RSS
czwartek, 30 sierpnia 2012

            Wielkimi krokami zbliża się nowy rok szkolny. Tyle razy narzekałem na zły kierunek zmian w systemie edukacji, że nadszedł chyba czas, by opisać, jak ja sobie wyobrażam jego funkcjonowanie. Zacznę jednak od pewnej tezy, która powinna być bazą każdej zmiany systemowej.

            Edukacja dysponuje ograniczoną ilością środków pieniężnych, ograniczoną ilością godzin lekcyjnych, ograniczonym czasem nauczycieli i uczniów. Oznacza to ni mniej, ni więcej, lecz to, że każdy dodatkowy nakład na jakąkolwiek dziedzinę edukacji, musi skutkować zmniejszeniem nakładu na inną dziedzinę. Jeżeli ktoś mówi inaczej, to znaczy, że łże w żywe oczy. Nie można w nieskończoność dorzucać nowych pomysłów bez szkody dla dotychczasowego programu, dlatego trzeba dobrze się zastanowić, na co położyć nacisk.

            Daruję sobie przeprowadzanie dowodu tej tezy, jeżeli ktoś myśli, że pieniądze bierze się z "bralni" pieniędzy, a czas jest z gumy, to niech raczej przejdzie na inny blog, zakładam że moi czytelnicy posiadają minimum wiedzy ogólnej i odrzucają istnienie perpetuum mobile i innych przypadków niezrównoważonego bilansu. Drugą, niemniej istotną w dyskusji tezą jest następujące zdanie:

            Jeżeli bezmyślnie  zwiększymy zapas czasu wolnego u uczniów, czyli jeżeli nie zadbamy, by uczniowie poświęcali na naukę rozsądną ilość czasu (około 8 godzin dziennie, doliczając do czasu nauki w szkole, czas  nauki w domu), to wychowamy ludzi niedouczonych. Bezmyślne zmniejszenie zapasu czasu wolnego, zaskutkuje natomiast produkcją zwiększonej ilości młodzieży znerwicowanej i niezrównoważonej psychicznie.

            Tezę powyższą uzasadniam tym, że mądrzejsi ode mnie dowiedli, że człowiek dla zdrowia i wydajnej pracy potrzebuje wypoczynku, jednak bez pracy, człowiek się uwstecznia i nie dość, że nie poznaje nowych umiejętności, to traci umiejętności wcześniej nabyte. Zakładam (być może naiwnie, lecz jestem o tym głęboko przekonany), że tak to już jest z nami, ludźmi.


            Pierwszą, podstawową rolą szkoły, jest rola wychowawcza. Ze względu na to, za podstawę funkcjonowania szkoły uważam zasady, czyli jasny i klarownie sformułowany regulamin, który musi być KONSEKWENTNIE przestrzegany. Żadna religia, ani etyka nie zastąpią zasad i konsekwencji. W sprawach regulaminowych, szkoła powinna postępować według regulaminu, a przestępstwa przeciw kodeksowi karnemu winny być zgłaszane organom ścigania, które by podejmowały indywidualnie decyzje, czy sprawa kwalifikuje się do dalszego rozpatrywania, czy też nie. Szczególną uwagę zwracałbym na broń/ niebezpieczne narzędzia, narkotyki i stręczycielstwo. Społeczeństwo z wielkimi oporami przyjmuje smutną prawdę, że pierwszym dealerem, który wprowadzi dziecko w świat narkotyków, jest jego koleżanka/ kolega ze szkoły, a nie jakiś straszny boss narkotykowy. Podobnie jest z dziecięcą prostytucją: Pierwszymi stręczycielami nie są żadni gangsterzy, tylko koleżanki i koledzy, jak również własne rodziny. I o tym należy pamiętać. Możemy dyskutować o wysokości kary, czy też o możliwościach jej warunkowej zamiany na mniej dotkliwą i nie wpływającą tak na możliwości nauki, jak kara wynikająca z kodeksu karnego, ale kara powinna być NIEUNIKNIONA. Inną sprawą, tym razem regulaminową, która powinna być przestrzegana z najwyższą surowością, jest walka z oszustwami. Ściąganie na sprawdzianach i egzaminach, przepisywanie prac od kolegów, to wykroczenia kwalifikujące się do bardzo surowych kar. W Polsce, nie wiedzieć czemu, przyjęło się kształcenie oszustów od małego, uważam że warto z tym skończyć, jeżeli naprawdę nam zależy, by nie powtarzały się afery typu Amber Gold. Ideałem byłoby, gdyby państwo zabrało się również za karanie osób sprzedających nieletnim alkohol i wyroby tytoniowe. Wtedy szkoła mogłaby współpracować z organami ścigania, wywierając na uczniach presję wskazania osób, od których nabyły niedozwolone w ich wieku środki. Najpierw musi się jednak za to wziąć prawo i policja, czy prokuratura. Żeby jednak nie wyglądało to tak, jakbym chciał zorganizować jakieś obozy pracy dla trudnej młodzieży, chcę wyraźnie napisać, że KONSEKWENCJA nie oznacza pakowania za kraty lub do łagru. Przyłapany na patologii uczeń, czy uczennica może warunkowo uniknąć kary, jeśli się podda terapii. Można również zawieszać ucznia w jego prawach, nakazać mu powtarzanie roku- to nie jest żadna tragedia, choć nie wiedzieć czemu, większość ludzi zwykła tak to traktować.

            Teraz przejdę do rzeczy, której najlepsza opieka rodzicielska nie zastąpi, czyli do edukacji. Skupię się na poziomie szkoły średniej. Widzę potrzebę wprowadzenia następującego materiału:

            1. Nauka o patologiach społecznych (alkoholizm, narkomania, prostytucja, złodziejstwo, zorganizowana przestępczość, etc.).

            2. Pierwsza pomoc.

            3. Wiedza o państwie (jak działa państwo, kompetencje i odpowiedzialność poszczególnych władz, finansowanie państwa).

            4. Edukacja seksualna.

            Jak pisałem wcześniej, czas uczniów, nauczycieli, a także finanse, nie są z gumy, więc by zrobić miejsce na powyższą wiedzę, sugerowałbym zakończenie obowiązkowej nauki przedmiotów artystycznych na poziomie gimnazjum, a powyżej tego poziomu, zostawiłbym możliwość zapisania się na bezpłatny przedmiot fakultatywny (nie sądzę, by waliły tłumy, myślę że z każdego roku uzbierałaby się ledwie jedna klasa chętnych). Nauka religii w ogóle nie leży w gestii państwa i powinna być usunięta ze szkół, chyba że związki wyznaniowe wynajmą na zasadach komercyjnych sale dydaktyczne od szkół i opłacą nauczycieli- Konstytucja gwarantuje edukację, a nie indoktrynację religijną. Poza tym, mam wrażenie, że należy odciążyć program biologii i wiedzy o społeczeństwie, bo materiał, który chciałbym wprowadzić, powinien się znajdować w zakresie tych przedmiotów. Konkretnie: Zamiast przedmiotów artystycznych, chciałbym dodać po godzinie biologii i wiedzy o społeczeństwie, by je przeznaczyć na materiał, którego moim zdaniem brakuje, jednocześnie odejmując trochę bezmyślnej pamięciówy z tych przedmiotów (szczegółami powinni się zająć znający temat lepiej ode mnie). Natomiast fundusze zyskane na usunięciu religii bym przeznaczył na zajęcia wyrównawcze dla uczniów z problemami oraz na zajęcia fakultatywne dla uczniów szczególnie uzdolnionych.


