystko działa?

            Najrozleglejszym punktem programu terapeutycznego jest uświadomienie zniszczeń spowodowanych nadużywaniem alkoholu, destrukcji w różnych obszarach życia: zdrowotnym, zawodowym, towarzyskim, społecznym, duchowym, prawnym, rodzinnym, seksualnym, etc.. Tutaj też napotykany jest pierwszy opór materii. Co taktowniejsi uzależnieni pytają: „Po co mi to, skoro ja to wiem”, natomiast ci mniej liczący się ze słowami mówią po prostu „a co oni będą mi tu pierdolić”. Tymczasem każdy uzależniony pomimo tego, że wie i pamięta większość zniszczeń alkoholowych, to albo stara się o nich nie myśleć, albo też stara się nie składać tego na karb nadużywania alkoholu. Zawsze to lepiej pomyśleć „żona mnie rzuciła”, „okradli mnie”, niż „tak piłem, że żona nie wytrzymała i ode mnie odeszła” lub „byłem tak pijany, że zasnąłem z portfelem w dłoni i nawet nie czułem, jak mnie okradli”. Ta część terapii służy temu, by sobie uświadomić , że gdyby nie picie alkoholu, nie doszłoby do większości złych konsekwencji. Jak mocno działają mechanizmy „wybielania” picia, niech świadczy historyjka, która niedawno przydarzyła się w mojej rodzinie świetnie sytuowanemu mężczyźnie o niezwykle wysokim statusie zawodowym, wręcz eksperckim, który podczas wyjazdu służbowego zaczął się na tyle dziwnie zachowywać, że trafił do szpitala psychiatrycznego. Ledwo jednak stamtąd wyszedł i doszedł do siebie, zaczął sobie i wszystkim dookoła udowadniać, że nie było tak źle. Między innymi wrócił na miejsce zdarzeń (co wymagało od niego pokonania kilkuset kilometrów w jedną stronę, a oczywiście musiał jeszcze wrócić), by sprawdzić, czy dobrze pamięta niektóre szczegóły zdarzeń. Gdy odnalazł świadków i upewnił się, że pamięć go nie zawodzi, stwierdził że to wszystko jest DEMONIZOWANE (że tak użyję ulubionego słowa miłośników marihuany, odnoszące się do ich ulubionego uzależnienia). Jak to się zatem stało, że trafił do szpitala psychiatrycznego? Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek brał udział w szalonej imprezie alkoholowej (zazwyczaj nie kończy się na jednej, więc doświadczenia są większe, niż pojedynczy przypadek), ten wie, że stosunkowo łatwo jest trafić na izbę wytrzeźwień lub na dołek, bo hałas ściąga gniew pobliskich mieszkańców wzywających policję, a ta w razie jakichkolwiek kłopotów, stosuje jeden z tych dwóch środków. Ale żeby policja przybyła i odesłała delikwenta do szpitala psychiatrycznego, to naprawdę nie zdarza się często- ja w ciągu całych imprezowych lat studenckich nie spotkałem się z takim zdarzeniem, nawet o czymś takim nie słyszałem. Tymczasem ten, który tego doświadczył, szuka okruchów pamięci, by udowodnić sobie, że nie było tak źle.

            Wiktor Osiatyński na temat swojego uzależnienia powiedział kiedyś, że przez długi czas myślał, iż prowadzi trzeźwe życie, przerywane tylko od czasu do czasu (dla rozrywki i relaksu, ma się rozumieć) incydentami alkoholowymi. Przełom nastąpił, gdy zrozumiał, że jego życie, to historia pijaka, przerywana jedynie przebłyskami trzeźwości. Właśnie o to chodzi w tej części terapii. Służy ona uświadomieniu braku kontroli nad życiem, pomimo przebłysków sukcesów. Taka świadomość powinna zajmować dominującą rolę w głowie, żeby chory miał motywację do leczenia, opartą na mocnych podstawach.

