RSS
niedziela, 29 czerwca 2014

            Mykayla Comstock- 7- latka, którą leczono marihuaną- kliknij tu, by przeczytać, co na ten temat ma do powiedzenia serwis „Onet”.

            Właśnie w ten sposób powstają pierdoły o „trawie” , które potem marihuaniści przekazują sobie z ust do ust, niczym prawdę objawioną. Zacznijmy od tego, że olbrzymia część uzależnionych ma kłopot z lekturą czegokolwiek oprócz tytułu. Nie wierzycie? To poczytajcie komentarze. Im się wydaje, że chodzi o jaranie. Tymczasem już w bezwstydnie wybiórczej wzmiance Onetu jest mowa o ściśle określonych dawkach OLEJU konopnego, a NIE SPALIN konopnych! Jaka jest różnica?

            Dodawaliście kiedyś smaczną i zdrową oliwę z pierwszego tłoczenia na zimno do sałatki? Na pewno! Smażyliście na niej ryby? Pewnie też! Zdarzyło się Wam zbyt mocno rozgrzać patelnię z olejem tak, że zaczął się palić, dom wypełnił śmierdzący, gryzący dym, od którego dostawało się zawrotów głowy? Tak? To były spaliny olejowe! Spaliny z marihuany nie dość, że zawierają, jak każdy związek organiczny oparty na węglu, ekstremalnie toksyczny czad oraz duszący dwutlenek węgla, to jeszcze, prawie całą tablicę Mendelejewa z pochodnymi cyjanku, czy silnie rakotwórczymi związkami pierścieniowymi na czele. Nie różnią się tu NICZYM od tytoniu, za wyjątkiem substancji uzależniającej. Nikotyna uzależnia silniej i szybciej, za to pozostawia świadomość, natomiast THC uzależnia wolniej (choć nie mniej skutecznie), za to drastycznie zniekształca świadomość i osłabia reakcje.

            Wróćmy do artykułu. Sugeruje on, że ponieważ chemioterapia nie pomogła, to rodzice zastąpili ją skuteczną marihuaną. Dokonująca tej podłej manipulacji, redakcja (nikt nie raczył się podpisać imiennie) już nie wspomniała, że dziewczynka cały czas była poddawana chemioterapii. By chronić swoje tyłki, załączyli wzmiankę, że artykuł powstał na podstawie innego artykułu i podano do niego link. Tak się składa, że notka jest po angielsku. Już widzę uzależnionego od marihuany nieszczęśnika, dla którego przeczytać coś więcej niż tytuł artykułu w języku ojczystym jest już wyzwaniem, jak bierze się za tłumaczenie tekstu angielskiego. Równie dobrze mogli dać odnośnik do strony po chińsku. No, może nie równie dobrze, bo trafił im się niefart i ja postanowiłem sobie poczytać tekst z owego źródła. No i zaczęło się!!!

            Po pierwsze, tekst był pisany przez regularnego debila, który bezmyślnie wspomina o rzekomym guzie wielkości PIŁKI do KOSZYKÓWKI (przy białaczce- SIC!) w klatce piersiowej siedmioletniej wówczas dziewczynki! To by oznaczało, że zamiast płuc, czy serca, ma ona już tylko nowotworową piłkę, bo więcej się w takim ciele nie zmieści! Redakcja Onet oparła się więc na sprawozdaniu pisanym przez stuprocentowego cymbała podpisanego jako Arjun Walia. Szczęśliwie ów oświecony autor zostawił link do strony domowej „Brave Mykayla”, opisującej losy dziewczynki. Spokojnie, wszystkie linki udostępnię, ale po kolei.

            Na początku notki zaproponowałem lekturę komentarzy pod artykułem z Onet. Czy rzuciły Wam się w oczy teksty sugerujące spisek lobby farmaceutycznego? Czy kiedykolwiek słyszeliście o teorii, jakoby "lecznicza" marihuana była stopowana przez złe koncerny farmaceutyczne, żeby mogły zarabiać na swoich drogich terapiach (jeśli poszukacie, na pewno znajdziecie, bo ja się napotykam na to w komentarzach przy okazji każdego artykułu o marihuanie). Innymi słowy: „Masz raka- zajaraj- przejdzie ci”! A zastanawialiście się, dlaczego w takim razie na raka umierają multimiliarderzy, jak Steve Jobs (ten od Apple)? Co, oni też nie mogą znaleźć dojścia do "leczniczej" marychy?! A dlaczego raka ma znana z tego, że się chwaliła regularnym paleniem marihuany Kora (ta od Maanam)? I jak to się dzieje, że na raka zeszło tylu ludzi rocka, którzy wypalili tyle maryśki, co EC Siekierki węgla (wężykiem..., wężykiem). Powiem Wam jednak, kto tu zarabia pieniądze na naiwniakach: Jeżeli wejdziecie na stronę „Brave Mykayla” zobaczycie profesjonalnie odstawione dziełko do zarabiania pieniędzy na desperatach lub kretynach. Możecie tam kupić koszulki „Brave Mykayla”, książki, kolorowanki i inne gadżety! Plus dochód za wejścia na stronę od sponsorów. A ten musi być kosmiczny, skoro zwalają się tam ćpuny z całego Świata, by poczytać o „leczniczym zielu”!

            To jeszcze nie koniec! Postanowiłem przestudiować zawartość merytoryczną strony „BM”. Ta dziewczynka była cały czas w chemioterapii. Nie przerwano jej nawet na moment! Tabletki z olejkiem konopnym zaczęto podawać po dziewięciu dniach od podania pierwszej dawki chemii. Ponieważ ja osobiście przyjąłem taką ilość chemioterapii, że przeciętnego konia by szlag trafił na miejscu, powiem Wam, że zwyczajowo cykle synchronizuje się z systemem siedmiodniowym (ze względu na cykl pracy człowieka). Dawki są różne, różne są też medykamenty podawane chorym. Zazwyczaj pod koniec tygodnia jest przerwa, a to oznacza obniżenie stężenia chemii w organizmie. Możliwe są więc chwilowe skoki ilości komórek nowotworowych mimo iż chemia skutkuje. Jak podaje rejestr leczenia Mykayli, tak właśnie było: chwilowy wzrost po wyraźnym spadku. W tym momencie rodzice dodali do chemioterapii olejek konopny. Przy dalszym podawaniu chemii, poziom komórek rakowych spadł do zera. Całkiem bezkomplikacyjne leczenie. Ja miałem dwa razy nawroty, a u dziewczynki chemioterapia zadziałała od razu. Problemem jest, że rodzice dziewczynki, to DRANIE PRACUJĄCY NA USŁUGACH LOBBY MARIHUANISTYCZNEGO! To oni czeszą kasę na naiwniakach, a przede wszystkim na przerażonych ludziach, na rodzicach małych, chorych dzieci, którzy do piekła zejdą po cudowny lek, więc jeżeli to tylko olej konopny, to pójdą po niego w ciemno! 

            Jakie może być działanie olejku przy chemioterapii? Najprawdopodobniej przeciwbólowe, przeciwwymiotne, poprawiające apetyt, rozluźniające. Typowe dla THC. Czy się przydaje? Niewątpliwie w tym wypadku taka kuracja zadziałała lepiej, niż aplikowane dotychczas (i przez cały czas chemioterapii) STERYDY, które są podawane dokładnie w tym samym celu! W zależności od organizmu, jedne działają lepiej, inne gorzej! Dzięki temu dziecko mogło lepiej zjeść, lepiej spać, lepiej się regenerować po chemioterapii, która zniszczyła raka. Wysoce wątpliwe jest jakiekolwiek działanie przeciwnowotworowe oleju konopnego, przynajmniej w przypadku Mykayli Comstock, choć nie wykluczam, że był trafionym środkiem uzupełniającym chemioterapię. Czy warto było? Nie wiem! Dziewczynka jest dziś uzależniona od THC, nie bez powodu rodzice nadal ją "uszczęśliwiają" tabletkami- piszą o tym na stronie, dwa lata po zaniku komórek nowotworowych nadal ją faszerują narkotykiem. Teraz ma dziewięć lat. Będzie ANALFABETKĄ, bądź PÓŁANALFABETKĄ narażoną na nerwicę i depresję. Być może już ma pierwsze objawy tych schorzeń!


