RSS
piątek, 25 lipca 2014

            Był rok 1991. Z dawna wyczekiwany koncert. Wydawało się, że Dżem się skończył. Zespół nie był w stanie współpracować z uzależnionym od wszystkiego wokalistą, Ryszardem Riedlem. Stał się jednak mały cud, Rysiek poszedł na odwyk, napisał teksty na wspaniałą płytę „Detox”, zespół uwierzył Ryśkowi, a wytwórnia zespołowi i ruszyli w trasę promocyjną. Trafiłem na kameralny koncert w klubie Riviera Remont (nie na głównej scenie- też taki był tamtego roku). „Zielony Piotruś” na początek, potem wyszedł Rysiek i się zaczęło: „Harley mój” i potem już jazda do końca..., jak ja się cieszyłem!


            Dziś to brzmi dziwnie, ale wtedy drażniło mnie, gdy grali jakieś „nowości”. Czy dziś w ogóle ktoś może zmieścić w głowie, że był czas, gdy „Jak malowany ptak” i „List do M.” były nowością? Tak, to było tuż po tym, jak wyginęły mamuty! Czy w ogóle dziś ktoś sobie wyobraża koncert Dżemu bez tych dwóch numerów? Ja tak, bo wtedy czekaliśmy na...., cholera, na co my nie czekaliśmy...?! Chcieliśmy, by zagrali wszystko, najlepiej dwa razy! A koncert był krótki, zespół niechętnie wychodził do bisów, choć cała sala ich wołała, skacząc rytmicznie (nie wiem, jak to zniósł parkiet, właściwie wcale nie pamiętam, czy tam był parkiet, ale tłukliśmy się tak, że wszyscy diabli z piekła chyba kogoś wysłali na górę, by nas uciszył, tyle że bisów było niewiele, więc diabli mogli się załapać co najwyżej na piwo po koncercie).


            Dżem był świętością- jednoczył miłośników każdej odmiany rocka. Kupiłem, oczywiście że kupiłem „Detox” i po kilku przesłuchaniach zawładnął mną całkowicie. Kto by im nie wybaczył krótkiego koncertu i niechęci do bisowania, skoro po prostu byli. Wybaczyłem nawet to, że Rysiek zwracał się do nas ze sceny per „dzieciaki”! Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie widziałem Ryśka z tak bliska, choć byłem później na jeszcze kilku ich koncertach (studenckie życie, studenckie możliwości). Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że on naprawdę ma ostatnią szansę- mówiły o tym wychudzone ciało, zmęczona twarz i pokaźne braki w uzębieniu. Pomyślałem sobie po raz pierwszy, że skoro taka ikona nie może zrobić sobie zębów, to jest bardzo źle. Nie myliłem się, Rysiek był już w łapach śmierci, choć wtedy niewiele osób dopuszczało do siebie taką myśl. Miesiąc, może dwa miesiące później byłem na jednym z pierwszych polskich seansów filmu Oliviera Stone'a „The Doors”. System dolby dopiero wchodził do kin, ale kino „Skarpa” go posiadało- bardzo podkręcał emocje. Tam poczułem tchnienie śmierci- film mną wstrząsnął. Byłem tam z tą samą dziewczyną, co na koncercie Dżemu, nie przeżyła wiele Ryśka, choć była od niego dużo młodsza. Bo jemu właśnie ten post jest poświęcony. 30 lipca mija dwudziesta rocznica śmierci legendarnego wokalisty i tekściarza. Dwadzieścia lat!!! Nie chce mi się wierzyć!

            Po śmierci Ryśka nie byłem na żadnym koncercie Dżemu. Nie dlatego, żebym muzyków nie szanował, wręcz przeciwnie, dla mnie są nierozerwalną częścią tej legendy. Nie potrafiłem się jednak przemóc. Bałem się, że zniszczę coś wielkiego.

            Wspomniałem o dziewczynie. Koncerty Dżemu kojarzy mi się z niezliczoną ilością młodziutkich, ślicznych fanek, prawie dzieci. Wtedy to dla mnie było synonimem życia. Muzyka, energia, piękne dziewczyny. I zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że dla wielu z nich takie życie, jakie prowadziły, może być początkiem umierania. Ale jak ja miałem się tego spodziewać, skoro one same w to nie wierzyły? Ile z nich mogło się wtedy spodziewać, że zazna wszystkiego, co opisuje utwór „Koszmarna noc”, czy „Malowany ptak”? Ile z nich spodziewało się, że „Modlitwa” będzie i ich modlitwą? W dniach 25-27 lipca w Chorzowie odbywa się XVI Festiwal „Ku przestrodze” im. Ryśka Riedla- kliknij tu, by poznać szczegóły. Ja mam w głowie inną myśl: Ile osób tam obecnych, weźmie udział zgodnie z ideą festiwalu, a ile wręcz przeciwnie? Ile osób słuchając utworów Dżemu naprawdę zastanawia się nad tym, jaki los zgotował sobie Rysiek? Jak wyglądało jego życie?