            Program terapeutyczny obejmuje też odkrywanie tego, co chory naprawdę lubi, co mu przynosi szczęście, zawiera wskazywanie takiej drogi, by osiągać to wszystko bez alkoholu. Zdrowemu człowiekowi ciężko jest zrozumieć, że dla alkoholika uświadomienie sobie tego co lubi, co sprawia że jest szczęśliwy, wcale nie jest oczywiste, bo do tej pory każde jego uczucie było regulowane alkoholem: kochał się po alkoholu, nawiązywał znajomości za pomocą alkoholu, wdzięczność wyrażał alkoholem, smutki zapijał alkoholem. Gdy był spragniony, pił alkohol, nawet gdy jadł, to wiedział co do tego najlepiej by było wypić i zawsze był to napój alkoholowy. Całe wnętrze alkoholika jest przekonane, że jego duchowość i uczuciowość wymaga przyjmowania alkoholu. Ta część terapii ma uświadomić, że usunięcie alkoholu nie usuwa czynności, które lubimy robić, że cały czas możemy być szczęśliwi, nawet bardziej niż z alkoholem, który zakłóca odbiór. Większość z nas zna dowcip o tym, czy Polak może się bawić bez alkoholu, zgodnie z którym, oczywiście może, ale po co się męczyć? Otóż każdy powinien sobie uświadomić, że jeżeli coś lubimy, to lubimy i brak alkoholu niczego tu nie zmienia, a jeżeli wydaje nam się, że zmienia, oznacza to problem z alkoholem, a nie z jego brakiem. Niby nic łatwiejszego, niż dotrzeć do własnych uczuć, by zrozumieć, co czujemy, ale to tylko pozory. Zwłaszcza u alkoholika, który powinien jeszcze długo po terapii kontynuować leczenie pod tym właśnie kątem, bo jeżeli nie zacznie robić tego, co mu przynosi szczęście, najprawdopodobniej wróci do picia. I tu, paradoksalnie, jednym z największych zagrożeń jest praca, ale taka ponad miarę, pochłaniająca cały dzień i nie pozostawiająca czasu na inne zajęcia i doznania. W szczególnie ciężkich przypadkach, gdy chory pozbawiony jest poczucia wartości, wymaga on pomocy w ukazaniu jego mocnych stron, tego że nie musi się wstydzić, bo jest wiele dobrych rzeczy, które potrafi zaofiarować.

            Odnośnie tego aspektu terapii zawsze mam obawy, że zostanie on zlekceważony. „Przecież to oczywiste”- jak łatwo to sobie powiedzieć. Jak łatwo szczęście zastąpić sukcesem zawodowym i finansowym. Tylko jeżeli przez ten „sukces” nie zauważymy uśmiechu dziecka, jego uczuć i pragnień, jeżeli ten „sukces” przeszkodzi nam w dostrzeżeniu piękna otaczającego świata, jeżeli nie będziemy mieli czasu się zachwycić dobrym filmem, książką, czy muzyką, to to jest kierat, a nie sukces i prowadzi on nieuchronnie do powrotu do picia. Lepiej mi uwierzcie na słowo, zamiast to testować. Zwłaszcza, że dotarcie do własnych pragnień jest bardzo przyjemne, więc nie zawracajcie sobie głowy stereotypami, a skupcie się na realnych potrzebach.

            Na zakończenie terapii opracowywany jest plan na wyjście i podane są zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików. To taka instrukcja, o której można by mówić bardzo długo, ale ja ograniczę się do tego, że alkoholicy mają tendencje do szukania powodów, dla których mogą nie wypełniać tego planu, podczas gdy żeby coś osiągnąć, należy szukać sposobu na wykonanie założonych zadań, pomimo trudności. Każdemu zdarza się zaniedbywanie tych wskazówek- nie ma ludzi idealnych. Różnica jest w reakcji- jeden człowiek widząc, że czegoś nie dopilnował, żałuje i stara się to naprawić, a drugi woli sobie wytłumaczyć, że właściwie nic się nie stało, a może to nawet i lepiej, że sobie czymś głowy nie zawracał. Pierwszy sposób wymaga cierpliwości i zaangażowania, natomiast drugi jest prosty, każdy idiota potrafi go zastosować, tyle że to ci, którzy dostrzegają swoje niedopatrzenia i je naprawiają, osiągają szczęście, a pozostali kończą marnie, choć mogą się z tym męczyć latami. Nie ma nic gorszego dla osób uzależnionych, niż lekceważenie siły nałogu.

