RSS
niedziela, 26 lipca 2015

            Wobec sezonu wyborczego, każdy haczyk jest dobry. Może być dziadek z Wehrmachtu, może być trup. No i tak się złożyło, że w ostatniej fazie przed wyborami ktoś ogłosił, że rośnie liczba zatruć dopalaczami. No, jakby było jakieś inne wyjście, skoro na masową skalę dopalacze zaczęto sprzedawać w Polsce dopiero we wrześniu 2008 (wtedy ruszył w Łodzi pierwszy sklep), więc zaraza jest w fazie rozwojowej. Oczywiście najwspanialsza partia świata znalazła winnego- Ewę Kopacz. Tak, to Kopacz wciskała biednym ćpunom dopalacze mówiąc „żryj to, albo pójdziesz siedzieć”. Ja wiem, że to prymitywna ironia z mojej strony, ale i obwinianie jest prymitywne. Tak się bowiem składa, że walka z tymi substancjami wymaga nie tylko wspólnej ciężkiej pracy w zespołach parlamentarnych dla stworzenia skutecznego systemu prawnego, ale też i mocnej współpracy prawników- karnistów, ponieważ właśnie od strony prawnej wszelkie rygory dystrybucyjne najtrudniej jest ująć. Po pierwsze, chodzi o to, czego zabraniać (wystarczy zmienić delikatnie substancję czynną, na jej pochodną dającą podobny efekt). Po drugie, jeżeli towar jest sprzedawany jako, dajmy na to, odświeżacz powietrza, to ciężko żądać, by nadawał się do spożycia. I tutaj potrzeba rzetelnej współpracy całego Parlamentu, organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem ekipa Kaczyńskiego tradycyjnie palcem nie kiwnie przy pracy, by móc winę zrzucić na „nieudolny rząd”. Już widzę, co by mogła zmienić władza PiS. Pozwólcie, że wyobrażę sobie Kaczyńskiego Jarosława u władzy i tę panikę wśród uzależnionych: „laboga, Jarek rządzi, trzeba przestać brać”. Nie mówiąc już o producentach i dystrybutorach tego świństwa: „łoj, Jarek u władzy, to my już nie chcemy pieniędzy, tylko zapiszemy się do klasztoru odpokutować winy”.

            Żarty żartami, opozycja opozycją, ale oprócz niej lament podnosi no kto.....? Sami zainteresowani nabyciem używek! „Dajcie nam kupować legalnie, to się nie będziemy truć”- tak można streścić ich mały szantażyk emocjonalny. Łoj, łoj, łoj, Woland na to..., buuuuchahacha....., naprawdę? Widzicie, jak mi łydki drżą ze strachu? Na złość truć się będą, no popatrz! A możecie mi jeszcze zagrozić, że jak nie dostaniecie legalnych „dragów”, to sobie worek w imadło wkręcicie i za każdym razem, jak się wam zachce brać, to przywalicie w to, co wam wystaje młotkiem? Wtedy to zupełnie mnie przerazicie i ucieknę w popłochu!

           Bądźmy poważni. Z szantażem się nie dyskutuje, więc jeśli tam któryś z uzależnionych ma ochotę go stosować, to raczej musi z tym iść do mamusi. Jest kilka grup stosujących taki sposób. Na przykład psychopatyczni mordercy, którzy „dają szansę” swoim ofiarom, ale „one, głupie, nie potrafią z niej skorzystać”. Niektórzy „dają wskazówki” policji, by móc ją obwiniać. Pewnie znalazłoby się trochę innych szantażyków, ale nie jestem najlepszy w tym temacie. Dużo częściej spotykaną grupą używającą szantażu emocjonalnego są dzieci. Słynne „na złość babci uszy sobie odmrożę” nie wzięło się znikąd. Myślę, że niejeden z czytelników oglądał „Supernianię”, gdzie rozwydrzone bachory próbowały „niani za karę” niszczyć swoje zabawki, a efekt był taki, że ich po prostu potem nie miały. Tak to jest! No i kolejna grupa: Uzależnieni. Oczywiście marihuaniści, czy klienci sklepów z dopalaczami wcale nie są tu jakimiś wyjątkami, bo szantaż emocjonalny jest powszechny, wręcz występuje na skalę masową wśród uzależnionych od alkoholu. „Jak mi nie dasz wypić w domu, to wyjdę na ulicę i tam dopiero pokażę”. Albo też (wersja żebrzącego o kasę męża, ewentualnie synka- Januszka) „jak mi nie kupisz piwa, to pójdę pożyczyć na wino i dopiero będzie”!

            Cóż ja mogę podpowiedzieć? Mówimy o świadomych decyzjach dorosłych, bądź prawie dorosłych osób, które już mają spory zakres odpowiedzialności. Szczerze? To ich sprawa! Oraz ich konsekwencje! ZDROWOTNE, RODZINNE, FINANSOWE, SPOŁECZNE, także PRAWNE! To naprawdę nie jest mój problem, czy osoba uzależniona mnie, czy rządowi na złość kupi sobie dopalacz, czy wkręci swój worek w imadło.

            Okrutne? Ależ skąd! Ja nie głoszę pozbawiania ludzi uzależnionych pomocy. Tą pomocą jest terapia uzależnień, są grupy wsparcia, są psychologowie, terapeuci, czy zwykłe odtrucie na początek. I taką pomoc można uzyskać zupełnie gratis, wymaga ona jedynie podporządkowania się rygorom narzuconym przez pomagających.