            Gdzieś w środku jesteś dobrym człowiekiem. Chcesz każdemu zanieść serce na dłoni, dać wszystko, co najlepsze. Przychodzi jednak taki moment, gdy narkotyk jest ważniejszy, niż wszystko: Ważniejszy niż miłość, ważniejszy niż praca, ważniejszy niż nauka, ważniejszy niż dzieci, ważniejszy niż rodzice, ważniejszy niż przyjaciele. Poświęcasz mu cały swój czas a dla innych masz tylko ból i rozczarowanie. Jeżeli pracujesz, to tylko po to, by go zdobyć. Bez niego niczego nie zaczynasz, a przez niego niczego nie kończysz. To nie życie, to umieranie. Nawet, jeżeli miałoby trwać 20- 30 lat, to nie jest życie, lecz czekanie na śmierć, bo gdy człowiek nie kieruje życiem, lecz pada tam, gdzie go rzuci los, nie różni się to niczym od agonii.

 

17:30, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 21 lipca 2014

            Wielki Głód, Ukraina, lata 1932-1933, klęska głodu spowodowana decyzją Stalina o przymusowej kolektywizacji i konfiskacie plonów (propaganda mówiła, że to na przyszły zasiew). Niemcy, Anglia, Francja, Holandia milczą. Ginie ok. 10 milionów mieszkańców tych ziem (niektórzy historycy piszą o 8 milionach, jeszcze inni aż o 15!), a dziennikarze z tych krajów, pracujący jako korespondenci z ZSRR nie tylko milczą, ale i wychwalają reformy Stalina (to chyba właśnie w stosunku do tych pismaków użyty został po raz pierwszy termin "użyteczni idioci"). Państwa te do dziś nie uznały Wielkiego Głodu za ludobójstwo.

            Rzeź Wołyńska, Ukraina, lata 1943-1944, masowe mordy Polaków dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na obszarze Wołynia i Wschodniej Małopolski. Ginie 50- 60 tysięcy Polaków, niektóre źródła mówią nawet o przeszło 100 tysiącach. Zginęło z rąk nacjonalistów także po ok.1000 Ukraińców i Żydów, ponad 300 Czechów, ponad 100 Rosjan oraz 2-3 tysiące Ukraińców zabitych w polskich akcjach odwetowych. Świat milczy do dziś, jedynymi używającymi oficjalnie terminu „ludobójstwo” są Polacy.

            Rebelia separatystów, Wschodnia Ukraina, rok 2014, ciężko ustalić liczbę ofiar, lecz bywają dni, gdy agencje donoszą o nawet kilkuset ofiarach w ciągu jednej doby. Świat milczy. W szczególności Niemcy i Francja, będące w trakcie realizacji intratnych kontraktów z Rosją. Wielka Brytania i Holandia też nie wychylają się przed szereg i siedzą cicho. Ich głos nie jest donośniejszy, niż w wypadku debaty o imporcie wołowiny.

            Zestrzelenie Boeinga 777, Wschodnia Ukraina, ginie prawie 300 niewinnych osób, które w żaden sposób nie były związane z konfliktem. Dorośli i dzieci udający się na wakacje, naukowcy podążający na konferencję o AIDS, inni podróżni, cała załoga malezyjskiego statku powietrznego. Czy tych 300 ofiar będzie miało taką moc, jak 300 Spartan, którzy dali czas na obronę Aten? Przecież w porównaniu do wcześniejszych masowych mordów, liczba jest znikoma! Udające do tej pory Greka, nomen- omen, Wielka Brytania i Holandia, dziś ostro reagują, gdyż na pokładzie byli ich obywatele (według mojej wiedzy, aż 193, to Holendrzy, 10 Brytyjczyków). Bardzo ostra jest także reakcja Australii (27 ofiar). Bezczelność i cynizm Putina wobec takiej tragedii, wreszcie został przez nich dostrzeżony. Tymczasem zaczynam odnosić wrażenie, że Niemcy znów zmieniają ton na właściwy negocjacjom gospodarczym, a Francja udaje, że jej nie ma, że nie zauważyła bo jest właśnie czymś mocno zajęta. Obym się mylił!

            Daleka Ukraina może zmaterializować się wszędzie. W Syrii, Izraelu, Kosowie, Indiach, Pakistanie, a także w Polsce. I nie tylko za sprawą Rosjan, czy Ukraińców. Tymczasem solidarność międzynarodowa objawia się dopiero wtedy, gdy jest zagrożony jakiś wspólny interes finansowy. Chyba, że tragedia dotknie ich bezpośrednio. Żałuję, że nikt nie przeprowadził badań, jak się zmieniało podejście Holendrów do tego, co się dzieje na Ukrainie na przestrzeni ostatniego tygodnia!

 

 

13:58, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
sobota, 19 lipca 2014

            Tragedia Boeinga 777 przyćmiła pozostałe wydarzenia i aż niezręcznie się czuję podejmując inny temat. Postanowiłem się za niego zabrać, bo według mnie jest w nim pewna lekcja dla nas, Polaków. Lekcja, która może się przydać w sytuacjach kryzysowych.

