RSS
poniedziałek, 29 czerwca 2015

            "O czym będzie ta opowieść"- zapytacie.

            Otóż sam do końca nie wiem. Zapragnąłem wam kogoś przedstawić...

            ...ale ponieważ Koń Rafał w rzeczywistości nie jest koniem, to kim on jest...???

WIELKIE JOW!

            Koń Rafał wychował się w wielkim PeGieeRze, gdzie owce były strzyżone, konie orały pola, kury się niosły, koguty je zapładniały, lecz taki był feler tego gospodarstwa, że w razie marnych wyników lub przy okazji pilnej potrzeby zwierzęta szły pod nóż pana rzeźnika zza miedzy.

            W roku 89 gospodarz się zmienił i odtąd wszystkie zwierzęta pasły się latem, były dokarmiane zimą, przeniosły się do wygodniejszego lokum, a w zamian oddawały jaja i wełnę. Koń Rafał zaś nie musiał już orać, lecz dorabiał jako kucyk dla młodzieży. Nikt już nie kończył żywota u rzeźnika, który nadal prowadził swoją ubojnię za miedzą. U niego też były zmiany: Ściany pobielono wapnem, a od strony pana Tadeusza, gospodarza Rafała, wybudowano śliczny żywopłot, przez który niewiele było widać, a na dodatek idealnie zatrzymywał on brzydkie zapachy. Rzeźnika zaś widywano jedynie na otwartych uroczystościach i w kościele, nie dziwota więc, że kolejne pokolenie zwierząt nie wiedziało, czym się on zajmuje, tym bardziej że zmienił się mocno, schudł jakoś....

            Koń Rafał, jako kuc do zabawy, miał dużo swobody, szybko więc odnalazł miejsce, gdzie można nabyć dziwny płyn, którego spożycie sprawia, że wszystko widzi się inaczej.

            Podobno też coś wąchał, ale to można stwierdzić jedynie uważnie oglądając jego filmowe przygody, gdyż nikt nie wie, w którym odcinku szukać wskazówek. Ja tylko zwrócę uwagę na pouczającą historię z aktualnego jak nic odcinka z 28 minuty i 40 sekundy przygód Konia Rafała, choć tam akurat nie ma nic o wąchaniu.

            Koń Rafał wypił płyn, wciągnął coś do nosa i z miejsca zaczął kombinować, co on właściwie widzi. W międzyczasie ktoś ułożył dla niego piosenkę:

            Myślał, myślał i wymyślił: Konieczny jest totalny rozpierdziel. Jak mawiał jego starszy kolega ze sceny, Jaś Zgniłek- wokalista Seksownych Pistoletów:

"Jestem antychrystem i jestem anarchistą,

nie wiem, czego chcę, lecz wiem, jak to osiągnąć:

Chciałbym niszczyć.... Prawdopodobnie...."

 

            Tyle, że Zgniły Jasiu śpiewał to ironicznie, nabijając się z kolegów uważających, że to jest fajne, podczas gdy Koń Rafał brał to na poważnie. W każdym razie ogłosił nasz Koń, że koniec z rozkradaniem folwarku, koniec ze strzyżeniem i handlem jajkami- trzeba zlikwidować pośredników, zlikwidować rzeźnika za miedzą, zlikwidować inwestorów, zlikwidować również klientów, bo Kononowicz nie zdążył, a to wszystko po to, żeby Koń Rafał mógł robić to, co lubi najbardziej, czyli hasać. Ogłosił, że nie dba o program, nie dba o przeszłość, nie dba o to kto jest kim, ale liczy, że pójdą z nim osoby, które z nim pójdą i będą jednocześnie PRAWE. Naschodziło się zatem hien, wilków, lisów i szakali, które Koń Rafał wpuścił do zagrody uprzednio je sprawdzając błyskotliwym pytaniem:

            -Szakalu, jesteś PRAWY?

            -Wielkie JOW, Koniu!

            -Super- rzekł zachwycony Koń Rafał- Następny proszę! O..., kurwa, wilk! Jesteś PRAWY, wilku?

            -Jestem, Koniu Rafale, jestem- odrzekł wilk nucąc pod nosem "Jak ja was, kurwy, nienawidzę".

            -Świetnie, wchodź! Jesteś prawy, lisie?

            -Jestem prawy i kocham Polskę, marzę o tym, by opiekować się kurnikiem.

            -A nie zjadasz czasem kur?

            -Ja? Skąd?!

            -A to przepraszam..., zapraszam znaczy..., wchodź. Następny..., następna. Jesteś PRAWA, hieno?

            -Jestem, Koniu Rafale, tylko mam małe cycki- odrzekła hiena pokazując cycki. Koń Rafał spojrzał i mało co się nie przewrócił, szybko zapomniał, co miał sprawdzić.

            Co się stało dalej, dowiecie się już za kilka tygodni. Tymczasem nie przejmujcie się, że Koń Rafał hasa, pierdzi i sra. Jest w tym taki koński, że niejedną klacz czy owcę to ujmie, a i niejedna biedroŃka oraz baran też spojrzą na niego z zainteresowaniem.


            Czytelnicy mojego bloga pewnie zauważyli, że za wyjątkiem kilku krótkich komentarzy dotyczących słabej orientacji Konia Rafała w sprawach polityki, nie pomstowałem na niego zbytnio, wychodząc z założenia, że skoro jeszcze nie powiedział, co chce zrobić i z kim chce to zrobić, a przede wszystkim jak chce to zrobić, to bez sensu się na nim wyżywać. Otóż w sobotę Koń Rafał coś powiedział i kopara mi opadła- kliknij tu, by poczytać, co też powiedział, co chce zrobić i jak chce to zrobić oraz z kim.

            Nie mam siły kopać się z Koniem, tłumacząc mu, że to nie jest tak jak mu się wydaje, że raczej za dużo się nawąchał. Niektórzy siły mają, bo im za to płacą, więc do nich odsyłam. Kliknij tutaj, by poczytać jedną z prób dotarcia do Konia z argumentami. Pozdrawiam.

(*) Podobieństwo do "Folwarku Zwierzęcego" Orwella przypadkiem zamierzone.

 

 

Uzupełnienie!

            Koń Rafał płakał, że z powodu walki z systemem nie może godnie żyć. Swoim majątkiem chwalił się nieprzesadnie, ale ponieważ nie zdążył nauczyć swojej własnej córki, że to obciach chwalić się czymś, na co się samemu nie zapracowało, na przykład domem taty, to wykazująca identyczne z tatusiowym parcie na "FEJMA" córcia zamieściła w sieci zdjęcia tej biedy, do której Konia Rafała doprowadził ZŁY SYSTEM. Kliknijcie tu i koniecznie obejrzyjcie wszystkie fotki, a potem w te pędy na pocztę słać pomoc dla żyjącego w NIEGODNYCH KONIA WARUNKACH, bo facet nie ma co do garnka włożyć przez tę swoją antysystemowość, tak mu się poziom życia gwałtownie obniżył! Koniecznie wspomóżcie tę biedę, wobec której bieda słynnego Pana Papryki się chowa! Potraktowano Konia Rafała z bestialskim wprost okrucieństwem, sami zobaczcie, wnętrze tego, co na zdjęciu powyżej!