            Co do całej reszty. Mówcie co chcecie, ale za podstawowe przedmioty uważam polski i matematykę, gdyż bez umiejętności komunikowania się (zarówno na poziomie odbioru, jak i nadawania) nie da się niczego osiągnąć, a umiejętność jasnego i konkretnego wysławiania się oraz słuchania/ czytania ze zrozumieniem wcale nie są powszechne. Matematyka natomiast kształtuje logiczne myślenie i jest bazą, bez której ciężko cokolwiek zrobić. Dlatego z całym przekonaniem twierdzę, że powinniśmy wrócić w tych przedmiotach do poziomu starej matury. Stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że obecnie lektury nie są obowiązkowe. Obowiązkowe są tylko fragmenty. A mecz w telewizji oglądamy we fragmentach, czy w całości? A film??? A może kupujemy sobie fragmenty samochodu albo budujemy fragmenty domu??? Co za idiota w ogóle wpadł na pomysł fragmentów lektur?! Mam gdzieś z jakiej „toto” było opcji politycznej, bo idiotyzm jest dyscypliną interpartyjną!


            Skupiłem się na liceach ogólnokształcących, ale jest dla mnie sprawą oczywistą, że nie wolno zaniedbać edukacji zawodowej: ani szkół artystycznych, ani sportowych, ani też zasadniczych szkół zawodowych, czy techników i innych. Znowu nie mam bladego pojęcia, dlaczego w naszej kochanej Ojczyźnie z taką pogardą mówi się o rzemieślnikach. Ja wiem, że to wymaga finansowania, ale być może pomysłem byłoby wynajmowanie sal warsztatowych na kursy doskonalenia zawodowego na potrzeby zakładów pracy, czy urzędów pracy. 


            Mam też jeden jedyny, pozytywny akcent. Powoli zwiększa się ilość absolwentów znających języki obce. Mam nadzieję, że tendencja ta będzie się utrzymywać, bo brak „języków”, to współczesny analfabetyzm.

            Chciałbym też przedstawić trzy sugestie, co do sposobu nauczania. Ponieważ uczniowie mają problemy z samodzielnym notowaniem najważniejszych rzeczy, a w ogóle nie kwapią się do samodzielnego poszukiwania materiałów (chyba że chodzi o gotowce na plagiaty- wtedy wykazują się pomysłowością), uważam że warto się zastanowić, jak wyrobić w uczniach tę umiejętność. Rzadko kiedy stosuje się też prace w grupach, a potem mamy takie kwiatki, że dorośli doceniają tylko swoją pracę lub nie orientują się, jak jeden wrzód może paraliżować prace całego zespołu. Gdyby jeden dzień w tygodniu był poświęcony na warsztaty grupowe, uczniowie uczyliby się odpowiedzialności i tego, że presja na czarna owcę (często w formie sankcji) jest koniecznością i od tego zależy wspólny rezultat. Trzecia sugestia, to zachęta do myślenia, bo ważne są nie tylko pytania "co?" i "kiedy" oraz "kto?", ale równie ważne (bez nich nie ma praktycznego zastosowania wiedzy) są pytania "po co?", "jaki to miało/ ma skutek?", "co jest/ było przyczyną?". To pytania ważne w nauczaniu historii i nie tylko.

            Na zakończenie mam taką uwagę: Ja oczywiście przedstawiłem tylko swoje propozycje. Jestem jednak gorącym zwolennikiem tezy, że dopóki się nie nauczysz, to nie będziesz umiał. Nauka wymaga wysiłku, ale daje wiedzę i umiejętności. Pod warunkiem, że zdobędziesz wiedzę, a nie papierek.



01:28, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

            Zaczęło się od tego, że przeczytałem humorystyczne wspomnienie, które zamieścił u siebie Malawiart- kliknij, jeśli chcesz przeczytać. Właściwie nic wielkiego: historia osiemnastych urodzin, które tatuś jubilatki chciał uczcić otwarciem wina zakupionego w dniu narodzin pociechy. Wino nie było z tych, które nadają się do starzenia i wyszła klapa. Nie o winie jednak chciałem pisać.

            Myślę, że większość czytelników pamięta słynny thriller „Milczenie owiec”. Jest tam scena, gdzie Hannibal Lecter (Anthony Hopkins) dokonuje oceny agentki Starling (Jodie Foster) na podstawie jej ścieżki zawodowej i wyglądu zewnętrznego. Od razu wychwytuje drogą torebkę zestawioną z tanimi butami. Takie tanie stworzenie sobie namiastki luksusu, wejścia w klasę wyższą, wymarzony świat dobrobytu i stylu. Nie sądzę, by choć jedna osoba urodzona w niezbyt zamożnej rodzinie wolna była od choćby jednego w życiu epizodu, który miał na celu uzyskanie podobnego efektu- namiastki luksusu. To mogą być różne rzeczy: Można pójść raz do kasyna z prawdziwego zdarzenia, restauracji najwyższej kategorii, można pojechać na wczasy do Egiptu (czy gdziekolwiek indziej, byle to pachniało egzotyką i ekstrawagancją). Są też ludzie, dla których taką namiastką może być dres „Adidas”, bądź też choćby skarpetki tej firmy. Każdy, absolutnie każdy, pragnie mieć coś „ekstra”. Być może wyjątek stanowią dzieci multimilionerów, bladego pojęcia nie mam, gdyż chyba nigdy nie stałem obok takiego dziecka, a jeśli nawet stałem, to przez przypadek. Problem tkwi w tym, że najczęściej uleganie takiej pokusie wejścia w nie swoje buty dla postronnego obserwatora wygląda dość groteskowo, a w dodatku nie spełnia oczekiwań osoby podnoszącej sobie w ten sposób nastrój: Wyobraźmy sobie szarego obywatela w luksusowej restauracji, gdzie woda mineralna kosztuje tyle, ile on przeznacza na dzienne wyżywienie. Jak strasznie musi się czuć, licząc uciułane grosze i porównując zawartość portfela z cenami z karty. Wspomniana luksusowa torebka też może być przyczyną frustracji: Po pierwsze, nazbyt wyróżnia się na tle ubioru w wersji „budżet”, a po drugie, myśl o jej ewentualnym zniszczeniu może powodować bezsenność właścicielki. Tak się kończy próba wejścia w inny świat.

            Wino z historyjki Malawiarta, to również przykład takiego wejścia tanim kosztem w krainę, w której  wykwintne potrawy popijane są kilkunastoletnim trunkiem. Rozumiem ideę, rozumiem chęć spięcia klamrą dnia narodzin z „osiemnastką” córki i zastanawiam się, co ja bym zrobił, by osiągnąć taki efekt. W wersji niskobudżetowej, być może założyłbym album, w który bym wklejał wycinki z gazet z najważniejszymi wydarzeniami z tego roku, przeplatane zdjęciami rosnącego dziecka. W wersji nieco droższej, choć oczywiście nie rujnującej- w granicach możliwości budżetu, być może kupiłbym coś z ręcznie robionej biżuterii, a może jakiś szwajcarski zegarek z klasycznym mechanizmem- oczywiście kazałbym wygrawerować datę urodzin, by takie cacko spokojnie czekało w szufladzie, a po osiemnastu latach mogłoby się stać prezentem na wejście w dorosłość. Nie wiem, na pewno nie ma nic darmo, jeśli chcemy namiastki luksusu, bądź też czegoś specjalnego, musimy za to zapłacić, bądź wykazać się większą pomysłowością, pracowitością i znajomością tematu, niż zakitraniem butelki jakiegoś sikacza na okres osiemnastu lat. A tak już bardzo uogólniając: Zawsze, absolutnie zawsze, najlepiej będziemy się czuć we własnych butach.

 

            P.S.

            Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał jeszcze o jednym: Zdarza się, że znajomość kilku rodzajów trunków bywa nobilitowana do tytułu znawstwa. Na ogół wśród alkoholików. Zwłaszcza, jeżeli jest to wysoko funkcjonujący alkoholik. Nic bardziej mylnego. Jeżeli ktoś w siebie wlewa alkohol litrami, to nie jest koneserem, lecz żłopem. Koneserem nawet nie jest sprawny barman. Jego umiejętności nie pokrywają się z umiejętnościami kiperskimi, choć nie wykluczają wzajemnie. Porównałbym to do rajdów samochodowych. Alkoholik (nawet wysoko funkcjonujący), to tylko dzieciak spod dyskoteki, który jeździ piętnastoletnim BMW wciskając gaz do dechy i wydaje mu się, że umie jeździć. Barman, to odpowiednik pilota samochodowego, natomiast naprawdę jeździć potrafi kierowca rajdowy i on może być odpowiednikiem kipera. Choć i tu analogia jest niekompletna, bo kierowca powinien dużo jeździć, natomiast kiper pić nie może- on ma pielęgnować smak i węch. Dlatego nawet żartem nie wbijajmy osób nadmiernie pijących w poczucie fałszywej dumy z powodu rzekomego znawstwa. Jeżeli chcemy im dać jakiegoś pozytywnego kopa, to wskażmy jakieś inne, prawdziwe umiejętności, które dana osoba posiada- nie udajmy, że pijacka znajomość trunków ma jakiekolwiek plusy.



13:54, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
sobota, 25 sierpnia 2012
czwartek, 23 sierpnia 2012

            Niedawno miałem okazję słuchać radiowego wywiadu z Irlandczykiem- byłym żołnierzem amerykańskiej jednostki specjalnej, mieszkającym na stałe w USA. Wszystko było w porządku, dopóki komandos opowiadał o sprzęcie, wyszkoleniu, umiejętnościach, ratowanych ludziach, czy zabezpieczanych obiektach o najwyższym znaczeniu dla całych operacji, czy nawet dla późniejszego życia na tym obszarze. W pewnym momencie dziennikarz zadał idiotyczne pytanie: „czy zabijaliście ludzi?”, a gość próbował przenieść ciężar dyskusji na to, co wtedy chronili i jak ważne dla życia ludzkiego było powodzenie ich misji. Prowadzący nie załapał i zadał jeszcze głupsze pytanie: „A ilu TY zabiłeś ludzi?”. Pal sześć, że zrobił to raz, ale on trzykrotnie próbował uzyskać konkretną liczbę. Podziwiałem komandosa za jego cierpliwość i takt, ponieważ kontynuował rozmowę, choć nie zaspokoił ciekawości natręta. Ja w tym momencie zapytałbym się, czy zabici ludzie stanowią dla niego jakiś szczególny fetysz, bo zachowywał się tak, jakby podniecała go myśl o poległych w walce, jakby czerpał z tego seksualną satysfakcję.


             Dzisiaj czytałem wspomnienia Denisa Avey- Brytyjczyka, który jako jeniec wojenny dwukrotnie z narażeniem życia wszedł na teren Auschwitz, by dać świadectwo o tym, co działo się w obozie. Trauma i żal, że nikt nie potrafił mu w tamtym czasie fachowo pomóc dojść do siebie psychicznie po tamtych przeżyciach były jednym, co mi się rzuciło w oczy, natomiast drugą sprawą była bezsilna złość na swych rodaków, którzy po jego powrocie nie chcieli słuchać o okropnościach niemieckich zbrodni, lecz interesowało ich ilu ON OSOBIŚCIE zabił Niemców. Skomentował to mniej- więcej tak, że tego typu pytania, to obelga dla tych, co walczyli i dla tych, co zginęli. Oni wszyscy zostali postawieni przed sytuacją ich przerastającą, która tkwiła w nich aż po ostatnie dni życia, a tymczasem gawiedź była zainteresowana tylko tym, jak świadek własnoręcznie pozbawiał życia wroga.


            Tak się szczęśliwie złożyło, że nie brałem udziału w żadnej wojnie. Wojenne szaleństwo znam z literatury i niech tak zostanie. Każdemu, kto marzy o własnoręcznie zabijanych wrogach, polecam do przeczytania dwie pozycje- absolutną klasykę światowej literatury wojennej: „Przygody dobrego wojaka Szwejka” oraz „Paragraf 22” (Heller nie ukrywał, że powieść Haška bardzo go zainspirowała). Genialnym chwytem zastosowanym w obu tych dziełach jest to, że chorzy psychicznie bohaterowie, okazują się być najrozsądniejszymi osobami po obu stronach frontu. Miałem jednak i osobiste przeżycie związane z wojną (na szczęście związane tylko pośrednio): Właśnie przeniesiono mnie z oddziału intensywnej terapii do sali podwyższonej gotowości. Byłem nafaszerowany morfiną i osłabiony drakońskimi zabiegami (na stole operacyjnym w ciągu poprzednich trzech dniu spędziłem dwa razy po szesnaście godzin). Jedyne co pamiętam z tamtych chwil, to (oprócz narkotycznych snów) zabiegane pielęgniarki opiekujące się kilkunastoma ciężkimi przypadkami i całą resztą oddziału neurochirurgii jednocześnie. Dziesiątki osób walczących w pocie czoła o życie pacjentów. I w tym czasie na monitorach telewizyjnych co pół godziny pokazywano migawki z interwencji zbrojnej armii izraelskiej. Czołgi, helikoptery, rakiety, wybuchy, dym i zniszczenie. I widząc taki kontrast, na skomentowanie tego co widzę na monitorach, miałem tylko słowa: „Co oni, kurwa, robią”?! Za jeden taki czołg, oddział neurochirurgii mógłby funkcjonować przez cały rok. Pociski z broni maszynowej wystrzeliwane były szybciej, niż rozwijane były materiały opatrunkowe w szpitalu. Zabójstwa definitywnie przestały mnie fascynować.



15:39, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

            Maja od dziecka była wykorzystywana. Najpierw przez swoją własną rodzinę. Oprócz tego, że musiała zadbać o swoje obowiązki szkolne, była tym dzieckiem, które musiało dbać o dom: obiad, zakupy, ogródek, drewno na opał (musiała palić jakimś zabójczym systemem bez użycia węgla, tylko drewno i miał węglowy). Do tego musiała dbać o siostrę, musiała nawet odrabiać za nią lekcje. Nie pomagać..., nie..., chodziło o odrabianie lekcji za siostrzyczkę. Tylko mi nie mówcie, że każde dziecko to robi, będąc cały czas jeśli nie wzorową, to wyróżniającą się uczennicą. Maturę robiła w liceum zawodowym, rodzice przekonali ją, że zamiast studiów potrzebny jej zawód, na wszelki wypadek. Gdy miała zawód i maturę, zdała na studia, ale musiała wybrać zaoczne- rodzice zmusili ją do podjęcia pracy, by naukę sama sobie mogła finansować i jeszcze dorzucała się do chaty. Powiecie, że jak bieda, to tak trzeba??? A ja powiem, że na wódkę było trzeba i stąd była bieda (i to bez przesady, bo jak się mieszka w piętrowym domku jednorodzinnym, to przesadnej biedy nie ma). Jednak na solidną naukę dla córki rodzice nie mieli serca dać grosza. Ba, na prąd też było szkoda- bezpieczniki były watowane, by dało się kraść duże ilości prądu. Co to mogło rodziców obchodzić, że mogą spłonąć dzieci? Na wódkę potrzeba!!! Jak trzeba, to trzeba, tatuś dzięki tej potrzebie znalazł się w przyspieszonym tempie w piachu. Maja od dwóch lat już pracowała i studiowała zaocznie. Tak się zakończył pierwszy etap jej życia.

