RSS
piątek, 28 czerwca 2013

            Chyba już wszyscy wiedzą, co wyszło na jaw po tekście Mariusza Szczygła w „Dużym Formacie” (magazyn reporterów GW): Sadystyczna morderczyni i permanentny  kat sześcioletniego dziecka pracuje w jednym z warszawskich gimnazjów jako nauczycielka fizyki, a także w MEN, jako ekspert od mianowania nauczycieli i autorka programów edukacyjnych. Pracowała (nie wiem, czy nadal pracuje) także jako katechetka. Pierwszą moją reakcją na tę mrożącą krew w żyłach informację był gniew. Gniew tym większy, że karniści wypowiadający się  w tej sprawie mówią, że nie da się pani zwolnić, bo wyrok uległ zatarciu. Nie będę nakręcać sobie, ani nikomu z czytelników gniewu, bo prowadzi to do nienawiści, a to niszczące uczucie, nie ma sensu go pielęgnować. Chciałbym spróbować przedstawić konstruktywną propozycję rozwiązania tej sprawy.

            Nie sądzę, by było przesadnie wiele osób, które nie są zbulwersowane i nie uważają, że ta kobieta pod żadnym pozorem nie powinna pracować, ani z dziećmi, ani w resorcie edukacji. Prawnicy jednak twierdzą, że nie można jej zwolnić. Czyżby?!

            Zbierzmy najpierw fakty: Wspomniana kobieta na początku lat osiemdziesiątych wychowywała małego chłopca, będąc partnerką jego biologicznego ojca. Kobieta, co nie bez znaczenia (dojdę do tego później, bynajmniej nie chodzi mi o to, by obwiniać katolików, lecz o to, by znaleźć rozwiązanie sytuacji), pochodzi z tzw. „dobrej, katolickiej rodziny”, jest głęboko wierząca. W roku 1982 zakatowała na śmierć sześcioletniego pasierba sprzączką od pasa wojskowego. Znęcała się na nim już wcześniej, lecz ta zbrodnia była szczególnie odrażająca. „Powodem” było zgubienie sznurówki przez sześcioletnie dziecko, które zostało tak pobite, że przybyły na miejsce zbrodni sanitariusz zemdlał na jego widok. Kobieta została skazana na piętnaście lat pozbawienia wolności. Odsiedziała 10 lat i została zwolniona za dobre sprawowanie. Później dwukrotnie przebywała w klasztorze, by w końcu zostać katechetką i nauczycielką fizyki (możliwe to było dopiero, gdy wyrok się zatarł). Niektóre periodyki piszą o nauczaniu matematyki, lecz sądzę, że to pomyłka, gdyż znalazłem w sieci regulamin pracowni fizyki ustanowiony przez tę kobietę. Z punktu widzenia prawa, wyrok się zatarł czternaście lat temu, czyli w roku 1999. Zastanówmy się, co to oznacza.

            Dopiero w roku 1999 dzieciobójczyni mogła ubiegać się o podjęcie pracy w szkole. Oznacza to, że miała w życiorysie siedemnaście lat „czarnej dziury”, a był to rok najwyższego bezrobocia w powojennej historii (bądź jednego z najwyższych). Jakim cudem kobieta wytłumaczyła tak długą przerwę w zatrudnieniu, jak udowodniła swoją zdolność do pracy pedagogicznej po tak długotrwałej nieobecności na rynku pracy?!

            Daruję sobie domysły, ponieważ podstawowym pytaniem jest „Co zrobić teraz?”! Dyrekcja, MEN, karniści twierdzą że nie można zwolnić morderczyni. Ludzie, którzy wiedzą, jak się pozbyć człowieka z nielubianej opcji politycznej, nie wiedzą, jak zwolnić sadystkę ze szkoły. W takim razie JA służę pomocą:

            1. Bierzemy dzieciobóczynię na rozmowę w cztery oczy i prosimy o to, by złożyła wniosek o zwolnienie za porozumieniem stron.