            -Jak żyć?

            -A jak rzyć?!

00:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (25) »
sobota, 27 czerwca 2015

            27 czerwca 2015 w Kielcach wielkie wydarzenie: Wystąpi z powodzeniem od jakiegoś czasu lansująca modę starochrześcijańską „na Jezusa Chrystusa”, Conchita Wurst (po naszemu, Kiełbasa).

            Z niewiadomych przyczyn koncert ten wywołał silne protesty ludzi twierdzących, że chcą rzeczonego Chrystusa naśladować. Nie do końca wiem o co im chodzi, gdyż podobnie się ubierał, podobnie strzygł, występował też publicznie, a jego seksualność, podobnie jak seksualność Conchity, jest po dziś dzień przedmiotem dyskusji.

            Poszperałem w archiwach i odnalazłem zapis koncertu innej gwiazdy, występującej w podobnie szokujących strojach- były to niezwykle udane imprezy z setkami tysięcy widzów. I to pomimo dyskusyjnych umiejętności wokalnych showmana. Sami zobaczcie i oceńcie:

 

            Tymczasem inni wyznawcy mody starochrześcijańskiej i zagadkowej seksualności (patrz zdjęcie poniżej) dali wyraz swojego sprzeciwu wobec ustawy o in vitro twierdząc, że jest ona sprzeczna z naukami niejakiego Franciszka- papieża. Ja dodam, że jest ona również sprzeczna z opinią gajowego Maruchy oraz Krystyny z Komprachcic. Nie przykładałbym jednak do tego wagi, gdyż ani pan papież, ani pani Krystyna, ani tym bardziej dobroduszny gajowy nie wiedzą dokładnie, co to jest i im samym przydałyby się na ten temat nauki, które są dostępne w wyższych szkołach medycznych różnego typu.

            Żeby jednak nie dyskryminować nikogo z nauczających, przypomnę nauki innego eksperta od spraw wszelakich, Kononowicza Krzysztofa. Nie jest on może aż tak szeroko znany, jak Franciszek- papież, który w dodatku gada nie po naszemu, ale w wielu sprawach z pewnością by znaleźli wspólny język. Posłuchajmy:

            Nie sposób tutaj nie przytoczyć słów innej opiniującej in vitro, przepociesznej posłanki Nelly Rokity:

            "Bezpłodność jako taka wynika z faktu jakichś problemów psychicznych. Bo czasami może wystarczy takiej rodzinie rozprężyć się , pojechać na jakiś urlop, mieć ze sobą kontakt, pogadać, porozmawiać, usiąść razem, zjeść kolację"

            Ponieważ miałem jednak kłopot z dotarciem do materiału filmowego, proponuję tu inną, równie pouczającą wypowiedź celebrytki o tym, do kogo kierować należy ewentualne pytania:

            Felieton nie byłby pełen, gdybym go zubożył nie zamieszczając wypowiedzi tematycznej nadpapieża Terlikowskiego, który zauważył analogię zaangażowania biskupów w kwestii in vitro do ping-ponga i siatkówki, czym nie omieszkał się z nami podzielić. Najwidoczniej w kwestii tych gier sportowych czuje się lepiej, niż w medycynie, choć co ma piernik do wiatraka, to już sam Tomasz wie najlepiej:

            I to by było na tyle. Nie wiecie przeciw czemu właściwie protestowali ci, co protestowali (że tak użyję biblijnego języka, nawiązując do słynnego "ja jestem, który jestem")? Ktoś ich tam ciągnął na siłę, czy tak im tylko odwaliło? Z tego co wiem, "Kiełbasa" przyjechała tylko śpiewać, a jak mawiał św. Augustyn: "Kto śpiewa, modli się dwa razy".

 

 

 

17:20, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
piątek, 26 czerwca 2015

            Stali czytelnicy z pewnością wiedzą, że często swoje notki poświęcam uzależnieniu od marihuany, podobnie jak wiedzą, że praktycznie ciężko było spotkać notkę w tym temacie, by zaraz pod nią nie pojawił się jakiś wzburzony miłośnik jarania, narzekając że alkohol jest dostępny, a marihuana nie. Ja wtedy próbuję wyszukać w sobie najgłębsze pokłady cierpliwości tłumacząc, że nie jesteśmy idiotami, żeby różne choroby społeczne w różnym stadium zaawansowania i będące w różnej interakcji ze społeczeństwem leczyć tą samą metodą. To zupełnie tak, jak podczas leczenia nowotworu: jednemu podamy chemioterapię, komuś innemu wytniemy guz i okolice, kogoś innego skierujemy na naświetlanie, a jeszcze kogoś innego trzeba pozostawić na środkach przeciwbólowych i przeciwnudnościowych, by jak najmniej cierpiał umierając. I to wcale nie znaczy, że skoro temu ostatniemu nie podajemy chemioterapii, ani go nie kroimy na stole, to mamy nie dawać chemioterapii pierwszemu pacjentowi.

            Dzisiaj chciałbym jednak zwrócić uwagę czytelników na reakcje z forum Gazety Wyborczej pod artykułem mówiącym o planowanym ograniczeniu handlu alkoholem. Widzicie gdzieś tych marihuanistów, którym rzekomo chodzi o konsekwencje w prawie? Widzicie jakiegoś ćpuna, który pochwala restrykcje mówiąc, że trzeba stopniowo odejść od picia tak, jak to jest z marihuaną? Nie ma ANI JEDNEGO. Dlaczego? Bo nie chodzi im o żadną równość (skądinąd kretyńską równość substancji- domagają się równego traktowania zebranej marchewki i truskawki), tylko o możliwość bezkarnej produkcji, handlu i używania środków psychoaktywnych. Jest jeszcze jeden powód, dla którego żaden marihuanista nie poprze ograniczeń w handlu alkoholem: Co drugi Polak uzależniony od marihuany znajduje się w uzależnieniu krzyżowym z alkoholem i tytoniem na dokładkę. Kliknijcie tutaj, jeżeli macie ochotę poczytać o propozycji warszawskich radnych- możecie sprawdzić, czy się mylę. Na forum sami przerażeni, że po wódkę będą musieli pójść dwie przecznice dalej.

            Tyle tytułem wstępu, a teraz do meritum. Oczywiście popieram propozycję ograniczenia dostępu do alkoholu z prostego powodu: jak ktoś naprawdę chce go kupić, przejdzie się tam, gdzie jest on dostępny, a ograniczymy ilość miejsc, gdzie siusiający po krzakach panowie zbierają po pięćdziesiąt groszy, których to właśnie im brakło do szczęścia. Utrudnimy też dostęp do alkoholu młodzieży, która będzie się musiała bardziej wysilić, by go zdobyć. Dlaczego? Ano dlatego, że osoba uzależniona stanie na uszach, by zdobyć towar, ale osoba nieuzależniona dziesięć razy się zastanowi, czy jej się chce i czy wysiłek się opłaca.