 

 

13:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 maja 2015

            Mamy ciszę wyborczą, przenieśmy się zatem w świat samorządowców, gdzie już na nas czeka kolejny szczyt bezczelności: Dariusz Klimczak, szef regionalnych struktur PSL, wicemarszałek województwa łódzkiego, zrobił ze swej dwudziestoczteroletniej narzeczonej, Marty Giermasińskiej (zero stażu zawodowego, nie mówiąc już o kierowniczych stanowiskach), wiceprezes Energetyki Cieplnej (spółki należącej do miasta Skierniewice). Było to o tyle proste, że prezes Energetyki Cieplnej jest partyjnym podwładnym Klimczaka. Według jego opinii, pani Marta świetnie sobie radziła i szybko się uczyła. Według mnie natomiast, od nauki jest szkoła. Od wiceprezes takiej spółki wymaga się wiedzy i doświadczenia na podobnym stanowisku, co też i można sprawdzić wracając do warunków konkursu na ten etat, więc lepiej się modlić, by nie zapragnął tego zrobić prokurator. To nie prywatna firma, lecz własność miasta. Ponieważ sprawa wyszła na jaw, sam prezes PSL , wicepremier Piechociński nakazał wicemarszałkowi łódzkiemu pogonienie narzeczonej z fotela.

            Myślicie, że to koniec bezczelności? Ależ skąd! Panna Giermasińska ogłosiła w przedstawionym dziennikarzom oświadczeniu, że nikt jej w zdobyciu pracy nie pomagał, ale zrzeka się stanowiska, by zahamować falę agresji wobec niej. Czyżby chciała wmówić mediom, że Energetyka Cieplna poszukiwała na to stanowisko młodej z zerowym doświadczeniem, by się mogła uczyć? Takie praktyki dla „z zawodu dyrektorów”? Pomoc charytatywna dla długonogich migrantek z Ostrowca Świętokrzyskiego, które zbliżyły się do laski marszałkowskiej?

            Tu dopiero widać, po co na pewnych stanowiskach wymagane jest doświadczenie. 24- latka nie załapała bowiem, że taka sprawa trąci kryminałem, a dla jej narzeczonego, końcem kariery partyjnej i zawodowej, jeżeli więc nadal by tak się przysługiwała swojemu wicemarszałkowi, to może się zdarzyć, że wicepremier mu powie: „Słuchaj, albo partia, albo twoja lalunia- wybór należy do ciebie.” Żeby w takiej sytuacji pyskować, trzeba być dziewczynką, której do niedawna bronili rodzice, a chwilę później zaczął jej bronić o połowę starszy partner i zupełnie nie kumać, że laska marszałkowska jest przechodnia i łatwo być od niej odstawioną/ odstawionym (a co, Europa jest).

            A skoro już przy różnych laskach jesteśmy, to również (nomen- omen) Marta, ale ROZKRACZYŃSKA, raduje się właśnie kolejnym kochankiem, finalizując drugi już rozwód, jak na obrończynię katolickich wartości przystało. Ponoć świetnie się bawi z nowym amantem i niech tam jej będzie na zdrowie..., tylko dlaczego regularnie, każdego dziesiątego (a niech mnie..., to już tuż tuż), dostaje miesiączki patriotyczno- boleściwej, ubiera się na czarno i robi taką minę, jakby jej ulubiony chomik zdechł?!