            Podawanie informacji w takiej formie, jak zrobił to Onet jest zbrodnią! Zatajono istotne elementy wraz z najważniejszym, że dziewczynka ani na moment nie przerwała chemioterapii. Dopuszczono się wielu manipulacji- wszystko dla poczytności. W efekcie wielu młodych marihuanistów staczając się, będzie się podpierać tą skandaliczną publikacją. Tak się składa, że Onet czyta, lekko licząc, dziesięć tysięcy razy więcej ludzi, niż mój blog, więc to, co tu napisałem, jest zaledwie kroplą realizmu w morzu kłamstwa. Poza tym, natura uzależnienia jest taka, że narkoman mając do wyboru dwie opinie, ZAWSZE wybierze tę wybielającą jego narkotyk. Gratuluję redakcji dobrej roboty, mam tylko obawy, że także dzieci redaktorów Onet chętnie skorzystają z tych porad! Najgorsze jest to, że ludzie nawet nie czytając onetowskich pierdół, boją się chemioterapii. Przerażają ich skutki uboczne (zwłaszcza ciągłe nudności), powikłania, nawet wypadanie włosów traktują jak chorobę. Gdy poczytają, że można ją skutecznie zastąpić marihuaną, wielu chętnie to zrobi i zginie w cierpieniach. 

 

            Obiecane linki:

 

            Link strony, do której odsyłał czytelników Onet- kliknij tutaj.

 

            Link strony domowej „Brave Mykayla”- kliknij tutaj.

 

            Widzieliście wczoraj posła Andrzeja Rozenka mającego pretensje do Rządu, że 30% uczniów oblało maturę? To naprawdę nie Rząd miał się przygotować do matury, a uczniowie. Nauczyciele nie zmienili od zeszłego roku metodyki nauczania, a poprzedni rocznik miał znacznie lepsze wyniki. W klapie poseł miał znaczek, który mógł wyjaśniać bardzo wiele w temacie oblania matury. Tak, chodzi mi o ten liść marihuany. Używanie tego gówna powoduje, że przez kilka godzin uczniowi nie wejdzie do łba żadna wiedza, bo w tym czasie jest zafascynowany kropką na ścianie albo liściem na drzewie. Wyjaśnienie problemu słabych wyników może być znacznie bardziej prozaiczne, niż się posłowi Rozenkowi wydaje. Wystarczy, że tegoroczni maturzyści "nie demonizowali" marihuany tak, jak tego chciał pan poseł razem z posłami Biedroniem i Palikotem do spółki.

 

 

08:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (61) »
sobota, 28 czerwca 2014

            Jest tyle ciekawych rzeczy, o których nie wiemy. Od tygodnia słyszymy o czym rozmawiają politycy związani z Rządem i NBP, aż zainspirowało to jednego z blogerów do stworzenia hipotetycznego podsłuchu innej- nieco bardziej „rozmodlonej” części społeczeństwa. Zachęcam do przeczytania- kliknij tu, jeżeli masz ochotę na solidną dawkę ironii.

            Idąc tym tropem, zacząłem się zastanawiać, jak by wyglądał materiał z podsłuchów dotyczący pomysłu, który zwizualizowany jest na obrazku powyżej. Tak, poznajecie świetnie, to Plac Zbawiciela i miejsce, gdzie stoi osławiona przez środowiska katolickie i narodowe tęcza. Co..., że przez gejowskie? Wolne żarty, a kto by o niej wiedział, gdyby nie jej bezpłatna reklama we wszystkich kościołach, mediach katolickich i narodowych, a także wśród parlamentarzystów?! Stała by sobie, jak palma na rondzie de Gaulle'a. W każdym bądź razie, zgłoszony został projekt, by opatrzoną już nieco instalację „Tęcza” zastąpić nową- rozpikselowanym symbolem heteroseksualizmu. Ratusz obiecał, że się tym zajmie, a ja, siedząc w mym durszlaku na głowie, modlę się do Wielkiej Węglowodanowej Istoty mackosławiącej nas dotykiem swojej macki, by rozmowy o nowej instalacji były nagrywane na taśmy WPROST!

            Właśnie..., tak niewiele osób nosi symbol heteroseksualizmu! Znacznie więcej woli nosić na szyi starożytne narzędzie tortur! Co ciekawe, najchętniej paradują z nim grupowo sami..., hmmm..., chłopcy lub same dziewczęta, choć te słowa z trudem przechodzą mi przez gardło. Tęczę też pobiegli palić sami chłopcy (tam nie było par hetero)! I jeszcze sobie sweet- focie trzaskali, bałem się, że zaraz ich poniesie i w ślimaczka uderzą! Ech..., te gorące uczucia narodowców!

            Od jakiegoś czasu środowiska katolickie prowadzą intensywną kampanię promocyjną spektaklu „Golgota piknik”. Mnie przekonali! Fakt- nie wybierałem się. W zeszłym roku byłem w teatrze może dziesięć razy, więc miałem małe szanse się załapać. Ja to ja, ale sami wiecie, że dziesięć wizyt w teatrze na rok, to raczej górny pułap przeciętnego Polaka. Podskórnie czuję, że „Golgota piknik” będzie obejrzana przez rekordową liczbę ludzi, którzy do teatru się w ogóle nie wybierali. To się nazywa perfekcyjny marketing: Wykreować potrzebę, powiązać ją z ideologią i wyższym celem, a potem sprzedać!

            A wiecie, że nikt z pikietujących sztukę teatralną nie pikietował Episkopatu, ani Nuncjatury w sprawie wydania wymiarowi sprawiedliwości nuncjusza apostolskiego podejrzanego o pedofilię? Osamotniony papież Franciszek sam musiał podjąć decyzję o wydaleniu arcybiskupa Wesołowskiego ze stanu duchownego! „Coście uczynili jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili”- czy tego czasem nie wypowiedział niejaki Jezus z Nazaretu? Czyli, że co mu zrobił arcybiskup Wesołowski...???

 

10:12, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (3) »
czwartek, 26 czerwca 2014



            Wczoraj „SZCZĘŚLIWĄ KACZUSZKĄ” była Olivka, a dziś- po raz kolejny- został nią Piotruś Gliński i to jego podobizna wędruje na naszą przedszkolną wystawę.

            W poprzednim felietonie napisałem:Moje poglądy są dalekie od konserwatywnych, ale to nie konserwatywność Jarosława Kaczyńskiego sprawia, że jest zdyskwalifikowany w moich oczach, jako przywódca. W sprawach światopoglądowych, jak każdy, mogę się mylić i nawet o tym nie wiedzieć. Czynnikiem dyskwalifikującym prezesa jest jego dysfunkcja społeczna- brak umiejętności współpracy. Gdy tylko poczuje władzę, chce wszystkich musztrować, jak sierżant na placu apelowym”. Bohater mojej tezy postanowił ją natychmiast udowodnić w praktyce: Przegrał głosowanie o które wnioskował Tusk (rząd dostał wotum zaufania), więc postanowił użyć swej pacynki, przedstawiając ją jako WŁASNEGO kandydata na nowego premiera i składając wniosek o konstruktywne wotum nieufności (tradycyjnie, nie konsultując tej kandydatury z żadną inną siłą polityczną niezadowoloną z obecnego rządu). No cóż: „W przedszkolu naszym nie jest źle- zabawek mamy tutaj w bród....”

            Ponieważ prezes wprowadził akcent humorystyczny, zachęcam do obejrzenia galerii dziecięcego postrzegania Świata- kliknij tu, by obejrzeć więcej rysunków początkujących artystów. Rysunek Olivii przedstawia oczywiście żyrafę, a rysunek poniżej, ZABAWĘ JEGO AUTORA Z KOTEM (w pierwszej chwili myślałem, że autor pochodzi z Żoliborza).