 

 

00:02, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
piątek, 24 lipca 2015

            Młoda kobieta, matka samotnie wychowująca dziecko, zachorowała na nowotwór. Okazało się, że konieczna jest amputacja całej nogi. Nie od kostki, nie od kolana, po prostu, obcięcie całej nogi. Po leczeniu dziewczyna trafiła do lekarza- orzecznika ZUS, który miał ocenić jej niepełnosprawność. Okazało się jednak, że na stanowisku tym pracuje sadystyczny psychopata traktujący siebie jak jakiegoś boga decydującego o ludzkim życiu i śmierci. Otóż ten bandyta uznał, że kobiecie do pracy wystarczą zdrowe ręce i nie przyznał jej renty socjalnej. Informację zaczerpnąłem z dość skąpego serwisu- kliknij tu, by zobaczyć w całości.

            Samotna matka z tej historii ma zaledwie 24 lata, nie miała nawet szans zdobyć doświadczenia zawodowego. Nawet, gdyby miała wykształcenie wyższe, jej szanse na podjęcie pracy umysłowej byłyby iluzoryczne, gdyż brak doświadczenia, to nie tylko brak umiejętności, ale także brak wiedzy o problemach, jakie trzeba na danym stanowisku pokonywać. Dlatego nawet gdyby ta dziewczyna mogła się poszczycić dyplomem (którego raczej nie posiada- nie weryfikowałem tego, lecz jej wiek i połączenie z byciem samotną matką sugerują taki stan rzeczy), to i tak pracy nie dostanie, bo wszyscy znamy wymagania wobec nowych pracowników: Przynieś- podaj- pozamiataj, a jak to zrobić bez nogi? Ponieważ dziewczynie z racji braku stażu zawodowego, przysługuje co najwyżej głodowa renta socjalna, nie ma żadnych obaw, że w razie możliwości podjęcia zatrudnienia, dziewczyna by się migała, bo każda praca daje lepsze warunki, niż ta jałmużna. Jednak bandyta zatrudniony jako lekarz- orzecznik w ZUS odmówił jej nawet tego, najniższego świadczenia. Nasuwają mi się w związku z powyższym, następujące pytania:

            -Dlaczego personalia psychopaty pracującego dla ZUS nie zostały podane do wiadomości? Przecież to nie jakiś pan ZUS, lecz człowiek z imieniem, nazwiskiem i stanowiskiem jest za tę zbrodniczą decyzję odpowiedzialny.

            -Kto (imię, nazwisko, stanowisko) jest przełożonym tego psychopaty i dlaczego go zatrudnia?

            -Dlaczego ten psychopata ma uprawnienia do leczenia ludzi i orzekania o stanie ich zdrowia?

            -Dlaczego rodzina i sąsiedzi tego psychola nie zostali urzędowo powiadomieni o tym, że w ich otoczeniu żyje na wolności świr czerpiący sadystyczną przyjemność z bycia panem życia i śmierci innych osób i wykorzystuje władzę w bestialski sposób?

            Jeżeli ktoś czytał „Mistrza i Małgorzatę” to wie, że Woland by natychmiast pozbawił lekarza- orzecznika ZUS, możliwości wykonywania zawodu, bo i tak będąc zdrowym, byłby on w lepszej sytuacji od ofiary jego zbrodniczej, psychopatycznej decyzji. Gdyby zaś ten bandyta ośmielił się protestować choć słówkiem, nakazałby Korowiowowi, by ten upierdzielił lekarzowi nogę przy samej dupie, by mógł własnym przykładem pokazać, jak się znajduje pracę mając zdrowe ręce (bez nieważnej nogi). Zwróćcie uwagę, że nawet po tak okrutnym potraktowaniu, bandyta ten miałby przewagę nad swoją ofiarą, bo jemu nie grożą nawroty choroby nowotworowej, więc potencjalny pracodawca może założyć, że oprócz braku nogi, nic mu nie dolega i nie ma większych zagrożeń absencją z powodów zdrowotnych, niż w każdym innym przypadku. Ponawiam więc pytanie, tym razem w formie prośby: Dlaczego psychopatyczny lekarz- orzecznik pracuje na swoim stanowisku? Jeżeli ktoś ma możliwość, niech opublikuje jego personalia, zdjęcie, żeby jego otoczenie wiedziało z jaką bestią ma do czynienia. Jeżeli jego przełożony go nie zwolni, a Naczelna Izba Lekarska nie pozbawi go prawa do wykonywania zawodu, niech i osoby podejmujące taką decyzję mają ujawnione personalia- z podobnych powodów- współistnienie z psychopatą, który nie zaznał kary za swoje zbrodnie jest niebezpieczne.

            Jak większość stałych czytelników wie, mieszkam w Irlandii i podlegam tutejszemu systemowi opieki socjalnej i zdrowotnej. Poświęćcie chwilę na lekturę, by zobaczyć jak pewne proste mechanizmy uniemożliwiają takim psychopatycznym bestiom, jak wspomniany lekarz- orzecznik ZUS, wyszukiwanie ofiar.

            Do otrzymania renty potrzebowałem przede wszystkim wypełnić odpowiedni formularz. Następnie formularz ten wraz z informacją lekarską o stanie zdrowia (choroba, zabiegi chirurgiczne, które przeszedłem) wysłałem do odpowiedniego biura. Tutaj mała ciekawostka: Biuro nie znajduje się w stolicy- Dublinie, ale w Longford- na prowincji. Dzięki temu unika się niebotycznych opłat z największego miasta Irlandii, wspierając jednocześnie nieco uboższy region. Wysyłając aplikację nie wiemy, kto ją będzie rozpatrywał, więc nie ma groźby korupcji- jak tu korumpować, jeżeli nie wiemy, kto jest osobą odpowiedzialną za decyzję?! W sytuacjach jasnych i klarownych, jak choroba nowotworowa i amputacja nogi, rentę przyznaje się bez zawracania głowy dodatkową konsultacją. Oznacza to, że nie wydajemy pieniędzy z funduszu zdrowia na zatrudnianie lekarzy- orzeczników, wynajmowanie im gabinetów i ponoszenia wszelkich związanych z tym kosztów, bo sprawy oczywiste są załatwiane bezkontaktowo. Jedynie sytuacje wątpliwe wymagają powołania komisji lekarskiej i osobistego badania.