            Niejaka Shannon Guess Richardson, amerykańska aktoreczka, została skazana na 18 lat więzienia za wysłanie pokrytych silnie toksyczną rycyną do prezydenta USA Baracka Obamy i do burmistrza NY, Michaela Bloomberga. Wyrok jest i tak obniżony na mocy ugody między prawnikami (warunkiem było przyznanie się do winy i współpraca oskarżonej z prokuraturą). Nie towarzyszyły temu żadne polityczne emocje: Przestępczyni musi odpowiedzieć za próbę zabójstwa prezydenta i tyle! Mimo polaryzacji sceny politycznej USA, mimo ostrej walki republikanów z demokratami, nikomu nawet do głowy nie przychodzi wstawić się za przestępcą atakującym politycznego przeciwnika. Co innego nad Wisłą!


            Spróbowałem sobie wyobrazić, co by było, gdyby listy powleczone rycyną były zaadresowane do premiera Tuska i prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz- Waltz. Ile razy z ust polityków opozycji padłyby słowa „nie pochwalam metody, ale rozumiem motywy”- tego, mam nadzieję, nie dowiemy się nigdy, ale biję każdy zakład, że byśmy je usłyszeli, podobnie jak usłyszelibyśmy lament, że wyrok grożący sprawcy „wybryku” jest nieludzko wysoki. Z przykrością zauważam, że Polacy nie rozumieją pojęcia „interes kraju”, mylą go z interesem partyjnym, bądź wyznaniowym. Dlaczego tak sądzę? A..., zgadnijcie!

            Na terytorium sąsiada Polski zestrzelono samolot pasażerski, a ze strony opozycji usłyszałem „Smoleńsk, kurwa”. Do tego "Sikorski jest głupi i sprzyja Rosji". Aaa..., przepraszam..., słyszałem jeszcze „kto myśli, że to Rosjanie lub separatyści (zestrzelili Boeinga), jest nienormalny”. Zgadnijcie, jaki „normalny” to powiedział?! Czy Polacy zdają sobie sprawę, że nawet w obliczu działań wojennych w państwie ościennym, Rząd RP spotyka się z większym zaangażowaniem w prace nad zmianą naszej strategii międzynarodowej (w związku z kryzysem ukraińskim) ze strony rządów państw Unii Europejskiej, niż ze strony partii opozycyjnych? Pozostawiam to do przemyśleń.


 

00:24, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
czwartek, 17 lipca 2014

            Chodzi mi po głowie taki film: Są chyba wakacje, bo w prowincjonalnym miasteczku spotyka się grupka dawnych przyjaciół, która układa sobie życie w świecie. Ledwo wchodzą w dorosłość. Któregoś dnia, jeden z nich oświadcza, że zgłosił się do Armii Stanów Zjednoczonych, by walczyć w Wietnamie. W jednej z następnych scen, akcja przenosi się jakiś czas naprzód: Do domu świeżo upieczonego żołnierza przybywają jacyś smutni panowie, a matka chłopaka wpada w histeryczny płacz- tak dowiadujemy się, że zginął na froncie. A pamiętamy go, jako uśmiechniętego, beztroskiego, sympatycznego, zdolnego....


            Do dziś byłem przekonany, że miało to miejsce w filmie „Cudowne lata”. Głowę bym dał sobie uciąć, że Fred Savage, aktor wcielający się w Kevina Arnolda- głównego bohatera filmu, powiedział wtedy „...i tak zakończyły się moje cudowne lata”. Potem były krótkie ujęcia ze wspomnieniami z dzieciństwa, te z poległym przyjacielem w roli głównej. Ujęcia szczęśliwych, uśmiechniętych, pełnych wiary w przyszłość nastolatków i świadomość, że jeden z nich został tej przyszłości pozbawiony. Niemal słyszę motyw serialu, słynny utwór The Beatles „With The Little Help From My Friends” w powalającej aranżacji Joe Cockera. Chciałem odnaleźć ten odcinek w sieci i odnalazłem ten poniżej, który jest prawdopodobnie ostatnim. Z jego treści wynika, że ten, o którym byłem przekonany, że zginął w serialu, „żyje do dziś i nadal ma alergię na wszystko”. Czy potrafi ktoś mi pomóc? Co ja w takim razie zapamiętałem? Który z seriali miał takie właśnie zakończenie?


            Naszło mnie, bo zauważyłem wzmiankę o spotkaniu odtwórców głównych ról serialu- Kevina i Winnie. Naszło mnie, bo dowiedziałem się niedawno, że brat mojej znajomej ma w domu powołanie do Armii Ukraińskiej, lecz go nie odbiera (na szczęście, pracuje w Polsce). I że kilku kolegów z okolic jego wsi poszło do wojska, a kilku z nich już wróciło w plastikowych workach. Są dni, gdy agencje donoszą o setkach ofiar, a my jakoś nie rozumiemy, jaka tragedia rozgrywa się tuż za granicami Polski. Myślę sobie, że w głębi serca jesteśmy wiecznymi dziećmi z marzeniami i planami na przyszłość, aż przychodzi śmierć i wtedy kończy się nasze dzieciństwo.