            Przepraszam za pozostawienie bez odpowiedzi dyskusji z poprzedniego felietonu, bardzo mnie zaabsorbowały sprawy osobiste i nie mam głowy do uczestniczenia w wymianie poglądów. Poprawię się, gdy tylko wyjaśnię to, co dla czytelnika byłoby banałem, a dla mnie jest całym Światem. Dziękuję za Waszą obecność na blogu.


13:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 czerwca 2014




LIS I KOZIOŁ

 

Już był w ogródku, już witał się z gąską;

Kiedy skok robiąc wpadł w beczkę wkopaną,

Gdzie wodę zbierano;

Ani pomyślić o wyskoczeniu.

Chociaż wody nie było i nawet nie grząsko:

Studnia na półczwarta łokcia,

Za wysokie progi

Na lisie nogi;

Zrąb tak gładki, że nigdzie nie wścibić paznokcia.

Postaw sięż teraz w tego lisa położeniu!

Inny zwierz pewno załamałby łapy

I bił się w chrapy,

Wołając gromu, ażeby go dobił:

Nasz lis takich głupstw nie robił;

Wie, że rozpaczać jest to zło przydawać do zła.

Zawsze maca wkoło zębem,

A patrzy w górę; jakoż wkrótce ujrzał kozła,

Stojącego tuż nad zrębem

I patrzącego z ciekawością w studnię.

Lis wnet spuścił pysk na dno, udając, że pije;

Cmoka mocno, głośno chłepce

I tak sam do siebie szepce:

"Oto mi woda, takiej nie piłem, jak żyję!

Smak lodu, a czysta cudnie.

Chce ini się całemu spłukać,

Ale mi ją szkoda zbrukać,

Szkoda!

Bo co też to za woda!"

Kozioł, który tam właśnie przyszedł wody szukać:

"Ej! - krzyknął z góry - Ej, ty ryży kudła,

Wara od źródła!"

I hop w dół. Lis mu na kark, a z karku na rogi,

A z rogów na zrąb i w nogi!

Adam Mickiewicz.

            Każdy chciał dorwać lisa, także koalicjant. Zwłaszcza, że wreszcie pojawiła się szansa, by zagrać pierwsze skrzypce. To od niego miało zależeć, czy rząd przetrwa i czy możliwe będą przedterminowe wybory- karzeł decydujący o wyniku walki olbrzymów- za samą taką funkcję dostaje się gratisowo punkty wyborcze. I nagle LIS zaczął DEMONSTRACYJNIE CHŁEPTAĆ WŁADZĘ: dał wyraźnie do zrozumienia, że to on wyciągnie konsekwencje z nieudolnych postępowań BOR, Prokuratury i ABW. Wtedy ruszył KOZIOŁ: „MOJA WŁADZA, MOJA!”- krzyknął. Zamiast poprosić o pomoc, zaczął stawiać warunki jedynym zwierzętom zdolnym mu pomóc schwytać Rudego. Sam wskoczył do beczki, a resztę znacie. Dziś nastąpiło oświadczenie LISA i KOALICJANTA, że dają sobie czas do "po wakacjach". Żadna siła nie zagoni wtedy LISA do beczki: Już odnaleziono wątki mogące świadczyć o związkach zakładającego podsłuchy z mafią węglową, nie wyklucza się przyłożenia ręki rosyjskich służb. Do tego szef „platformy mediowej”, do której należy WPROST, skupował akcje czasopisma, co może sugerować spekulację, choć oczywiście samo w sobie nie jest dowodem- równie dobrze mógł to być przypadek. W każdym razie facet na tym trochę zarobił, bo już cały nakład WPROST się wyprzedaje, nawet z dodrukami. Teraz KOZIOŁ sam musi się trzymać z dala od BECZKI Z WŁADZĄ, żeby go nikt nie zepchnął na dno i nie przytrzymał tam na dobre.


            Moje poglądy są dalekie od konserwatywnych, ale to nie konserwatywność Jarosława Kaczyńskiego sprawia, że jest zdyskwalifikowany w moich oczach, jako przywódca. W sprawach światopoglądowych, jak każdy, mogę się mylić i nawet o tym nie wiedzieć. Czynnikiem dyskwalifikującym prezesa jest jego dysfunkcja społeczna- brak umiejętności współpracy. Gdy tylko poczuje władzę, chce wszystkich musztrować, jak sierżant na placu apelowym. Dopóki wyborcy nie dadzą mu większości, nie będzie w stanie zbudować żadnej trwałej koalicji, a co dopiero mówić o prowadzeniu skutecznej polityki międzynarodowej. Jak uczy załączony film, czarny rycerz dużo krzyczy, odgraża się i jest zawsze przekonany o swoim zwycięstwie, ale sami wiecie....


            Drugim KOZŁEM (a może raczej gruboskórnym niedźwiedziem) był dziś Janusz Korwin Mikke. Okazał się zbyt homofobiczny, zbyt antysemicki i zbyt szowinistyczny nawet dla szefa holenderskiej populistycznej Partii na rzecz Wolności (PVV), którym jest niejaki Geert Wilders, podobnie jak i dla przewodniczącej francuskiego Frontu Narodowego (FN) Mariny le Pen, co akurat nie dziwi, gdyż niedźwiedź Janusz domaga się zniesienia prawa wyborczego dla kobiet. Koło nosa przeszły zarówno grube pieniądze, jak i możliwość wpływania na cokolwiek. Teraz może jedynie krzyczeć, choć nie ukrywa, że o to chodzi mu bardziej, chce się dostać do Sejmu, więc interesuje go dobre nagłośnienie.


            Wracając do schwytania LISA: Żeby zdemaskować czarownicę, należy położyć ją na jednej szalce wagi. Na drugiej zaś położyć należy, nomen- omen, kaczkę. Jeżeli ważą tyle samo, to ją macie- ZAŁĄCZONY FILM WSZYSTKO WYJAŚNIA. Natomiast, żeby wejść z kimś w mariaż, należało w minioną noc wianki wić i puszczać, by je wyłowił jakiś piękny kawaler.


 

21:15, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 23 czerwca 2014

            21 czerwca 2014 agencje podały informację o śmierci Irlandczyka z Belfastu. Sześćdziesięcioletni Gerry Conlon zmarł w wyniku choroby nowotworowej. W wieku 21 lat został skazany na dożywocie w oparciu o spreparowane i wymuszone torturami oskarżenia o zamach bombowy. Mimo dowodów na to, że oskarżyciel znał dowody niewinności oskarżonego i je zataił, prokurator dalej pracował w swoim bandyckim zawodzie, a każdy człowiek miał obowiązek z racji wykonywania „zawodu społecznego zaufania” zwracać się do tego zbrodniarza z szacunkiem. W wyniku tej zbrodni sądowej w więzieniu zmarł także ojciec skazanego, a w sumie fałszywie oskarżonych skazanych było 11 osób (w tym 4 na dożywocie). Nikt z torturujących i fałszujących dowody nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Zbrodniarze nadal wykonywali swoje „zawody społecznego zaufania”.

            Tym ludziom, wszystkim fałszywie oskarżonym i skazanym, zrabowano życie. Stracili najlepsze lata: lata radości i miłości. Dlaczego? Bo główny oskarżony był drobnym rzezimieszkiem, za którym pies z kulawą nogą się nie wstawił. Bo społeczeństwa mają naturę bandytów sądowych: wystarczy osoba o marnej reputacji i bez żadnych skrupułów przypiszą jej najgorsze zbrodnie. Po co bandyckiej gawiedzi dowody, jak dla niej „to jest jasne”! A to, że młody człowiek ćwierć życia spędził za kratami, że wyszedł jako wrak psychiczny, że świnia, która go skazała, dalej czerpie państwowe pieniądze, to już nie obchodzi nikogo. Nawet, gdy powstał film „W imię ojca”, laureat Oscara, opowiadający historię tych ludzi, Gerry Conlon czekał siedem lat od jego premiery do momentu, gdy znalazł się w Wielkiej Brytanii premier, który za to go przeprosił. Premier..., prokuratura się nie poczuła!