`           Etap drugi, to Maja w roli głównego żywiciela rodziny. Matka na rencie, siostra na rencie po ojcu, a Maja zajmowała się pracą, studiowaniem, odrabianiem lekcji za siostrę, której by zabrano rentę, gdyby przestała się uczyć. Więc siostra kochana szantażowała wszystkich tym, że jak za nią nie będą robić szkoły, to kasy po tacie nie będzie. Jednak dotarcie do szkoły też stanowiło dla siostrzyczki problem, więc znalazła leszcza, wzięła ślub, zrobiła sobie z nim dziecko (planowane), a wszystko to po to, by dostawać rentę bez nauki. Siostrzyczka przejęła spadkowe pieniądze po tacie, Maja na mocy umowy ustnej miała dostać część domu należącą do siostry. Ze względów podatkowych, nikt nie załatwił tego formalnie- jeśli nie domyślacie się, co z tego wynikło, to służę informacją: Maja po raz kolejny została wycyckana. Siostra za kasę spadkową wybudowała dom, lecz ponieważ nie chciała się zrzec swojej działki domu rodzinnego, dom był na męża. Siostrzyczka w domu nie robiła nic oprócz picia, właściwie to zaprowadzała dziecko do matki i Mai, a sama piła. Mąż tyrał po dwanaście godzin przy układaniu bruku, dojeżdżał (to dodatkowe dwie godziny z dnia męża), a ona mu nie dawała kasy na jedzenie, kanapek i obiadu też nie robiła. To i rozwód nastąpił w ciągu kilku lat. Mąż ją wywalił z domu, więc wróciła „do siebie”, czyli wpakowała się w część, którą miała dać Mai w zamian za kasę ze spadku.

            Etap trzeci w życiu Mai, to małżeństwo. Ciekawostką jest, że przyszły małżonek nie wzbudzał niczyjej sympatii, gdyż mógł zabrać z domu woła roboczego, znaczy się Maję. Jednak gdy już dano na zapowiedzi i zaproszono gości, luby po raz pierwszy uderzył swą wybrankę. Tym razem, rodzina nagle pokochała lubego, bo przecież wstyd by był we wiosce i przed księdzem, i w całej rodzinie, gdyby ślub odwołać. W związku z tym Maja była bita i poniżana przez własnego męża na piętrze swego domu przez dalszych siedem lat (właściwie w domu rodzinnym nieco mniej- do przeprowadzki), podczas gdy mama z siostrą waliły wina proste w kuchni na parterze. Mai było wstyd, więc kupili mieszkanie i się wyprowadzili. Ponieważ Maja miała oszczędności i więcej zarabiała, to „kupili” wyglądało tak, że poniosła jakieś ¾ kosztów mieszkania. Żeby było ciekawiej, zrobiła to tuż po tym, jak w domu rodzinnym odnowiła piętro, zrobiła dodatkową łazienkę i wszystko umeblowała. Oczywiście siostrzyczka bez zbędnych skrupułów wprowadziła się do pokojów Mai, jej męża i córki, bo córkę urodziła kilka miesięcy po ślubie, co oznacza, że mąż przed ślubem uderzył ją wiedząc, że jest w ciąży. Wydawać by się mogło, że nie da się bardziej wykorzystać Mai. Co się nie da?! W RODZINIE?! Maja po siedmiu latach rozwiodła się z mężem, zrobiła to dopiero wtedy, gdy tak ciężko ją pobił, że trafiła do szpitala. Każdy, kto jej dobrze życzył drżał z niepewności, bo ona cały czas rozważała wycofanie sprawy, jednak o rozwodzie przesądziła ciężka choroba córki. Podczas dwóch tygodni jej pobytu w szpitalu, tatuś pił, więc nie znalazł czasu, by odwiedzić własne dziecko. I wtedy Maja zdecydowała się doprowadzić sprawę do końca. „Happy End”??? A gówno!

            Minął rok od rozwodu. Maja chce sprzedać mieszkanie i wrócić do domu rodzinnego. Rzekomo, by go ratować przed zniszczeniem, bo pijąca siostra zdemolowała go dość porządnie. Mało tego. Maja znowu zaczyna się spotykać z byłym małżonkiem.  Podobno tylko na piwie.

 

            Uważam, że Maja jest również uzależniona od alkoholu, podobnie jak cała jej rodzina. Kiedyś pisałem o jej przypadku w kontekście tej używki. Mam również powody, by twierdzić, że Maja została kiedyś zgwałcona, choć nie wiem przez kogo. Nigdy nie odważyłem się jej zapytać wprost, nie chcę pisać dlaczego tak sądzę, jednak dość stanowczo bym się przy tym upierał. Zrobiono z niej współczesną niewolnicę, typowego Kopciuszka, tyle że żaden książę jej nie uratował. Jej...??? A co z jej córką??? Przecież ona już ma zwichrowaną psychikę- przez siedem lat była świadkiem poniżania i bicia własnej matki przez własnego ojca. Nie chce mi się myśleć, co się stanie z tym dzieckiem, gdy trafi z powrotem do „domu rodzinnego” Mai. Na marginesie: Syn siostry Mai już chyba jest nie do odratowania. Na skutek lat wychowywania przez pijaną matkę i równie pijaną babkę, sprawia takie problemy wychowawcze, że grozi mu dom dziecka lub poprawczak, jeśli popełni przestępstwo. Dom dziecka, bo siostrzyczka chyba straci prawa do opieki- jest już zdegenerowaną alkoholiczką, bywała pijana na wywiadówkach, co przy kłopotach syna może tak skutkować właśnie ograniczeniem praw rodzicielskich i odebraniem dziecka. I jak można w takie miejsce ściągać córkę Mai???

 



czwartek, 16 sierpnia 2012

            Nie tak dawno temu napisałem notkę p.t. „Od picia ryzykownego do uzależnienia”. Starałem się w niej pokazać, jak łatwo od normalnie funkcjonującego człowieka przejść do poziomu utracjusza bez pracy i środków do życia- wystarczy tylko pić. Teraz chciałbym przedstawić niejako ciąg dalszy: Co się dzieje z alkoholikiem i jego otoczeniem, jeśli ani pierwsze kłopoty zawodowe, ani kłopoty rodzinne (często dość poważne, jak utrata pracy i rozwód) nie nakłonią go do podjęcia leczenia. Nazwę bohatera Januszkiem, nawiązując do słynnego serialu polskiego, lecz od razu zaznaczę, że zależy mi na tym, by każdy zauważył, że zło wynika z natury choroby alkoholowej, a nie z jakiejś niezwykle cynicznej postawy bohatera, który jest postacią autentyczną, podobnie jak i jego matka.

            Januszek- półsierota, ojciec zmarł kilka lat przed wejściem Januszka w pełnoletność. Dość zdolny, edukację zakończył maturą i tytułem technika budowlanego. Mieszkając przy granicy niemieckiej, ba, mając bliską rodzinę w Niemczech, mógłby z taką podstawą żyć naprawdę godnie. Wystarczyłoby konsekwentnie zdobywać doświadczenie zawodowe. Na starcie zrobił jednak błąd i odszedł od zawodu, chwytając się pierwszej lepszej roboty, bo była w miejscu jego zamieszkania. Jednak my wejdziemy w życie Januszka dopiero w chwili, gdy stracił wszystkie stałe prace (raptem było ich dwie) i zaczął jeździć na miesiąc- dwa na Zachód, by odłożyć kasę na resztę roku w Polsce.

            Taki tryb życia (2 miesiące pracy i 10 wakacji) dla osoby podatnej na uzależnienia jest zabójczy, a co dopiero dla osoby już uzależnionej, która straciła stałą pracę z powodu alkoholu. No i trafiło na Januszka: Mieszkając z mamą, miał dach nad głową, miał ciepło, miał jedzenie, pranie i kto wie, co jeszcze- trzeba by zrobić wywiad z matką Januszka. Matka robiła wszystko, co robi książkowa osoba współuzależniona: Niańczyła Januszka, często też chodziła po knajpach szukając syna i próbując go na siłę oderwać od alkoholu. Zdarzało się i tak, że próbowała go na siłę zamknąć w domu, by nie mógł się napić. Był to moment pierwszych aktów przemocy, właściwie obustronnej, bo matka próbowała go na siłę zamknąć, a Januszek chciał iść pić- oczywistym jest, że z wszelkich szarpanin i szamotanin z matką wychodził zwycięsko. I był to moment, w którym należało złożyć doniesienie do sądu rodzinnego w celu skierowania Januszka na przymusowe leczenie, a także w celu założenia mu karty- każdy akt przemocy domowej winien być notowany. Nie doszło do tego, a Januszek poczuł, że siłą może postawić na swoim. Z czasem doszło do tego, że będąc na kacu, posyłał matkę, by mu kupiła alkohol, a ona to robiła. Ciężko określić, jakich form nacisku używał, czy była to tylko słowna manipulacja, czy groźby, czy też przemoc fizyczna, faktem jest jednak, że udawało mu się wymóc na matce coraz więcej poniżających ustępstw.