 

 

14:38, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (24) »
środa, 16 lipca 2014

            Mniej- więcej ćwierć wieku temu grupa Big Cyc święciła triumfy piosenką „Ballada o smutnym skinie”. Śpiewano ją w całej Polsce i dzięki temu siermiężnemu, lecz jakże wpadającemu w ucho kawałkowi, stało się coś niezwykłego: Młodzi Polacy zrozumieli, że bycie nacjonalistą jest zwyczajną siarą, że faszyzujące gnojki mają kłopot z poprawnym złożeniem zdania, a chcą nas uczyć patriotyzmu. Oj (nomen- omen), wywiało wtedy skinów z Jarocina. Fakt, zawsze pojawił się jakiś masohista przyjeżdżający tam solowo, ba, byłem nawet pełen podziwu dla takich samobójczych kroków, ale (używając metafory) każdy jełop wie, że nie wchodzi się na „Żyletę” w barwach Widzewa, a oni nawet tego nie wiedzieli. Dziś ta plaga powraca, nie bez udziału polityków, a despotyzm, rasizm, ksenofobia i inne formy dyskryminacji ludzi za to, kim są, mają się coraz lepiej. Ponieważ Big Cyc jakoś przycichł, pozwoliłem sobie po amatorsku wypełnić tę niszę, choć wolałbym, by ten numer śpiewał Dżej Dżej, nawet śmiem twierdzić, że jego wokal by tu świetnie pasował. A tak, musicie znieść moją nieszczęsną interpretację. Zapraszam!

 

Pieśń o Januszu Korwin- Mientkiem- kliknij tu, by wysłuchać pieśni.

 

posłuchajcie opowieści

o herosie na prawicy,

co ma wygląd, jakby przeszedł

ciężki uraz odbytnicy;

 

już od dziecka wojowniczy

był nasz janusz korwin mientki:

walczył z kotkiem za pomocą

rurki ze swojej łazienki;

 

lecz nie myślcie, że jednego

wroga tylko miał bohater:

skopał kiedyś biedną myszkę,

co złapała się w pułapkę,

 

muszkom zwykł wyrywać nóżki,

ptakom sypał szczurzą trutkę,

gdy nauczył się grać w brydża,

zaczął nosić śmieszną muszkę;

 

jak już dorósł, to napieprzał

dyscypliną swoje dzieci,

jeśli krzywo się spojrzały

lub nie chciały wynieść śmieci,

 

ale bił nie tylko dziatki,

żonę także lubił ćwiczyć,

bo chciał być ekonomistą

i był bardzo wojowniczy!


hej, mopanku, takiej szlachty

na salony nie wpuszczano

glancowała pańskie buty

żeby pięknie lśniły rano

 

miejsca swego gdy nie znała

knutem ciężkie cięgi brała

w muszce cap jest dalej capem

moczem zadnie znaczy łapy

 

marzył żeby być wojskowym:

patrzeć wrogom prosto w oczy,

walczyć z nimi z bronią w ręku,

no bo kto by mu podskoczył;

 

lecz nie myślcie że na froncie

służył nasz bohater silny,

ochotnikiem został bowiem

w plutonie egzekucyjnym;

 

by rozwinąć swe zdolności,

zaczął ćwiczyć sztuki walki;

z kobietami boje toczył

-zapytajcie się piekarskiej

 

lecz niedawno to sam siebie,

przeszedł janusz korwin mientki:

jedenaście roków temu

był poprzysiągł krwawą zemstę;

 

jedenaście lat bez mała

korwin mientki się gotował:

ćwiczył boksy, robił pompki,

by boniemu przylutować!

 

zauważmy jaki jest nasz

korwin mientki honorowy,

że se wybrał przeciwnika

co jest niższy równo głowę;

 

po sukcesie tym niezwykłym,

postanowił pójść za ciosem:

wjazd chce zrobić do hospicjum

za honoru idąc głosem!

 

a w ferworze ciężkiej walki

na przedszkolu numer osiem,

zmiażdżył na oczach smarkaczy

przedszkolankę- panią zosię!

 

hej, mopanku, takiej szlachty

na salony nie wpuszczano

glancowała pańskie buty

żeby pięknie lśniły rano

 

miejsca swego gdy nie znała

knutem ciężkie cięgi brała

w muszce cap jest dalej capem

moczem zadnie znaczy łapy

 

widzę kaftan, widzę klatkę,

zastrzyk uspokajający,

widzę też jak sanitariusz

Korwinowi goli wąsy;

 

i nie trzeba być prorokiem,

wróżką także być nie trzeba,

żeby wiedzieć gdzie zakończy

ten kawałek w muszce z(j)eba*

 

esta- esta, to nie bajka

kongres nowej to prawicy!

drżyjcie dzieci i kobiety:

korwin mientki sam ich ćwiczył!

 

zapytacie się dlaczego

nikt na ringu z nich nie walczy;

cóż, pampersy są za drogie

i wypłaty nie wystarczy!

 

stres na ringu jest zbyt duży,

kategorie są wagowe,

no i nie ma przeciwników,

co są mniejsi o połowę!

 

mamy by nie nadążały

prać bielizny korwinistom,

więc napieprzać wolą dzieci

i to już na dzisiaj wszystko!

 

Hehehe..., albo nie..., kłamałem...

 

myślę sobie: może trzeba

nad człowiekiem się zlitować?

skoro tak się bardzo prosi,

glana dać mu zakosztować...

 

...patrząc jednak z drugiej strony,

tak to sobie myślę o tym:

dzięki niemu prokurator

i psychiatra ma robotę!

 

SRU!

 

(*) zeb- zjeb bez „jot”.