            Jednym z podstawowych błędów, jakie przyjmujemy w dyskusjach o restrykcjach w dystrybucji środków odurzających jest mylne założenie, że mają one chronić uzależnionych. Gdy to słyszę, dostaję ataków śmiechu. Może jeszcze im noski i pupcie wycierać, jak się ubrudzą? To dorośli ludzie, ponoć wiedzą co robią! Należy im się to, oczywiście w pakiecie z KONSEKWENCJAMI- osobno to nie działa, nie piszę się na ponoszenie konsekwencji cudzego uzależnienia i staram się je zminimalizować. Ograniczenia są wprowadzane, by chronić nieuzależnioną większość.

            Polacy w swojej niewiedzy nadal uważają, że restrykcje dotyczące handlu alkoholem zbliżają nas do komuny. Granice są otwarte, zajrzyjmy na Zachód, zanim bezmyślnie będziemy powtarzać głupoty. Ilość punktów sprzedaży alkoholu jest tam niewielka, a w dodatku miejsca sprzedaży wyznaczane są z daleka od osiedli mieszkalnych. Owszem: Alkohol można znaleźć w centrum miasta, gdzie na dole są sklepy, na górze biura, czy w rejonach supermarketów, gdzie są tylko sklepy i magazyny. Dla kontrastu w Polsce na każdym osiedlu stoi jakaś buda z winem prostym, piwem, często z gorzałą- na Zachodzie to nie do pomyślenia! Uważacie, że przez to zwiększy się ilość melin? Nie żartujmy, Polska to naprawdę zupełnie inny kraj! Kto będzie chciał iść na melinę kupować droższy alkohol niepewnego pochodzenia, skoro może się przejechać do sklepu. Owszem, meliny z bimbrem, czy alkoholem z przemytu istnieją i jakiś czas jeszcze istnieć będą, ale wyobrażacie sobie tę młodzież w markowych ciuchach, "wysmartfonioną", wypachnioną drogimi perfumami, udającą się po ohydny "spiryt" z przemytu? To żaden lans! Inne czasy! Poza tym, ściganie melin jest dziś skuteczniejsze- każdy zbyt popularny tego typu lokal zostanie wkrótce zlikwidowany. Za komuny milicjant mógł się nachlać na służbie i włos mu z głowy nie spadł, więc wystarczyło się dogadać z meliniarzem, że weźmie w łapę lub zamiast łapówki dostanie gratisowy dostęp do trunków. Dziś zarówno picie na służbie, jak i łapownictwo, są coraz skuteczniej ścigane. Już się nie opłaca brać w łapę kilku groszy, stawiając na szalę swoją karierę. Podobnie jak ograniczone zostały łapówki przy wykroczeniach drogowych- zbyt duże ryzyko. Mamy inne warunki.

            Jeżeli się wczytacie w komentarze wylinkowanego przeze mnie artykułu z Gazety, zobaczycie tam gdzieś jakiegoś inteligentnego inaczej, wykrzykującego: „idźcie na całość, całkowita prohibicja (…) przerabiali to już w USA”. Otóż właśnie dlatego, że mamy mózgi, nie jesteśmy zainteresowani wprowadzeniem całkowitej prohibicji, bo wiemy, jaką pozycję społeczną zajmuje alkohol w Polsce, więc z rady naszego mądrego rodaka raczej nikt nie skorzysta. Polska to taki dziwny kraj, gdzie jak w mieście wprowadzisz ograniczenie do 50km/h, to zaraz znajdzie się sto tysięcy głupków krzyczących „wprowadźcie od razu ograniczenie do 10 km/h” i te głupki uważają, że powiedziały coś mądrego. Co robić? Tacy obywatele!


            Rodaku! Uważasz, że jeżeli zmniejszą ilość sklepów monopolowych, to i tak sobie kupisz alkohol? I Twoja sprawa, właśnie o to chodzi, krzywda Ci się nie stanie, dlatego nie wiem, czy mi się żalisz, czy chwalisz. Mieszkam w Irlandii, znanej z niewyobrażalnej wprost ilości pubów w przeliczeniu na mieszkańca. Różnica między Irlandią a Polską jest taka, że w Irlandii puby są zgromadzone w centrum miasta, żeby służby porządkowe mogły to ogarnąć (myślę tu zarówno o policji, jak i o ekipach sprzątających, czy pogotowiu ratunkowym), a i tak sprzedaż jest ograniczana czasowo. W nielicznych sklepach monopolowych, zaopatrzysz się jedynie do północy, a w pubie do 2 w nocy. W Irlandii pijący załatwia się w toalecie pubu- w Polsce pijący uważa, że powinien mieć pod nosem sklep z tanim winem, sikać może pod drzewo, a klocka postawi w krzakach. W Irlandii osiedla mieszkaniowe są miejscem wypoczynku- w Polsce nawet na placach zabaw można znaleźć szkło z butelki rozbitej przez „pokrzywdzonego przez złe władze” urżniętego Obywatela. Tak, wiem że jak się Irlandczyk upije, to potrafi oddać mocz na środku ulicy, ale cały czas będzie to centralna ulica „pijacka”, niejako wyselekcjonowana spośród ulic całego miasta, by tam ludzie pili i tam ponosili konsekwencje picia- sami, nie zakłócając snu mieszkańcom. Do tego typu zabawy jest centrum, cała reszta miasta służy do odpoczynku. Zanim zaczniesz narzekać, przyjrzyj się jak naprawdę jest urządzony cywilizowany świat, bo zupełnie nie potrafię znaleźć powodu, dla którego inni mają ponosić konsekwencje Twoich zachcianek.

 


 

13:22, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (15) »
środa, 24 czerwca 2015

            Grochów, początek lat dziewięćdziesiątych. Brzydkie i niefunkcjonalne bloki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych wciśnięte między przedwojenną zabudowę. Często dojeżdżałem tramwajem linii 24 na rondo Wiatraczna, by stamtąd przejść ulicą Wiatraczną na tereny kolejowe Olszynki Grochowskiej, gdzie wykonywałem stałe zlecenie ze spółdzielni studenckiej. Mijałem słynny nocny na Kobielskiej, zaraz potem skwerek, na którym bywalcy sklepu degustowali nabyte wina proste, nalewki i wszystko, co dawało w łeb. Noc w pracy i rankiem spacer na Kickiego, do siedziby spółdzielni- a nuż się trafi jakaś fucha. Zasady bezpieczeństwa? Jak widzisz grupę młodzieży skręcającą na twój widok w twoim kierunku, bierzesz nogi za pas, nie czekając na ujawnienie interesu, jaki do ciebie mają. Podobne reguły BHP obowiązywały w kilku innych miejscach Warszawy, na przykład na Mokotowie- w okolicach starego Bolka, czy na Bródnie w okolicach nocnego na Kondratowicza, czy między blokami Żoliborza zamieszkiwanymi przez robotników Huty Warszawa. Tak to wtedy wyglądało.

