RSS
poniedziałek, 30 lipca 2012

 

            Był rok 1953, Londyn. Serce purytańskiej Wielkiej Brytanii, gdzie samobójstwa były bezwzględnie karane brakiem pochówku w święconej ziemi, nieślubne dzieci były traktowane tak, że słowo „bękart” było najbardziej obraźliwym przekleństwem, mocniejszym niż „dupek”, a homoseksualizm był karany chemiczną kastracją, bądź więzieniem, przy czym wiązał się on z takim poczuciem winy, że skazani często wybierali kastrację (to oni decydowali), jak słynny geniusz matematyczny, Alan Mathison Turing- łamacz szyfrów, jeden z głównych rozpracowujących szyfry Enigmy, skazany i wykastrowany w 1952. W tych to czasach i miejscu, czternastoletnia dziewczynka popełniła samobójstwo, a pastor Chad Varah odmówił jej pochówku w święconej ziemi.


            Już jest mrocznie, prawda??? Jeszcze mroczniej się zrobi, gdy powiem o przyczynie tego samobójstwa. Śledztwo wykazało, że dziewczynka dostała pierwszej menstruacji. Ponieważ jednak była nieuświadomiona seksualnie, myślała, że to jakaś choroba weneryczna. Tak się bała oceny społeczeństwa i odtrącenia, że targnęła się na własne życie. Niestety, skutecznie.

            Pastor musiał mieć potężne wyrzuty sumienia, gdy się dowiedział co pchnęło nastolatkę do takiego czynu. Postanowił uruchomić telefon zaufania dla ludzi z myślami samobójczymi. Przyjmował także interesantów osobiście. Szybko przyłączyło się do pomocy kilkoro innych ludzi i tak powstała organizacja „Samaritans”, działająca do dziś w Wielkiej Brytanii i Irlandii, znana teraz jako „The Samaritans”. Narzędzia pracy rozszerzono o internet, ale idea pozostała ta sama: możliwość anonimowego wyznania swych problemów, bez lęków przed ich oceną. Wraz z rozwojem psychologii, metody prowadzenia rozmów ulegały modyfikacjom i tak to działa do dziś.

            Zazwyczaj tego nie robię, ale teraz pozwolę sobie na spekulację: Sądzę, że najbliższe otoczenie nie było w stanie uwierzyć w samobójstwo, stąd śledztwo ujawniające szczegóły tragedii. Bo i jak można było wierzyć, gdy roześmiana nastolatka  korzystająca z życia, prawdopodobnie dopiero co smakująca miłości (w tym miłości cielesnej- to by tłumaczyło lęk przed chorobą weneryczną) ni stąd, ni zowąd targa się na życie. Kto miałby uwierzyć w samobójstwo, gdy miała tyle marzeń i planów???


            Piątego sierpnia mija pierwsza rocznica samobójstwa Andrzeja Leppera. Czy my, Polacy, wyciągnęliśmy jakieś wnioski po tej tragedii??? Czy dotarła do nas konieczność profilaktyki??? Ależ skąd, zewsząd rozlegają się tylko głosy ZNAWCÓW SAMOBÓJCÓW, którzy twierdzą stanowczo, że Andrzej Lepper nie był typem samobójcy. Na jakiej podstawie tak twierdzą??? Bo im się tak wydaje!!! Mało tego: W ciągu tego roku mieliśmy samobójstwo generała Petelickiego oraz próbę samobójczą prokuratora pułkownika Mikołaja Przybyła. Czy ktoś z Polaków (za wyjątkiem prokuratury- z urzędu do tego zobowiązanej) w ogóle próbował dociec dlaczego to się stało? Skąd! Wszyscy już ZNALI ODPOWIEDŹ. A dlaczego znali? Bo tak im się wydawało! Czy ktoś próbował ciągnąć w telewizji wątki profilaktyki? Czy ktoś podjął temat pomocy psychologicznej dla ludzi przeżywających załamanie?

            Wielka Brytania i Irlandia zareagowały na swoją tragedię. Powoli, bo powoli, ale zakres tej reakcji się zwiększa. Wybrane szkoły prowadzą w ostatnich klasach liceów kursy dla osób pragnących udzielać wsparcia psychologicznego, a wszelkie wypadki samookaleczeń, przemocy fizycznej i seksualnej muszą być zgłaszane odpowiednim instytucjom. Szkoły są odpowiedzialne za uczniów, więc to kwestia ich wyboru, czy wprowadzą u siebie szkolenia, jednak odpowiedzialność pozostaje przy nich. Jak reagujemy w Polsce??? Przede wszystkim u nas nadal mówi się z pogardą o „głupim, psychologicznym gadaniu”, za mądre gadanie uznając to, co jeden typ wydumał nad kuflem piwa i przekazał drugiemu typowi. Tak, psychologia, to nadal ta dziedzina wiedzy, z której przeciętny Kowalski kpi w najlepsze, choć nie liznął nawet wstępu do podstaw psychologii. My, Polacy, wiemy najlepiej kto jest podatny na samobójstwo, my wiemy, że my umiemy wychowywać dzieci, a psycholodzy nie wiedzą, jak je wychowywać, my wiemy nawet, że alkoholizm to nie choroba, a marihuana nie uzależnia (tak, tak, to wcale nie rzadka opinia, wystarczy poczytać komentarze internautów do artykułów na ten temat).


            Medycyna się rozwija w zawrotnym tempie, lecz choroby psychiczne nadal pozostają nieuleczalne. Potrafimy jedynie minimalizować ich skutki. Co takiego tkwi w społeczeństwie polskim, że z uporem maniaka lekceważy wszelką profilaktykę, dając olbrzymie przyzwolenie na zachowania mogące do chorób psychicznych doprowadzić? Oczywiście jeżeli wcześniej nie dojdzie do załamania i próby samobójczej- że przypomnę próbę samobójczą Mikołaja Przybyła, po której nawet część polityków (nie mówię już o komentatorach na forum), zachowywała się tak, jakby chcieli prokuratora sprowokować do ponowienia, tym razem udanego, próby.



02:41, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (26) »
sobota, 28 lipca 2012

            Każdy wie, że dzisiejszy sport to wielki przemysł. Każdy wie, że dzisiejsze miejsce rozgrywania Igrzysk Olimpijskich nie tylko nie jest miejscem i czasem zatrzymania wojen, lecz jest to miejsce zamienione w twierdzę, pod opieką uzbrojonych w najnowszą technologię wojowników, mających ochraniać olimpijskie areny. Każdy wie, że bez pieniędzy nie ma zwycięstwa. Każdy wie, że nad każdym z osobna zawodnikiem pracują dziesiątki, jeżeli nie setki zawodowców, każdy specjalizujący się w czym innym. Każdy wie, że dziś próżno czekać na sportowe gesty w stylu pożyczenia najgroźniejszemu rywalowi sprzętu . Każdy wie, że dziś nikt nie tylko nie wyrówna szans stojąc dwie godziny na słońcu tak jak najgroźniejszy rywal, który był chorążym reprezentacji (tak postąpił David Cecil, który być może przez ten piękny gest nie zdobył medalu), lecz wręcz możemy przypuszczać z przekonaniem graniczącym z pewnością, że zawodnicy będą próbowali zdobyć nieuczciwą przewagę stosując doping lub inne niesportowe metody).