            Mógłbym Wam wskazać sędziego, który prowadzi procesy kiblowe- takie jak stalinowcy robili żołnierzom AK- bez obrońców, z aktem oskarżenia sporządzonym bez przesłuchania oskarżonego. Ten bandyta dalej jest sędzią. Tyle, że co mu kto zrobi? To ja zostanę oskarżony o znieważenie sędziego! Bo ta bandycka klika wie, jak są prowadzone procesy. Strażnik obozu koncentracyjnego wie, skąd się biorą złote zęby w skarbcu. Sędzia, czy prokurator jeszcze zanim zacznie swą pracę, odbywa aplikacje, śledzi przebieg przeróżnych spraw, dokładnie wie, co się dzieje. Dokładnie wie, jak sędzia fałszuje protokół z rozprawy, bezczelnie dyktując zupełnie co innego, niż powiedział oskarżony lub świadek oskarżenia. Sam robi to samo. Rozmawia o tym na korytarzach z kolegami po fachu- z sadystami w togach. Prędzej zaufam prostytutce, niż prokuratorowi, bądź sędziemu!!!

            Więcej moich refleksji na ten sam temat tutaj- kliknij, by poczytać.

 


 

11:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
sobota, 21 czerwca 2014

            Każdy człowiek jest indywidualnością i każdy o tym wie. Mimo to, bardzo często ludzie usiłują odgadnąć myśli i zamiary rozmówców, często wyciągając zbyt pochopne wnioski. Wynika to z tzw. „projekcji”: wczuwamy się w rolę rozmówcy i zastanawiamy, co my byśmy zrobili, a potem takie intencje przypisujemy rozmówcy- czasem słusznie, czasem wręcz przeciwnie. Robimy to odruchowo, ale dobrze by było zdawać sobie z tego sprawę- rozmawiamy z kimś zupełnie innym, niż my. Nie znaczy to jednak, że pewnych rzeczy nie da się przewidzieć. Budzi to duży protest, zwłaszcza u osoby, której postępowanie zostało przewidziane. „Skąd możesz wiedzieć”, „ale wróżka się znalazła”, to typowe reakcje. Najczęściej, im celniejsza diagnoza, tym większa agresja osoby rozgryzionej. Nie dziwmy się, nie jest łatwo pogodzić się z tym, że jesteśmy czytelni, że nie jesteśmy aż taką tajemnicą, jak nam się wydaje. Zwłaszcza, jeżeli próbujemy ukryć coś, czego się wstydzimy. Dziś chciałbym opowiedzieć o takim właśnie przypadku.

            Zanim to jednak nastąpi, mała dygresja: Zobaczcie, ile osób w Polsce dotyka problem uzależnień. Jeżeli nie osobiście, to w rodzinie, wśród znajomych, mamy jakąś osobę (na ogół nie jedną, a kilka), która się stacza na naszych oczach. Mimo takiej rozległości problemu, sięgnijmy pamięcią: U kogo na półce widzieliśmy książkę dotyczącą alkoholizmu? Jak wychować dziecko, jak się odżywiać, jak osiągnąć sukces, jak zrobić dobrze w łóżku- to znajdziemy w wielu domach. A u kogo znajdziemy coś o alkoholiźmie lub narkotykach? Nawet dziennikarze przeprowadzający wywiad z terapeutą uzależnień nie zadają sobie trudu, by sięgnąć po fachową literaturę. Każdemu wydaje się, że on wie, bo sobie tak wymyślił. Komu najbardziej by się przydały takie książki? Ludziom, które mają wśród bliskich osoby uzależnione. Ponieważ wisi nad nimi groźba poddawania się manipulacjom alkoholików/ narkomanów. Wisi niebezpieczeństwo współuzależnienia. Dlatego warto się zgłosić do poradni uzależnień, a także, jeżeli terapeuta to zasugeruje, poddać się terapii współuzależnionych. Po to, by móc zobaczyć alkoholika, czy narkomana bez maski, którą zakłada. Po to, by rozpoznawać zagrożenia, by nie dać się oszukać, by nie popełniać błędów. By samemu pozbyć się zniekształcających soczewek, przez jakie oglądamy bliskich. By się nie obwiniać, by oddzielić swoją odpowiedzialność od odpowiedzialności osoby uzależnionej. By widzieć to, co potrafi zobaczyć terapeuta.


            Zaprosiłem Alka na wycieczkę, to głęboko uzależniony alkoholik (stali czytelnicy się orientują, że na potrzeby felietonów zmieniam imiona, a Al pasuje do alkoholu). Mogłem to zrobić, gdyż miał dłuższą przerwę w piciu, którą wymusiła na nim kolejno: choroba, operacja, groźba zniszczenia trzustki, podejrzane bóle podobne do miażdżycowych. Innymi słowy, facet był przestraszony, poza tym jego sytuacja życiowa również nie może być obiektem zazdrości. Zobowiązałem się zapewnić mu transport i darmowy wikt, co bardzo ułatwiło mu decyzję o przyłączeniu się do wyprawy. Dla mnie było to przygotowanie kilku pieczeni na jednym ogniu: znamy się, jak łyse konie, więc było to spotkanie z kumplem. Do tego dochodził aktywny wypoczynek i możliwość zapoznania się z punktem, w jakim się znajduje jego uzależnienie, a na deser była możliwość pokazania mu, że nie jest sam, że są ludzie, którym nie jest obojętny.

            Al dużo opowiadał. O tyle mnie to cieszyło, że wreszcie zaczął mówić o „tu i teraz”, a nie tylko o rozrywkowej przeszłości lub nierealnych planach. Nareszcie zaczął też bez ciągnięcia za język opowiadać o swoim uzależnieniu. Oczywiście po swojemu, wiele spraw przekłamując, jednak był to postęp w porównaniu do czasów, gdy temat aktualnej obecności alkoholu w jego życiu omijał szerokim łukiem. Żalił się, że ludzie się od niego odwrócili i „wyzywają go od alkoholików”, próbował się też tłumaczyć, bronić przed opinią „Januszka”- wyrodnego syna wykorzystującego matkę. Mówił, że jego choroby wcale nie muszą być związane z piciem, że przecież niepijący też chorują i umierają, ale że musi przestać pić, przynajmniej na jakiś rok. Przyznał się do tego, co i tak wcześniej zauważyłem- do uzależnienia krzyżowego od alkoholu i marihuany. Może inaczej, „przyznał się”, to za dużo powiedziane, gdyż nie użył słowa „uzależnienie”. W jego wersji, on tylko pije i baka, żaden synonim nałogu nie jest przez niego używany. O tyle nastąpił postęp, że wypowiedział własnymi ustami, nie naciskany, że choć nie sięga po alkohol, pali regularnie marihuanę. Odniósł się także do nieudanych prób wysłania go na terapię: chciał znaleźć we mnie sojusznika w twierdzeniu, że dopóki on sam nie zechce, zmuszanie go nie ma sensu. Mówił też o planach: bliskich i realnych, a nie o mrzonkach. Zabierał się właśnie za remont mieszkania, w którym mieszka z matką. Nie musiał mówić, że finansuje to matka (ja też nie naciskałem, bo wiem, wstydzi się tego- on zbyt długo był bez pracy, by mieć jakieś pieniądze). Dużo o tym opowiadał, ożywiał się zwłaszcza, gdy mówił na czym zamierza oszczędzić, co od kogo pożyczyć, gdzie załatwić tańszy produkt. Szykowało mu się też inne zajęcie: Aplikował o pracę sezonową za granicą, była duża szansa, że ją dostanie.