            Przy okazji promocji najnowszej płyty Stanisławy Celińskiej „Atramentowa”, poszperałem trochę w temacie jej ostatniej aktywności. Natknąłem się między innymi na takie zdanie artystki: „JEST ALBO CAŁY ŚWIAT, ALBO BUTELKA”- wie, o czym mówi. W 1988 roku wyszła z picia. „JEST TYLE PROSTYCH RZECZY, KTÓRE USPOKAJAJĄ, SĄ ŹRÓDŁEM PRZYJEMNOŚCI, JAK PICIE HERBATY, CZY SPACER Z PSEM...”, to także jej słowa. Jakże inaczej brzmi w jej wykonaniu „Warszawa”, słynny przebój T.Love, pisany przez Muńka Staszczyka w czasach, które wspomniałem na początku felietonu. Słychać tam dojrzałość, refleksję, tęsknotę, świadomość straty. Chwilami odnoszę wrażenie, że przypominając słowa młodego Muńka, dotyczące pijanej Warszawy, ma to samo co ja, gdy opisuję zachowania bohaterów moich notek o uzależnieniach: „WIEM, JAK TO SIĘ SKOŃCZY”. Zapraszam do wysłuchania „Warszawy” w interpretacji Stasi Celińskiej z albumu „Nowa Warszawa” z grudnia 2012.

            Doskonale pamiętam czas, gdy każde „Radio Bzdet” tłukło ten utwór bez opamiętania, bez chwili refleksji. Takie: „Macie, poskaczcie sobie przy tym”. Musiało minąć ponad dwadzieścia lat, gdy poważna artystka nobilitowała ten utwór, choć prostota i autentyczność tekstu broniły się od samego jego powstania. Większość dorosłych woli sobie bowiem głowy nie zawracać „głupotami” młodych. Tak jak niegdyś ludzie dojrzali ignorowali, bądź wyśmiewali, czy wręcz ganili Kryzys, Tilt, Siekierę, Dezerter, tak dziś żadnego wysiłku nie wkładają we wsłuchanie się w słowa utworów Marii Peszek, Marcina Świetlickiego (muzycznie jako Świetliki), Doroty Masłowskiej (muzycznie występuje pod szyldem Mister D.), nie mówiąc już o takich amatorach, jak AJKS (A Jezusowi kazali spać), czy Paktofonika, którą zainteresowano się dopiero po samobójczej śmierci Magika. Śmierć, jako świetny instrument promocyjny, jest znany nie od dziś. Gdy rozmawiałem ze znajomym na temat mojego tekstu scenicznego, którym próbuję kogoś zainteresować, powiedział mi pół żartem, pół serio „mnie to kręci, pisz dalej, ale musisz zdawać sobie sprawę, że najbardziej by ci pomogło w promocji, gdybyś teraz umarł”, bo decyzje często podejmuje jakiś inżynier Mamoń, znany ze słynnej kwestii: „Jak mi się może podobać coś, czego nie znam?!” Prywatnie uważam, że główny problem polega na tym, że zbyt wielu decydentów chciałoby się w jakiś sposób utożsamiać ze sposobem myślenia autora, boją się otwartej dyskusji o poruszanych zagadnieniach, pozostając w bezpiecznej skorupce swoich własnych wyobrażeń, która łatwo pęka pod naporem drastycznych i zbyt obrazowych opisów. Nie dociera do nich, że w sztuce nie chodzi o identyfikowanie się z przesłaniem, lecz o dotknięcie zagadnienia, nierzadko znajdującego się w sferze tabu.

            Korzystając z okazji, chciałbym zareklamować tekst z bloga Missjonash- kliknij tu, by się z nim zapoznać, bo w nieco inny sposób mówi o tym, co próbuję przekazać. To taki apel do młodzieży, który nie ogranicza się do moralizatorstwa, bo opiera się na tym, że autorka jest zaznajomiona z problemami młodych ludzi. Żeby komukolwiek doradzać, dobrze jest go wysłuchać. Większość dorosłych jest bowiem zdania, że mają na wszystko receptę i nie mają czasu na pierdoły- tyle, że nie dowiemy się co boli dziecko, jeśli go nie wysłuchamy. Nie musimy być zgodni we wszystkim, ale jakoś trzeba się dowiedzieć, o co właściwie chodzi.

 


 

16:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

            Za nami noc przesilenia letniego. W Stonehenge obchodzono ją niezwykle uroczyście. Okazuje się bowiem, że magia pradawnych wierzeń celtyckich i ich związek z naturalnym cyklem słonecznym, przyciągają tłumy, co mnie nie dziwi, gdyż związek z naturą, obcowanie z przyrodą, stanowią od tysiącleci niezmiennie jedno z największych przeżyć duchowych. Oczywiście przy takiej okazji masowo wyrastają samozwańczy hochsztaplerzy przyodziani w śmieszne stroje i dziwne miny strojący- nie inaczej było i tam. Zwący się „druidami” magicy wyczyniali jakieś dziwne ruchy z taką „wczutką”, jakby robili coś niezwykle istotnego, wręcz stanowiącego o życiu i śmierci. O tyle to śmieszne, że opisy obrzędów celtyckich się nie zachowały i nikt nie wie, jak wyglądały naprawdę. Możemy się śmiać z „druidów” ze Stonehenge, ale jakże niewinne się to wydaje wobec naszych rodzimych druidów sugerujących, że głosowanie na Andrzeja Dudę ma jakikolwiek związek z niejakim Jezusem Chrystusem- to dopiero jest przeciągnięcie pradawnych wierzeń przez gnój politycznych manipulacji! Prywatnie wolę już druidów z Brytanii, bo związek z przyrodą cenię sobie bardziej, niż związek z PiS, ale oczywiście to kwestia prywatnego wyboru.

            Rodzimym miłośnikom natury przypominam, że przed nami Noc Kupały- wspaniała, tradycyjna uroczystość, święto ognia, wody, słońca i księżyca, urodzaju, płodności i miłości. Zachęcam do ruszenia szanownych tyłków, chociażby dla poczucia magii i ciepła czerwcowej nocy. Rozgwieżdżone niebo, ognisko, woda, wianki, a dla szczęśliwców miłość i radosne fik- fik, to zdecydowanie lepsza propozycja, niż telewizja, czy kościelna nawa. W dzisiejszym świecie, gdzie funkcjonuje nieustające coś za coś, warto choć jedną noc poświęcić na przeżywanie tu i teraz, docenienie tego, co wokół nas. Pozdrawiam wakacyjnie.

           Żeby nie było, że Was wysyłam a sam się lenię- przygotowuję się do wyprawy na Errigal, który jest dla mnie nie mniejszą świętością, niż dla druidów Stonehenge.