            W głowie Januszka działy się wtedy straszne rzeczy. To już był czas bardzo silnej destrukcji. Jego myśli krążyły wokół tego, jak zorganizować butelkę alkoholu. Gdy zaczynał pić, obserwował jak ubywa wódki i już wtedy kombinował, jak zorganizować następną. Myśl o tym, że mógłby iść spać niedopity, budziła w nim przerażenie. I gdy piszę „przerażenie”, oznacza to dokładnie „przerażenie”, to nie żadna przenośnia. On się bał momentu, gdy zabraknie alkoholu i wtedy jedyną myślą było, jak temu zapobiec. Skutkowało to tym, że upijał się do nieprzytomności gdy tylko miał pieniądze, a gdy ich nie miał, starał się wyżebrać alkohol, bądź pieniądze na alkohol. W swoim miasteczku stawał się symbolem dna: Tak często widywano go śpiącego w krzakach, nierzadko w obsikanych spodniach, poranionego podczas licznych upadków, że miejscowym nastolatkom wydawało się, że zawsze taki był. Nic bardziej mylnego: Był czas, gdy uprawiał sport, dużo pomagał matce i babce na ich działkach i jeszcze był w stanie sam zadbać o siebie. Tyle, że to odległa przeszłość. Próbował uciec przed opinią miejscowego menela, jeżdżąc pić do większego miasta. Budził się albo na izbie wytrzeźwień, albo na klatce schodowej, czy też w nieznanej piwnicy, a czasem w przydrożnym rowie. Często w bliżej nieznanych mu miejscowościach, gdyż wsiadając półprzytomnym do autobusy, czy pociągu, szybko zasypiał i przegapiał rodzinną miejscowość. Ciężko policzyć, ile razy został okradziony i pobity. Zarówno przez funkcjonariuszy publicznych, jak policja, straż miejska, czy załoga izby wytrzeźwień, jak też przez kompanów od kieliszka lub innych przygodnych awanturników.


            Januszek jest zbyt inteligentny, by nie wiedzieć, co się dzieje. Doskonale sobie zdaje sprawę z tego, jak się stoczył. Utracił większość starych znajomych. Obiegowa opinia jest taka, że to ci, którym się udało coś osiągnąć w życiu, odsuwają się od looserów. Prawda jest taka, że tego typu utracjusz ma w sobie tak silne poczucie winy i wstydu, że sam unika osób pędzących zwykłe, rodzinne życie człowieka pracującego. On wie, że jego styl picia jest nie do zaakceptowania, więc skoro nie chce się z nim rozstać, ucieka od tych, którzy nie piją- robi to ze wstydu. Na pewnym poziomie destrukcji, alkoholikowi zależy tylko i wyłącznie na tym, by towarzysze byli osobami równie destrukcyjnie pijącymi. Nie pogardzą nikim. Przykładowo: W miasteczku Januszka mieszkał kiedyś chory psychicznie, który przyłapany na zoofilii, spędzał dużo czasu w szpitalach psychiatrycznych. Jednak gdy z nich wychodził, nawet na przepustkę, od razu dopadała go grupa „kolegów” od kieliszka. Nie przeszkadzało im, że wykorzystują psychicznie chorego, a do tego zoofila. Nawet im pasowało, że mają w swoim towarzystwie kogoś, kto robi głupsze rzeczy, niż oni sami. Ten chory zmarł kilka lat temu, lecz dziś miejscowi alkoholicy mają w jego miejsce towarzysza, który obciął sobie dłoń. Eksperymentował z różnymi substancjami narkotycznymi, był też nałogowym hazardzistą. W końcu coś tak mu pomieszało się we łbie, że zaczął czytać Biblię i „nauczać”. Gdy zapoznał się z fragmentem mówiącym, że jeśli twoja ręka jest przyczyną grzechu, to ją utnij, on uciął sobie dłoń. Z historią tego faceta zapoznali mnie mieszkańcy jego miasteczka, gdy ja im opowiedziałem historię innego poznanego przeze mnie człowieka, który w ataku delirium tremens, obciął sobie dłoń siekierą, „bo tak mu diabeł kazał”. Kazał mu potem obciąć drugą rękę, lecz bez jednej dłoni nie mógł tego zrobić. Januszek powoli staje się takim błaznem- maskotką miejscowych pijaków. Był już kilka razy zabierany w kaftanie bezpieczeństwa do szpitala psychiatrycznego, gdyż w stanie upojenia alkoholowego często nie zauważa przeszkód, jakie ma na drodze. Ostatnio próbował przejść przez mur tak, jakby tam były szeroko otwarte wrota. „Wchodził” głową w ścianę, aż ktoś z sąsiadów zobaczył go uderzającego głową w mur, ociekającego krwią i zaalarmował pogotowie. Wcześniej kilka razy tak trafiał do szpitala psychiatrycznego, gdy „wychodził” przez zamknięte, przeszklone drzwi. Zyskał przez to miano lokalnego „psychola”. Nie wierzę, by Januszek nie zdawał sobie sprawy z tego, jak go traktują „koledzy”. Większość z nich do pięt mu nie dorasta pod względem inteligencji, jednak destrukcja alkoholowa wyrównuje te różnice. Januszek wie, że się z niego śmieją, ale jest to jedyna grupa, która akceptuje jego osobę i jego picie, częstują go alkoholem, gdy jemu brak pieniędzy, on częstuje ich, gdy oni nie mają kasy. Tyle że on już nie ma zdrowia: Już u niego wystąpiły padaczka alkoholowa i halucynoza, a od strony somatycznej, ma mocno zniszczoną wątrobę i trzustkę, a nerki nie nadążają z oczyszczaniem organizmu. W tym momencie jest na krawędzi śmierci, choć równie dobrze, może umierać powoli. Jeżeli nie przestanie pić, poważne, nieuleczalne choroby psychiczne są kwestią miesięcy, najdalej kilku lat. Jego mięśnie zwiotczeją, będzie miał kłopoty z poruszaniem się, być może miażdżyca wymusi obcinanie kończyn kawałek po kawałku. To wersja powolna- mogąca potrwać nawet kilkanaście lat. Możliwości nagłej śmierci jest zbyt wiele, by je tu wyliczać- od wypadku po niewydolność, czy wyczerpanie organizmu.

            P.S.

            Jako ilustrację muzyczną, zamieściłem dwa utwory Toma Waitsa. „Swordfishtrombones”, to historia człowieka, który na wojnie utracił nogi (czy też władzę w nogach) i rozum, karmił się przez 27 lat codzienną porcją „pół pinty Bellentinesa”, czyli kubkiem szkockiej, co któregoś dnia sprawiło, że za pomocą maczety zdekapitował jedną z dziewcząt z Crutchfield, po czym zasiadł na drzewie eukaliptusowym, udając kanarka i potrząsając obciętą głową za każdym swoim słowem. Drugi utwór- „Jockey Full Of Bourbon”, to z kolei dość chaotyczna opowieść pełna przedziwnych postaci z przepełnionym bourbonem narratorem na czele. Przeplatają się tu jakiś nożownik z kubańskiego więzienia, jakaś niewiasta przyodziana w zdarty z truposza garnitur, „szesnastu chłopa na umrzyka skrzyni”, a wszystko to podczas, gdy płonie dom uczestnika tej szalonej libacji i nie ma komu ratować uwięzionych tam jego dzieci.