            Każdy wie, a jednak ceremonia otwarcia Igrzysk Olimpijskich nieodmiennie gromadzi pół Świata przed telewizorami, moment zaś zapalenia znicza olimpijskiego przyprawia o świeczki w oczach większość widzów i nie jest to tylko sprawa patetycznej oprawy- odpowiednio dobranych światła, dźwięku, scenografii, symboliki i choreografii. Jest jeszcze coś. To nasza tęsknota za szlachetną rywalizacją bez względu na wiek, wyznanie, kolor skóry, poglądy polityczne, urodę, czy preferencje seksualne. Magia Igrzysk Olimpijskich, to magia wiary w szlachetność i uczciwość jako wartości, do których warto dążyć. Łzy w oczach podczas zapalania znicza olimpijskiego są miara tęsknoty za tymi wartościami.


            Wiem, że dziś próżno szukać widoku sportowca pakującego do swej małej torby podróżnej jedynej pary kolców do biegania, koszulki i spodenek- całego sprzętu, jakim dysponuje. Tak, dobrze pamiętam tę scenę z „Rydwanów ognia”. Wiele się zmieniło, ale jedno u sportowców pozostało niezmienne: Ciężka praca, poświęcenie, wola walki, wola zwycięstwa. I choćby dlatego, szanuję ich i doceniam ich wysiłek i życzę im wszystkiego najlepszego, życząc jednocześnie, by takim samym szacunkiem darzyli swych rywali.


            „Kalifornizacja” dopadła sport dawno temu (przy okazji, kto był na koncercie Red Hot Chili Peppers w Warszawie?). Pieniądze, oszustwa, manipulacje, to chleb powszedni. Padają kolejne bastiony. W tym roku zszokowała mnie informacja, że na żądanie głównego sponsora, w punktach gastronomicznych obsługujących igrzyska wprowadzony został zakaz sprzedaży frytek innych, niż sprzedawanych przez jego sieć. Jedynie „fish & chips”, czyli rybka z frytkami, którą Brytyjczycy uważają za potrawę narodową, jest wolna od tego zakazu. Nigdy nie byłem miłośnikiem tej sieci, ale odkąd to usłyszałem, moja noga tam nie postanie. Nie dlatego, żebym jakoś szczególnie potępiał moralną stronę takiego zakazu- w końcu to my, ludzie żądni coraz większych wrażeń i coraz bardziej wyśrubowanych rekordów, wyraziliśmy zgodę na komercjalizację sportu. Moja motywacja jest zupełnie inna: Uważam, że wszyscy jesteśmy wolni. Skoro główny sponsor IO mając w tym temacie wolną rękę, wykorzystał w ten sposób swoje prawa, ma również pełne prawo ponieść konsekwencje takiej decyzji. W moim przypadku jest to bojkot tej sieci. Wiele na mnie nie stracą, nie jestem gównojadem- w całym swoim życiu wydałem u nich nie więcej niż 100 złotych, naprawdę- w sumie, przez całe życie.


            Żeby jednak nie kończyć takim wyznaniem godnym malkontenta, powiem Wam, że już udzielają mi się sportowe emocje, za nami pierwsze sukcesy i pierwsze porażki, a ja czekam na więcej. Czekam i nie kryję podziwu dla profesjonalizmu zawodników, ich ekip oraz organizatorów. Jest inaczej, niż w starożytności, jest inaczej niż sto lat temu, ale cały czas jest to piękna impreza, którą warto odnotować.



czwartek, 26 lipca 2012

            Rysiek był kiedyś moim podwładnym. Spokojnym i sumiennym. Nie miałem z nim problemów. Nie podejrzewałem, że popijał- w pracy nigdy nie wyczułem od niego alkoholu. Okazało się jednak, że owszem, regularnie z Elą- swoją młodą małżonką do snu otwierali przyzwoite wino, kilka piw, bądź irlandzką whiskey. Mieli małą córkę, więc starali się nie przesadzać. Gdy mała podrosła tak, że potrafiła się zająć sobą, Ela zaczęła pić także w ciągu dnia, za plecami Ryśka. W lecie, gdy córka była u dziadków w Polsce, Rysiek wrócił z pracy i nie zastał żony w domu, zastał ją za to u bezrobotnych kolegów, śpiącą bez przytomności i bez majtek. Natychmiast się wyprowadził, wziął ze sobą córkę i zgłosił sprawę rozwodową. Nie znam szczegółów prawnych, ale do momentu przyznania alimentów, był traktowany przez władze Irlandii jak ojciec samotnie wychowujący córkę, dostawał więc spory dodatek i ulgi podatkowe. Finansowo wychodził więc lepiej, niż gdy mieszkała z nimi Ela. Podobno już wtedy zaczął popijać solidniej- nie pił z żoną, tylko z kolegami, więc siłą rzeczy pił więcej. W międzyczasie, na skutek konfliktu z szefem, stracił pracę. Ugodził się w sądzie, dostał kilka tysięcy euro zadośćuczynienia plus drugie tyle należnej odprawy za lata pracy. Od państwa dostał spory zasiłek. Był to moment, gdy mu puściły hamulce. Nie musiał już wstawać rano, więc pił więcej i częściej. O pracę starał się tylko przez pierwszy miesiąc, lecz był wybredny, zbyt wybredny jak na kryzys, więc i pozostawał na zasiłku. Później położył lachę na robotę, było mu dobrze, dopóki polski sąd nie przyznał mu alimentów. Wtedy stracił prawo do dodatku dla samotnego ojca i zaczęło mu brakować pieniędzy. Niestety, mózg miał już tak opanowany przez alkohol, że postanowił wrócić do Polski. Stwierdził, że tam jest taniej, więc alimenty, plus jakaś praca, którą spodziewał się znaleźć, plus opieka dziadków nad dzieckiem przyniosą mu większe korzyści, niż praca w Irlandii. Wyjechał i tyle go widziałem.


            Kilka lat wcześniej, jeszcze w Polsce, znałem podobny przypadek: Mężczyzna jeszcze za czasów małżeństwa pił ryzykownie, lecz udawało mu się zachować pracę. Po rozwodzie miał więcej kasy i swobody, zwiększył częstotliwość picia, stracił pracę i popadł w poważne problemy. I choć to ciekawa historia, to jej nie przytoczę, gdyż istotne jest jedno: Obaj panowie w przeciągu roku od rozstania z małżonkami wpadli w poważne tarapaty, których źródłem bazowym był alkohol, a raczej nadużywanie alkoholu spowodowane uzależnieniem naszych bohaterów. Mówimy o okresie czasu JEDNEGO ROKU! Jeden rok wystarcza, żeby z wysoko funkcjonującego alkoholika stoczyć się do poziomu utracjusza bez pracy i środków do życia. Oczywiście przed takimi delikwentami pozostają jeszcze kolejne szczeble destrukcji. W kolejce czekają przecież konflikty z prawem i utrata zdrowia.