            Jeżeli już obejrzeliście skecz, to podzielę się z Wami wrażeniem, że bardzo utożsamiał się z nim nasz psychopatyczny lekarz- orzecznik. Zwłaszcza z tym fragmentem o braku ręki. Tyle, że życie, to nie skecz, dlatego ten bandyta ani sekundy dłużej nie powinien zagrażać ludziom.

 

 

12:50, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (44) »
środa, 22 lipca 2015

            Maryja Królowa Polski krok po kroku przeprowadza nad Wisłą rewolucję seksualną. No i stało się: Po rozpatrzeniu i odrzuceniu biskupich bluzgów, Królowa Polski Maryja zatwierdziła ustawę o in vitro. Nie patrzcie tak, jakbym zwariował: Chyba nie sądzicie, że Maryja zignorowałaby nowennę samej przyjaciółki Jana Pawła II, Wandy Półtawskiej w tej sprawie. Ja, Woland, oczywiście mogę sobie w swojej niewiedzy uważać panią Wandę za nieco już słabującą na umyśle 94- letnią starowinkę uważającą z niewiadomych przyczyn, podobnie jak ks. Natanek, że ma jakieś koneksje w wyższych sferach niebieskich, ale chyba nie lud, który do tej pory koronuje zmarłą prawie 2 tysiące lat temu Żydówkę na Królową Polski (ostatnio, zdaje się, koronowano JĄ w Głogowie- do dziś nie wiem, jak to się ma do naszych aktów prawnych, ale podejrzewam, że podobnie jak wszystkimi cesarzami z Tworek- raczej prokuratura się nimi nie zainteresuje mimo ewidentnego podważania ustroju).

            To jeszcze nie wszystko. Otóż rzeczona Maryja Królowa Polski pozdrowiła pielgrzymów Radia Maryja TĘCZĄ podczas rozdawania Komunii Świętej w ramach ich XXIV już ogólnopolskiej pielgrzymki, jak by to powiedział poseł PiS, Bartosz Kownacki, Maryja pozdrowiła pielgrzymów „pedalską tęczą”, a dla Naszego Dziennika wydarzenie owo tak komentował Mateusz Marek- kliknij tu, by poczytać. Sami przyznacie, że wobec zbieżności czasu objawienia tęczy z rozdaniem Komunii Świętej, „Ciało Chrystusa” nabiera rewolucyjnego znaczenia!

            Oczywiście ja, Woland, mam na ten temat swoje zdanie, odbiegające od wersji o cudach, ale nie będę przecież się kłócił z poddanymi Królowej Polski. Skoro znak, to znak! Czekamy, aż na Jasnej Górze z tej okazji pojawi się pierwszy zespół Chippendales (z tęczą, czy bez).

            Obok tych radosnych nowin z przykrością donoszę, że decyzji Maryi Królowej Polski sprzeciwia się w chamski i bluźnierczy sposób Tomasz Terlikowski twierdzący, cytuję: „Prezydent Komorowski prawdopodobnie wyłączył się z Kościoła i wziął na siebie odpowiedzialność za śmierć tysięcy ludzi”- czy Tomaszem powinien się zająć psychiatra, czy też prokurator, tego jednoznacznie ocenić nie potrafię, za to z całą pewnością potrafię stwierdzić, że portal Terlikowskiego Fronda, to banda zaczadzonych, mściwych zbrodniarzy, którzy w swej wendetcie potrafią się mścić nawet na rodzinach swych urojonych wrogów. Przykład mieliśmy po ostatniej, tragicznej w skutkach wichurze, podczas której zginęła Katarzyna Bienias, feministka. Otóż ten bandycki portal zamieścił „niby- modlitwę” z prośbą o wybaczenie „wszelkiego zła” jakie tragicznie zmarła wyrządziła w życiu. Najchętniej zaprowadziłbym za szmaty Tomasza do rodziny zmarłej i pozostawił go tam z nią w zamkniętym pokoju, a gdyby przez przypadek pan Tomasz zaznał tajemniczego „wniebowzięcia”, powierzyłbym go podobnej modlitwie. Oczywiście pod warunkiem bezkarności- nawet przez głowę by mi nie przeszło ryzykowanie wolności dla takiego śmierdziela.

 

 

21:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
sobota, 18 lipca 2015

            Szczęśliwy to dzień: Mój ulubieniec, ojciec John Baptist Bashobora znów wskrzesza i uzdrawia na Stadionie Narodowym! Arcybiskup Hoser, polski promotor cudotwórcy, zachęcony frekwencją sprzed dwóch lat podniósł cenę biletów do 50 złotych, a że chciwość nie popłaca, wykupiono jedynie 40 tysięcy biletów, wobec 58 tysięcy sprzedanych dwa lata temu po 40 złotych. Oczywiście wszyscy wiemy, że Bashobora naprawdę uzdrawia i wskrzesza, bo w przeciwnym razie wyszłoby na to, że arcybiskup Hoser jest zbrodniczym pomyleńcem wyłudzającym od zdesperowanych ludzi pieniądze, a do przestępczego procederu wciągnął spółkę Skarbu Państwa zarządzającą areną- przecież wszyscy wiemy, że arcybiskup nie jest bandytą, ani tym bardziej nim nie jest jakiś włodarz spółki państwowej, naszej, własnej, polskiej, przy czym zupełnie nieprawdopodobne jest, by wyżej wymieni działali w zorganizowanej grupie przestępczej mającej na celu oszukiwanie chorych. Ufamy im..., prawda...??? Sami popatrzcie: Czy ten dobry człowiek ze zdjęcia mógłby być taką kanalią?