            Tego typu historie odbierane są zazwyczaj, jak jakieś senne majaki, bardziej jako nadwrażliwa wyobraźnia twórców, niż jak coś, co się dzieje dookoła. Człowiek, który nie miał okazji zetknąć się z takimi środowiskami, najzwyczajniej w to nie wierzy, próbuje przykładać swój sposób myślenia do zachowań osób z takich historii i nijak mu tu nic nie pasuje, bo i pasować nie może. Tam nic się nie dzieje zgodnie z logiką, tam wszystko odbywa się pod wpływem emocji, a emocje są w głównej mierze kształtowane przez alkohol i inne środki odurzające. Rzadko kiedy dochodzi do tak drastycznych scen, gdyż zazwyczaj osoby uzależnione umierają dużo wcześniej, nie mogąc dać tak spektakularnego dowodu destrukcji. To nie oznacza, że widmo szaleństwa nie krąży nad każdym alkoholikiem.



14:23, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
sobota, 11 sierpnia 2012

(...)Pociągnął wróg za sznury,

by kłamać zaczął dzwon,

ale nie runął z góry

oczekiwany ton.

Bo garbus u jego serca wisi

i w spiż parszywym tłucze łbem.

Rozbrzmiewa w niespodziewanej ciszy

Jego ni rechot- ni to jęk (...)

Quasimodo, Jacek Kaczmarski.


            Od ponad pięciu miesięcy w Moskwie więzione są trzy dziewczyny, członkinie punkowo- happeningowej grupy „Pussy Riot”. Zostały oskarżone o chuligaństwo motywowane nienawiścią religijną. Cóż zatem takiego zrobiły, że uznane zostały za tak niebezpieczne, by je trzymać w areszcie??? Otóż 21 lutego w moskiewskim soborze Chrystusa Zbawiciela nagrały symulację wykonania utworu „Bogurodzico, przegoń Putina”. One tego nawet nie zagrały, choćby dlatego, że nie miały jak podłączyć sprzętu. Cała akcja trwała raptem pół minuty. Przegonione przez ochroniarzy, wróciły do domu. Tak „niebezpieczne”, by pozbawić je wolności, zrobiły się nagle, po zmontowaniu teledysku zawierającego zdjęcia z soboru i umieszczeniu go w internecie.


            Już za samo przygotowanie zarzutów prokurator powinien trafić do pierdla za próbę popełnienia przestępstwa sądowego. „Nienawiść religijna”??? Jednym słowem tam nie nawiązano do żadnej religii, a sugerowanie czegokolwiek oprócz chęci ośmieszenia Putina, to zbrodnia mataczenia. Dlaczego sobór??? Ano spytajcie prawosławnych biskupów, a najlepiej patriarchy Rosji, Cyryla I. Najlepiej zapytajcie wprost, dlaczego plugawią swą wiarę, mieszając ją do polityki. Zmowa Kremla z prawosławnymi duchownymi jest aż nazbyt widoczna, zwłaszcza od czasu dojścia Putina do władzy. W języku dyplomacji nazywa się to „współpracą” między Cerkwią a państwem. Znamy to przecież z własnego podwórka, wiemy jak Kościół przestrzega konstytucyjnego zapisu o rozdziale Kościoła od państwa. By nie być gołosłownym, zamieszczam link do krótkiego, suchego opracowania- kliknij, by poczytać. Wracając do naszego prokuratora, ja bym go postawił przed sądem za sam zbrodniczy akt oskarżenia, a za przetrzymywanie dziewczyn przez prawie pół roku w areszcie, wpakowałbym go do celi z grypsującymi i poinformował kim jest ten miły pan, niechby się zaopiekowali jego pupalem należycie! Dlaczego tak? O tym w następnym akapicie.


            W państwie demokratycznym za tego typu naruszenie porządku odpowiada się z wolnej stopy, sąd zarządza wypłatę zadośćuczynienia dla strony poszkodowanej, poucza, że następnym razem kwota odszkodowania będzie dużo wyższa i jest po sprawie. Areszt stosuje się wobec osobników niebezpiecznych, bądź wtedy, gdy istnieje uzasadniona obawa mataczenia. Niech mi ktoś powie, co tu można mataczyć?! Jest materiał filmowy, są świadkowie! Jakie stanowią zagrożenie?! Że znowu zamieszczą film w internecie?! Przecież każdy ich happening był tak przygotowany, by nie było ŻADNYCH zniszczeń i żeby nikt nie ucierpiał. Tam NIE BYŁO ZNAMION PRZEMOCY, NAWET ŚLADOWYCH ILOŚCI. Wiecie, co o tym wszystkim sądzę? Że wyrok na dziewczyny jest już dawno wydany. Na pewno będzie co najmniej tak długi, jak długa była ich odsiadka w areszcie, żeby nie wypłacać im odszkodowań. Jednak to nie uchroni Rosji przed kosztami. Proces, nadzwyczajna ochrona, areszt- to tylko preludium. Jeżeli sąd rosyjski sam się nie zajmie swoją głupotą, nie zreflektuje się i nie wypłaci dziewczynom odszkodowań za bezprawne przetrzymywanie w areszcie, zrobi to Trybunał w Strasburgu. Plan władz był prosty: Wpakować do pierdla, oskarżyć o niestworzone rzeczy (za to, o co oskarża się Pussy Riot grozi 7 lat pozbawienia wolności) i OKAZAĆ ŁASKĘ, skazując TYLKO na kilka miesięcy. To stara zasada, którą zdemaskował ponad pół tysiąca lat temu Tomas de Torquemada (inkwizytor, w którym całe życie wewnętrzną walkę toczyła zbrodnicza bestia z reformatorem i humanistą): „niski wyrok maskuje okrucieństwo metody”. W tym wypadku na podstawie swych zbrodniczych oskarżeń, już prokurator żąda mniej, niż połowy maksymalnej, przewidzianej kodeksem kary, a sąd może ją dodatkowo zmniejszyć.


            W tej sprawie, Rosja przegrała na każdej linii. Nie dość, że finansowo wyszła na swej paranoicznej żądzy zemsty, jak Zabłocki na mydle, to jeszcze z oskarżonych dziewczyn zrobiła znane na całym świecie celebrytki, które bez trudu przekują popularność na dochód, którego częścią być może będzie odszkodowanie za bezpodstawne więzienie. Rosja jednak zrobiła coś dużo głupszego: Z tych dziewczyn, zrobiła śmiertelnych wrogów władz Rosji i Cerkwi. I z tą popularnością, którą obecnie mają, będą kopać cerkiewno- kremlowskie tyłki- BĘDZIE BOLAŁO!!! Nie wierzycie??? Już zza krat dziewczyny kpią w najlepsze z „reżimu Putina”, ale tym razem ich głos się niesie na cały Świat. Takiej promocji ze strony wściekłych władz nie miał nikt od czasów Sex Pistols.



11:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012

            Wczoraj nawinął mi się do poczytania artykulik o nowej modzie w USA. Chodzi o zapoczątkowany na początku lat dziewięćdziesiątych zwyczaj dziecięcych przedmałżeńskich ślubów abstynencji seksualnej, których symbolem jest specjalny pierścionek. Jeżeli ktoś ma ochotę poczytać- link jest tu (kliknij). Sam artykuł mnie rozczarował, gdyż autorka skupiła się na bardzo demagogicznych chwytach w stylu ujawnienia skali biznesu pierścionkowego (podobno są i takie za 600$), czy też banalnego przypadku nieuświadomionej dziewczyny, która ślub złamała i zaszła w ciążę. Jednocześnie autorka nie odważyła się (może po prostu nie umiała) nazwać zjawiska po imieniu. Chodzi o myślenie życzeniowe, czy też marzeniowe podejście do rzeczywistości.