            Wróćmy jednak na chwilę do momentu rozwodu (u obydwu panów). Wtedy na zewnątrz wszystko wyglądało fantastycznie. Obaj dobrze wyglądali, obaj byli inteligentni, obaj byli samodzielni finansowo. Ich nieszczęściem było to, że obaj znajdowali się w tym słynnym punkcie, w którym alkoholicy mówią: „Jaki alkoholik?! Po prostu lubię wypić, lubię się zabawić. Mam dobrą pracę, chcę mieć coś z życia”. Mało tego. Całe ich otoczenie również mówiło: „Jaki alkoholik?! Facet jest młody, przystojny, ma pieniądze, chce użyć życia”. Wystarczył jednak jeden rok, by ci sami ludzie, którzy mówili „jaki alkoholik?”, zaczęli unikać tego niby „nie- alkoholika”, bo był spłukany, chciało mu się pić, chciał pożyczać kasę, a nie miał z czego oddawać, nie miał nawet perspektyw, by w najbliższym czasie mieć przychód.


            I jak myślicie, co wynika z tej długiej paplaniny Wolanda? Niektóre wnioski już padły w tekście: A to, że nie ma czegoś takiego, jak „rozpił się, bo się załamał”, gdyż w obu  przypadkach problem nadużywania alkoholu występował już wcześniej, przed rozwodami. A to znowu, że wystarczy krótki okres czasu, by z pozornie niegroźnego, towarzyskiego nadużywania alkoholu przejść do poważnej destrukcji. Ja jednak chcę podkreślić coś innego: Zauważcie, jak KOMPLETNIE NIEISTOTNE jest pytanie, które tak często ludzie sobie zadają „czy to już alkoholizm, czy jeszcze picie okazyjne”. TO NIE MA NAJMNIEJSZEGO ZNACZENIA!!! Najistotniejsze jest, że jeżeli ktoś pije ryzykownie, czyli zbyt często i zbyt dużo, to grozi mu szybka degeneracja. Jeden rok czasu, to bardzo  mało. Naprawdę nie warto ryzykować. Jeżeli widzimy, że ktoś z naszych bliskich nie potrafi panować nad ilością spożywanego alkoholu, robi po pijaku głupie rzeczy, których by nie chciał zrobić na trzeźwo, jeżeli częstotliwość picia się zwiększa, to znaczy, że alkohol jest nie dla niego. I pamiętajmy o tym zwłaszcza wtedy, gdy tą osobą jesteśmy MY SAMI, bo na tę akurat osobę mamy największy wpływ. Nic nam nie daje informacja, czy już jesteśmy uzależnieni, czy tylko ryzykujemy uzależnienie. Jeśli narażamy życie i zdrowie, czas to przerwać. Jeżeli ktoś nie potrafi wrócić do poziomu symbolicznej lampki wina, czy kufla piwa, to czas rozstać się z alkoholem całkowicie. W przeciwnym wypadku, może być tylko gorzej.




00:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 23 lipca 2012

            Działo się to chyba ze sto lat internetowych temu ( w internecie czas biegnie inaczej, zmiany następują jakieś sto razy szybciej, niż w rzeczywistości, więc to, co się działo rok temu w transformacji na real, zajęło by sto lat). Kawa z Chili na swoim blogu przedstawiła historię swojego spotkania z sąsiadką- emerytką, słuchaczką Radia Maryja. Okazało się, że starsza pani wcale nie była radykalną, szaloną i wściekłą wojowniczką, znaną chociażby z manifestacji organizowanych przez środowiska radiomaryjne. Ona po prostu nie znajdowała dla siebie w mediach innej oferty. Odrzucona przez uprawiające kult doskonałości rozgłośnie radiowe i telewizyjne, udała się w kierunku jedynej propozycji dla ludzi starszych. Od chwili, gdy przeczytałem tę historię, starałem się jakoś usystematyzować w głowie sprawę wykluczeń.


            Od kiedy pamiętam, w moim życiu obecna była walka o to, by nie zostać odrzuconym i nie sądzę, bym był wyjątkiem. Nauka, by nie czuć odrzucenia rodziców i nauczycieli, bójki z rówieśnikami, by nie być odrzuconym przez kolegów, ubiór, zainteresowania, wszystko poddawane było presji otoczenia. Zarówno presji najbliższej rodziny, jak i sąsiadów, znajomych, rówieśników, nauczycieli. I nie policzę ile spraw, które miały szanse stać się moją pasją, zostało zdeptanych przez presję otoczenia. W moim przypadku, spotkało się to z ostrym buntem- prawdziwą rebelią w sferze uczuć i duchowości. Jak na wojnę przystało, były poważne straty, lecz ok. trzydziestki nauczyłem się tak sterować życiem, by spełniać swoje oczekiwania, a nie oczekiwania otoczenia. Przez pojęcie „swoje oczekiwania” rozumiem swoje PRAWDZIWE PRAGNIENIA, na których można budować przyszłość, a nie chwilowe zachcianki. Innymi słowy, pierwszych trzydzieści lat życia, to lata nie tyle zmarnowane, co lata miotania się na oślep, najpierw w skazanych z góry na niepowodzenie próbach zadowolenia otocznia, a później w negacji wszystkiego, co wychodziło od zrzuconych z cokołów autorytetów z dzieciństwa. Trzydzieści lat walki o to, by powiedzieć „STOP” odrzuceniu, by nauczyć się chodzić swoimi ścieżkami, nie naruszając jednocześnie norm panujących tam, gdzie się udaję. I wreszcie teraz, przy względnej stabilizacji, nadal odbywają się „spory graniczne”. Konflikty, nierzadko ostre, gdy uznałem (słusznie lub niesłusznie), że moje granice zostały naruszone nie należą do rzadkości. Sądzę, że tak już będzie do śmierci. I to wszystko przez zjawisko zwane WYKLUCZENIEM.

            Wykluczamy i jesteśmy wykluczani. Na każdym kroku. Za biedny, za bogaty, zbyt obszarpany, zbyt elegancki, zbyt brudny, zbyt czysty, słucha nie tej muzyki, kibicuje nie temu klubowi, głosuje na nie tą co trzeba partię polityczną.... Czy da się to zjawisko zlikwidować??? Nie sądzę, jednak uważam, że da się z tym żyć, pod warunkiem, że nauczymy się jednego: MAMY PRAWO DO SZCZĘŚCIA. Dlatego instynktownie szukamy ludzi, którzy wybierają podobną drogę życiową. I MAMY DO TEGO PRAWO. Mamy prawo powiedzieć społeczności, w której się wychowaliśmy „wiecie co..., nie jest mi z wami po drodze, dzięki za wspólne lata, ale teraz już pójdziemy w swoje strony”. Mamy prawo powiedzieć to sąsiadowi, koledze/ koleżance z ławki..., każdemu. I z pożytkiem dla naszego zdrowia psychicznego będzie, gdy to my sobie poszukamy tego, co nas interesuje. Nie możemy sobie pozwolić na przejście z jednej dyktatury w drugą. Nigdy nie zadowolimy wszystkich, więc jedyną rozsądną drogą pójść z ludźmi, którzy chcą tego samego. Czasem warto przystanąć i się zastanowić, czego tak naprawdę chcemy, wtedy potrzebować będziemy spokoju i samotności.