 

 

            Na zakończenie proponuję sobie przypomnieć „Balladę o smutnym skinie”. Ten numer naprawdę zrobił dobrą robotę w oczyszczaniu Polski z faszystów.


 

01:43, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 14 lipca 2014



            Działo się to w dzień debaty o konstruktywnym wotum nieufności dla rządu Tuska. Debaty olanej przez wszystkich (z partią rządzącą włącznie), skutkiem czego zmieniła się w monolog- ulubioną formę sceniczną prezesa Kaczyńskiego. Powód olewki znamy wszyscy, na wszelki wypadek jednak przypomnę: Skoro prezes nie był w stanie zgromadzić wystarczającej ilości posłów, by zaledwie kilka dni wcześniej zastopować wotum zaufania dla tego samego rządu, czyli po prostu powiedzieć mu „NIE”, to tym bardziej nie było szans zgromadzić chętnych do wyboru osobistej pacynki Kaczyńskiego na premiera. Wiedział o tym każdy, dlatego żaden program publicystyczny nie zawracał sobie gitary tym wydarzeniem, które dupy zwyczajnie nie urywało. I wtedy dostałem ten film...

            To było coś, na co czekałem. Coś, co idealnie wpasowało się w mój stan ducha: Wskoczyć w glany, zagrać na ognistej kobzie „Thunderstruck” i mieć na wszystko wyjebane! Czy Wy zdajecie sobie sprawę, jak absurdalny tydzień mamy za sobą? Pomijając wspomniany cyrk sejmowy, na miesięcznicy smoleńskiej odprawiano egzorcyzmy, mieliśmy też występy obrońców współczesnego Mengele twierdzących, że zmuszanie matki do donoszenia płodu z mózgiem na wierzchu, nie było bestialskim aktem sadyzmu- przedłużania agonii rozwijającego się dziecka i zmuszania matki do uczestnictwa w niej, lecz aktem obrony życia (z ciekawości, czy Chrystus obronił kiedyś płód z otwartą czaszką?). Do tego doszedł świr, który uznał, że powinien spoliczkować człowieka za słowa sprzed jedenastu lat i że taki atak na sięgającego mu pod pachę urojonego przeciwnika jest wyznacznikiem jego honoru. Na dokładkę mieliśmy informacje o całej serii bardziej lub mniej udanych prób uniemożliwienia przeprowadzenia imprez kulturalnych i rozrywkowych (od sztuki teatralnej, przez kabaret, po ćwiczenia jogi). Naprawdę potrzebowałem wyjścia z tego MATRIXA, a „THUNDERSTRUCK” był właśnie TYM.

            Pozostańmy chwilę przy AC/DC. Do szpitala trafił Malcolm Young, Szkot z Australii, który wraz z bratem Angusem założyli tę legendarną grupę. Podobno WALCZY, więc trzymam kciuki! W hołdzie wyznawcom rocka!!!

            Pamiętacie powieść Josepha Hellera „Paragraf 22”? Czytając ją, dochodziło się do wniosku, że na wojnie najnormalniejszy był regularny wariat- kapitan Yosarian- normalniejszy od lekarzy i wojskowych przełożonych, którzy zmuszali go do uczestnictwa w wojnie. Po minionym tygodniu dochodzę do wniosku, że w porównaniu do pełnego zakłamania realnego życia, dużo bardziej szczera jest SZTUKA, choć tak często wyraża się fikcją. W Polsce tydzień kulturalny był całkiem niezły, osobiście najbardziej chciałbym być na Faith No More w Gdyni, choć było jeszcze kilka alternatywnych propozycji, jak słynna Metallica w Warszawie. Zaufajcie mi: Na dzień dzisiejszy lepszą formę prezentuje Michael Patton z ekipą!

            Na zakończenie, coś dla tych, którzy nie zatracili wyobraźni i duszy dziecka. To nie miesięcznica smoleńska, ani nie procesja Bożego Ciała, nie jest to również parada równości. To Festiwal Teatrów Ulicznych, Jelenia Góra 2014. Korzystając z wiarygodnych źródeł informuję, że przedwczorajszy wieczór był baśniowy i zachwycający. Znalazłem filmik 11 lipca, jest fatalnej jakości i słabo obrobiony, ale bardzo chciałbym na jedną noc przenieść się w taki świat, by się nim trochę pozachwycać.

 

12:18, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
sobota, 12 lipca 2014

            Zasraniec, czyli gówniarz, to według mojej prywatnej definicji człowiek, który domaga się przywilejów wieku dorosłego lub piastowanej funkcji, lecz nie chce się podporządkować obowiązkom z tego wynikających. Tyle tytułem wstępu.