            Chyba nikt z czytelników mojego bloga nie wątpi w autentyczność uzdrowień i wskrzeszeń wielebnego, chyba tylko lemingów nie przekonują takie historie, jak ta, że cudotwórca nie zgłaszał nigdzie wskrzeszeń, po prostu przejeżdżał obok truchła, które ożywało, a on unikając biurokracji jechał dalej i nikogo o tym nie informował, bo wtedy by się zaczęło: Jakieś komisje, poszukiwanie dowodów, świadków..., po co to? No..., mnie bynajmniej przekonał. Słowo słowotwórcy.

            Zresztą..., czy Wy wiecie..., jak byłem młody, to też byłem Murzynem i uzdrawiałem? Poważnie! Tak robiłem:

            Był to noworoczny poranek 1992. Wracałem z bardzo prywatnego, dwuosobowego Sylwestra od mojej ówczesnej Miłości (więcej powiedzieć nie mogę, tajemnica zawodowa) do mojego pokoju w Babilonie (akademik Politechniki Warszawskiej). Jako, że duch altruisty drzemał we mnie od zawsze, użyczyłem na tę noc pokoju kolegom, którzy uczestniczyli w zabawie w klubie na dole i sił im mogło nie starczyć na powrót w mroźny, noworoczny poranek do siebie, bo choć ulica Kopińska jest nieźle skomunikowana, to jednak ten dzień i ta pora nie są najlepsze na podróże komunikacją miejską. Podczas mojej nieobecności jakiś bliżej nieznany kataklizm przeszedł przez mój pokój, pozostawiając rozbite telewizor, żyrandol oraz wszystkie szklanki, kubki, kufle, jak również puste butelki po piwie i mocniejszych trunkach. O dziwo, kataklizm oszczędził wszystkie, co do jednej, butelki pełne, ale pozostawił też zwłoki moich sześciu kolegów ściśnięte na dwóch studenckich tapczanach. Wszedłem i zaczepiwszy o pierwsze truchło rzekłem:

            -Gruby...

            -Yyyy-hhhyyy- odpowiedział nieboszczyk, a ja, doświadczając cudownej mocy głosu mego postanowiłem iść tą drogą i użyć czarodziejskiego pytania.

            -Cooo..., kaczorek....???

            -Yyyyhyhy...- bez życia odpowiedziały zwłoki.

           -Otworzyć Ci piwo???- spytałem, a nieboszczyka jakby kto rozpalonym żelazem dźgnął.

            -Nieeeee..., nieeee..., nie piwo..., ma-zo-wsza-nkę!

            -A jest jeszcze browar?- poruszyły się drugie zwłoki.

            -Zapodać?

            -No daj, bo przecież to niezdatne....- Nie bardzo nadążałem za logiką tych słów, lecz wiedziony przeczuciem otworzyłem napój starożytnym sposobem „butelka o butelkę”, uzyskując tą drogą zdolny obudzić umarłych boski dźwięk „pssssyk”- efekt był natychmiastowy! Rozpoczął się ruch, prawdziwy poranek żywych trupów. Ktoś prosił o banieczkę, ktoś o zapojkę, a ja tymczasem radując się duchem (z łaciny „spiritus”) nikomu tego wskrzeszenia nie zgłaszałem, słusznie unikając biurokracji. Jak prawdziwe było me przeczucie, przekonałem się kilka miesięcy później, gdy biurokracja mnie odnalazła po innym podobnym kataklizmie, leżącego bez ducha pośród równie nieżywych przyjaciół. Drzwi się otworzyły, a biurokracja w osobie kierowniczki tego samego domu studenckiego rozpoczęła odliczanie: „Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć...., o... i siódmy pod stołem”! Drzwi się zamknęły, a ja rozpocząłem dzieło wskrzeszania umarłych, zakończone pełnym sukcesem. Niestety, zawiadomiona zbyt wcześnie biurokracja miast wykazać się zrozumieniem i radością, wywaliła mnie z akademika, rozumiem zatem wielebnego Bashoborę i jego niechęć do zgłaszania podobnych cudów.

            Nie liczę wskrzeszeń i uzdrowień. Wielokrotnie zdarzało mi się później ożywiać nieżywe stworzenia, najbardziej chyba ożywiłem raz kota, gdy wiedziony duchem przydeptałem mu ogon. Ucharatał mnie w podzięce w łydkę, a potem pomknął, by żyć. Liczne uzdrowienia, których dokonywałem wypełniając duchem (łac. spiritus- kolejne przypomnienie) specjalne naczynia przechylane później przez proszących o dar zdrowia dokumentowane były słowami przyjmujących ducha- OD RAZU LEPIEJ! lub TEGO MI BYŁO TRZEBA- Nie zgłaszałem tego nikomu, bo sami wiecie..., ta biurokracja...!

            Tak robiłem! Potem mi przeszło!