            2. Przypominamy pani, że musi przejść badania okresowe, a tym razem będziemy chcieli opinii psychiatry i psychologa w kontekście przemocy nad dziećmi i wątpliwą sprawą jest, by otrzymała zgodę na dalszą pracę w świetle odkrytych faktów. Przypominamy, że wyrok się zatarł, ale nie czyny- możemy zaprowadzić panią na grób dziecka, jeśli w to nie wierzy.

            3. Śledzimy tryb zatrudnienia nauczycielki, zarówno w szkole, jak i w MEN. Nie powiecie mi, że „kobieta znikąd” zdołała bez protekcji znaleźć zatrudnienie nie tylko w gimnazjum, ale i w MEN. W ciągu czternastu lat zrobiła karierę od skazanej i osadzonej w zakładzie karnym po eksperta MEN w sprawie mianowania nauczycieli i autorkę programów edukacyjnych. Docieramy do protektorów (podpowiadam: KSIĄDZ BISKUP, KTÓRY WYZNACZYŁ JĄ NA KATECHETKĘ) i prosimy grzecznie, by tak samo, jak naciskał na przyjęcie morderczyni do pracy z dziećmi, nacisnął na nią, by pomogła naprawić błąd, który popełnili przed laty wspólnie i sama zrezygnowała i nigdy, przenigdy nie aplikowała o pracę z dziećmi. Docieramy też do urzędasów, którzy ulegli biskupowi i prosimy o tę samą pomoc. Jako alternatywę przedstawiamy ujawnienie nazwisk i serię artykułów i reportaży z nimi w rolach głównych: z jego ekscelencją i uległymi urzędasami. Alternatywnie można również zrobić demonstrację, która przejdzie spod siedziby Episkopatu pod siedzibę MEN, wymachując pasami wojskowymi i wykrzykując pytanie: "EKSCELENCJO, KSIĘŻE BISKUPIE I PANI MINISTER, CZY TAKA SPRZĄCZKA WYSTARCZY?!"


            Mówicie, że się nie da? Spróbujmy chociaż!!! Chociaż raz przeciwstawmy się wszechobecnemu nepotyzmowi i naciskom: partyjnym, kościelnym, koligacjom rodzinnym. W 1987 roku na rynku polskim ukazał się nakładem klubu płytowego „Razem” album grupy Dezerter znany dziś jako „Kolaboracja”. Drugi utwór z tej płyty zdaje się być ciągle aktualny.



13:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
sobota, 22 czerwca 2013

             Potrzeba bezpieczeństwa jest jedną z najsilniejszych potrzeb człowieka. I nie mówię tu tylko o potrzebach dziecka, którego rozwój jest tragicznie wypaczony, gdy wychowuje się w sytuacji ciągłego zagrożenia. Dotyczy to również osób dorosłych. To przecież dlatego mogą istnieć firmy ubezpieczeniowe, generujące olbrzymie dochody, nakłaniające ludzi do płacenia regularnych składek w zamian za obietnicę wsparcia finansowego w razie wypadku losowego. Mało tego, olbrzymi odsetek ludzkości tak bardzo pragnie poczucia stabilizacji, że za zasadne uważa żądania gwarancji zatrudnienia, czy też, co trąci absurdem, gwarancji znalezienia zatrudnienia w wybranym przez siebie zawodzie, po ukończeniu wybranej (również przez siebie) szkoły dowolnego szczebla. To wszystko wynika z głębokiej potrzeby bezpieczeństwa.