            Dabudibuda..., o naturze ludzkiej pieśń wciąż trwa :-)


 

11:20, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
wtorek, 16 czerwca 2015

            Moi drodzy: W podziękowaniu za to, że mimo mojej nieobecności nie tylko nie opuszczacie bloga, ale nawet toczycie zażarte dyskusje, mam dziś dla Was mały prezencik- coś lżejszego w formie i treści dla relaksu.


Lament Wolaka- poemat heroikomiczny.



Poprzez pszenicę, poprzez buraki,

biegną skrzywdzone przez życie Wolaki.

Biegną, a krzywda wciąż nie pomszczona,

więc lamentując wznoszą ramiona.

Tam, gdzie kapliczka i gdzie plebania,

która skrzywdzonych Wolaków zgarnia.

Tłumnie gromadzą gniewne zastępy

-co jeden głupszy i bardziej tępy!

O co rozeszło się dziś tym razem?

Laboga, toż to nie ujdzie płazem!

Bo chociaż Duda wygrał wybory,

Nadal rzecz taka psuje humory:

 

Jakże się cieszyć, jakże radować,

gdy bieda nie chce nic pofolgować,

a najważniejszy problem na Świecie,

boli niezmiennie, bo na Onecie,

mimo lamentów i mimo płaczu,

mimo rozważań smętnych na sraczu,

ktoś niepokoi ich nieustannie,

pisząc z uporem o jednej pannie,

która miast umrzeć cicho przy drodze,

nadal prowadzi bloga o modzie.

 

Księże proboszczu, toż to sromota:

Zamiast się zmienić w karmę dla kota

(wszak mogła nadać się poleconym,

jako treściwa pasza dla Fiony),

Zamiast się zmielić i zapuszkować,

ona zamierza dalej blogować!

 

Wieść się rozeszła, więc tłum wzburzony,

chwyta laptopy, chwyta smartfony,

Od Ustrzyk Górnych po ujście Świny,

Poprzez wyżyny, poprzez równiny,

Niczym automat sprawny spamerski,

Ślą komentarze o gniewnej treści:

 

Czy nie ma w Polsce spraw już ważniejszych?

Czy nie ma dziewczyn od niej piękniejszych?

Jak to możliwe: Pośród buraków,

zarabiać mimo wścieku Wolaków?!

Staruchy są już blisko zawału,

a młode zmarszczek dostają z szału,

bo oto Kasia, ta córka Tuska,

przebiera w sukniach, butach i bluzkach,

gdy zasmucona armia Wolaków,

ma nadal kłopot z wyczuciem smaku,

ale najbardziej nad tym się biedzą:

"Skąd wzięła kasę Kasia"- nie wiedzą!

 

Spieszę z pomocą, drodzy Wolacy:

Sami jej kasę dacie na tacy,

gdyż jadowity każdy komentarz,

czy w dzień powszedni, czy to od święta,

oznacza głupka, co nieświadomie

łyka reklamy strony kaśkowej,

więc kiedy Wolska pęka z zazdrości,

rzucając mięsem w ataku złości,

reklamodawca za głupków płaci

pieniądzem, który Kasię bogaci,

a głupcy potem wszystko kupując,

swoje kieszenie przy tym rujnują.

 

Reklama na tym właśnie polega,

by Cię przekonać, że Ci potrzeba

nabyć koniecznie produkt niezwykły:

Specjalną wagę- tylko do ćwikły!

Albo telefon z telewizorem

i korkociągiem oraz zaworem,

który zamykasz albo otwierasz,

śmiejąc się niczym głupi do sera.

Buty na rzepy i płytę Dody

także zakupisz w ramach nagrody

po promocyjnej zaprawdę cenie,

gratis zostajesz za to jeleniem!

 

Drogi Wolaku: Z Twojej zawiści,

mądry wyciągnąć może korzyści:

Jad swój wylejesz, towar zakupisz,

głupiś, boś biedny- biednyś, boś głupi!

 


 

 

14:39, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (42) »
piątek, 12 czerwca 2015

            Uwaga, będę obrażał! Wprawdzie jedynie niedouczonych i jednocześnie pyskujących, ale jednak Polaków. Dlatego należących do tej grupy proszę o prewencyjne przejście na inną stronę bloga- tam też są ciekawe rzeczy.


            Jak się Wam zdążyłem pochwalić, niedawno obchodziłem ćwierćwiecze matury. Otóż była to matura stara, do której należało opanować materiał, a nie nauczyć się metodyki rozwiązywania testów. Kluczową częścią matury był egzamin pisemny, a potem ustny z języka polskiego. Moja polonistka była bardzo wrażliwa na punkcie kultowych pozycji literatury światowej, a taką jest niewątpliwie „Proces” Kafki. Może jakoś darowałaby uczniowi, który go niedokładnie przeczytał, ale łeb by urwała, gdyby uczeń ów nie wiedział, jak wyglądało kafkowskie państwo totalitarne i na czym polegał absurd i okrucieństwo zaocznego procesu, jaki był prowadzony wobec Józefa K.. Ponieważ wszyscy niedouczeni przenieśli się czytać inne moje notki, wiem że wiecie świetnie na czym proces polegał, ale na wszelki wypadek przypomnę. Otóż jego istotą było to, że bohater nie miał bladego pojęcia o co jest oskarżony. Pozornie mógł wieść normalne życie, ale każdy wolał się od niego odsunąć, tak na wszelki wypadek. Ponadto był on przez sąd zmuszany do poniżającej dyspozycyjności mającej na celu zastraszenie oraz, a może nawet przede wszystkim, złamanie psychiki. Od momentu poinformowania Józefa K. o prowadzonym przeciw niemu dochodzeniu, aż do dnia egzekucji, minął rok.


            Nie mogę dziś oprzeć się wrażeniu, że Polskę zdominowali ludzie, których istnienie proroczo przewidział mistrz Kafka. W lawinowym tempie narasta liczba pszenno- buraczanych debili, którzy się przekrzykują wysyłając podsłuchiwanych nielegalnie polityków do więzienia. Słowa „debili” użyłem z pełną premedytacją, a to ze względu na to, że żaden z nich nie jest w stanie powiedzieć z jakiego paragrafu kodeksu karnego chciałby wsadzić na przykład Sikorskiego. Prezydent- elekt bąknął coś o „niedopuszczalnych słowach”. Z tego, co pamiętam, Radosław Sikorski protestował przeciwko robieniu laski Amerykanom, więc skoro to dla Andrzeja Dudy niedopuszczalne słowa, chciałbym usłyszeć, czy świeżo obrany prezydent będzie robić laskę Amerykanom osobiście, czy też zrobi to sam jego prezes- mocodawca, a może tradycyjnie oddeleguje do tego Macierewicza i Fotygę. I jeżeli już jesteśmy przy niedopuszczalnych słowach, to jak zauważyliście, felieton jest zilustrowany słowami polityka, któremu ostatnie ugrupowanie prezydenta- elekta stawia pomniki. Z tą małą różnicą, że polityk ten używał tych słów podczas oficjalnych konferencji, a czasem nawet wprost do obywateli- tuż przy mikrofonach i przed kamerami.