            Ze swojej strony mówiłem mu o tym, że już się skończył czas, gdy picie dawało mu radość, że teraz to już nie część zabawy, a ponury rytuał- bez sensu i celu innego, niż zaspokojenie głodu. Tłumaczyłem, że praktycznie nie ma ludzi, którzy z własnej woli idą na terapię, że zawsze są przymuszeni sprawami rodzinnymi, zawodowymi, groźbą rozwodu, utraty dzieci, chorobami, często nakazem sądowym. O chorobach, powiedziałem mu, że alkohol tak mu osłabia organizm, że byle co stanowi u niego problem, bo organizm jest wycieńczony i nie ma siły walczyć. To, co kiedyś by z łatwością pokonał, dziś wymaga interwencji lekarza. I że się robi coraz starszy, więc sił mu nie będzie przybywać, a jeżeli chce dostać i utrzymać pracę, to musi się na dobre pożegnać z piciem. Oczywiście nie było to w formie takiej, jaką tu przedstawiam, to były uwagi rozciągnięte w czasie, mocno się starałem, by były odbierane, jak opis faktów, a nie jak próba przymuszenia go do czegokolwiek. Moim celem było poznać jego uzależnienie- od leczenia jest terapia. Gdy się rozstawaliśmy, dałem mu pieniądze na bilet, choć byłem przekonany, że schowa je do kieszeni i spróbuje złapać „stopa”. Nie miałem jednak możliwości inaczej wywiązać się z obietnicy sfinansowania transportu- udawałem się w innym kierunku, nie mogłem go wsadzić do autobusu, byłoby to potraktowane, jak inwigilacja. Wiedziałem, że te pieniądze nie zostaną wydane zgodnie z przeznaczeniem, ale nie potrafiłem z tego wybrnąć.

            Gdy się rozstaliśmy, porozmawiałem z moimi bliskimi, którzy mogli zdobyć informacje o Alku. Poprosiłem, by mnie poinformowali, kiedy i w jakich okolicznościach zacznie pić. Jego najbliższych uprzedziłem, że nie sądzę, by było w nim postanowienie zerwania z nałogiem. Tak, jak przypuszczałem, czas abstynencji od alkoholu przeznaczył na dojście do siebie i ciułanie pieniędzy. Ktoś mu dał na bilet, ktoś na materiały i narzędzia do remontu, a on wziął jakieś resztki od kumpla, któremu zostało z jego prac gospodarczych, jakieś narzędzia pożyczył, załatwił to za flaszkę, czy coś w tym stylu, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze trzymał na dobrą okazję. Pewnego dnia przyjechał jego kumpel z zagranicy. Zostawił rozgrzebaną chałupę i poszedł w cug.

            Okazuje się, że można przewidzieć zachowanie alkoholika, jeżeli się posiada wystarczającą wiedzę i doświadczenie. Gdybym miał powiedzieć o uczuciach, jakich doznaje osoba, która jest wystarczająco zapoznana z tematyką alkoholizmu, gdy bierze udział w tego typu rozmowie, to przede wszystkim, wskazałbym na poczcie bezradności, takie „Jak nie wysłuchasz ze zrozumieniem tego co ci mówię, to nie mogę ci pomóc, nie potrafię”. Brak decyzji o rozstaniu się z piciem jest w takiej rozmowie widoczny jak na dłoni, choć przecież nic takiego nie padło, była nawet deklaracja powstrzymania się od picia „na jakiś rok”, poparta już co najmniej dwumiesięczną abstynencją. A mimo to wiedziałem co nastąpi, każdy blisko zapoznany z problemem by wiedział. Wybielanie picia, koncentracja na innych aspektach życia, niż abstynencja (ja nie mówię nawet o świadomym trzeźwieniu), usprawiedliwianie odrzucenia terapii, do tego ta marihuana (oznacza to, że i tak ciężko u niego o chwile trzeźwości, bo otumania się czym innym), nie było nic świadczącego, że chce wziąć na siebie odpowiedzialność za własne życie, to wszystko mówiło mi, że wróci do picia. Prace domowe i organizacja remontowych „oszczędności” mówiły mi, że nastąpi to wkrótce. I gdzieś z tyłu głowy nadzieja, że może jednak się mylę. Tylko, że nie było nic, absolutnie nic, co by mi dawało nadzieję. Z ust Alka nie padła ani jedna wypowiedź świadcząca o zrozumieniu potrzeby trzeźwości, zrozumieniu (takim z wewnętrznym przekonaniem), że jego kłopoty wynikają bezpośrednio z picia. Picia w ogóle, a nie picia w jakiś określony sposób. Usłyszałem za to znamienne zdanie: „ja właśnie popełniam ten błąd, że piję ciągami”. To świadczyło, że nie chce uwierzyć w to, że u niego każde picie, to powrót do ciągu, że sięgnięcie po kieliszek, to już błąd, bo jest równoważny wielodniowemu opilstwu, jeżeli nie natychmiastowemu, to w ciągu najbliższych dni, góra tygodni. Z kolei deklaracja zaprzestania picia „na jakiś rok” z powodów zdrowotnych, to nic innego, jak przerzucanie odpowiedzialności z własnej woli na zdrowie.

            Prawie każdy ma wśród bliskich osoby uzależnione, ale osoby dzielące z nimi życie są w szczególnej sytuacji. To przede wszystkim do nich kieruję wszystkie notki o uzależnieniach. Ja opowiadam tylko różne historie, okraszając je komentarzem, ale to samo w sobie wam nie pomoże. Jeżeli chcecie zmienić swoje życie, nie dać się więcej oszukiwać, nabierać, nie tonąć w mrzonkach, nie gubić w domysłach "ile potrwa kolejna próba abstynencji waszych bliskich", jeżeli chcecie im pomóc, musicie zdecydowanie poszerzyć swoją wiedzę, udać się po pomoc do poradni uzależnień, poczytać, porównać do swoich doświadczeń, brać udział w spotkaniach terapeutycznych, rozmawiać z innymi osobami zmagającymi się z tym samym problemem, słuchać komentarza ekspertów do każdego wydarzenia w waszym domu. Nauczycie się odróżniać, kiedy jest szansa na trzeźwienie, a kiedy wszystko zmierza do picia. Dowiecie się co robić, by te szansę zwiększyć. Tego wam nie powie przyjaciółka, ani kolega. Oni o tym nie mają pojęcia. A możecie widzieć to co ja, a nawet to, co widzą najlepsi terapeuci. W odniesieniu do waszych bliskich, nawet więcej, bo to wy ich znacie najlepiej.

            Wiecie, dlaczego tutaj o tym piszę? Bo od lat próbuję przekonać kilka bliskich osób żyjących z alkoholikami, by to zrobiły. Próbuję tu dobierać słowa, argumenty, kombinuję na różne sposoby, bo to wszystko, czego do tej pory użyłem, nie zadziałało. Uczę się więc tutaj, szukam nowych pomysłów, nowych skojarzeń, nowych przykładów. Powtarzam je, by o nich pamiętać. Ani uzależnieni, ani współuzależnieni nie są sami, istnieje cała armia ludzi, która próbuje im pomóc. Ale wszystko zaczyna się od decyzji zgłoszenia po taką pomoc.

 

22:12, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 czerwca 2014

            Dziś, przez cały dzień, chodzi za mną ten dość pasujący do okoliczności utwór. Chyba prezes Kaczyński w najśmielszych marzeniach nie mógł się spodziewać takiego prezentu na urodziny (sześćdziesiąte piąte- według Kaczyńskiego, Jarek nie powinien być zdolny już do pracy, toż praca do sześćdziesiątego siódmego roku, to według niego praca do śmierci). W każdym razie, zachęcam do wysłuchania.


            Czy Tusk się podniesie po tej serii ciosów? Czy dotrwa choćby do gongu? Jeżeli tak, to uznam go za prawdziwego cudotwórcę. Ja sam nie wiem, czy mu jeszcze kibicuję. Będę wiedział, gdy poznam odpowiedź na pytanie o Seremeta. Widzę takie możliwości:

            1. Seremet ocipiał, dostał zaćmienia, wydało mu się, że trzecia władza ma zawsze przewagę nad władzą czwartą i sam podjął decyzję wejścia do WPROST. Wydało mu się, że jako Prokurator Generalny, może bezkarnie zrobić wszystko. Jak wyszło, każdy widzi.