            Człowiek łatwo się przyzwyczaja do dobrego. Ja też tak się przyzwyczaiłem do spokojnego życia bez presji z zewnątrz, że zapomniałem jak to jest. I właśnie niedawno, poczułem się jakbym się dostał na jakieś przedstawienie, w którym głównym problemem moralnym była presja otoczenia. Przy okazji planowania pobytu w Polsce, skontaktowałem się z bliższą i dalszą rodziną oraz ze znajomymi. I zaczęło się...!!! Od słowa do słowa poczułem ten klimat, w którym jeden drugiemu włazi z butami w życie. I dopiero z dystansu półtora tysiąca kilometrów zobaczyłem, jak ludzkość jest uzdolniona w zakresie kreowania konfliktu. Sprawy, które powinny nam uprzyjemniać życie, są obracane w konflikt i niewybaczalną obrazę. Ktoś się obraził na rodzinę, która zamiast z nim na Mazury, pojechała do Chorwacji, gdzie indziej wybuchła afera rodzinna, bo dzieci odmówiły tatusiowi wspólnego uczestnictwa w pielgrzymce do Częstochowy, jeszcze gdzie indziej nastąpiła śmiertelna obraza, bo narzeczeni postanowili zrobić skromny ślub cywilny i nie informowali o tym nikogo, więc się towarzystwo sfoszyło. I już teraz widzę, że wspomniane osoby tak się przestraszyły wykluczenia z grona zaufanych, że ci od Chorwacji już szukają łódki na Mazurach na jesień, by na tydzień pojechać z facetem, z którym się rok temu niezobowiązująco dogadywali, żaląc się jednocześnie, że zupełnie im to nie pasuje (bo kasa, bo urlop, blablabla- każdy wie o co chodzi), młodzi od skromnego ślubu cywilnego już zaczynają składać kasę na ślub kościelny z weselem, a dzieci od pielgrzymki, by udobruchać tatusia obiecały, że przyjadą na Jasną Górę 15 sierpnia, na główne uroczystości religijne. A wiecie jaki jest efekt??? Napięcie jest jeszcze większe, bo teraz każdy uważa, że tak się poświęcił dla drugiej strony, że klękajcie narody. I nie lepiej było żyć po swojemu???



17:36, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (20) »
piątek, 20 lipca 2012

            Wczoraj wieczorem wracałem autobusem do domu. Siedziałem na tyle blisko kierowcy, że słyszałem radio. Dyskutowano o wynikach ankiety na najbardziej leniwe narody Świata. Nie wiem, kto ją przeprowadził, nie wiem też, jakie były kryteria, choć z dyskusji wnosiłem, że dużą rolę odgrywała aktywność fizyczna. Wiele dyskutowano o wszechobecności samochodów i coraz mniejszej ilości ludzi zażywających regularnie sportu. Gdybym się miał odnieść do tego kryterium, to byłbym w kropce: Z jednej strony, sam będąc członkiem klubu fitness, wiem że bynajmniej nie świeci on pustkami, ani po stronie pływalni, ani po stronie siłowni, mogę też zapewnić że widuję tu znacznie częściej niż w Polsce, osoby biegające, bądź uprawiające power walking. Z drugiej jednak strony, na drugim biegunie skali aktywność- lenistwo, znajduje się cała masa Irlandczyków tak leniwych, że jeśli będą mieli wybór zaparkować samochód na rondzie (ryzykując mandat lub zniszczenie samochodu) za to 5 metrów od kiosku, gdzie chcą kupić gazetę lub w miejscu do parkowania, ale 100 metrów (słownie sto metrów) od tego kiosku, to zaparkują na rondzie, bo 100 metrów, to zbyt wielki dystans, by go pokonywać pieszo.

            Wracając do radiowej dyskusji o lenistwie: Dzwonili ludzie opowiadający o tym, jak się poprawiło ich życie, odkąd zaczęli żyć aktywnie, dzwonili ludzie potwierdzający opinię o tym, że mają niewielu aktywnych znajomych, przez co ćwiczą sami i jest im trochę przykro, jednak jeden telefon rozbawił mnie do łez. Zadzwonił wzburzony Irlandczyk, równający z błotem ankieterów, argumentujący swą wypowiedź tym, że Irlandczycy zbudowali Amerykę i są znani z tego, że są świetnymi pracownikami. Jest to taka sama prawda, jak to, że Polacy są najlepszymi jeźdźcami konnymi. Być może kiedyś mogliśmy ubiegać się o ten status, ale kiedy to było??? Choć i tak nie sądzę, byśmy mogli kiedykolwiek w historii równać się z takimi na przykład Mongołami. Irlandczycy również kiedyś rzeczywiście byli znani, jako dobrzy robotnicy. Może nie tyle „zbudowali”, co „budowali” Amerykę, „budowali” też Anglię. To prawda, jednak było to w czasach emigracji. Dziś jest cokolwiek inaczej. Pracodawcy, którzy potrzebują szczególnie rzetelnych pracowników, jak szpitale, czy zakłady chemiczne lub farmaceutyczne, przeprowadzają wieloetapowy proces rekrutacyjny, bo większość Irlandczyków się po prostu nie nadaje. I nie mówimy tu o najbardziej prestiżowych stanowiskach, jak lekarz, inżynier produkcji, czy projektant lub technolog, lecz o pielęgniarkach w szpitalu i operatorach procesów w zakładach chemicznych i farmaceutycznych. A jak jest w pozostałych zawodach???