            Powyższe zjawisko jest charakterystyczne dla zachowań patologicznych. Alkoholik gra w totolotka w myślach zagospodarowując główną wygraną, ewentualnie planuje wyjazd na zachód, bądź podjęcie studiów, planuje wszystko, tylko nie zaprzestanie picia. Prostytutka również marzy o odłożeniu pieniędzy na studia i założeniu normalnej rodziny, lecz póki co, wszystkie fundusze wydaje na bieżąco i zajmuje się czymś, co raczej ją oddala od normalnej rodziny, jak również od stabilizacji finansowej (prostytucja nie jest rejestrowana, podatków nie płaci, składek nie płaci, oficjalnie jest długotrwale bezrobotną). To samo jest z hazardzistą, który marzy o wygranej, a rujnuje się i jest bliski więzienia bądź kuli w łeb za długi, jak również  z gangsterem, który kiedyś chce zacząć zwykłe życie, lecz póki co, fajda sobie kartotekę dokumentnie. Co ma do tego wszystkiego religia??? Już wyjaśniam.

            Właściwie nie chodzi o religię jako taką. Wiara sama w sobie nie jest patologią. Patologią jest natomiast zastąpienie samodoskonalenia, czy też rozwoju (intelektualnego, psychicznego, duchowego, fizycznego, zawodowego) pobożnymi życzeniami popartymi modlitwą, bądź przysięgami. I znowu podkreślam: Modlitwa, czy przysięga sama w sobie nie stanowi jeszcze patologii. Chodzi o zastąpienie nimi zwykłej, codziennej pracy nad szeroko pojętym samodoskonaleniem.

            Moda na śluby czystości przybiera znamiona patologii, gdy rodzice ignorują uświadomienie seksualne, czy edukację seksualną, ograniczając się do presji na czystość, wychwalania jej zalet i jednoczesnego potępiania seksu przedmałżeńskiego. Główne zagrożenia wynikające z takiego postępowania, to:

            1. Budowanie poczucia winy wobec pojawiającego się w procesie dojrzewania pożądania seksualnego, ze szczególnym uwzględnieniem poczucia winy wynikającym ze złamania abstynencji seksualnej. W efekcie tego zwykłe podjęcie współżycia może skutkować nerwicą.

            2. Niewiedza (czasem bardzo dramatyczna): Mity o antykoncepcji, chorobach przenoszonych drogą płciową (i sposobach ich rozprzestrzeniania i zapobiegania).

            3. Podział dzieci na lepsze (z pierścionkami czystości) i gorsze (bez tych pierścionków), choć mam obawy, że tu może być znacznie gorzej i mogą nastąpić podziały na lepsze dzieci- z drogimi pierścionkami i te gorsze- z tańszymi.

            4. Zawierzenie w magiczną moc przysięgi w miejsce zwykłych, przemyślanych, świadomych decyzji ze znajomością ich konsekwencji.


            Zostawiając już sprawę nieszczęsnych pierścionków czystości, stali czytelnicy zapewne pamiętają, jak wspominałem o irlandzkiej znajomej- kobiecie patologicznie religijnej, która namawiała mnie do porzucenia leczenia szpitalnego na rzecz pielgrzymki do Lourdes, którą ona oferowała się sfinansować. Było to w momencie, gdy wymagałem natychmiastowej interwencji lekarskiej (tygodniowego przygotowania poprzedzającego poważną operację). Wąchanie kwiatków od spodu murowane!!! Przedtem jednak śmierć w męczarniach (ciekawe, czy zostałbym chociaż ogłoszony męczennikiem). Na ogół jednak spotykamy się z dużo łagodniejszymi formami tej patologii: A to modlitwa w miejsce nauki, a to „zawierzenie Bogu” w miejsce rozumnego doboru partnerki/ partnera, a to modlitwa o zdrowie w miejsce zdrowego trybu życia. Mało kto wie, ale utrapieniem terapeutów uzależnień są księża udzielający rozgrzeszenia pacjentom ośrodków leczenia uzależnień NA POCZĄTKU terapii, a więc zanim zostanie uczyniony dokładny rachunek sumienia, zanim w miejsce głodu pojawi się żal za czyny popełnione z powodu uzależnienia, zanim pojawi się mocne postanowienie poprawy. Uzależniony pacjent, czyli osoba z silną skłonnością do myślenia życzeniowego, bardzo chętnie zamiast się skupiać na przestrzeganiu zaleceń terapeutycznych, czuje się wolna od nałogu, bo objawy odstawienia minęły, zdrowie się poprawiło, a ksiądz dał rozgrzeszenie.


            Na zakończenie jedna tylko uwaga: Marzeniowe podejście do rzeczywistości grozi każdemu: wierzącemu i niewierzącemu, tu nikt nie jest bezpieczny. Przykłady bezpośrednio wynikające z wyznawanej religii zostały użyte jedynie dlatego, że wiara tak często podpiera się „cudami”. W tym obszarze jest to zjawisko najbardziej powszechne, co nie oznacza, że inne obszary są niego wolne.



piątek, 03 sierpnia 2012

            Szybkie pakowanie: plecak na stelażu, śpiwór, namiot (sławna chińska dwójka charakteryzująca się największą masą na Świecie w porównaniu do powierzchni mieszkalnej- bliższej standardowej jedynce, niż dwójce), trochę bielizny, skarpet, t- shirtów, jedna koszula flanelowa, jakaś kurtka na grzbiet, długie spodnie na tyłek, krótkie w plecak, trampki na nogi i w drogę!!! Zaraz, zaraz..., nie tak prędko..., jeszcze kilka pancerników (konserw turystycznych), menażka, latarka, zapałki. Wszak to czasy komuny, na miejscu tego nie kupisz.


            Tak wyglądało standardowe przygotowanie do wyjazdu nad morze, jezioro lub do Jarocina. Potem podróż przez pół Polski i upragniona WOLNOŚĆ. Niewiele jest rzeczy porównywalnych z momentem wejścia na pole namiotowe po całym roku ciężkiej, zimnowojennej „współpracy” z rodzicami. Prywatnie uważam, że młodzież bez takich doświadczeń ma czego żałować, a odnoszę wrażenie, że z roku na rok, pola namiotowe cieszą się coraz mniejszą popularnością. Na szczęście jest jeszcze rock’n’roll!!! Niezawodny Jurek Owsiak po raz osiemnasty z rzędu organizuje największy od czasów Jarocina festiwal muzyczny. Zeszłoroczny zebrał 700 tysięcy gości- podobnie będzie w tym roku! Miasteczko namiotowe tętni życiem. I jak by tego nie chcieli wyśmiać malkontenci, młodzież uczy się tam życia. Naprawdę się uczy. W życiu bym nie zabronił 15- letniemu dziecku jechać pod namiot. Na Woodstock też bym je puścił bez wahania. Dlaczego??? W największym skrócie: Dlatego, że wiele rzeczy w moim życiu bym zmienił, wielu bardzo żałuję, ale akurat gdybym dostał nowe życie, to z takich wyjazdów bym nie rezygnował. Wręcz ogarnia mnie panika na myśl, co by było, gdybym był dzieckiem pozbawionym tego przeżycia. I na pewno nie przyłożyłbym ręki do odebrania tego dziecku- musiałoby samo nie palić się do tej formy spędzania wakacji.