            2. Seremet to tchórz, który przestraszył się Tuska i wykonał jego polecenie. W takim wypadku oznaczyłoby to, że Tusk ocipiał (i dalej tak, jak wyżej) z tym, że chodzi o starcie władzy drugiej i czwartej.

            3. Seremet to tchórz i wykonał polecenie kogoś innego. Wszak na swój stołek powędrował z nadania Lecha Kaczyńskiego. Wtedy oczywiście osobą, która ocipiała, byłby ów marnej postury mocodawca.

            4. Seremet działał z innych pobudek, które są przede mną dobrze ukryte.

 

            Mówiąc innymi słowy: Czy Seremet jest idiotą, czy działał na czyjeś polecenie. Jeżeli na polecenie Tuska, oznaczałoby to, że premier nam zidiociał, co wydaje mi się o tyle mało prawdopodobne, że akurat jego ciężko mi podejrzewać o to, by pakował się z taką akcją przed kamery, obiektywy i mikrofony. Jeżeli nie on, to kto? Przecież tam była normalna USTAWKA, tam już czekali Guział, Wipler i Ikonowicz. I tu słusznym wydaje mi się skierowanie tego pytania do redaktora naczelnego WPROST, Sylwestra Latkowskiego: Skąd, do jasnej cholery, Guział, Wipler i Ikonowicz wiedzieli, co się stanie?! I dlaczego funkcjonariusze ABW interweniowali tak, żeby dać pretekst, a nie zainterweniować? Brak profesjonalizmu? Oby, bo inna wersja podoba mi się znacznie mniej!

            W całej masie domysłów, słyszałem już przeróżne tropy. Od tego najprostszego, że ktoś po prostu miał dość machlojek klasy politycznej i chciał upublicznić ich zakulisowe działania, przez bezpardonową walkę opozycji, aż do teorii o interwencji obcych służb. Na ten moment nie wykluczam żadnej z nich, jednak do głowy przychodzi mi coś jeszcze: PIENIĄDZE!

            Czy śledziliście notowania złotego? Jako emigrant, orientuję się mniej- więcej w kursach. Ostatnie miesiące charakteryzowały się umocnieniem naszej waluty- Polska, zwłaszcza na tle Ukrainy, wydawała się oazą stabilności. Minęły polityczne burze, sekta smoleńska skompromitowała się tak, że sami wyciszyli temat, natomiast polska dyplomacja zaczęła odgrywać niespotykane od lat znaczenie w polityce i gospodarce regionu, a wielkie koncerny, jak Volkswagen, GM, czy Fiat, przeniosły produkcję do Polski i rozbudowują fabryki. Złotówka od dawna nie stała tak dobrze. W momencie wybuchu afery taśmowej, od razu pomyślałem o zamianie złotych na euro. Było dla mnie oczywiste, że kryzys rządowy odbije się na kursie waluty. Skoro było to oczywiste dla mnie, tym bardziej wiedzieli o tym ludzie bardziej obeznani z finansami.

            Zmierzam do tego, że warto by było przeanalizować transakcje zawarte przez osoby mogące wiedzieć o taśmach (przypomnę, że publikacja nastąpiła wiele miesięcy po nagraniu rozmów). Przede wszystkim, publikacja nastąpiła przy szczytowej wartości złotówki. Mało tego, rzućmy okiem na indeks WIG20. Znowu, dzień publikacji, to dzień najwyższego od przełomu lutego i marca indeksu. To dobry moment na sprzedaż akcji, jeżeli się wie o nadchodzących kłopotach rządu. To dobry moment na ucieczkę w bardziej stabilną walutę, ewentualnie w złoto, ropę i inne, tradycyjnie uważane za najbezpieczniejsze na trudne czasy inwestycje.

            To oczywiście tylko hipoteza, ale do jasnej cholery: Ja, laik, wiem czego się spodziewać po kryzysie rządowym. Mało tego, widziałem gołym okiem, po bezpośrednich wypowiedziach Latkowskiego, że WPROST planowało budować napięcie i zamiast ujawnić wszystkie informacje naraz, chcieli z tego robić telenowelę, zapewniającą widza. Taka telenowela zapewniałaby również utrzymanie trendu spadkowego złotówki i naszej giełdy, a pierwszy odcinek wyszedł w szczycie!!! Może tak sprawdzić, kto wtedy rozpoczął sprzedaż zagrożonych walorów? To nie musiał być nikt powiązany z WPROST- w końcu gazeta zapewniła sobie zwiększenie sprzedaży publikacjami!

            Na zakończenie, krótka uwaga natury etycznej. To, co się stało w redakcji WPROST, było starciem dwóch, bądź więcej władz. Jeżeli ktoś do tej pory wątpił, że media są czwartą władzą- po ustawodawczej (Parlament), wykonawczej (Rząd i Administracja) i sądowniczej (prokuratura i sądy)- to teraz ma jak na dłoni ich siłę. Widać też, jak dziennikarze rzucili się do obrony swojej władzy. To nie solidarność, to walka o wpływy!!! Dylemat jest naprawdę poważny, bo nie życzyłbym sobie, by jakakolwiek władza łamała prawo, a tu widzimy ewidentnie, że każda ze stron stara się zrobić odrobinę więcej, niż wynika to z litery prawa. Po raz kolejny przypomnę zatem mój stary felietonik- odpowiedź na zarzuty znanego dziennikarza dotyczące anonimowości blogerów. Facet nas (blogerów) tam zaatakował, zupełnie pomijając jedno: my jesteśmy bezbronni, mamy jedynie naszą solidarność, która czasem działa, a czasem nie. Nie mamy pieniędzy, nie mamy prawników, nie mamy chroniącego nas prawa, nawet się dobrze między sobą nie znamy. Gdy ja stracę anonimowość i ktoś mnie pobije i obrabuje, pies z kulawą nogą się mną nie zainteresuje. Co się stanie, gdy ktoś spróbuje wydrzeć Latkowskiemu jego laptopa- wszyscy widzieliśmy. Wszystkie media dadzą darmową pomoc zagrożonemu dziennikarzowi (kasę, prawników, propagandę, wsparcie światowych organizacji dziennikarskich, a nawet OBWE). Jeżeli macie ochotę, to felietonik jest tu- kliknij by poczytać. Nie ma tam wiele więcej, niż tu streściłem, ale zapraszam. Dodam jedynie, że znany ów dziennikarz jakoś nie wszedł w polemikę z moim tekstem, choć w tamtym okresie każda moja notka zwracała uwagę redakcji Onet, a adresat mojej wypowiedzi został zapowiedziany, jako gospodarz jednego z wydań specjalnych tego portalu, miał dokonać wyboru materiału, także tekstów z blogosfery. Przeoczył autora z pierwszej dziesiątki rankingu?

„By nie powiedziano o was słowami Shakespeare'a: Biada podrzędnym istotom, gdy wchodzą pomiędzy ostrza potężnych szermierzy....”

 


 

12:21, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
środa, 18 czerwca 2014

            Tak, zdaję sobie sprawę z dziwaczności tytułu. To tak, jakbym napisał „uwaga na życie” lub „uwaga na pogodę”. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że chodzi mi o samo słowo „moralność”, a raczej o sposób jego używania, czy też nadużywania.

            Każdy ma prawo do oceny moralnej swojego i cudzego postępowania. Powiem więcej: Czy tego chcemy, czy nie, taka ocena następuje- stąd bzdurą jest na przykład ściganie prawne za moralność, bądź niemoralność, cokolwiek by to znaczyło. Zwłaszcza, że moralność jest jak dupa (każdy ma swoją). Skoro nie ma ujednoliconych zasad, nie można mieć pretensji, że ktoś ich nie przestrzega, a tym bardziej nie można za to karać (w sensie prawnym). Stąd wywodzi się zasada, że „co nie jest zabronione, jest dozwolone”. To są swobody wynikające z indywidualnego charakteru moralności. Ta duża dowolność niesie za sobą jeszcze inną konsekwencję- to brak mocy prawnej moralności.