 

 

23:51, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »

            Płacz i narzekania w PiS- jakby ich giez ukąsił. Ot, bohaterowie z plutonu egzekucyjnego, dzielni dopóki ofiary się nie bronią, radośnie wylewający kubły pomyj na Komorowskiego, nagle wpadli w panikę, gdy ten okazał się zdolny do obrony i im się odwinął, przywołując wypowiedzi kandydata Dudy na temat in vitro. Przypomniał to, z czego Duda robił sobie kampanię w środowiskach radiomaryjnych. Jak na PiSowca przystało, podszyty tchórzem Duda wolałby jednak, by pozostali wyborcy nie słyszeli, jakie brednie wygadywał, by kupić głosy sekty toruńskiej. Stąd i szał w sztabie PiS po przypomnieniu wypowiedzi kandydata PiS na prezydenta, który dziś jeszcze bardziej wezbrał za sprawą drugiego spotu przypominającego, że Duda reprezentuje Jarosława Kaczyńskiego. Czekam teraz na spot ostatni, który odeśle Dudę w ten sam kącik, w którym siedział cichuteńko, niczym mysz pod miotłą, zanim go Jarosław uraczył fuchą kandydata na prezydenta. Proponuję taki scenariusz:

KONWENCJA ANTYPRZEMOCOWA.

 

            Kandydat PiS na urząd Prezydenta RP, Andrzej Duda, wypowiada swoje słowa: „Konwencja antyprzemocowa, to płaszczyk dla patologii”.

            Następne ujęcie: Mieszkanie na Podkarpaciu, typowa, katolicka rodzina, na ścianie olbrzymi krzyż i „święte obrazy”, telewizor i nic więcej. Córeczka ogląda bajkę, gdy nagle rozlega się niemiłosierny wrzask bitej kobiety, dziecko przerażone biegnie do kuchni na pomoc, krzyczy „tatusiu, nie bij mamusi”, tatuś uderza małą w twarz, dziecko pada zakrwawione. Na napastnika rzuca się matka, ale on już się odwraca i sprzączką tłucze ją po głowie do utraty tchu. Gdy zakrwawiona ofiara siedzi bez sił, opierając się o ścianę, tatuś sięga po siekierę i mówi zwracając się do żony i córki: A teraz pójdziecie sobie do swoich zajęć, jak gdyby nigdy nic, a gdyby ktoś się pytał, to się przewróciłyście jadąc we dwójkę na rowerze, bo wam łby odrąbię.


            W tym momencie zmienia się znowu kadr i Zbigniew Ziobro mówi, że na Podkarpaciu, gdzie panują tradycyjne, katolickie wzorce, jest mniej odnotowanych przypadków przemocy, niż w krajach, gdzie obowiązuje konwencja antyprzemocowa.

            Kadr zmienia się znowu i pobita, posiniaczona dziewczynka pytana w szkole, co się stało, odpowiada ze strachem w głosie, że przewróciła się na rowerze. Za moment matka z płaczem opowiada nieskładnie swoją historię najlepszej przyjaciółce, a ta jej radzi, by poszła do księdza i się wyspowiadała, a chwilę później, już w konfesjonale ksiądz opieprza ją, że chce zniszczyć rodzinę, że chce uciec od swojego krzyża, nakazuje jej lepsze przykładanie się do obowiązków małżeńskich i wyznacza pokutę.

            Spot kończy się powtórzeniem słów Andrzeja Dudy: „Konwencja antyprzemocowa, to płaszczyk dla patologii”. Lektor komentuje: I to by było na tyle w temacie polityki prorodzinnej w zakresie zwiększenia bezpieczeństwa, proponowanej przez Andrzeja Dudę.

 

MAMY TYLKO JEDEN GŁOS NA PIĘĆ LAT!

 

            Głosowałem korespondencyjnie, mój głos jest już w drodze do Ambasady RP w Dublinie. Wy też to zróbcie, bo inni zadecydują za Was. Szczerze powiedziawszy, nie mam ochoty, by Polska wraz z takimi krajami, które nie podpisały konwencji antyprzemocowej, jak Irak, Iran, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Indie, Pakistan, Afganistan oraz tradycyjnie religijne Podkarpacie, szczyciła się brakiem zgłoszeń przemocy rodzinnej.