            Tu nadszedł czas do wyjaśnienia tego wybuchu śmiechu, gdy słuchałem wzburzonego irlandzkiego radiosłuchacza wykrzykującego mantrę o pracowitości jego rodaków. Dzień wcześniej (wtorek rano) zamówiłem fachowca do podgrzewacza wody typu „junkers”. Uprzednio sprawdziłem, jak się to cudo zachowuje- bez mierników mogłem stwierdzić, że albo zacina się wentylator (jego zepsucie powoduje automatyczne odcięcie gazu) albo nawala panel kontrolny, który nie podaje impulsu. Zauważyłem też, że zdarza się chwilowa praca, lecz później urządzenie się zacina. Z taką wiedzą, zacząłem umawiać się z fachowcem. Nie pytał o nic (co już mnie zirytowało, bo jeśli gościa nie interesuje model podgrzewacza, ani co się stało, to znaczy że najpierw chce sobie go tylko obejrzeć i w ogóle nie planuje żadnej naprawy wiążącej się z wymianą części). Powiedziałem mu zatem, że będę w domu cały wtorek, ale w środę mnie nie będzie, bo mam ważną wizytę w szpitalu. Kiedy przyszedł??? Oczywiście w środę, złapał mnie na dwie godziny przed wyjściem i zapowiedział, że od czwartku wyjeżdża na wakacje i go nie będzie. Ręce mi opadły gdy to usłyszałem, a za rękami nogi, gdy pracę rozpoczął od szukania zaworu do podnoszenia ciśnienia (bez wysłuchania objawów awarii), a nie podłączył urządzenia do sieci. Za nic miał uwagi, że po podłączeniu, ciśnienie się reguluje automatycznie do właściwej wartości. Zrobił mi małe burdello w szafie wnękowej, gdzie ukryty był zawór, podniósł na oślep ciśnienie tak, że przekraczało bezpieczny poziom i odpalił podgrzewacz. Akurat załapał i zaczął pracować. Gość zaczął się zbierać do wyjścia, ja zacząłem go zatrzymywać, tłumacząc że to się zdarza, ale gdy tylko raz woda się nagrzeje i termostat wyłączy podgrzewanie, więcej się nie załączy. Facet za Chiny Ludowe nie chciał poczekać pięciu minut i powiedział, żebym do niego zadzwonił w razie problemu. Za pięć minut problem był, więc zadzwoniłem. Poinformowałem typa, że jeśli nie zrobi naprawy w ciągu półtorej godziny, to wyjadę do szpitala i wrócę późnym wieczorem. Gdy byłem w szpitalu dostałem od niego telefon z pytaniem gdzie jestem, bo on jest pod moim domem. I to by było tyle o znanych z pracowitości Irlandczykach.... albo nie, dodam coś o swoich doświadczeniach z irlandzkimi robotnikami budowlanymi: Każdy jest lepszy od irlandzkiego budowlańca. Może z wyjątkiem ichnich dekarzy, tynkarzy i speców od rusztowań, ci są w porządku- cała reszta pasuje do ponownego przyuczenia. Słynna była niedawno sprawa jakiegoś pracodawcy z Australii, który dał ogłoszenie mówiące, że przyjmie każdego, tylko nie Irlandczyka. Musiał mieć podobne doświadczenia, jak ja.


            Wracając do Irlandczyków, jako narodu. Ja naprawdę spotykałem wśród nich ludzi bardzo pracowitych, znających świetnie swoją pracę, bardzo pomocnych i wiarygodnych. Tyle tylko, że nie jest to ogół. Wrażenie ogólne jest złe i mówią o tym sami Irlandczycy, jeśli tylko pozwolimy im to powiedzieć (bardzo nie lubią, gdy obcokrajowiec powie, że Irlandczycy robią coś nie tak, jak powinni). Nie zmienia to faktu, że bardzo ich lubię. Przyzwyczaiłem się do ich wad i biorę na nie poprawkę, po prostu w pewnych sprawach im nie ufam i nie spodziewam się zbyt wiele. Zawsze lepiej się miło zaskoczyć, niż niemiło rozczarować. Poza tym uwielbiam ich pozytywne nastawienie do życia i uśmiech.



00:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
wtorek, 17 lipca 2012

            Był czas, gdy Janusz Palikot był szefem komisji „Przyjazne Państwo” i zajmował się tym, czego Polska potrzebowała- odciążeniem prywatnych przedsiębiorstw od biurokratycznych szaleństw. Jak wiemy, problem istnieje do tej pory, a sam Palikot szefując własnej już partii, zajmuje się akcjami mającymi przynieść większy komfort autodestrukcji osobom uzależnionym. Dziś Ruch Palikota zapowiedział złożenie w Sejmie projektu ustawy znoszącej zakaz spożywania alkoholu niskoprocentowego w miejscach publicznych.

            Uzasadnienie brzmi tak: (...)podczas Euro 2012 można było pić piwo (do 3,5 proc. - przyp. red.) w strefach kibica, co pokazało, że nie musi się to automatycznie przeradzać w jakieś awantury. - Dziś tak naprawdę głównym powodem dla zakazu jest to, że niby walczymy z awanturami na ulicy, a to nie jest prawda, bo to są po prostu jakieś pojedyncze przypadki, jakiś margines”.

            Gdy wspominam czasy studenckie, zwłaszcza studenckie imprezy pory letniej, na ogół wiązało się to ze spożywaniem piwa pod gołym niebem. Plusem była korzystna cena (na warszawskiej starówce w tamtym czasie za jedno piwo w knajpie można było kupić cztery w sklepie) i świeże powietrze. Większa była też tolerancja dla głośnego zachowania. To z punktu widzenia nas, ówczesnych studentów. A z punktu widzenia innych użytkowników starówki??? Wyobraźmy sobie, że idziemy z dziećmi i widzimy 6-8 osób, zazwyczaj samych młodych mężczyzn, spożywających piwo i zachowujących się głośniej niż pozostali turyści. Nie zawsze wszyscy stali pewnie na nogach. Mało tego: Praktycznie zawsze, wszyscy jak jeden, byli zmuszeni do załatwiania potrzeb fizjologicznych. Gdzie??? Pod przysłowiowy murek!!! Inaczej się nie da: Z lokali gonią, bo gdyby wszyscy turyści używali tych toalet, to konsumenci mieliby do nich mocno utrudniony dostęp, a poza tym co to za frajda sprzątać po kimś, kto wpada do lokalu „na siku”. Że siusiać pod murek (i to niezbyt osłonięty przed wzrokiem przechodniów) jest nieładnie, wie każdy. My też wiedzieliśmy, ale przyznacie, że jeszcze mniej ładnie byłoby się zsikać w spodnie, a i tak nie chroniłoby to starówki, bo część pociekłaby pod nogi. Powiem otwarcie: Ani zapach starej uryny, ani widok dorosłych obszczymurków, atrakcyjności turystycznej żadnego miejsca nie jest w stanie podnieść. Uwierzcie, jeśli ktoś idzie choćby na dwie godzinki na piwo, to nie ma twardziela, który by wytrzymał bez oddawania moczu!


            To oczywiście nie jest najgorszy problem. Wiadomo, że najgroźniejsza jest agresja. Ludzie różnie reagują po alkoholu: Jedni stają się „rozkoszni”, choć dla postronnej osoby może to wyglądać jak namolność, natrętność albo upierdliwość. Inni zaś stają się agresywni i szukają zaczepki. Jeszcze innym się miesza we łbie i coś im się przywidzi, n.p. że ktoś go zaczepia. To też potrafi spowodować agresję. Michał Kabaciński z RP wspominając o Euro 2012 nie raczył przypomnieć, ilu policjantów musiało zabezpieczać strefy kibica. To doskonale powstrzymywało przed awanturami.

            Kolejna sprawa, to śmieci. Jeżeli widzimy grupkę osób pijących na świeżym powietrzu, to z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że wokół nich będą niedopałki papierosów, papierki, kapsle po butelkach, a także plwociny lub inne śmieci typu łuski słonecznika.