            Laska, ośmiorniczki, chuj, dupa i kamieni kupa..., doczekam się od kogoś (najlepiej od dobrze poinformowanych mediów) z jakim paragrafem mamy do czynienia? Dla przypomnienia: Żeby kogoś skazać, najpierw trzeba wiedzieć za co, a później udowodnić dokonanie czynu przeciw kodeksowi karnemu.


            Dzisiejszy felieton miał być o innym niedouczonym prawie polityku, a że impotencja umysłowa jest dziś wiodącym tematem, więc mu się nie upiecze. Chodzi mi o głośnego ostatnio Pawła Kukiza, który właśnie zaproponował, hej kuku na muniu, „reformę mediów”. Oto i złote myśli Pawełka:

            ” A tutaj macie co wg naszego programu naprawy Państwa powinniśmy zrobic z mediami:
3.3 Media
- Zakazy koncentracji więcej niż 20% mediów lokalnych (dziś prawie 90% mediów regionalnych ma jedna grupa : Verlagsgruppe Pasau)
- Zakaz koncentracji powyżej 20% rynku mediów centralnych.
- Kary za rozpowszechniania nieprawdy zwiększone w przypadku nieprawdziwych informacji uderzających w polską rację stanu (kłamstwo oświęcimskie typu „Polskie Obozy”).
- Zakaz reklamy firm państwowych oraz organów władzy publicznej wydawanych w Polsce mediach o kapitale zagranicznym (za wyjątkiem mediów branżowych reklam w mediach wydawanych za granicą do tamtejszego klienta)
- Zakaz zatrudniania w mediach publicznych dziennikarzy pracujących jednocześnie dla mediów zagranicznych (Vide Tomasz Lis – z jednej strony „dziennikarz” TVP z drugiej płacą mu Niemcy wydający Newsweeka) .
- Zakaz reklamy firm państwowych w mediach ukaranych sądowo za publikację nieprawdziwych materiałów sprzecznych z polską racją stanu”.

            Zapytacie, dlaczegóż to jestem tak surowy dla naszego nowego bogoojczyźnianego Mesjasza? Otóż, nomen omen, DIABEŁ tkwi w szczegółach. Najpierw weźmy na tapetę pawełkową propozycję centralnej regulacji rynku mediów. Samo to śmierdzi komuną. A teraz wyobraźmy sobie, co się kryje pod zakazem koncentracji powyżej 20% rynku: Załóżmy, że we wsi jest pięć identycznej wielkości sklepów. Każdy ma po 20% rynku. Jeden właściciel ma już jednak dość i zamyka swój. Pozostali są w kłopocie, bo mają wtedy po 25% rynku, oczywiście przyjmując najprostsze i najłagodniejsze założenie, że mają równe obroty- nawet wtedy Bogu ducha winni właściciele będą mieć lipę, przekraczając o 5% limit. W praktyce jednak, lepszy właściciel sklepu będzie miał więcej klientów i większy obrót, i to świadczy o udziale w rynku. Jak pan Paweł chce reagować, gdy telewizja X okaże się na tyle ciekawa, że będzie ją oglądać 90% odbiorców? Będą wydawane zakazy oglądania, czy zakazy emisji? A może jedno i drugie? Jest jeszcze jedno rozwiązanie: Ukraść przedsiębiorcy zyski z ponadnormatywnych obrotów. Głupich nie sieją, a Kukiz cieszy się poparciem, ot i paradoks! To jednak nie wszystko, bo przecież Paweł Kukiz chce karać za (cytuję) „kłamstwo oświęcimskie typu 'polskie obozy'”, czy też inne nieprawdziwe informacje uderzające w „polską rację stanu”. I znowu rzeczony DIABEŁ, który tkwi w szczegółach. Pan Kukiz jest dość głupawy, więc ma prawo nie wiedzieć, ale prawo powinno być konkretne. O ile można (pomijając już zasadność takiego prawa, czysto hipotetycznie) karać za kłamstwo o polskich obozach koncentracyjnych, bo jest to bardzo konkretne, to już „uderzanie w polską rację stanu” jest typowym „pier....niem kotka za pomocą młotka”, gdyż może się znaleźć ktoś, według kogo nieścisła ilość ofiar Polaków podczas II wojny światowej (nieważne w którą stronę, a jeszcze mniej ważne, że ciężko o uściślenie tej liczby) uderza w polską rację stanu i co mu kto zrobi, jeśli będzie sędzią, a pan Kukiz da mu możliwość podjęcia decyzji według własnego widzi mi się. Oznaczać to będzie, że nawet uczestnik teleturnieju z pytaniem o liczbę ofiar będzie mógł podpadać pod kukizowy paragraf, nie mówiąc już o autorze pytania, co nie przeszkadza Pawłowi Kukizowi tkwić w niezmiennym samozachwycie. Jak mawiał „Kabaret pod Wyrwigroszem”: do widzenia, do zobaczenia, do usłyszenia, do dupy!

 


 

01:26, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (100) »
środa, 10 czerwca 2015

            PRZYCHODZI STONOGA DO SZEWCA, A SZEWC NA TO: „NAWET MNIE NIE WKURWIAJ!”

            Ktoś powie, że zaczęło się od afery Rywina, ale to bzdura. Michnik nagrywając Lwa, zgłosił się z tym do prokuratury, więc postąpił tak, jak postąpić powinien uczciwy obywatel mając dowód na możliwość popełnienia przestępstwa, a nagrania dokonał po tym, jak nastąpiła wobec niego próba skorumpowania. Nie szukałbym zatem początku tutaj. Nie tu, to gdzie?


           Halo halo, panie Ziobro, nie wie pan czasem kto na wszelki wypadek podsłuchiwał i nagrywał kolegów z koalicji? Kto później na podstawie tych żenujących aktów zdrady robił telenowele, które nijak nie nosiły znamion przestępstwa, za to pokazywały w pełni do czego jest zdolny marny karierowicz i konformista?! I nikt nie ścigał sprawcy tej jawnej inwigilacji- włos mu z głowy nie spadł.

            Równolegle i zupełnie niezależnie od Zbigniewa Ziobro, a w dodatku nieporównywalnie dłużej, nielegalną inwigilację obywateli i ujawnianie ich prywatnych informacji prowadzą urzędnicy kościelni zbierający dane osobowe, oczywiście również zupełnie bezkarnie. Ujawnianie pieprznych historii z ambony lub na tablicy ogłoszeń, czy w internecie przez panów w sukienkach nie jest niczym niezwykłym, podobnie jak absolutna bierność prokuratury.

             Na liście świętych krów ujawniających chronione dane niezmiennie wysoką pozycję dzierżą dziennikarze, którzy nie odpowiadają za nic, a zwłaszcza za informacje fałszywe. To oczywiście w imię „naszej wolności”.