            Nie ma czegoś takiego, jak „PRAWO MORALNE”. To kolejny zwrot w moim katalogu zwrotów ostrzegawczych (obok słowa „zapewne”, „nakaz sumienia”, czy „odpowiedzialność przed Bogiem lub odpowiedzialność przed historią”). Gdy ktoś go używa, mam natychmiastowe podejrzenie, że ta osoba ma nieczyste intencje, że chce usprawiedliwić jakieś niezgodne z prawem zachowanie. Jeżeli ktoś mówi, że ma moralne prawo coś zrobić, moja ostrożność się zwiększa, bo spodziewam się, że to „coś” będzie łamać normy prawne lub co najmniej społeczne. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że taki czyn niesie za sobą skutki prawne (w szczególności ryzyko wszczęcia postępowania karnego) albo społeczne (ryzyko ostracyzmu, odrzucenia przez jakąś grupę społeczną).

            Wbrew temu, co twierdzą miłośnicy przekonań własnych, przeciwstawianie „moralności” prawu stanowionemu nie jest zwykłym starciem dwóch poglądów, gdzie jedno przekonanie jest w opozycji do drugiego, przy czym oba są równocenne. Wyobraźmy sobie ruch drogowy w Warszawie. Co by się stało, gdybym nagle przybył z Irlandii i zaczął jeździć lewą stroną twierdząc, że tu jest kwestia konfliktu dwóch równorzędnych przekonań (o wyższości ruchu lewo- lub prawostronnego). Nie sądzę, by trzeba było długo czekać na tragedię.

            Każdy, kto zamiast prawa stanowionego stosuje swoją moralność, musi się liczyć z tym, że doprowadzi do katastrofy nawet, jeżeli nie ogarnia sensu wprowadzenia danego prawa. Oszust podatkowy przyczynia się n.p. do zawalenia systemu edukacji, obrony, czy bezpieczeństwa, które się utrzymują z podatków. Wyłudzający świadczenia zdrowotne przyczyniają się do śmierci pacjentów, których zabiegi z powodu braku pieniędzy zostały odłożone na później, etc.. Oczywiście można dyskutować o skuteczności tego lub innego systemu prawnego, można je zmieniać w granicach prawa.


            Po wstępie teoretycznym, pora na praktykę. Oczywistą jest dla mnie sprawą, wobec taśm ujawnionych przez tygodnik „Wprost”, że przykład „afery taśmowej” jest dziś naturalny. Zwracam się do wszystkich mówiących o przestępstwie, czy łamaniu Konstytucji. Sprawa jest dziecinnie prosta: Jeżeli prof. Belka złamał ustawę zasadniczą, to proszę wskazać czyn, którym tego dokonał i zgłosić go do Trybunału Konstytucyjnego. Wiecie, dlaczego nikt tego nie zrobi? Bo dyskusje służbowe, także te dotyczące pomocy międzyresortowej, nie noszą znamion przestępstwa. Zarzucający złamanie Konstytucji prof. Leszek Balcerowicz sam wie, ile znaczyły jego uwagi, jako szefa NBP przy ustalaniu polityki rządowej. I wie również, że sam zbierał od rządu dane gospodarcze, a także dawał sugestie personalne. Jeżeli nastąpił czyn zabroniony, jeżeli prezes Belka wykonał posunięcie sprzeczne z konstytucyjną rolą NBP, domagam się stanowczo wskazania tego ruchu i przedstawienia decyzji Marka Belki do rozpatrzenia Trybunałowi Konstytucyjnemu. Póki co, nikt takiego czynu nie wskazał. Miło by więc było, gdyby politycy przestali pleść androny o złamaniu Konstytucji. Zwłaszcza PiS, które dokładnie wie, na czym to polega- ma na koncie kilka nieprzychylnych orzeczeń TK i opinii konstytucjonalistów. Szczególnie w kontekście niezależności NBP. W latach rządów PiS, praktycznie od samego roku 2005 trwały nieustanne naciski na ówczesnego prezesa NBP, Leszka Balcerowicza (i to naciski publiczne, oficjalne), by NBP pomagał rządowi wpływać na gospodarkę. Nie kto inny, jak prof. Balcerowicz, przez całą resztę kadencji dawał odpór próbom złamania ustawy zasadniczej przez uzależnienie NBP od rządu PiS. Działo się to przed obiektywami kamer i przed mikrofonami dziennikarzy. Do złamania Konstytucji nie doszło dzięki postawie Leszka Balcerowicza. Zatem jeżeli prof. Belka złamał ustawę, domagam się wskazania czynu, którym tego dokonał. Jeżeli takiego czynu nie ma, to muszę rozczarować prezesa Kaczyńskiego- zarzuty są do dupy. Jak go nie cierpię, tak mu podpowiem: Znajdź pan czyn noszący znamiona przestępstwa, a potem daj to do zbadania śledczym, gamoniu. W przeciwnym wypadku, weź pan urlop i wykorzystaj słoneczną pogodę na relaks. Te same słowa dotyczą prof. Balcerowicza- akurat tę działkę pan dobrze zna, więc jeśli nastąpiło przestępstwo, proszę je ujawnić, lecz bez żartów, że same sugestie noszą jego znamiona- zbyt wiele pan odbył rozmów, dyskusji, zbyt wiele sugestii sam pan udzielił i wysłuchał, by nie odróżniać argumentu uzasadniającego dany pogląd od przestępstwa.

            Osobną sprawą są podejrzenia wobec Nowaka i Parafianowicza. Ja już o tym pisałem przy sprawie zegarka. Nowak jest wieloletnim parlamentarzystą, sam współtworzył to prawo, więc ma psi obowiązek go przestrzegać. Ze mną, szarym podatnikiem, nikt by się nie pieścił nawet, gdybym się po prostu pomylił lub o czymś nie wiedział! I zdaje się, że prokuratura zajęła się już jego sprawą. Podobnie, jak zajęła się sprawą nielegalnego podsłuchu. A teraz MY, WYBORCY, czekamy na dalsze FAKTY, a od prokuratury mamy prawo domagać się ich ustalenia. I to by było na tyle.

 

11:30, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (63) »
niedziela, 15 czerwca 2014

            Co w życiu jest ważne? Kto potrafi udzielić szczerej odpowiedzi na to pytanie? Ojczyzna- powie polityk, pokój- powie żołnierz, Bóg- powie duchowny. Gdybym rzucił to pytanie na forum, to zaraz zaczęłaby się słowna rzeźnia. Zwolennicy- przeciwnicy, tacy- owacy. W zależności od sytuacji życiowej, jeden by mówił o pieniądzach, drugi o miłości, a trzeci o przyjemnościach, czwarty z piątym o wieczności i historii. Tymczasem przychodzi pani śmierć, a z nią pan żal i wszystko weryfikują.


            Bronnie Ware jest pielęgniarką, która przez kilka lat przygotowywała ludzi do śmierci (pracowała z nieuleczalnie chorymi). Na podstawie tych doświadczeń napisała książkę „The Top Five Regrets of Dying” (Pięć rzeczy, których najczęściej żałujemy umierając). Nie przedłużając, oto lista:

 

            1. Żałuję, że nie miałem więcej odwagi żyć życiem prawdziwym dla mnie, a nie życiem, którego oczekiwali ode mnie inni.

            2. Żałuję, że pracowałem tak ciężko.

            3. Żałuję, że nie miałem odwagi wyrażać swoich uczuć.

            4. Żałuję, że nie pozostawałem w kontakcie ze swoimi przyjaciółmi.

            5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszy.

 

            Z drugiej strony, Bronnie NIGDY nie usłyszała tego:

 

            1. Żałuję, że nie miałem więcej pieniędzy.

            2. Żałuję, że nie byłem bardziej sławny.

            3. Żałuję, że nie zaliczyłem więcej partnerów seksualnych.