            Wyobraźmy sobie teraz osobę, która przeżyła nowotwór, niech to będzie pan X. Często nie może wrócić do poprzednio wykonywanego zawodu, a w większości przypadków musi ubiegać się o powtórne przyjęcie do pracy. I co się dzieje? Kto może, broni się przed przyjęciem takiej osoby, gdyż istnieje realna obawa, że nastąpi nawrót raka. Z tego samego powodu, bliscy drżą o jego zdrowie. Widmo takiej choroby może pogrzebać niejeden związek uczuciowy (nie łudźmy się, przecież związki partnerskie zawierane są również ze względów ekonomicznych, jeżeli ktoś się boi nawrotu choroby, boi się także jej ekonomicznego impaktu). A to są zaledwie zachowania otoczenia osoby, która przeszła nowotwór. Teraz wyobraźmy sobie, co się musi dziać w głowie samego pacjenta. Przecież ten wspomniany pan X na każdy ból gardła, na każde kłucie w klatce piersiowej reaguje myślą, „czy to przez przypadek nie jest rak”! Nie katar, nie grypa, tylko nowotwór złośliwy, na który trzeba reagować operacyjnym usuwaniem zaatakowanych narządów, agresywną chemioterapią, czy radioterapią. Rak, który unieruchamia w domu, odsuwa od życia zawodowego, obniża sprawność. I tak jest już bez przerwy. Nie każdy pacjent radzi sobie z takim obciążeniem. Chciałby przecież być użyteczny dla rodziny, dla społeczeństwa, a żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia. Zagrożenia nie byle jakiego, bo niechże sobie każdy z czytelników spróbuje wskazać narząd, który mógłby bez żalu wyciąć sobie z organizmu. Nie mówiąc już o samym zagrożeniu życia. Uwierzcie mi, gdy przyjdzie co do czego, mało kogo nie rusza takie niebezpieczeństwo. Na ogół najgłośniej chęć poświęcenia życia deklarują leszcze, dla których największym dotychczasowym zagrożeniem był szlaban na dyskotekę od rodziców. Jeżeli ktoś się stykał z realnym zagrożeniem i je zrozumiał, nie będzie się chciał na nie narażać.


            W praktyce wygląda to tak, że jeżeli pan X doświadczy jakiegoś pogorszenia stanu zdrowia, jeżeli doświadczy symptomów jakie miał podczas poprzednich ataków choroby- w naturalny sposób boi się, że zaczyna drogę od nowa. Bardzo często się zdarza, że nawet w wypadku przeprowadzenia rutynowych badań kontrolnych, dość dokładnych- z użyciem tomografu komputerowego i badania markerów rakowych, nawet gdy wyniki tych badań są bardzo dobre, to pan X ma tendencje do niedowierzania lekarzom. Podczas odczytu na ostatniej dublińskiej konferencji dotyczącej życia po raku, zwracał na to uwagę mój konsultant onkologiczny, a w jego głosie wyczuwałem nutkę żalu, że mimo iż robi wszystko, co w jego mocy, pacjenci mu nie wierzą. W skrajnych przypadkach, wcale nie tak rzadkich, pacjenci ocierają się o choroby psychiczne, są na przykład w grupie zwiększonego ryzyka depresji (tej klinicznej, grożącej śmiercią).


            Postraszyłem, postraszyłem, ale nikt nie jest wobec wymienionych przeze mnie zagrożeń bezradny. Istnieje wiele grup wsparcia, zajmujących się pacjentami onkologicznymi (w Irlandii m.in. Cancer Society, czy Gary Kelly Cancer Support Centre), jednak najważniejsze jest to, co pacjenci zrobią dla siebie sami. Kluczową sprawą jest akceptacja własnych ograniczeń i szukanie możliwości rozwoju w obszarach, w których zniszczenia dokonane przez chorobę nie przeszkadzają. Jednak dla każdego bez wyjątku pacjenta, oprócz odbudowy życia zawodowego i rodzinnego, istotne będą następujące elementy:

            -Rehabilitacja,

            -Odpowiednia dieta,

            -Aktywność fizyczna,

            -Hobby, rozwój zainteresowań i relaks.

            Nie jestem zwolennikiem skrajnych rozwiązań, wymagających jakiegoś nadludzkiego wysiłku, ba, jestem ich zdecydowanym przeciwnikiem, gdyż powodują one poczucie dyskomfortu życiowego i spadku jakości życia. Namawiam w miejsce tego do wyważonej, zróżnicowanej diety, dbanie o to, by się odżywiać regularnie, lecz nie przejadać. Zachęcam do aktywnego wypoczynku- w miarę stanu zdrowia do spacerów, wędrówek, regularnych ćwiczeń na sali gimnastycznej i pływalni. To nie ma być sport wyczynowy, lecz rekreacja i leży to zasięgu każdego. Istnieje dość prosty sposób określenia, czy dane ćwiczenie jest w zasięgu pacjenta: Gdy ćwicząc pacjent może swobodnie rozmawiać, oznacza to, że ćwiczy za mało. Ćwiczenie powinno mocno utrudniać rozmowę, ale jej nie uniemożliwiać (oczywiście nie dotyczy to pływania, gdzie rozmowa jest raczej wykluczona chyba, że jesteśmy delfinami).