            Dziś mamy „wielkie zdziwienie” aferą Stonogi, ale jednocześnie nikt nie zamierza palcem kiwnąć wobec tych, którzy jawnie kpią z ochrony prywatności nawet, jeżeli uderza to w interes Polski. Nawet broni się przestępców w imię partyjnych interesów, jak to było w sprawie podsłuchów "PĘDZĄCEGO KRÓLIKA". A ja przypominam sobie „Rozmowy z katem”, gdzie Kazimierz Moczarski analizując aparat inwigilacyjny III Rzeszy zwrócił uwagę, że Niemcy wcale nie mieli jakiegoś szczególnie rozwiniętego i wybijającego się ponad inne kraje aparatu policyjnego (w tym tajnej policji). System ten opierał się bowiem na takich małych łajdakach, czy też całej rzeszy małych łajdaków, skrycie śledzących swoich znajomych. I to tyle mojego komentarza na ten temat.


            P.S.

            W szkole, w której pomagam jako wolentariusz, mocno tępimy donoszenie wśród dzieci, które jednak mimo to donoszą z niezmiennym entuzjazmem. Dzieje się tak dlatego, że my sobie możemy bok wyrwać albo oko wyjąć, a i tak to nic nie da, jeżeli ktoś z rodziny będzie nagradzać dzieci za kapowanie, bądź chociażby wykorzystywać donosy w tym celu, w jakim dzieci chciały, by to było wykorzystane.

 


 

00:17, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

            Ostatnimi czasy wiele napisano o tym, jak to młodzi dając wyraz swej frustracji, głosowali na Kukiza, Korwina, a nawet Dudę, a ja odniosłem wrażenie, że ta frustracja jest wprost proporcjonalna do tego, co młodzi mają. Dorosło nam pokolenie DD (Daj Darmo), wychowane w wirtualnym świecie, przygotowane do nowej matury (zna sposób pisania testów, a nie zagadnienie, którego testy dotyczą). Ręce i nogi mi opadały, gdy czytałem wyjaśnienia dziennikarzy, że młodzieży nie obchodzi ani kto dał nam wolność w 1989, ani to, jaki od tamtego czasu dokonał się skok. Ja dodam od siebie, że polskiej młodzieży nie obchodzi także, co ma młodzież w Europie Zachodniej, bo młodzieży znad Wisły wydaje się, że ich rówieśnicy ze starych państw UE dostają wszystko gratis. Oczywiście przywiązanie do maminego cyca nie pozwala im na sięgnięcie po te „gratisy”, a ci, którzy wyjechali, mają pretensje do garbatego, że ma dzieci proste, więc i tak głosują na Kukiza (po zliczeniu głosów jedynie z Wielkiej Brytanii, Kukiz byłby prezydentem już w pierwszej turze), bo mieszkając na Wyspach widzisz, że nadal za darmo można dostać jedynie w ryj, a i o to coraz trudniej.

            Daleki jestem od takiego uproszczenia obrazu młodzieży, jak na rysunku powyżej, ale stali czytelnicy bloga wiedzą do jakiej białej gorączki doprowadza mnie jej roszczeniowa postawa. Tak się bowiem składa, że najgłośniej o tym, że „Państwo nas okrada podatkami” krzyczą szczawiki, które wzięły od Państwa kasę na służbę zdrowia i edukację, owszem, lecz jeszcze nie zdążyły zapłacić żadnego podatku, bo jak dotąd, nie parali się pracą zarobkową, przynajmniej legalną. Symbolem takiej młodzieży jest dla mnie ten leszcz działający w PiS, który się pytał zbulwersowany Komorowskiego, jak jego siostra ma kupić mieszkanie, zarabiając po studiach 2 tysiące złotych. Kolega zupełnie ignorował takiej drobiazgi, jak ten „co siostra potrafi” i „jakie ma doświadczenie”, bo kolega chciał, żeby siostra sobie kupiła mieszkanie. Taki Palikot, żeby sobie coś kupić, założył na początek skup palet, ale jak rozumiem, koledze chodzi o to, żeby siostra dostała od nas mieszkanie, żeby inni się zrzucili, bo ona chce mieć i już! Ale przecież kolega może założyć firmę (na przykład prowadzącą skup palet) i zatrudnić siostrę za tyle, żeby sobie siostra kupiła mieszkanie. No jak jest po studiach, to na co czekasz, kolego z PiS? Zaraz, zaraz, zapomniałem, że towarzystwu się darmo należy! To nic, że na całym świecie, jeżeli kogoś nie stać na mieszkanie i nie ma zdolności kredytowej, to po prostu coś wynajmuje. Tego też nasza młodzież wiedzieć nie chce, podobnie jak nie chce wiedzieć jak zdobyła wolność i jaki skok cywilizacyjny w Polsce od tego czasu nastąpił.

            Odwiedziłem Puławy- miasto w którym się wychowałem. Zieleń, piękne ścieżki rowerowe wszędzie, nowoczesne place zabaw dla najmłodszych, piękny bulwar nadwiślany, krok po kroku restaurowane są zabytkowe budynki starych Puław, nowy most, obwodnica, piękny stadion, zmodernizowane zespoły rekreacyjne na Bema, Wólce Profeckiej i całoroczny kryty MOSiR, pobliski Kazimierz Dolny pachnie pieniądzem- tam praktycznie nie ma źle utrzymanych posesji, puławska drużyna piłki ręcznej mężczyzn zdobyła III miejsce w ekstraklasie, najwyższe w historii miasta. Później wróciłem do Warszawy- tego miasta w ogóle już nie można poznać, tak się rozbudowało. Następnie przejechałem autostradami prawie do samej Jeleniej Góry, co zajęło 5 godzin (jeszcze kilka lat temu było to 8 godzin z łamaniem przepisów). I to młodzież frustruje! A może nie to, tylko spece od marketingu (także politycznego), którzy sprytnie kreują coraz to nowe potrzeby, więc gdy pojawia się nowy procesor, to trzeba mieć z nim laptopa, gdy pojawia się nowy I-phone lub chociażby smartfon Samsunga, to też trzeba go mieć. Reklamy banków mówią ci, że musisz koniecznie, tu i teraz, mieć mieszkanie, jeden z legendarnych motocykli i wakacje na Kubie, bo marzenia trzeba realizować. A do tego przychodzi Kukiz, który mówi, że żeby to wszystko mieć, wystarczy wprowadzić JOW lub inny Korwin Mikke, który twierdzi, że to wszystko będziesz mieć, gdy zlikwidujesz podatki. I nie zapominajmy o najważniejszym powodzie frustracji- jaranie marihuany jest nadal nielegalne! Za mało mamy ćpunów, a alkohol to już nie ten lans!