            4. Żałuję, że nie zrobiłem większej kariery.

 

PAMIĘTAJ O ŚMIERCI- BĄDŹ SOBĄ!!!

 

            W wieku 33 lat, po serii traumatycznych wydarzeń, przy których przebyta później choroba nowotworowa była błahym epizodem, zdecydowałem się całkowicie przewartościować swoje życie. Spojrzałem wstecz i wiecie, na co byłem najbardziej wściekły? Dokładnie na to samo, co najczęściej słyszała wspomniana wyżej pielęgniarka. Od dziecka starałem się spełniać oczekiwania otoczenia: rodziców, potem kolegów i koleżanek, a nie zadawałem sobie pytania, co mnie cieszy, co mi może dać szczęście. Było to z góry skazane na niepowodzenie, gdyż oczekiwania każdej osoby były różne. Prowadziło to oczywiście na manowce i miałem dużo szczęścia, że w porę się otrząsnąłem. W tym przełomowym momencie postanowiłem robić to, co lubię i to co jest dobre dla mnie. Umarł Warren- przyjaciel wszystkich, narodził się Woland, przyjaciel tych, z którymi się naprawdę przyjaźni. I wszystko się zmieniło- od tamtej pory, mimo niesprzyjających okoliczności, tak nieprzychylnych, że dziewięć na dziesięć osób byłoby martwych, czuję się szczęśliwy. Mimo tego, że nie wszystko jest tak, jak bym chciał, ale to przecież jest kolejne wyzwanie, kolejny cel.


            Do czego zmierzam...? Jeżeli chcemy zrobić coś przeciw sobie, przeciw wewnętrznym przekonaniom, jedynie dla uszczęśliwienia otoczenia, jeżeli jedynym motywem ma być spodziewana cudza wdzięczność, to dajmy sobie z tym siana! Na nasze potrzeby wystarczy nie być świnią. Jak się tego nauczymy, reszta (z altruizmem włącznie) przyjdzie sama, powoli, akurat w takiej ilości, jaką akceptujemy i jaka daje nam szczęście.


            Na zakończenie jeszcze raz się przyjrzyjcie temu, czego żałują umierający ludzie i porównajcie z tym, o co zabiegacie. Potem spójrzcie na listę tego, co absolutnie nie jest obiektem żalu żegnających się z tym światem. Czyż nie na tym wielu z nas próbuje budować szczęście? Kariera, sława, trzy razy „P”, plus czwarte „P”- pieniądze. Zauważcie też, jak niewiele z wielkich ideologii serwowanych nam przez polityków i duchownych ma dla nas znaczenie, gdy zbliża się śmierć.

            Napisane jest bowiem: ”Bóg stworzył Ziemię; żeby miał na czym się oprzeć, pod ziemią stworzył anioła. Ale anioł też nie miał oparcia, więc pod jego nogi wsunął rubinową skałę; ponieważ skała nie miała oparcia, stworzył byka o czterech tysiącach oczu, uszu, nozdrzy, pysków, języków i stóp; ale byk nie miał oparcia, stworzył więc rybę imieniem Bahamut, pod którą umieścił wodę, pod wodą zaś ciemność – i tylko do tego punktu sięga ludzka wiedza”.

            Przypisy:

            Informacje o pracy Bronnie Ware odnalazłem tutaj- kliknij.

 

            Na tę stronę trafiłem przy lekturze interesującego artykułu o funkcji żalu, polecanego przez portal „Blogarytm”, do którego link mam w bocznej szpalcie. Klikając zaś tutaj, możesz przeczytać artykuł „Jak pozbyć się żalu”.


 

19:44, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
piątek, 13 czerwca 2014

            Nic tak mnie nie wkurza, jak piłka nożna. Nie, nie żebym ją uważał za mało widowiskową. Mecze o najwyższą stawkę potrafią uwiązać przed monitorem nawet mnie. Jak mogłoby być inaczej? Jak prawie każdy z chłopaków w Polsce lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, przez większość wolnego czasu kopałem piłkę, nawet gdybym nie chciał, to bym się nauczył, jak czerpać z niej radość. W ogólniaku, co prawda, zmieniłem zainteresowania na kosza i siatkę, ale sentyment do gały pozostał. W wieku lat piętnastu dałbym sobie rękę uciąć, że ta gra będzie moim konikiem do końca życia. Nastąpiło jednak coś, co mnie od niej odrzuciło skuteczniej, niż fatalna gra polskiej reprezentacji.

            Oglądaliście wczorajszy mecz otwarcia Mundialu? Karny, którego nie było. Lata przygotowań, treningi, nakłady finansowe, a tu sędzia- święta krowa orzeka jedenastkę. Powtórki pokazują jasno, że faulu nie było, ale.... „Niech pan nie krzyczy na naszego pracownika, ja tu jestem kierownikiem tej szatni! Nie mamy pańskiego płaszcza... i co pan nam zrobi...?!”

            Był rok 1986, Mundial w Meksyku. Anglia grała wspaniały mecz z Argentyną. Obie drużyny pokazały wybitny kunszt. I wszystko to prysło, gdy niejaki Diego Armando Maradona ręką wpakował piłkę do bramki przeciwnika, a sędzia to uznał. Przeżyłbym wszystko, tylko nie to, że on sobie później bezkarnie kpił przed kamerami. To był początek końca mojego zainteresowania tym sportem! Niedługo potem nasz reprezentant, Jan Furtok, zrobił dokładnie to samo, tylko bardziej nieudolnie. Był to jakiś mecz eliminacyjny, męczyliśmy się wtedy z San Marino, a ta nieuczciwa bramka rozstrzygnęła spotkanie. Było mi koszmarnie wstyd! Wolałbym, byśmy przegrali! Gdy Maradona zdobywał oszukańczą bramkę, rozegrał wraz ze swoją reprezentacją świetny mecz- mogłem zrozumieć to, co działo się w ferworze prawdziwej walki. Polska z Furtokiem grała tak, że lepiej o tym zapomnieć. I do tego to oszustwo...!

            Przebolałbym i to. Wiecie, co mnie ostatecznie zraziło?! To, że FIFA z pełną premedytacją utrzymuje możliwość oszukiwania. Przy obecnej technice wystarczyłoby usadzić 3 sędziów technicznych przed monitorami. Gdyby dwóch z nich miało wątpliwości, co do decyzji sędziego głównego, wstrzymywano by akcję i przeglądano powtórki. Takich sytuacji jest raptem trzy do pięciu na mecz, więc widowiska by to nie zatrzymało! FIFA jednak pali głupa, bo liczy się kasa.

            Piłka nożna, to najbardziej medialny sport Świata. A zainteresowanie mediów wzbudzają nie tylko zawody, ale także i oszustwa. Dlatego są tacy, którym opłaca się nawet zaryzykować zamieszki po błędnej decyzji sędziego i ewentualne ofiary śmiertelne. Czy robią to z premedytacją? A cholera ich wie, może nie chcą o tym nawet myśleć. Tyle, że wychodzi tak, jak w meczu otwarcia.

            Nie wiem, czy zwróciliście uwagę: Dzisiejszą notkę ilustruję piosenkami napisanymi przez Jacka Skubikowskiego. Dziś przypada siódma rocznica śmierci tego skromnego autora. On naprawdę niczego nie musiał- z wykształcenia był doktorem prawa (bronił się na Uniwersytecie Warszawskim). Był także dyplomowanym reżyserem dźwięku i produkcji nagrań, odpowiednie studia ukończył w Londynie. Stąd też mógł się bawić słowem. Pisał zarówno teksty poważne, jak i humorystyczne. Brał się także za piosenki dla dzieci (Żółta żaba żarła żur). Lombard, Lady Pank, Ewa Bem, Martyna Jakubowicz, Krystyna Prońko, Beata Kozidrak..., to tylko niektórzy wykonawcy wykorzystujący jego teksty, czasem i muzykę. Siedem lat temu przegrał z rakiem krtani.

 

12:16, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2
Tagi