            Kilkanaście godzin temu jeden zasraniec uderzył w twarz człowieka, a ponieważ przygotowywał się do tego co najmniej od miesiąca, więc jest to czyn popełniony z pełną premedytacją. Tak, mam na myśli JKM, który teraz chełpi się swym „wyczynem” i twierdzi, że odebrał Boniemu honor. No, gdyby do odebrania honoru wystarczył gówniarz, który bije w twarz, to musiałyby to być Tworki lub podstawówka, do której mógł kiedyś sumiennie uczęszczać nasz Januszek, lecz coś w tym temacie zaniedbał. Nie to mnie jednak smuci, lecz cała masa zasrańców, która w internecie zaczęła po tym wydarzeniu zamieszczać hasła w stylu „JKM- jedyny polityk, który dotrzymuje słowa”. Muszę to stwierdzenie sprostować: On właśnie złamał słowo. Nie wystartuje w wyborach do Sejmu, jak to obiecywał, bo popełnił czyn karalny i nie ujdzie mu to płazem. Zabawię się w proroka:

            MSZ już zapowiedziało, że złoży doniesienie do prokuratury. Janusz Korwin Mikke zostanie pozbawiony immunitetu, bo nikt w Europarlamencie nie będzie bronić psychola napadającego na ludzi. W sądzie dostanie wyrok w zawieszeniu, bo póki co, ma wystarczająco dużo kasy, by się wybronić przed odsiadką. Nawet człowiek bez kasy by się wybronił, jeżeli by nie był recydywistą. Prorokując dalej: Wcześniej, czy później, dotrze Januszkowi pod czaszkę, że proces z oskarżenia publicznego zrujnuje mu karierę polityczną, do której tak się ślinił (zgodnie z prawem, wyrok skazujący uniemożliwi mu kandydowanie do Parlamentu), a ewentualny proces z powództwa prywatnego, zniszczy go finansowo. I tu uwaga, wszyscy podziwiający go zasrańcy: Zwróćcie uwagę, że temu gierojowi zmięknie rura już w tym momencie i zacznie się wycofywać, kłamać, kręcić, zacznie udawać skruchę i będzie próbował wmówić, że się zdenerwował (taka okoliczność łagodząca- zbrodnia w afekcie). Za późno: Będzie miał szczęście, jeżeli europosłowie nie odwołają go z funkcji parlamentarzysty, choć będzie to możliwe dopiero po prawomocnym wyroku skazującym. A Korwin- miękka rura, będzie grać na zwłokę, bo skuma, że jest w kłopocie, choć niekoniecznie zrozumie, że to z powodu swojego kretynizmu. Kandydować do Parlamentu już nie będzie mógł. Jeżeli to nie nastąpi, przestanę chodzić na wybory, bo jeżeli Państwo Polskie dopuści do tego, by jakiś obszczymur bezkarnie bił tych, którzy według niego go obrazili (zamiast dochodzić swych racji w sądzie) i się jeszcze tym chełpił, jeżeli będzie mógł startować bezczelnie w wyborach, to znaczyć będzie, że to już nie jest mój kraj. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że moje zdanie akurat najmniej będzie obchodzić aparat sprawiedliwości. Tyle, że nikt, absolutnie nikt z osób decydujących o losie JKM nie pogodzi się z myślą, że byle czubek, jeżeli mu tylko palma odbije, będzie mógł się rzucić na niego z pięściami i nic nie będzie można mu zrobić. Januszek beknie, tym razem to już prawdziwy koniec przygody politycznej tego psychola.


            Pamiętam taką scenkę z lat studenckich: Pewien student spił się i pokłócił z jakimś towarzystwem. Ponieważ mózg, zupełnie jak u Korwina, nie działał mu prawidłowo, wybrał sobie najmniejszego studenciaka spośród swoich antagonistów i chciał go pobić. Był jednak na tyle durny, że nie wziął pod uwagę tego, że nikogo tam bezkarnie nie uderzy. No i dostał, głuptak, taki łomot, że jego twarz zmieniła się w krwawą, zapuchniętą gruchę. Mimo to dalej się rzucał do tego najmniejszego i dalej obrywał od jego kolegów. Tak też się stanie z Januszkiem, tyle że on oberwie na drodze sądowej. Tak się postępuje z zasrańcami! Nie każdy jest godzien dania mu satysfakcji, takich doprowadza się siłą przed oblicze sprawiedliwości. JKM to skończony tchórz. Kiedyś bił swoje dzieci (też się tym chełpił i do tego namawiał), dziś znalazł sobie Boniego, jutro ruszy na hospicjum. Pożegnam go bez żalu. A gdyby ktoś nie wiedział: W sportowej, honorowej walce rywalizują jedynie osoby uprawiające ten sport i chcące się w nim sprawdzić, jest też podział na kategorie wagowe- nikt nie umawia walki przy tak rażących dysproporcjach.

            P.S.

            Jestem przekonany, że czytelnicy zauważyli, iż tym razem użyłem dużo plugawego słownictwa, ale wobec tego, że Janusz Korwin Mikke sam takiego używa, a w odpowiedzi żaden polityk, sąd, ni prokurator z racji pełnionej roli takich słów nie wypowiada, postanowiłem to zrobić za nich, jasno i dobitnie. Warto nazywać rzeczy po imieniu, a jestem na tyle nieważny, że mogę sobie na ten komfort pozwolić. Tym bardziej, że mam uzasadnione obawy, iż następnym, którego dzielny Janusz Korwin Mikke wybierze sobie do walki, będzie Stephen William Hawking (na zdjęciu).