            Tymczasem opowiem Wam o powodzie mojej wizyty w Polsce: Spotkałem się z moim rocznikiem z okazji ćwierćwiecza matury. I wiecie co? Zebrało się ponad 60 osób (maturę pisało ok. 150, jedna klasa ogłosiła, że nie chce wspólnej imprezy, więc potencjalnych uczestników było 120), zatem frekwencja lepsza, niż w wyborach. Nie dość, że nie było pośród nas przymierających głodem, to raczej była to grupa, która zastanawia się, czy na wakacje jechać do Włoch, Grecji, Egiptu, czy może (hehe, egzotycznie) nad nasze Morze Bałtyckie, grupa mająca swoje mieszkania, domy, samochody, która nie ma problemu z wyjściem do restauracji, teatru, czy kina. W roku 1990, gdy pisaliśmy maturę poprzedzoną studniówką, był jeden jedyny rodzic na tyle majętny, że studniówkę nam sfilmował własną kamerą, on też dokumentował maturę. I sfrustrowanej młodzieży powiem jako ciekawostkę, że studniówka nie odbyła się ani w hotelu, ani na zamku, ani w Wiedniu, czy Budapeszcie, lecz na sali gimnastycznej i korytarzach szkoły własnoręcznie przez nas przystrojonej. Dekoracje sami malowaliśmy, wycinaliśmy, instalowaliśmy. Jak to wytłumaczyć pokoleniu „Daj Darmo”? Może to się nie mieści rozmazgajonej młodzieży w głowie, ale za cały „catering” robiły nasze mamy, którym pomagały nasze koleżanki. Na studiach często brakowało nam na akademik, zalegaliśmy z opłatami, dorabialiśmy w spółdzielniach studenckich lub dając prywatne korepetycje. Rodzice nam nie przekazywali firm, nie dali stołków, jak to się w główkach dzisiejszej młodzieży roi. Ale najlepsze było to, że pomimo tego, iż spotkali się w jednym miejscu bankierzy, prawnicy (w tym sędziowie i prokuratorzy), lekarze, inżynierowie, architekci, informatycy, to na spotkaniu wszyscy byli koleżankami i kolegami ze szkolnej ławki. Pod wynajętym lokalem nie było ANI JEDNEJ wypasionej bryki, bo każdy chciał się spotkać, a nie lansować. Poza tym wygodniej i przyjemniej było się tam przespacerować, a zawsze w rezerwie jest coś takiego, jak taxi na wypadek załamania pogody. Przenieśliśmy się w świat, którego już nie ma, świat w którym nikt nie wyciąga tabletów, laptopów, czy smartfonów, nikt nie prześciga się w opowieściach o najlepszych kurortach Morza Śródziemnego, Czerwonego, czy Czarnego, gdzie nikt nie opowiada jak to ciężko pokrzywdzony jest w pracy i jak to Ojczyzna go nie docenia. Nikt nie mówił o interesach, nikt nie próbował się sprzedać. Tam spotkali się ludzie, którzy się cieszą, że mogą się po latach zobaczyć i jeszcze raz wspólnie pośmiać i powygłupiać. Może sfrustrowanej młodzieży trudno w to uwierzyć, ale nikogo nie interesowało jakim kto jeździ samochodem, na ilu metrach mieszka, czy ma „Mac-a” i „I-phone'a”, ilu ludzi ma pod sobą, nie interesowało nas nawet, kto ma ładną żonę, a kto przystojnego męża, ani co kto może. Nie interesowało, bo każdy z nas wiedział, że mamy to, co sobie wybraliśmy, cieszymy się z tego i zupełnie nie zazdrościmy innym ich życia, ani ich problemów. Nikt nam niczego nie dał, ale my jesteśmy spokojni, bo wiemy, że bez tego daliśmy sobie radę, damy i teraz, bez względu na wyborcze wyniki oraz roszczenia pokolenia „Daj Darmo”. Życie ich nauczy swoich reguł, czy tego chcą, czy nie, ale na to potrzeba czasu.


 „(...)A bęben się kręci, wiruje i płucze,

za szkiełkiem kolory kuszą nas od nowa,

aż w końcu nas samych do bębna ktoś wrzuci,

żeby nas wyprać i odwirować.


I szum lanej wody i szum wody lanej

wspomnienie jedwabiu usuwa z pamięci

i beczą na rożnie barany zalane.

A jednak się kręci..., a jednak się kręci!”

Tadeusz Kuta, Teatr Nasz.


 

00:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (23) »
wtorek, 02 czerwca 2015

            Buuuchachacha..., trzymajcie mnie...!!! No i się wydało, dlaczego „duński uczony”, jak go zwie Gazeta Polska, a w rzeczywistości duński inżynier- wynalazca (nie pracował naukowo), tak gorliwie brał udział w Zespole Specjalnej Troski do Badania Tego i Owego Antoniego Macierewicza. NATURA SIĘ ODEZWAŁA!!! W sobotę, 30 maja, Ewa Stankiewicz i Glenn Jørgensen pobrali się w kościele św. Jana Chrzciciela w Sadownem. To dlatego duński inżynier pogniewał się z prawami fizyki i przyeciepecił wraz z Antonim M.! Jak mawiał klasyk: KOBITKI..., CIURLAĆ SIĘ CHCĄ Z NIMI! O!


            Swoją drogą, tajemniczy Duńczyk wybrał osobliwą teorię mówiącą, że gdyby samolot stracił więcej skrzydła, to poleciałby dalej. On naprawdę tak twierdził! Bo mu tak wyszło „Z OBLICZEŃ”. Chyba nasz quasi uczony akurat wtedy liczył krowy, owce i dziki swojej córki, ewentualnie piegi, nad maszyną do usuwania których pracowała jego firma, bo utrata większej części skrzydła wiązałaby się z większą różnica sił nośnych na lewym i prawym skrzydle Tu 154M, co spowodowałoby jego szybszy obrót wokół osi, a po szybszym skierowaniu siły nośnej w dół, szybsze rozbicie. W ogóle zastanawia mnie, dlaczego „naukowcy” Macierewicza z uporem maniaka rozpatrują ostatnie chwile Tu 154M jak rzut ukośny, pomijając siłę nośną, czy napęd maszyny. Uwierzcie mi, nawet gdyby w momencie ucięcia końcówki skrzydła automatycznie odcięto dopływ paliwa, to paliwo już podane i tak musiałoby się spalić i napędzać samolot, przecież Antek nie mógł zatkać palcem dyszy silnika!


            Dość jednak o wypadkach, czas życzyć duńskiemu gościowi miłych chwil u boku swej oblubienicy. Jakież to okrutne doświadczenia z Dunkami skłoniły go do tego kroku, pojęcia bladego nie mam, ale na jego miejscu bałbym się zasnąć w obawie, że luba poderżnie mi gardło od ucha do ucha- kobra wygląda przyjaźniej.


            No to miłego fik- fik młodej parze, oby to jakoś rozładowało napięcie Tłustowłosej, choć realnie rzecz biorąc....

 


 

10:10, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (31) »
Tagi