 

 

23:56, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
piątek, 17 lipca 2015

            Partia Świata Równoległego, żartobliwie zwana przez nas Prawo i Sprawiedliwość, tłumnie udała się na zasłużony wypoczynek. Ostatnim przed wakacjami partyjnym aktem zbiorowego pierdolca, była nie mniej żartobliwie nazwana „debata o in vitro”, po której nastąpiło przegrane przez PiS głosowanie, co wywołało chorobę szalonych biskupów- sam prezes pojechał na Jasną Górę leczyć ich wazeliną. Wracając do debaty, najbardziej rozbawiło mnie zdanie jakiejś nawiedzonej posłanki, która stanowczo twierdziła, że poczciwe trzepanie kapucyna odziera mężczyznę z godności. Chyba nie skonsultowała tego z prezesem, o którym wieść niesie, że mu linie papilarne z dłoni na rzeczoną godność przeszły. W każdym razie paranoja była niekiepska, towarzystwo wyżyło się na dzieciach z in vitro, napluło im w twarz, a potem wystawiło bluźnierczo wygłodniałe gardziele po tzw. „Ciało Chrystusa”, które jak zwykle przeszło im bez zakąski, nie mam informacji, by któremukolwiek stanęło coś w gardle- widocznie „jezusina” była, jak wszystko w Świecie Równoległym, trefna. W każdym razie, trzon partyjny jest już na urlopie, pozostały jedynie dyżurne głupki stojące na straży paranoi i schizofrenii.

            O Zbysiu Ziobro i jego ostatnich wypowiedziach powiem niewiele, po prostu chłopaczyna chce dowieść prezesowi, że równie łatwo jak zdrada przyjaciół, przychodzi mu powrót na czworakach, płaszczenie się, czołganie u nóg prezesa i wazeliniarstwo, sprawnie łączone z obszczekiwaniem wrogów. Jak by to była jakaś nowość- według jakiego niby klucza prezes dobiera najbliższych współpracowników? Dajmy sobie spokój ze Zbyszkiem, minie dekada, nim odpokutuje grzechy (patrz Rysiu Czarnecki i Janusz Wojciechowski, przez osiem lat zdegradowani do roli blogerów dowodzących, że nic ich nie przekona, iż czarne jest czarne, a białe jest białe).

            Witold Waszczykowski, oto nowy jest gorliwiec, walczący o powyborcze łupy. On to czujnie, gdy partyjna konkurencja odpoczywa, idiotę większego zrobić z siebie postanowił. Otóż, gdy „Financial Times” doniósł, że Donald Tusk zatrzymał Angelę Merkel i Aleksisa Tsipras w krytycznej chwili negocjacji, gdy o szóstej nad ranem mieli dość i chcieli rozejść się bez porozumienia, dyżurny troll PiSowski w TVN 24 zaczął gorąco protestować. „To śmieszne. Zamknięcie drzwi, to klasyczny ruch w dyplomacji, on MUSIAŁ być zrobiony”, zapewniał. Panie Waszczykowski! Mało to razy prowadzący obrady w Sejmie mieli gdzieś focha prezesa, który ostentacyjnie wychodził wraz ze swoją świtą z sali plenarnej? Zatrzymywał go kto?! MUSIAŁ?! Mało to razy prezydent Komorowski miał gdzieś prezesowe bojkoty Rady Bezpieczeństwa Narodowego? Droga wolna, idź pan w buraki! Nieobecni nie mają prawa głosu! Osobom zbędnym i nieistotnym dla sprawy pozwala się odejść. Natomiast żeby zatrzymać kogoś takiego, jak Angela Merkel, trzeba mieć kompetencje i uznanie. Coś, czego prezes Kaczyński nigdy mieć nie będzie poza swoją partią. Jakież to słodkie, oglądać dorosłego gówniarza próbującego wmówić wszystkim dookoła, że Donald Tusk, jego rywal, nic nie może, pomimo że znajduje się na najwyższym europejskim stanowisku, o którym nawet nie śnią politycy Prawa i Sprawiedliwości! Jak to powiedziała Jadzia Karminowe Usta: „Jarosław Kaczyński jest zmęczony. Zostawił dla siebie rolę WIZJONERA”. Niech zatem odpoczywa w pokoju: ECIEPECIE, WIZJE W TOALECIE. Ja go zatrzymywać nie będę, tym bardziej tego nie zrobi przewodniczący Rady Europy, Donald Tusk.

 

 

 

14:31, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
sobota, 11 lipca 2015

            Łatwo się narzeka, prawda? Na przykład na likwidowanie linii kolejowych. Laboga, straszna tragedia! Po prostu „biednym ludziom zabierają”! A jak to wygląda z bliska? Na bardzo konkretnym przykładzie linii kolejowej Lwówek Śląski- Jelenia Góra. Odcinek ma całe, uwaga, uwaga..., 34 kilometry torów! Krętych jak fryzura afro, bo poprowadzonych doliną rzeki Bóbr. W efekcie nie da się tamtędy pociągiem jechać szybciej, niż 40 km/h, więc podróż na tym odcinku trwa jakieś półtorej godziny. Modernizacja wymagałaby całkowitej przebudowy. Wszystko da się zrobić, ale dla kogo, bo jeśli ma służyć do tego, do czego służą dziś obiekty olimpijskie w Atenach, czy Sarajewie, czyli do porostu chwastów, to mamy pilniejsze potrzeby, a potencjalnych klientów nie ma przesadnie wielu. Lwówek Śląski ma ok. 10 tysięcy mieszkańców, Wleń 2 tysiące- to jedyne miasta na trasie. Przy maksimum naciągania wraz z pozostałymi stacjami zbierze się 15 tysięcy potencjalnych chętnych, których trzeba by nakłonić do regularnego korzystania z linii. Ale po co korzystać, jeśli ktoś ma pracę lub szkołę na miejscu, bądź w punkcie oddalonym od linii kolejowej?