            P.S.

            Dziś w Warszawie wystąpi Paul McCartney, pozwoliłem więc sobie zilustrować notkę utworami czwórki z Liverpool. Autorem pierwszych dwu są (kolejno) nieżyjący już John Lennon  i George Harrison, a za „Let it be” jest oczywiście odpowiedzialny Paul, którego szczęśliwcy usłyszą na Stadionie Narodowym. Legenda! Chciałoby się sparafrazować ks. Twardowskiego „Spieszmy się ich słuchać, tak szybko odchodzą”.



Tagi: nowotwór
14:32, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (4) »
wtorek, 18 czerwca 2013

MOTTO:

            „Nie lubię swoich zębów, a tak, to jestem zajebisty”.

Freddie Mercury.

 

 

Freddie Mercury i jego zęby.


Jarosław Kaczyński i jego zęby.

            Z okazji sześćdziesiątych czwartych urodzin życzę Ci, Jarosławie Kaczyński, byś przestał być takim skończonym tchórzem bez honoru, byś nabrał wreszcie godności, byś przeprosił wszystkich, których obraziłeś, zamiast wydawać 1,1 miliona złotych rocznie z pieniędzy partyjnych pochodzących nie tylko ze składek, ale i subwencji państwowych na własną ochronę. Te pieniądze, to średnia roczna pensja dla dwudziestu sześciu obywateli Rzeczpospolitej (licząc po 3500 brutto miesięcznie). Bądź godny miana Polaka, bo aż żal patrzeć, gdy nawet po Sejmie poruszasz się otoczony wianuszkiem ochroniarzy i wazeliniarzy, bojąc się spojrzeć w oczy ludziom, których obrażałeś. Ze strachu wydajesz publiczne pieniądze na ochroniarzy, ze strachu wydajesz je na prawników, przegrałeś lub byłeś zmuszony do ugody w niezliczonych procesach o zniesławienie. Chłopie, masz sześćdziesiąt cztery lata, bądź zatem człowiekiem, to nie będziesz się moczyć ze strachu. Podejmij wreszcie męską decyzję i udaj się na psychoterapię, bo masz upośledzone zdolności społeczne, nie znasz słowa „kompromis”, potrafisz jedynie ulec lub wydawać rozkazy. Naucz się współpracować z ludźmi, bo nie jesteś pępkiem Świata. Przestań się bać, a będziesz szczęśliwy. Miej godność, miej honor!



14:49, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
sobota, 08 czerwca 2013

            Zacznę od truizmu, ale inaczej się nie da: Pierwszym, najistotniejszym elementem leczenia nowotworów jest leczenie specjalistyczne. Chemioterapia, radioterapia, operacyjne usuwanie guzów, to najpowszechniejsze metody. Coraz lepsze, a ponieważ medycyna coraz lepiej radzi sobie ze skutkami ubocznymi, więc i coraz mniej wyniszczające organizm. Mimo to, strach i niewiedza pacjentów oraz ich bliskich i otoczenia powodują, że ci unikają lekarzy do momentu, gdy na leczenie jest za późno. Stali czytelnicy pamiętają choćby moje notki o „Chomiczku”, kobiecie która zamiast poddać się biopsji, by zdiagnozować guz, pojechała na pielgrzymkę do Lourds i w ten sposób popełniła rytualną eutanazję katolicką, charakteryzującą się dużo większym cierpieniem, niż zwykła eutanazja. To naprawdę nie jest odosobniony przypadek, gdy pacjent modli się, zamiast się leczyć. Można też uciec w inną stronę- miałem sąsiada, który zamiast się poddać terapii, pił i palił praktycznie do ostatniego dnia życia. W internecie aż się roi od teorii, że zamiast leczenia można stosować metody alternatywne. Zapewniam, że nowotwór to nie katar, metody alternatywne możemy stosować dodatkowo- i to za zgodą i z wiedzą konsultanta onkologicznego. Sam regularnie zażywam kapsaicynę (zdarzało mi się też sięgać po inne specyfiki wspomagające, jak wyciąg z kwiatu nagietka, liści pokrzywy i krwawnika, suplementy diety, etc.), przestrzegam też podstawowych zasad ogólnie pojętego zdrowego życia, jednak to wszystko robię DODATKOWO, a NIE ZAMIAST leczenia. Wszelkie „złota- srebra koloidalne”, suplementy witaminowe, soki z buraczków, marchwi, granatu- jeżeli ktoś chce, niech używa, ale dodatkowo, nie zamiast leczenia, informując onkologa. Odpowiedzialni autorzy publikacji o leczeniu alternatywnym ZAWSZE zaznaczają, że podstawą jest leczenie specjalistyczne. Jeżeli ktoś o tym nie wspomina, nawet nie zadaję sobie trudu wnikania w treść propozycji takiego autora.