            Wyobraźmy sobie, że mamy posiadłość, przez którą wiedzie droga na skróty, a używa jej bardzo dużo osób, bo my na to zezwoliliśmy. Wszystko jest w porządku, dopóki nie pojawią się problemy- jeśli ta ścieżka zamieni się w śmierdzącą latrynę skrzyżowaną ze śmietnikiem, to zamkniemy przejście, mimo że większość przechodzących nie robi nic złego. I to samo się stało z pozwoleniem na picie w miejscach publicznych. Był syf, były rozróby. Co z tego, że to mniejszość, jak wystarczająco uciążliwa?!

            Tak, załapałem się na końcówkę czasów przyjaznych nadużywającym alkoholu. Korzystałem z tego podobnie, jak zbierałem w tyłek z powodu niedogodności tamtych czasów, a było ich dużo więcej, niż się obecnej młodzieży wydaje. Świat się zmienia, zgoda na picie w miejscach publicznych okazała się nieść zbyt wiele przykrych konsekwencji, by temu nie przeciwdziałać. Zwłaszcza, że zgoda na picie w miejscach publicznych nie niesie nic pozytywnego.

 

            Co się stało z Palikotem? Czy jemu nie wstyd, że z człowieka, któremu powierzono misję zmian w przepisach o działalności gospodarczej, stał się człowiekiem walczącym o komfort picia i ćpania dla osób uzależnionych ?!



20:44, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (33) »
niedziela, 15 lipca 2012

            Przeczytałem dziś dwa doniesienia agencyjne: Jedno mówiło o tym, ze tatuś wziął swoją dziewięcioletnią córkę do krateru czynnego wulkanu- była profesjonalnie zabezpieczona, lecz ryzyko wypadku było wyższe niż zazwyczaj- w każdym momencie mogło dojść do uwolnienia gorących gazów, które by ich upiekły nawet, gdyby to był niezbyt duży wyrzut. Inni zaś rodzice zamieścili film, w którym ich pięcioletnie dziecko pływało wśród specjalnie zwabionych rekinów.

            Parcie na szkło niejednemu pomieszało klepki. Dla lansu można zrobić wiele, jak się okazuje, można narazić dziecko na śmierć. Ja oczywiście spodziewam się, że zaraz jakiś demagog gotów jest mi powiedzieć, że dziecko samo chciało, a na śmierć narażamy dziecko również przewożąc je samochodem, ale w tej sprawie nie mam ochoty dyskutować z debilami. I nijak inaczej nie potrafię określić kogoś, kto nie rozróżnia lansu, czy parcia na szkło od konieczności cywilizacyjnej.

            Widziałem już różne przypadki rodziców, którzy swoją próżność i chęć zabłyśnięcia, realizowali wykorzystując do tego celu dzieci: Wstrzykiwanie dzieciom botoksu, makijaż i konkursy piękności, samotne rejsy dookoła Świata, pilotowanie samolotu..., cholera..., gdy ludziom się nudzi, to im odwala.

            Wiem, że istnieje coś takiego, jak konieczność poznawania Świata przez dziecko, zdobywania nie tylko nowych umiejętności, lecz także pewności siebie, wytrwałości, wytrzymałości. Wiem, że już profesjonalny trening sportowy, czy artystyczny bywa dla dzieci obciążeniem, z którym nie mogą sobie poradzić. Zatem granica między rozwijaniem dziecka, a bezsensownym narażaniem jest bardzo płynna, często niewidoczna. To jest jednak tak, jak ze zsiadłym mlekiem: Nie wiemy dokładnie, kiedy się mleko zsiadło, czasem mleko jest wątpliwe, jednak większość badanych próbek mleka jest jednoznaczna: jest skwaśniałe lub słodkie. To, że sama granica jest płynna, nie oznacza, że nie ma obszarów pewności. I tak samo z tymi dziećmi: To prawda, że czasem nie da się jednoznacznie sytuacji ocenić, wtedy należy zostawić decyzję rodzicom, jako pełnoprawnym opiekunom odpowiedzialnym za dziecko. Jednak są sytuacje, które są jednoznaczne i wtedy żadne gadanie, że to mamusia albo tatuś, nie powinny mieć racji bytu. Ja przynajmniej sobie tego nie wyobrażam. Za wrzucenie dziecka między rekiny, czy do krateru wulkanu, rodzice powinni dostać wyroki w zawieszeniu i dotkliwe kary finansowe. Chociaż nie, źle napisałem. Żadne „powinni”, to tylko ja tak uważam, co nie zmienia faktu, że taka jest moja opinia. Dziecko, to nie własność prywatna.




19:11, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (41) »
czwartek, 12 lipca 2012

            Zaczynają się wakacje, zaczynają się lekkie tematy i odgrzewanie kotletów. W polityce in vitro, natomiast w życiu duchowym... MADONNA.

            Tak, tak, kotlet do odgrzania, pamiętamy gdy w 2009 nie pasowała data koncertu 15 sierpnia, a w tym roku nie pasuje 1 sierpnia. Przy czym protestujące stowarzyszenie „Krucjata Młodych” tak oto przedstawia Madonnę: „Udaje Maryję, wiesza się na krzyżu, promuje homoseksualizm, szydzi z wartości”. Jak podaje serwis Onet, KM nazywa Madonnę "podstarzałą piosenkarką, nazywającą się Madonną". Zarzuca jej przy tym chęć "uraczenia" Polaków "perwersją i skandalami, do tego występując z playbacku". Na domiar złego konserwatyści zwracają uwagę na datę planowanego koncertu - 1 sierpnia (2012 r.), czyli rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. I wracają do jej koncertu sprzed trzech lat, gdy "próbowała zepsuć święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny".

 

            Wybaczcie, ale nie mogę powstrzymać się od śmiechu, gdy koncert gwiazdy muzyki klubowej łączony jest z takimi pojęciami, jak „uczucia religijne”, czy „pamięć poległych powstańców”. Przepraszam, a co ma jedno z drugim wspólnego?

 

            W ogóle nie mogę się powstrzymać, by nie ponabijać się z Krucjaty Młodych, a raczej piszę dziś ten felietonik, by tego właśnie dokonać. Bo gdzież to nazwać się „KRUCJATA”. Trzeba mieć nieograniczone braki historyczne, by nie wiedzieć, że „krucjata” kojarzy się z bandą zbirów, płatnych morderców i rzezimieszków z całej Europy, zebranej pod znakiem krzyża, wsławionej mordami i rabunkami dokonanymi na ziemiach chrześcijańskich, przez które przechodzili. Inne skojarzenie wiąże się ze złożeniem „krucjata młodych”- przypomina mi „krucjatę dziecięcą”, zdarzenie pokryte kurzem niepamięci i przekłamań. Był rok 1212, kilkoro dzieci miało haluny, czy też, jak wolą chrześcijanie „objawienia”, w których nakazano im stworzyć krucjatę, przed którą rozstąpić się miało Morze Śródziemne, by zaatakować muzułmanów i wyzwolić „Ziemię Świętą”. Podobno niewinność dziecięca miała im to umożliwić. Cóż, nie tyle niewinność, ale słabość dziecięca uniemożliwiła im dotarcie do celu. Przekazy nie są zgodne, ale wyłania się z nich taki mniej- więcej obraz, że dzieci się podzieliły, jedna z „armii” dotarła do brzegów Morza Śródziemnego, które rozstąpić się nie chciało, więc się rozeszli, każde w swoją stronę. Druga, większa, została gdzieś ucapiona przez króla Filipa II Augusta i rozgoniona do domów. Mało które z dzieci wróciło do domu- Europa z początku XIII wieku nie sprzyjała dziecięcym podróżom, czyniąc z dzieci łatwy łup dla głodu, chłodu, chorób, a w najlepszym wypadku dla handlarzy niewolników. No, ale jeśli ktoś jest nierozgarnięty, to i nazwie się „Krucjata Młodych”.