            Za komuny na tej trasie jakieś 90% pasażerów jeździło gratis, bo mieli legitymacje kolejowe. Oznaczało to, że cała reszta Polski fundowała kolejarzom i ich rodzinom darmowe przejazdy. Jak się nudzili, to wsiadali w pociąg odwiedzić znajomych lub na zakupy- taki to zacny cel miał ten proceder. Jak nieco ucięto przywileje, to nagle zabrakło chętnych na podróż. Dotychczasowi pasażerowie podzielili się na następujące grupy:

            1. Sęp- cwaniak: „Ja to sobie idę na stopa, zawsze ktoś znajomy jedzie, to mnie podrzuci”.

            2. Wygodny: „Mam samochód, pojadę sobie kiedy chcę”.

            3. Nielegalny przewoźnik: „Umówiłem się z kolegami, zrzucają się na paliwo, to po co będę się tłuc pociągami”.

            4. Pragmatyk: „Autobus jedzie 2 razy szybciej i dowozi mnie tam gdzie chcę, a pociąg się wlecze, a ze stacji wszędzie daleko”.

 

            Zrobiło się bardzo źle. Chętnych na kolej było tak niewielu, że nawet wprowadzenie oszczędnych szynobusów nie było w stanie zachęcić wystarczającej ilości pasażerów, by zwrócić koszta samego transportu i obsługi, nie mówiąc już o modernizacji torów. Przypominam, że przy dobrych układach, na trasie może być 15 tysięcy mieszkańców, a prawie każdy dorosły ma dziś samochód, więc ma gdzieś dostosowywanie się do rozkładu jazdy, tym bardziej że odległość nie jest jakaś zabójcza, a czas, to pieniądz! Gwoździem do trumny stali się decydenci, którzy zaczęli tak ustawiać rozkład jazdy, że zupełnie nie urządzał on dojeżdżających do pracy i szkół. Nie wiadomo było, dla kogo ta grupa myślicieli posyłała zatem te pociągi- wyglądało mi na to, że po prostu chodziło o decydujący pretekst dla zamknięcia nierentownej linii. Zdaje się, że dziś jedzie tam coś raz w tygodniu- w niedzielę. Po jakiego grzyba???

            Czy to znaczy, że kolej pasażerska skazana jest na klęskę? Wręcz przeciwnie! Rozwinie się, tylko tam, gdzie ludzie jej chcą. Jedna gałąź, to będą pociągi szybkie, luksusowe, dalekobieżne (oczywiście na najbardziej obleganych kierunkach), a druga to kolej dojazdowa w metropoliach, będąca szybszą i wygodniejszą alternatywą dla samochodu.

            Polak nie ma sentymentów, liczy się kasa i wygoda. Oczywiście on się domaga, by linie kolejowe były w użyciu, ale już ich używać regularnie płacąc cenę pełnego biletu, to nie bardzo się kwapi (patrz grupy pasażerów). Jaka ma być kolej? Tania, szybka, czysta, wygodna! Był kiedyś taki kawał o sknerusie, który poszedł do domu publicznego. W środku były dwoje drzwi: „panienki zgrabne” i „panienki niezgrabne”. Wybrał zgrabne, a tam drzwi z kolorami włosów- wybrał swój wymarzony, podobnie z kolorem skóry, wzrostem, preferencjami seksualnymi. Wreszcie doszedł do ostatniej pary drzwi: „300 złotych” i „GRATIS”. Wybrał „GRATIS”, przeszedł przez drzwi i znalazł się z powrotem na ulicy.

            Analogiczna sytuacja jest z wczasami w polskich kurortach. Wielki lament, że ludzie nie przyjeżdżają już na całe wczasy, co najwyżej na weekend. A kiedyż to mają przyjechać, skoro główną część urlopu spędzają w Grecji, Chorwacji, Turcji, Hiszpanii, Gruzji, Egipcie, Tunezji, Izraelu, a zwolennicy sportów zimowych we Włoszech, Austrii, a oszczędniejsi na Słowacji. Dziś byle burak w klapkach wciągniętych na skarpetę i rozwiniętym brzuszkiem piwnym wali nad Morze Śródziemne, a potem mamy wstyd na cały Świat, gdy po zamachach w Tunezji nasi rozbawieni Rodacy tańczą na widok kamery i z hardym uśmiechem opowiadają, że nie czuli się zagrożeni. Nie ma komu korzystać z naszych pokomunistycznych molochów zwanych domami wczasowymi, to i upadają. Żeby było ciekawiej, jest pewna analogia między polską koleją a polskimi domami wypoczynkowymi: W przeciwieństwie do lat komuny, ludzie mają wybór transportu i wypoczynku, a zarówno kolej, jak i domy wczasowe, to tradycyjne rezerwaty pasożytujących na Polsce związków zawodowych. Fajnie to widać na przykładzie Domu Wczasowego Jawor, należącego do dawnych Zakładów Azotowych Puławy S.A., który został oddany w zarządzanie związkom zawodowym. Pomimo atrakcyjnego położenia w Jaszowcu (Ustroń) u podnóża Czantorii (wyciąg krzesełkowy na szczyt, trasy zjazdowe) i sentymentu pracowników, związkowcom udało się odstraszyć klientów poprzez brak modernizacji, ultraleniwy i źle przeszkolony personel oraz wysokie ceny, co w tłumaczeniu na polski oznacza, że zarządzający z załogą przejadali niewielki przychód na swoje pensje. Od kilku lat ośrodek przynosił straty, więc dzisiejsza Grupa Azoty wystawiła go na sprzedaż, a związkowcy płaczą, że im ryje od koryta oderżnięto. A Polacy żyją dziś na wystarczająco wysokim poziomie i nawet nie spojrzą na pokomunistyczne barachło, w którym nie nastąpiły żadne znaczące zmiany dostosowujące placówkę do europejskich standardów. Jedynie ceny dostosowali do Europy, więc Polacy wybrali inne miejsca. Ot i cała tajemnica lamentu nad upadkiem wczasów w Polsce.