            Jeżeli chcemy mieć szanse przeżycia, równolegle z leczeniem należy przestrzegać zaleceń lekarskich. Najlepszy antybiotyk nie wyleczy zapalenia płuc, gdy pacjent będzie z mokrą głową wychodzić na mróz. Najlepsza terapia będzie bezradna wobec pacjenta, który nie odstawił trucizn: alkoholu, nikotyny, marihuany, środków psychoaktywnych podawanych poza kontrolą lekarza. Poznałem wielu ludzi, którzy przetrwali nowotwór- nie znam ani jednego, który by przeżył, regularnie zatruwając swój organizm wspomnianymi substancjami. Znam kilkoro z nich, którzy próbowali tkwić w używkach, lecz po pogorszeniu stanu zdrowia rzucili je i przetrwali. Tyle na ten temat.

            Powyższe uwagi dotyczą poddaniu się leczeniu i zaleceniom lekarskim, czyli jest to strona medyczna. Reszta należy do nas. Jest tego całkiem sporo, warto się dokształcić. Spośród szerokiej literatury o walce z nowotworami, wybrałem dwie pozycje: dr hab. Michał Tombak „Uleczyć nieuleczalne” (książkę dostałem od Ani, tej od galerii z mojej linkowni- dziękuję, Aniu) i dr David Servan- Schreiber „Antyrak- nowy styl życia”. Obaj autorzy zwracają szczególną uwagę na dwa elementy: Psychikę pacjenta oraz dietę. O szczegółach piszą oni, ja rzucę tylko kilka ogólnych uwag dotyczących tej sfery.

            Gdybym miał wymienić najważniejsze elementy walki z nowotworem, moja lista wyglądałaby następująco:

            1. Leczenie specjalistyczne.

            2. Przestrzeganie zaleceń lekarskich.

            3. Pozytywne myślenie.

            4. Wypoczynek.

            5. Walka z bólem.

            6. Dieta.

            7. Ruch.

            Wiele osób mylnie interpretuje pozytywne myślenie, jako myślenie magiczne i życzeniowe. Nic bardziej błędnego. Pozytywne myślenie, to oczywiście wiara w sens tego, co robimy, ale bynajmniej nie opiera się ono na magii, ani marzeniach. W tym konkretnych przypadku, pozytywne myślenie, to uświadomienie sobie, że jest szansa wyzdrowienia, że wiele osób pokonało nowotwór i nie są to wyjątki. Uświadomienie sobie, że leczenie jest po to, by pomóc. Skupienie się na tym, co możemy zrobić, a nie na tym, czego zrobić nie możemy. Poniższa scenka z filmu „Psy 2” doskonale ilustruje myślenie negatywne i pozytywne:

Waldek:

            ...Odrąbali mi kciuk, kacapy jebane, odrąbali mi prawy kciuk, Boże, co ja zrobię bez kciuka?!

Franc:

            Będziesz się trzepał lewą ręką!