 

10:25, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
piątek, 11 lipca 2014

 

matka

 

 

schazana na łaskę cierpienia

schazana na łaskę poznania

schazana na łaskę donoszenia

 

schazana na łaskę oglądania

dziewięciodniowej

agonii swojego dziecka

 

bez pomocy

bez nadziei

bez boga

 

bowiem cuda nie dotyczą takich przypadków

nie występują przeciw prawom fizyki

ani biochemii

 

chwalmy pana

 


            Czy mnie się wydaje, czy opieką został otoczony profesor Chazan, a nie jego pacjentka? Czy w ogóle ktoś w tym szpitalu zastanawiał się, co ona czuła, czekając na nieuchronne i nie mając ŻADNEJ NADZIEI?! ŻADNEJ!!! Cuda Wojtyły takich przypadków nie dotyczą! Co czuje teraz, słysząc szczucie sfory i mając przed oczami obraz schazanego dziecka? Najbardziej wstydzę się tego, że ja sam niewiele myślałem o matce i jej uczuciach, bo to bezsensowne przedłużanie agonii, agonii trwającej całą ciążę, zaślepiło mnie wściekłością. Dopiero KTOŚ musiał mi o tym przypomnieć. CHRYSTUS KONAŁ JEDYNIE TRZY GODZINY!!!


 

01:24, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
czwartek, 10 lipca 2014

            Dawno temu, znajomy terapeuta uzależnień opowiedział mi o śmierci swojego przyjaciela- alkoholika, który przez ponad dziesięć lat utrzymywał abstynencję. W tym czasie działał w organizacjach abstynenckich, ja go pamiętam jeszcze ze szkoły średniej, gdy roznosił testy baltimorskie (przydatne w uzyskaniu podejrzenia alkoholizmu, choć często wyśmiewane ze względu na to, że właściwie każdy pijący ryzykownie, a nawet towarzysko, jest według tego testu alkoholikiem- kliknij tu, jeżeli chcesz go sobie zrobić). Okazało się, że złamał abstynencję i ogarnęły go takie wyrzuty sumienia, że kupił skrzynkę denaturatu (były to lata dziewięćdziesiąte), zamknął się z nią na działce i zapił na śmierć. Wyglądało to tak, jakby postanowił popełnić w ten sposób samobójstwo. Terapeuta bardzo przeżywał tę tragedię. I poczuł się rozdarty: Z jednej strony wie, że podczas terapii musi przedstawiać swym pacjentom powrót do picia, jako katastrofę życiową, chociażby dlatego, że w wypadku alkoholików jest to zgodne z prawdą- odwlekanie decyzji o zaprzestaniu picia powoduje niekontrolowane rujnowanie życia i możliwości. Musi na każdym kroku przypominać, jak ciężką pracę stanowi trzeźwienie i ile wysiłku kosztuje poddanie się leczeniu. Z drugiej jednak strony, ma tragiczny przykład przyjaciela, który zginął, bo tak był przerażony drogą jaka go czeka, że wolał się zapić na śmierć.

           Zupełnie niedawno temat ten wrócił do mnie przy okazji pewnej korespondencji. Okazuje się, że świadomość wysiłku włożonego w walkę z nałogiem towarzyszy wielu uzależnionym. Zarówno z ust alkoholików, jak i z ust osób uzależnionych od tytoniu zdarzało mi się usłyszeć, że są w trakcie rzucania nałogu, że się na razie udaje, ale tak sobie myślą, że gdyby jednak nie wyszło, to już nie będą próbować. Niezmiennie takie słowa wywołują u mnie obawę. Po pierwsze dlatego, że strach przed trzeźwieniem może świadczyć o tym, że wcale tak do końca nie są przekonani, że życie na trzeźwo jest piękniejsze. Ile razy się nad tym zastanawiam, tyle razy to wrażenie powraca: Z jakiego innego powodu można się bać trzeźwienia?! Myślę, że tu jest klucz do rozwiązania dylematu terapeuty z mojej opowieści. Strach przed trzeźwieniem jest częścią pijanego myślenia. U osoby uzależnionej nie ma przecież ANI JEDNEGO POZYTYWU z picia. To już nie czasy początków doświadczeń z alkoholem, gdy dawał on rozluźnienie i podnosił nastrój. Osoba uzależniona jest spięta dopóki się nie upije, a gdy się upije, to niewiele czuje i niewiele pamięta. Alkohol nie daje nawet tego prostego efektu podniesienia nastroju. Za to trzeźwienie daje szacunek do siebie, podniesienie samooceny, wiarę w siebie, siłę do działania, a to zawsze daje rezultaty. Potem idzie za tym pozytywna reakcja otoczenia, przychodzą pierwsze sukcesy. To nie jest coś, czego ktokolwiek powinien się obawiać! Zdecydowanie odradzam każdemu rzucającemu picie myślenie typu: "Spróbuję, ale w razie czego, to już potem próbować nie będę". To brzmi, niczym jawna zapowiedź, że już planujemy picie. Tym razem nieskrępowane żadną próbą abstynencką.