 


 

00:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (22) »
środa, 06 maja 2015

            Moja bratanica uczy się pływać. Z wodą, jej ojciec zapoznawał ją już od małego, ale była to zwykła zabawa i pluskanie, nastawione raczej na to, by dziecko nie wpadało w panikę, gdy się zanurzy. Mimo to, na początku nauki bardzo stanowczo twierdziła, że umie pływać, mało tego, zdarzało jej się domagać uczestnictwa w zawodach, co oczywiście nijak nie zwiększało jej umiejętności. Dziś, gdy na treningach pływa tyle, że ją to męczy, gdy widzi jak pływają starsze koleżanki, już nie wyrywa się tak z zapewnieniami o swoich umiejętnościach. Tym niemniej, nadal w pełni nie nauczyła się, że fakty są czymś innym, niż udawanie i głęboka wiara w siebie. W zeszłym roku wyprosiła na ojcu, by jej załatwił możliwość paradowania w ładnej sukience na procesji w Boże Ciało i sypania kwiatków przed procesją, razem z dziewczynkami, które przystąpiły do I Komunii. Pomimo tego, że ona do niej nie przystąpiła, paradowała z miną, jakby nic innego nie robiła w życiu, tylko przystępowała do komunii i sypała kwiatki.

            Wczoraj obejrzałem sobie fragment „debaty prezydenckiej” i odniosłem wrażenie, że występowały w niej same takie dziewczynki. Każda chciała być prezydentem, każda wiedziała, jak się rządzi, a wydawało im się, że robi się to plotąc do kamery androny. Najbardziej mnie rozśmieszały te z „panienek”, które były obrażone na Polskę, że nikt ich nie zna. Trzeba było z gimnazjalistami pogadać, jak się „FEJMA” zdobywa, ile się trzeba napracować, by zyskać „LAJKA”, a ile, by mieć nowego „ZNAJOMEGO”. Całe życie „Toto” jadło, piło, wydalało, randkowało, masturbowało się, ćwiczyło kark i inne mięśnie, występowało w zespole tańca brzucha oraz pieśni czeczeńskiej i norweskiej, strugało łódki z kory, skupowało palety, sprzedawało sztachety, robiło wszystko, tylko nie zajmowało się budowaniem struktur poparcia i nagle wszyscy, jak jeden mąż zdziwieni, że ich nikt nie zna. Jeszcze bardziej zdziwieni są, że urzędujący prezydent nie zamierza uczestniczyć w pyskówce z dziesiątką zdziwionych i oburzonych, bo się towarzystwu wydaje, że jak Józek Dupa z kopalni Makoszowy dozna olśnienia i zapragnie być sławnym prezydentem, to wszyscy rzucą wszystko i polecą kręcić o nim filmy i programy, prezydent będzie z nim debatować, papież go przyjmie na audiencji, a Wielka Encyklopedia Powszechna wyda wznowienie, poprawione o notkę biograficzną o panu D., informującą iż po ukończeniu szkół podstawowych, poświęcił się ludzkości. A propos kandydata D.- on uznał się za sławnego i w ostatnim spocie reklamowym poinformował, że uścisnął tysiące rąk i ma za dużo energii, by siedzieć pod żyrandolem. To jak to, do jasnej cholery jest, że jeszcze pół roku temu słysząc jego nazwisko myślałem, że chodzi o przewodniczącego „Solidarności”, w jakiej D...E (dudzie) była ta jego energia, że jego twarz była równie znana Polakom, jak twarz szatniarki z domu kultury w Ozorkowie?

            Na wszystko trzeba sobie zapracować: na wyjazd na placówkę do "kraju na H", na przywództwo, sławę, walkę o tytuł pięściarskiego mistrza świata, nawet na urząd Prezydenta RP.

 


 

11:15, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
Tagi