            Największy rechot wzbudza jednak zarzut czyniony Madonnie, że nazywa się „Madonną”. To tak, jakby jakiś psychol miał do mnie pretensje, że nazywam się „Piotrem”. No, tak jej na chrzcie dali: Madonna Louise Veronica Ciccone- córka patologicznie religijnych rodziców, którzy postanowili uszczęśliwić ją takim imieniem. Moi drodzy szaleńcy z „Krucjaty Młodych”. Podobno zrzeszacie głównie studentów. To nie jest moja sprawa, lecz na wszelki wypadek was informuję, że jeżeli wasza wiedza z zakresu studiów będzie taka, jak w zakresie akcji przez was organizowanych, to po otrzymaniu dyplomów będziecie płakać, że „macie studia” i nie macie pracy. I znowu będzie wina Tuska, że nikt nie chce zatrudniać niedouczonych pyszałków, którym się wydaje, że papier oznacza wiedzę.

 

            W ciągu ostatnich kilku lat powstało kilka wspaniałych projektów upamiętniających Powstanie Warszawskie. Pierwszego sierpnia odbywają się w Warszawie arcyciekawe imprezy upamiętniające ten tragiczny i heroiczny zryw. Ich poziom jest bardzo wysoki, a wstęp jest bezpłatny, bądź za symboliczną opłatą. Gdybym był w Warszawie 1 sierpnia, to musiałbym na łeb upaść, by wybrać koncert Madonny. Są jednak tysiące ludzi, którzy sierpniowej Warszawy by w życiu nie odwiedzili, gdyby nie koncert gwiazdy- może przy okazji się dowiedzą czegoś o Powstaniu Warszawskim, bo gdyby nie Madonna, to wygrzewaliby się na bałtyckich plażach. To zupełnie inna grupa konsumentów segmentu rozrywki. Panie i panowie z KM, nie wiem co chcecie osiągnąć i komu zrobić reklamę: sobie samym, czy Madonnie, ale robicie siarę. Co tam jeszcze zarzucacie??? Że się wiesza na krzyżu? Bo to mało ludzi się wiesza? Choćby aktorzy podczas misteriów męki pańskiej. Czy to w Górze Kalwarii, czy drastyczniej- na Filipinach, czy też spontanicznie, jak Joanna od krzyża. Że stara? No, swoje lata ma, ale gdy sobie przypomnę, jaki show dawała Tina Turner, Mick Jagger, czy Jan Paweł II, to zupełnie nie rozumiem wątpliwości- da radę!!! A złośliwe komentarze, to po prostu cena sławy.

 

 



11:40, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
wtorek, 10 lipca 2012

            Na kilku blogach równolegle i niezależnie poruszono tematy kondycji psychicznej człowieka w kontekście zdolności do okrucieństwa. Nitager zastanawiał się, co sprawia, że człowiek jest zdolny do takich czynów (kliknij, jeśli chcesz poczytać), a Cheronea rozważała, czy każdego człowieka da się przerobić na bestię (kliknij, by dowiedzieć się więcej). Temat jest na tyle interesujący, że i ja dorzucę swoje trzy grosze.

            Człowiek, jako istota omylna, posiada w swojej psychice mechanizmy obronne, pozwalające mu łatwiej przejść przez swoje niepowodzenia. Ludzie z osłabionymi mechanizmami obronnymi,  pakują się w olbrzymie problemy psychiczne, wiążące się z poczuciem winy, pojawiającym się przy najdrobniejszej porażce. Jest jednak druga strona medalu. Ludzie, którzy mają zbyt dobrze rozwinięte mechanizmy obronne, potrafią usprawiedliwić każdą podłość, której dokonują. Szczególną rolę tutaj odgrywa intelektualizacja, ze szczególnym jej rodzajem, dehumanizacją. Dehumanizacja, to w skrócie rzecz ujmując, odebranie innemu człowiekowi praw przysługujących ludziom.


            Dlaczego dehumanizacja jest tak niebezpieczna? Każdy z nas żyje z nią od dziecka. Już jako małe dzieci, uczymy się odbierać prawo do krytyki swoich zachowań. Gdy rodzic powie dziecku „nie chodź po kałużach”, dziecko odpowiada „a ty chodzisz”, czyli „nie wolno ci mnie krytykować, bo robisz to samo”. I dziecka nie obchodzi, że dorosły jest uodporniony, że jego buty są z grubszej skóry, dziecko nie chce słyszeć z ust dorosłego krytyki swojego zachowania. Gdy rodzic próbuje się wytłumaczyć, następuje automatyczne odejście od tematu konsekwencji, jakie za sobą niesie dla dziecka chodzenie po kałużach, a zostaje dyskusja o rodzicu. Później, gdy dziecko rośnie, jest już tylko gorzej. Niemal każda niewygodna uwaga rodzica, spotyka się z kontrą dziecka „a ty, jak byłeś w moim wieku, to co robiłeś”. Mechanizm pozostaje bez zmian: „nie wolno ci mnie krytykować”. Jeżeli rodzic nie będzie umiał stanowczo urwać takiej demagogii, tłumacząc że jedyną istotną rzeczą jest to, jakie konsekwencje ma postępowanie dziecka, to nauczy swoją pociechę używania dehumanizacji na co dzień. Nie oszukujmy się, sprawa łażenia po kałużach nie jest najistotniejsza w procesie wychowawczym. Mamy sprawę agresji, bójek, kradzieży, oszustw. Dziecko wprawione w dehumanizacji, posuwa się coraz dalej i dalej, a porównuje się zawsze do NAJGORSZEGO przykładu, jaki widzi w okolicy. Już nie jest to tylko „a ty robisz to samo”, ale jest „a dlaczego Józio z sąsiedniej klatki może to robić, a ja nie mogę”?!

            Po latach takich treningów, niewinna demagogia urasta do patologii. Oszust podatkowy powie, że „TAM W RZĄDZIE UNY KRADNĄ NIE TAKIE PIENIĄDZE”, kieszonkowiec okradnie przechodnia, bo „skąd on ma tyle kasy przy sobie, a poza tym frajer jest, że się daje skubnąć”. Zawsze jest jakieś wytłumaczenie, dlaczego można kogoś pozbawić jego własności.