            Wracając do dylematu terapeuty: To nie jest tak, że wychodzenie z nałogu jest niemiłe. Jeżeli naprawdę trwa trzeźwienie, jest to ciężka, ale przyjemna praca- dająca taką satysfakcję, która rekompensuje wszystko. Zwłaszcza, że idą za tym pozytywne skutki zdrowotne, społeczne, rodzinne i prawne. Odpoczywa psychika, odblokowują się obszary duchowe- upośledzone nałogiem, a to przekłada się na poprawę jakości życia. Przyjemność nie jest odczuwana, jeżeli zamiast trzeźwienia trwa wewnętrzna szamotanina, jeżeli uzależniony nadal odbiera abstynencję, jak stratę, czasem jak porażkę (tak, takie myślenie jest częste: „musiałem się poddać i już nie piję, jak NORMALNY CZŁOWIEK”). Uważam, że wtedy należy nad tym pracować, uświadomić sobie, że to ani kapitulacja, ani klęska- zwycięstwo nad alkoholem nie jest porażką. W przeciwnym wypadku rzeczywiście może nastąpić zapicie- niestety, jest to wysoce prawdopodobne. Nawet jednak w wypadku powrotu do picia, nigdy nic nie stoi na przeszkodzie, by czuć skutki trzeźwienia- wystarczy znowu zacząć. To mechanizmy uzależnień utrudniają ten proces, zwłaszcza jego inicjację. To dlatego ciężko jest zacząć, ciężko jest kontynuować, choć zyskuje się na każdym polu.


 

00:42, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 07 lipca 2014

            Myślicie czasem o koszmarach? Właściwie nie różnią się od zwykłego życia- wszystko wygląda w nich normalnie, choć w pewnym momencie zaczynamy czuć, że coś jest nie tak. Coś, co nie zostało wypowiedziane, często nawet nie wiemy co to jest, budzi nasz niepokój. Mamy nadzieję, że wszystko jest normalnie, aż spotykamy się z naszym najstraszniejszym lękiem i wtedy już wiemy, czego się obawialiśmy.

            Podobnie jest w naszej codzienności: Kto z nas identyfikuje się z podobnymi przeżyciami? Gdy zaczyna się koszmar, najpierw są jakieś sygnały, czasem bardzo mocne, czasem ledwie zauważalne, ale cały czas mamy nadzieję, że wszystko będzie dobrze, choć ciężki niepokój wisi nad nami i przytłacza nas coraz mocniej i mocniej. Nie możemy tego znieść i decydujemy się coś zrobić, żeby wszystko było tak, jak być potrafi, żeby wróciło szczęście. Jesteśmy przekonani, że mamy wszystko w garści, że za moment niebezpieczeństwo minie. Zupełnie jak saper, który odkrył bombę, rozkręcił ją i wydaje mu się, że wystarczy tylko wyjąć zapalnik, nie wiedząc nawet, że podczas rozkręcania uruchomił zegar i zostały mu tyko sekundy.

            Wybuch rzuca nas na kolana, bo uwalniają się wszystkie nasze zmory. Wszystkie nasze lęki okazały się prawdziwe i duszą nas bez litości. Następuje koszmarna noc. Brak snu, drżenie ciała, suchość w ustach, ściśnięty żołądek. Możemy się uznać za szczęściarzy, jeżeli potrafimy i możemy wtedy płakać, choćby wyć z bólu. Dopóki nie osłabniemy i nie zmorzy nas sen.

            Nowy dzień zaczyna się od poczucia bezradności. Nie wiemy za co się złapać, błąkamy się bez celu. Dobrze, jeżeli możemy wziąć się za codzienne obowiązki- one niepostrzeżenie wylewają nam fundament, na którym można budować. Nadal jednak wszechobecna pustka zatrzymuje nas przed działaniem. I tak będzie dopóki nie nastąpi jakiś impuls- najlepiej, jeżeli to jest rozmowa o rzeczywistości. Z kimś życzliwym, choć niekoniecznie musi to być bliska osoba. Ważne, by była prawdziwa. To nie mogą być marzenia, bo gdy dyskusja się skończy, zostaniemy twarzą w twarz z rzeczywistością. Czasem jednak nie ma nikogo z kim byśmy mogli porozmawiać.

            Kiedyś w Iranie powstał film „Smak wiśni”. Jeden z bohaterów czuł się tak bezradny, że postanowił się zabić. Od samobójstwa odwiódł go tytułowy smak wiśni. To nie fantazja literacka. Sam kiedyś, lata temu, gdy czułem się bardzo podobnie, zrobiłem sobie kawę. Zwykłą, żaden rarytas. Jednak tamtego ranka miała magiczny smak. Było w nim całe piękno życia. Wiem, jak absurdalne się to wydaje, ale to było właśnie tak, jakby całe piękno i nadzieja skondensowały się w tym smaku. Powoli, krok po kroku, zacząłem budować zupełnie nowy świat. Nabrałem sił i zrobiłem zapasy na drogę. Zacząłem od nowa.

 

Nam to nic. My przeczekamy.
Jak się skończy, jak ucichnie,
To wstaniemy, otrzepiemy
Dłonie nasze, klapy nasze,
Żeby śladu nie zostało;
Od początku zbudujemy
Miasta nasze, domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze,
Żeby wiatr miał czym kołysać.

 

Janusz Jęczmyk.

 

            Dzisiejsza kawa nie miała cudownej mocy. Jeszcze raz się pochylę nad rozwalonymi puzzlami. Zanim je zmienię, muszę się upewnić, że z nich nie da się ułożyć obrazka, który mam w głowie. Może po prostu coś przeoczyłem. Boję się tylko uciekającego czasu, bo jutro zaczyna się dziś.

 

12:12, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2
Tagi