 

 

Refleksja na zakończenie.

 

            Biję każdy zakład, że jeżeli nawet jakiś następny rząd wymyślił takie dofinansowanie kolei i dawnych domów wczasowych, żeby je masowo przywrócić, to żaden z tych najbardziej krzyczących i płaczących z powodu ich współczesnej likwidacji, nie powiedziałby zasranego "dziękuję", bo mamy tak roszczeniowe towarzystwo, że im się wydaje, że im się po prostu należy i już! Przykład mamy na autostradach i drogach szybkiego ruchu. W ciągu ostatnich 8 lat powstało ich kilkakrotnie więcej, niż w całej powojennej historii, ale czy któryś z tych zawodowych mazgajów zauważył ich pojawienie?  Albo metro, czy wymianę taboru? Dochowaliśmy się pokolenia ciężkich pierdół, które umie tylko narzekać. "Zmieleni" ich mać, przez własną roszczeniową postawę.

16:47, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (38) »
wtorek, 07 lipca 2015

            Niemal każdy z nas pożyczał kiedyś pieniądze komuś, kto był w potrzebie. I niemal każdy przynajmniej raz w życiu się na tym przejechał. Pół biedy, jeśli było to zwykłe „pożyczenie na zawsze”. Czasem zdarzało się, że upominając się o zwrot pożyczki spotykaliśmy się z agresją słowną, oczernianiem w oczach znajomych. Do najbardziej bezczelnych aplikantów o pożyczki należą państwo menele, którzy najpierw się płaszczą, błagając o „dwa złote na chleb”, a w razie odmowy, bądź propozycji zakupienia im jedzenia, reagują agresją i wyzwiskami. Kiedyś Polskę ogarnęła plaga żulików parkingowych, którzy „pomagali zaparkować samochód” domagając się opłaty i obiecując jego dopilnowanie, bezczelnie informując, że niepilnowane auta często są zastawane przez powracających właścicieli z porysowanym lakierem, bądź wyłamanym lusterkiem.

            Nie te jednak przypadki są dla nas najbardziej przykre. Nie ma chyba nic gorszego, niż gdy litując się nad ubogim sąsiadem pożyczamy mu pieniądze na ważny cel, n.p. na remont mieszkania, on je przepija, a przy pytaniu o zwrot, zaczyna oskarżać nas o szantaż, za który uważa zwykłą informację, że jeśli nie wywiąże się ze zobowiązań, to więcej nie ma co liczyć na jakąkolwiek więcej pomoc z naszej strony. Dodatkowo sam przechodzi do gróźb mówiąc, że jak nie będzie miał za co wyremontować i ocieplić swojego lokum, to wszyscy będą płacić więcej za ogrzewanie, a w dodatku on nie będzie się dorzucać do czynszu i cały blok zostanie zadłużony, bo on nie ma i już. Do palety swoich zachowań może dorzucić obwinianie pożyczkodawcy o biedę swoich dzieci, zimno i choroby, kolportować te pomówienia, a także ogłosić wszem i wobec, że w związku z takim traktowaniem czuje się uprawniony do kradzieży i napadów rabunkowych (dla dobra swej rodziny, rzecz jasna). Najgorsze byłoby jednak to, gdyby z czasem, część członków naszej własnej rodziny zaczęła nieuczciwemu pożyczkobiorcy przytakiwać i nas obwiniać o jego nędzę. Właśnie nas, którzy próbowaliśmy mu pomóc, a nie jego, który tę pomoc przepultał na rozrywki, bądź chociażby tych, którzy mieli go gdzieś i mu odmówili na samym początku (choć to akurat nie grzech, każdy ma prawo odmówić pomocy, jeżeli nie ma bezpośredniego zagrożenia życia).

            Podobnie jak opisany pan menel postąpiła właśnie Grecja. Rozumiem, że bezczelnych żuli jest pełno na całym Świecie, ale zdziwiło mnie, gdy oglądając demotywatory zauważyłem, że autorzy tych satyrycznych kolaży uważają, że Grecy postąpili „HONOROWO”. Niemalże potrzebowałem uszczypnięcia, by się upewnić, że nie śnię i okazuje się, że nie. Menelskie pożyczki na wieczne oddanie, nasza zdolna młodzież od montowania demotywatorów nazywa „HONOREM”. Czuję się zatem w obowiązku naszej zdolnej, lecz mimo to słabującej na umyśle młodzieży przybliżyć ów „HONOR”. Właśnie w tej chwili grecka dyplomacja szoruje berlińskie parkiety upraszając o łaskę spotkania. Już do dymisji podał się grecki minister finansów, Janis Warufakis, bo Niemcy niedwuznacznie dali do zrozumienia, że z tym bezczelnym burakiem w ogóle nie będą rozmawiać, a „HONOROWI” Grecy bez żalu poświęcą najgorliwszego z odgrażających się Unii Europejskiej kolegę. Innym przejawem greckiego „HONORU” jest robienie zniszczeń w i tak zrujnowanym kraju podczas manifestacji, które mają pokazać ich... brak mózgu...? Chorobę psychiczną...? Głupotę pospolitą...? Jak w każdym ogarniętym kryzysem państwie, można się spodziewać skokowego wzrostu przestępczości, gdzie „HONOROWI, PATRIOTYCZNI GRECY” będą grabić innych „HONOROWYCH, PATRIOTYCZNYCH GREKÓW”, bo tak właśnie wygląda honor menela. Jednocześnie wodzowie Grecji będą skamleć o pomoc Unii Europejskiej, będą pełzać i płaszczyć się błagając o byle grosz, ale na pokaz dla swojego „HONOROWEGO” Narodu będą pyskować i się odszczekiwać, co w rzeczywistości ograniczy pomoc do wielkości symbolicznej, bo nie jest rozsądne kąsanie ręki, która karmi. I tak to ów „HONOR” z grubsza wygląda.