            Od takich kradzieży jest już tylko krok do komunizmu. Pozbawić bogatego własności, no bo „skąd on to ma, przecież że nie z uczciwej pracy”. Można tu stosować przeróżne tłumaczenia. A to, że historycznie to jego przodkowie MUSIELI wyzyskiwać moich przodków i to tylko AKT SPRAWIEDLIWOŚCI DZIEJOWEJ, a można powiedzieć w skrócie, że „uczciwie nie da się tyle zarobić”. Dlaczego komunista dokonuje dehumanizacji bogatego i odbiera mu prawo własności? Wcale nie dlatego, że jakoś ma z nim szczególne porachunki, sam na sam i w oczy by tego raczej nie powtórzył. Chodzi o to, by NIE ZEZWOLIĆ NA KRYTYKĘ SWOJEJ GRABIEŻY. Chodzi o usprawiedliwienie siebie samego za swoją podłość. I najlepiej taką grabież scedować na PAŃSTWO. Tę samą metodę stosuje dzisiaj Kościół. Oprócz tego, że prosi o datki, wyrywa je z kieszeni nieświadomego podatnika za pośrednictwem państwa. I też za pomocą intelektualizacji, ze szczególnym uwzględnieniem dehumanizacji, tłumaczy dlaczego podatnik ma na niego płacić, choć się na to nie zgadza.

            Idealnym przykładem do obserwacji ewolucji dehumanizacji są Niemcy lat trzydziestych dwudziestego wieku. To nie była eksplozja zła, tak jak to było podczas rewolucji francuskiej, czy rewolucji październikowej. To było STOPNIOWE odbieranie praw Żydom. Początkowo policja odmawiała ścigania łobuzerii, która malowała na domach i sklepach żydowskich rasistowskie hasła, później już ustawowo ograniczono prawa obywatelskie Żydów, by na zakończenie odmówić im PRAWA DO ŻYCIA.

BO IM SIĘ NALEŻAŁO.

           

            Wystarczyłoby jednak nadstawić łaskawiej ucha na to, co się dzieje w III Rzeszy, stanowczo odmawiać współpracy z państwem łamiącym prawa wolnego świata, odmawiać finansowania, handlu, na każdym kroku się przeciwstawiać praktykom dehumanizacyjnym, by władze Niemiec nie czuły się tak bezkarne. Między innymi dlatego tak sprzeczne uczucia targają mną, gdy pomyślę o współczesnych Chinach, które nadal negują prawa człowieka. Boję się, by tam nie doszło do przejęcia władzy przez szaleńca, bo państwa demokratyczne coraz rzadziej głośno wyrażają swój sprzeciw wobec Państwa Środka. Następuje milczące przyzwolenie na to, co się tam dzieje.

            Nieco inaczej przedstawia się sprawa rewolucji (zarówno francuskiej, jak i październikowej). Tutaj nastąpiła eksplozja spowodowana nędzą. Bogate warstwy odrzucały działania osłonowe dla biedoty, która była izolowana między innymi od edukacji i opieki medycznej. Biedota bowiem również była zdehumanizowana. Nastąpił wybuch. Jednak o ile we Francji po rewolucyjnych ofiarach następował stopniowy wzrost szacunku dla każdego człowieka, o tyle w Rosji Sowieckiej zdehumanizowano na dziesiątki lat każdego, kto ośmielał się mieć więcej niż inni. Dopiero „Pieriestrojka” zapoczątkowała inne spojrzenie. Na dzień dzisiejszy każdy cywilizowany kraj zapewnia swoim obywatelom wędkę, czyli oświatę, zapewnia też podstawową ochronę (oczywiście nie można powiedzieć, by działała idealnie, jednak nie ma państwa bez policji, sądów, systemu opieki zdrowotnej).


            I tak wyszedłem od niewinnej dziecięcej demagogii, a skończyłem na zbrodniach komunizmu i faszyzmu. Dobrze by było, gdybym zatem powiedział, jakie widzę wyjście. Uważam, że należy konsekwentnie ucinać wszelkie demagogiczne odbieranie praw obywatelskich i ludzkich. Jeżeli więc ktokolwiek nam wmawia, że nie wolno  nam czegoś krytykować- nigdy, przenigdy nie dawajmy na to zgody, bo brak krytyki oznacza akceptację i tak to będzie interpretowane przez rozmówcę.  Droga do zgody jest inna: TY NIE SZKODZISZ MI, JA NIE SZKODZĘ TOBIE. Zamiast „ JA NIE MÓWIĘ GŁOŚNO, ŻE TY MI SZKODZISZ, A TY NIE MÓWISZ GŁOŚNO, ŻE JA SZKODZĘ TOBIE” lepiej po prostu nie szkodzić. Nie łudźmy się, że ktokolwiek zgodzi się na odebranie wolności obywatelskich bez walki.



16:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
piątek, 06 lipca 2012

            Na moim bliźniaczym blogu w serwisie „Onet”, zamieściłem opowiadanie, które startuje w konkursie i z powodów regulaminowych, nie może być publikowane na innych serwisach- chętnych do zapoznania się z treścią, zapraszam. Pod tekstem znajduje się link „skomentuj”, który przeniesie Was z powrotem na "Blox"- do komentarzy.

 

Kliknij, by przeczytać opowiadanie.

 

Ponieważ konkurs dotyczy roli ojca, od razu skojarzył mi się z nim ten oto utwór muzyczny:

 

            Pamiętam też zamieszanie, jakie sukces Arki Noego zrobił w naszym showbiznesie. Od razu dało się słyszeć głosy krytyki: A to, że wykorzystano dzieci, a to, że TVP1 na zamówienie programu „Ziarno” zrobiła teledyski do wszystkich utworów płyty zespołu- żadnego innego zespołu nie stać było na taki luksus promocyjny! A ja się cieszę, że zespół powstał, a do samego Roberta Friedricha mam wiele sympatii (wszak Acid Drinkers oraz Flapjack i KNŻ do dziś rzucają mnie na kolana). Sympatia nie ogranicza się do podziwu dla jego rockowych dokonań- w wywiadach ukazuje się jako skromny facet, który po sukcesie Arki Noego i zarzutach nachalnej manifestacji wiary mówił: „Kim ja jestem, by komukolwiek narzucać ideologię- ja zrobiłem swoją robotę, a wy róbcie, co chcecie”. I naprawdę nigdzie nie natknąłem się na żadną natrętną propagandę w jego wykonaniu- to człowiek bez cienia pychy. Wiem, że podczas koncertów Arki Noego dawał się ponosić scenie i wychodzić na front, przed śpiewające dzieci, ale to przecież showman, gra dla ludzi, a ludzie chcą odrobinę widowiska. Piszę o nim z jeszcze jednego powodu: To też ojciec... i to jaki! Siedmioro dzieci! „Busy man”, jak mawiają Irlandczycy!

            Na zakończenie jeszcze jedna dziecięca grupa muzyczna, dla lidera grupy, również ojca, mam jeszcze chyba więcej sympatii. Pan VooVoo, czyli Wojtek Waglewski z dziećmi (nie tylko swoimi) i legendarne Małe WuWu!



17:23, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2
Tagi