 

            Jak widzimy, Waldek myśli negatywnie i bezcelowo rozpamiętuje stratę, której nie może już cofnąć, podczas gdy pozytywnie myślący Franc podsuwa mu rozwiązanie, jakie jest w zasięgu możliwości Waldka. Oczywiście Waldek może całe życie rozpaczać nad utratą kciuka, lecz lepiej dla niego będzie, gdy zastosuje się do rady Franca. To samo jest z każdą chorobą. Można rozpaczać nad ograniczeniami z niej wynikającymi, ale lepiej jest się zastanowić, co można robić dostępnymi, mimo ograniczeń, metodami. I przede wszystkim należy sobie uświadomić, że dostępne metody również prowadzą nas do celu. To jest istota pozytywnego myślenia. Z drugiej strony, można też łatwo zobrazować szkodliwość negatywnego myślenia, przypominając sobie reakcje grymaszących dzieci, które przed spróbowaniem uznały, że nie lubią nieznanej im potrawy. Nawet, jeżeli je zmusimy do połknięcia jednego kęsa, to zasugerowane tym, że to jest niedobre, wykrzywią się. To samo będzie z chorym, który będzie się bał każdego zabiegu i uważał, że bardzo mu on szkodzi. Będzie odczuwać ból lub inny rodzaj cierpienia dużo bardziej dotkliwie, a na tym chyba nikomu nie zależy.

            Żeby pokonać chorobę, niezbędna jest człowiekowi siła. Dlatego podczas całego leczenia, niezbędne jest prawidłowe odżywianie dla dostarczenia energii, wypoczynek (w tym sen) dla regeneracji organizmu, walka z bólem (czyli dobra opieka anestezjologiczna- nic na własną rękę), by nie zakłócił choremu ani apetytu, ani snu oraz ruch dostosowany do aktualnych możliwości, dzięki któremu pacjent poprawi krążenie oraz usprawni pracę płuc i serca. Mimo to, chorzy często nie dbają o podstawowe zasady. Gdybym tego nie widział na własne oczy i nie słyszał na własne uszy, to bym nie uwierzył, że pacjenci mogą odmawiać przyjmowania drinków wysokobiałkowych lub wysokotłuszczowych, bo im nie smakują. Dorosły chłop z mojej rodziny, pochodzący ze wsi, który wypił morze palącego bimbru, odmawia picia roztworu kapsaicyny, bo mikstura jest dla niego "za ostra". Dorośli ludzie zachowują się, jak grymaszące, rozkapryszone dzieci nawet w tak łagodnych sprawach, jak nielubiane lekarstwo. Ich jest ciężko przekonać, żeby nie robili scen i przyjęli lekarstwa, a jak przekonać do operacji kogoś, kto się jej panicznie boi? Albo do chemioterapii??? To są poważne problemy, aż ciężko pojąć, że lekarze zmagają się nie tylko z chorobą, ale i z lękami i uprzedzeniami, a czasem zwykłymi kaprysami pacjentów.


            To naprawdę istotne sprawy, jeżeli ktoś uważa, że może je pominąć, to śmiało można przyjąć, że jest zwykłym ignorantem. Nie zamierzam wnikać, czy ktoś gdzieś kiedyś widział pacjenta, któremu udało się przetrwać bez stosowania wszystkich siedmiu elementów walki z nowotworem. Z życiem ludzkim jest trochę, jak z okrętem, który mimo, że nabrał trochę wody, to wciąż jest w stanie się utrzymać na powierzchni. Jednak należy zatrzymać KAŻDĄ MOŻLIWĄ drogę nalewania się wody, gdyż w końcu może nastąpić moment, gdy statek utraci pływalność i pójdzie na dno. Nie ma co się zastanawiać, czy przeciek jest wystarczająco niebezpieczny, by zatopić okręt, skoro można go zlikwidować, bo jeżeli ciężar łodzi wraz z nabraną wodą  przekroczy wyporność, nic nie da się uratować, wtedy będzie tylko droga na dno! Rak naprawdę jest do pokonania, tylko nie wolno lekceważyć niczego, nie wolno odpuścić żadnej możliwości poprawienia stanu zdrowia. Właściwie wolno, tyle że jeśli to będzie to decydujące zaniedbanie, po którym ruszymy na dno, to nic nas nie uratuje, a my będziemy tonąć ze świadomością, że nie zrobiliśmy wszystkiego, co było w ludzkiej mocy.



Tagi: nowotwór
00:08, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
Tagi