            Nie czuję się kompetentny, by przewidzieć jak to się wszystko zakończy, ale póki co, to Grecy niczym ostatni menele skamlą o litość i na przemian odgrażają się, jak na meneli przystało. Żebrzą pyszniąc się jednocześnie. Referendalna euforia minie szybko, ale już teraz wiadomo, że Grecy właśnie poznają karzącą rękę rynku, gdy ich własna, póki co, znajduje się w nocniku. Perpetuum mobile nadal nie istnieje.

 

 

23:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (24) »
piątek, 03 lipca 2015

            Mam ten komfort, że nie jestem politykiem, a na blogu występuję jako felietonista, więc mogę pisać szczerze, co myślę o obywatelach. Nie muszę się mizdrzyć i bredzić, że „ludzie sami najlepiej wszystko wiedzą”, bo to gówno prawda. Oczywiście są w społeczeństwie ludzie mądrzy, ale nie oznacza to, że wiedzą wszystko. Człowiek mądry zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń i wie, że pewne rzeczy lepiej dać zrobić fachowcowi według jego uznania opartego na wiedzy i doświadczeniu. Są też i idioci, którzy uważają, że oni wiedzą wszystko najlepiej. Taki idiota będzie pouczać lekarza, jak ma leczyć jego dziecko, będzie „fachowym okiem” oceniać jakość wykonania jakiegoś małego cudu inżynierii typu most lub stadion, będzie także uczyć spawacza, jak ma trzymać aparat spawalniczy, a malarza, jak ma machać pędzlem. Taki idiota będzie się rwać do referendum, żeby wreszcie pokazać „unym idiotom”, czego chce Naród wcalenieidiotów. Że też nikt się nie kwapi przed operacją, by chirurg rozpisywał referendum w sprawie tego, gdzie poprowadzić cięcie i co amputować! 

            Tymczasem fakty są takie, że głupią maturę zdało raptem 74% absolwentów szkół kończących się tym egzaminem, a przecież mamy takich, którzy w ogóle do matury nie aspirowali. Następnie maturzyści z różnym skutkiem idą na studia, przy czym część z nich nie kończy ich wcale, część kończy nie wiedząc, co mieli na zajęciach (zwłaszcza na uczelniach odpłatnych), a ci, którzy zdobyli jakąś wiedzę i tak zdobyli ją z ograniczonego zakresu materiału, bo inaczej się nie da. Od czasu do czasu jednak zdesperowani politycy nie wiedząc jakiej wazeliny użyć, wychodzą z pomysłem referendum, wchodząc elektoratowi między pośladki i mu słodząc, że jest taki mądry, że aż najmądrzejszy i dlatego władza pokornie się go pyta o zdanie. Ja natomiast uważam, że powinniśmy brutalnie przypomnieć społeczeństwu, że jeżeli nawet na czymś się zna, to jest to mały wyrywek wiedzy i dobrze by było, by z większą pokorą ferowało wyroki. Jakże miło by było, gdyby każdy, kto chce brać udział w referendach, za własną kasę zdawał egzamin z wiedzy ogólnej- 100 pytań losowo wybranych z 10 000 znajdujących się w bazie. Wyniki powinny być dostępne w sieci, żeby każdy mógł sprawdzić faktyczny wynik takiego pyskującego omnibusa, a dla tych, którzy nie osiągnęli progu, dajmy na to, 20%, pojawiałaby się dożywotnia dyskwalifikacja referendalna z informacją : TOBIE KURY SZCZAĆ PROWADZAĆ, NIE POLITYKĘ ROBIĆ, oczywiście dostępną dla każdego użytkownika sieci wraz z personaliami "miszcza". Wtedy towarzystwo nareszcie przestałoby się rwać do opiniowania tematów, o których nie ma zielonego pojęcia.

Jeden Magik już myślał, że jest... "rany, rany, niepokonany".

            Żeby było śmieszniej, wcale nie chodzi mi o pytanie w sprawie JOW. Akurat w temacie wybrania sposobu wybierania swoich przedstawicieli jakoś musimy się umówić. Popatrzcie jednak na referendum w Grecji, gdzie populistyczne władze bezczelnie pytają się o stosunek Narodu do propozycji Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Europejskiego Banku Centralnego i Komisji Europejskiej, czyli o stosunek do czegoś, czego nie znają, a nawet gdyby poznali, to ni w ząb by nie zrozumieli o co chodzi i jakie będą skutki głosowania na „TAK, a jakie na „NIE”. Rząd, który doprowadził kraj do ruiny, odwlekając oszczędności, chce zrzucić odpowiedzialność na nierozumiejący pytania Naród. Przy absurdzie greckiego referendum, populistyczne pytania posłanki Szydło, które próbuje podrzucić do referendum ogłoszonego przez Bronisława Komorowskiego, to ledwie drobna śmiesznostka, tym niemniej, wolałbym by w Polsce nawet drobne kretynizmy były zarezerwowane dla osób indywidualnych, które same poniosą ich koszta, a później będzie je można opiewać w komediach, kabaretach, a nawet honorować specjalnymi nagrodami, jak „Idiota Roku”, czy „Nagroda Darwina”.

 

 

P.S.

            Jeszcze pewien temat pod rozwagę, powiesiłem go na f-b, ale tu też nie zaszkodzi- wystarczy tu kliknąć, by się z nim zapoznać.

13:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
Tagi