            Jak wszyscy wiemy, nie każdy podziela mój entuzjazm (hehe..., ale się wykazałem umiejętnością użycia eufemizmów). Zwłaszcza jeden człowiek dostaje wysypki na dźwięk słów „Przystanek Woodstock”. Równie niezawodny, jak Jurek Owsiak jest Tadeusz Rydzyk, na którego nienawiść może rok w rok liczyć każdy, kto przyłoży rękę do organizacji tego festiwalu. Osiemnasty raz ten skromny sługa boży, który na krowie przecież jeździć nie będzie, stara się jak może zaszkodzić imprezie. Taka upierdliwa mucha. Był już nawet moment, gdy zakonnikowi wydawało się, że jego długie łapska rozwaliły imprezę: Po serii szkalujących reportaży, a nawet filmie (za który, nota bene, musiał Owsiaka przepraszać, choć nie słyszałem by to zrobił), Żary (a raczej ich władze) zaczęły robić coraz większe trudności organizatorom. Wzburzony moherowy lud opisywał dantejskie sceny, wypominając konieczność sprzątania po trzystu- tysięcznej publiczności. No, szkoda bardzo, żeby nie trzeba było sprzątać. Szkoda też, że nie pomyśleli, jaki dochód miała gmina, jaki dochód mieli mieszkańcy, którym chciało się chcieć współpracować z organizatorami. Któregoś roku Jurek poszedł po rozum do głowy: Co się będzie użerać z betonowymi władzami miasta??? Kto tu komu łaskę robi??? I przeniósł festiwal z Żar do Kostrzyna nad Odrą, gdzie impreza odbywa się do dziś. Rydzyk poczuł krew, natychmiast próbował namieszać i tam, lecz władze miasta znalazły skuteczny sposób na przetrącenie rydzykowych łap pchających się tam, gdzie nikt ich nie chce: Zorganizowały referendum!!! 95% (słownie, dziewięćdziesiąt pięć procent) głosujących opowiedziało się za organizacją Przystanku Woodstock w ich mieście. Widownia sprawnie organizowanego festiwalu podwoiła się, a Żary mają SPOKÓJ I RĘKĘ W NOCNIKU!!! Odpuścili sobie 700 tysięcy gości z Polski i Niemiec. Widocznie za dużo mieli kasy!!! Widocznie władze miasta wspólnie z księdzem proboszczem- dobrodziejem uznały, że mieszkańcy Żar, to tacy milionerzy, że ich problemem jest, jak wydać pieniądze, a nie jak zarobić. Najwidoczniej ta krwawa III Rzeczpospolita przyniosła im taki dobrobyt, że więcej im nie potrzeba. Za to Kostrzyn nie pogardził dodatkowym dochodem, nie pogardził promocją miasta (zarówno w Polsce, jak i za zachodnią granicą). Ojciec dyrektor zaś, może im wszystkim skoczyć tam,  gdzie on może pana majstra w dupę pocałować.


            Jak widzimy, okazało się, że ludzie chcą „piekielnego festiwalu”, zarówno w Kostrzynie nad Odrą, jak i w małym Bolkowie, który jest rok rocznie ożywiany i reklamowany przez „Castel Party” (uwaga, katoliby, tam to już całkiem „sodomia i gomoria”, bo tam jest rock gotycki). Warszawa za to gościła na Stadionie Narodowym Madonnę- rodzimy katoliban wpadł w szał, straszył profanacją rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego i co...??? I jajco, Madoonna rocznicy nie sprofanowała, za to mistrzowie nienawiści rzeczywiście wykrakali profanację, bo jakieś tępe bydło buczało podczas uroczystości upamiętniających poległych powstańców warszawskich i mieszkańców Warszawy na Cmentarzu Powązkowskim. Gdyby się wcześniej zgłosili, zorganizowałbym im jakąś prowizoryczną obórkę za miastem, tam mogliby buczeć do woli. Rodzimi egzorcyści też się nie spisali, PAN BÓG NIE WYSŁUCHAŁ ICH PRÓŚB o awarię prądu na koncercie Madonny, ale skoro im tak dobrze idzie z tym krakaniem, to może będzie awaria 15 sierpnia na Łysej Górze...., gdzie....??? Wróć!!! Na Jasnej Górze. Jako Woland wiem coś o tym, dobrze wiem, gdzie bym tym razem posłał swoją świtę: Behemota, Korowiowa, Azazela i Hellę.




środa, 01 sierpnia 2012

            Siedzę na jakimś ogrodzonym skwerku wraz z innymi więźniami. Wokół kręci się pełno „szkopów” w mundurach SS. Wielu z nich złożyło karabiny w stojaki pośrodku placu, by móc spokojnie odpocząć. Uzbrojone są tylko straże oraz ci z Niemców, którzy mają broń krótką i peemy. Gdyby tylko udało nam się dopaść do stojaków....

            Stało się, podrywamy się i biegniemy. Padają pierwsi koledzy, ja biegnę. Mam w ręku karabin i strzelam w pierwszego, mierzącego do mnie Niemca. Widzę jak kula powoli, jak to we śnie, zmierza w jego kierunku i trafia go, to samo robię z następnym żołnierzem i z następnym.... Widzę, jak dookoła giną moi towarzysze- oni nie mieli takiego szczęścia. Niemcy mają przewagę, walą do nas z cekaemów ustawionych na wieżach strażniczych. Sytuacja robi się coraz gorsza, wycofuję się ostrzeliwując do jakiegoś budynku. Wkrótce broń staje się bezużyteczna z braku amunicji, a ja widzę że zostało nas czterech, reszta więźniów leży na placu bez ducha. Rzucamy się biegiem w obce korytarze, a pościg strzela do nas jak do kaczek. Sam jak palec wbiegam w ślepy zaułek: Bez broni, towarzyszy, szans na podjęcie walki. Zwijam się w kłębek i próbuję zasnąć, zanim mnie zastrzelą.......,

a może nie zastrzelą...???


            Taki sen prześladował mnie bardzo często, mniej- więcej do dwudziestego piątego roku życia. Później, gdy zacząłem pracować, śniła mi się już tylko czarna plansza, właściwie jedyne sny, jakie śniłem później, to szpitalne majaki narkotyczne po środkach znieczulających. Jednak między piętnastym a dwudziestym piątym rokiem życia w różnych modyfikacjach przerabiałem opisany powyżej senny scenariusz. Budziłem się pełen niepokoju, przez godzinę negatywne uczucia kotłowały mi się w głowie, aż zapomniałem o wszystkim, by po następnym takim śnie wrócić do punktu wyjścia.


            Tak sobie wyobrażam symboliczne przedstawienie Powstania Warszawskiego. Młodzi ludzie, którzy nie mogąc znieść upokorzenia niewoli, braku wpływu na swój los, nie mogąc znieść tego, że wszystko zależy od tępych żołdaków Hitlera, szukają szansy walki o wolność. Nie mają pojęcia o zabójczej skuteczności hitlerowskiej maszyny wojennej, nie mają planu na to, co robić, gdy już dostaną broń do ręki. Najpierw jest nadzieja i gorąca chęć walki, skupienie na wykonaniu zadania. Gdy mija pierwsza euforia, rozgrzani ogniem walki, nagle widzą że nie mogą pokonać wroga, więc się cofają, okupując każdą sekundę walki daniną krwi. Przychodzi wreszcie ten moment, gdy wiadomo już, że walka nie ma szans, ale nikt na to nie zważa, bo walka trwa. Że dookoła śmierć??? Jest wojna! Nie śmierć jest najgorsza! Najgorszy jest moment, gdy nie ma już czym powstrzymywać wroga, trzeba się położyć i czekać.... Pamiętacie scenę z powieści Bratnego „Kolumbowie, rocznik 20”, gdy schowanemu w piwnicy plutonowi Zygmunta, bez szans na ucieczkę, pozostaje przyjąć w ciszy wybuch niemieckiego granatu? Pamiętacie z tej samej powieści oczekiwanie Niteczki pilnującej Kolumba na nadejście ukraińskich esesmanów??? Dla mnie są to tak niewyobrażalnie przejmujące chwile, że uczucie rezygnacji i zdania się na ślepy los z jedynym pragnieniem, by wszystko wyjaśniło się możliwie najszybciej jest mi tak bliskie, jakbym sam to przeżywał.



14:06, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
Tagi