RSS
sobota, 31 sierpnia 2013

            Na Jowisza! Mało brakowało, a bym przegapił „Dzień bloga”! Kiedyś był bardziej rozreklamowany, a dziś trzeba się mocno i uważnie wpatrywać w serwisy internetowe, by zauważyć wzmiankę o tym wydarzeniu. Odnoszę coraz mocniejsze wrażenie, że amatorskie blogi nie do końca pasują przedstawicielom komercyjnych mediów internetowych, a jednocześnie nie chcą z nich całkiem rezygnować, bo to jednak nisza, którą przedsiębiorczy reklamodawcy wcześniej, czy później zagospodarują.

            Hej, hej..., nie uciekajcie! Nie będę pisać swojej blogerskiej autobiografii, również uważam, że nie jest ona niczym porywającym. Chciałbym tylko opisać to, czego się przez ten czas nauczyłem.

            Po pierwsze, nauczyłem się ukrywania danych osobowych. Tak dla zasady. Jeżeli ktoś się czegoś domyśla, ba, jeżeli coś odgadł, to świetnie, ale ja tego nie będę publikować, bo nie jestem zainteresowany tym, by potem byle frustrat wpisał w wyszukiwarkę moje personalia i zrobił sobie z nich tapetę. Dawno temu, gdy moje notki były regularnie promowane przez redakcję „Onet”, napisałem odpowiedź dla Kamila Durczoka, wyjaśniającą kilka drobnych szczegółów, jak wynagrodzenie i ochrona (prawna i osobista) różniących blogera od zawodowego dziennikarza (kliknij tu, jeżeli chcesz poczytać o moich poglądach na temat anonimowości w sieci) i uzasadniających prawo do ochrony danych. Jak widać, odpowiedzieli mi tylko blogerzy.

            Druga nauka z blogowania, to funkcjonowanie jednostki w maszynie medialnej. W bezpieczny i bezbolesny sposób mogłem się przekonać o tym, jak robiąc dokładnie to samo, co zawsze, można z dnia na dzień załapać się na czołowe miejsca rankingów popularności, a później, równie gładko z nich spaść. Wszystko zależy bowiem od tego, czy „siła wyższa” raczy zająć się naszą promocją, czy też uzna za stosowne się nią nie zajmować. Bardzo szybko dane mi było się zorientować, że tzw. „poczytność” nie zależy od tego, co napiszę, lecz od tego, czy zostanę podany na talerzu największemu konsumentowi, czyli masowemu odbiorcy. Ponieważ, jako całkowity amator, nie zarobiłem złotówki na blogowaniu, nie odczułem żadnych profitów, ale też nie odczułem bolesnego upadku. Ponieważ jestem obdarzony dość dobrą wyobraźnią, potrafię się za to wczuć w położenie sezonowej gwiazdeczki „szołbiznesu”, która jednego sezonu zarabia setki tysięcy, a może i miliony złotych, by za rok zadowolić się średnią krajową, a za pięć lat zapomnieć o utrzymywaniu się z popularności. To może się wiązać z prawdziwymi tragediami: Jeżeli ktoś uwierzy w swoją „wielkość”, „niepowtarzalność” i „niezastąpioność”, bo po intensywnej medialnej promocji, zgromadził rzesze odbiorców, może psychicznie nie wytrzymać braku zainteresowania, gdy dotychczasowi promotorzy przerzucą się na kogoś innego. Myślę, że na tej zasadzie zakończyło działalność wiele obiecujących grup muzycznych: Nie docenili tego, co dla nich zrobili promotorzy, weszli z nimi w konflikt, spróbowali działać samodzielnie, nie potrafili zainteresować odbiorcy i musieli znaleźć inne źródło utrzymania. Nawet największe i najbardziej utalentowane gwiazdy, decydując się na przejście do podziemia, tracą fortuny, choć mogą zyskać spokój, niezależność i satysfakcję.

            Nauka trzecia, to sceptycyzm wobec mediów. Taka ilość czasu spędzonego na czytaniu serwisów agencyjnych, prasy oraz blogów, skutkuje, niczym kubeł zimnej wody wylany na senny, rozmarzony łeb. Niedomówienia, nieścisłości, kłamstwa, fantazje, to nieodłączna część środków masowego przekazu. Nauczyłem się, zanim przyjmę jakąś wiadomość za prawdopodobną, poszukać jej potwierdzenia w innych źródłach, nauczyłem się też sprawdzać, co to za źródła. Nie mam powodu, by przypuszczać, że kiedykolwiek było inaczej, po prostu dziś są nieco większe możliwości poszukiwania informacji, lecz selekcji każdy musi dokonać sam.

Wszystkiego dobrego życzę blogerom i czytelnikom.


18:51, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
czwartek, 29 sierpnia 2013

            To miał być lekki felietonik na banalny temat. Zastanawiał mnie pewien paradoks: Zdawać by się mogło, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym, ludzie powinni coraz bardziej sobie cenić własną indywidualność, tymczasem zewsząd dobiegają do mnie sygnały, że jest wręcz przeciwnie. Ilość obszarów życia, w których robimy coś na pokaz (dla lansu) nie tylko nie maleje, ale zdaje się wzrastać. Wczoraj w rozmowie z pewną urocza osóbką wspominałem zmiany, jakie nastąpiły w tradycyjnych imprezach, takich jak wesele, studniówka, przyjęcie pierwszokomunijne. Nie wystarcza już, by na weselu było co zjeść i wypić, by przygrywał dobry zespół, by lokal był wygodny. Coraz częściej na takie uroczystości wynajmowane są lokale w zamkach i pałacach- do niedawna zarezerwowane dla krezusów. Wynajmowane są limuzyny, zamawiane są profesjonalne sesje zdjęciowe i filmowe, oprawa zaczyna przypominać Hollywood. Studniówki coraz rzadziej odbywają się we własnoręcznie przygotowanych wnętrzach szkoły, teraz hotele pięciogwiazdkowe i europejskie centra turystyczne takie jak Paryż, Wiedeń, czy Praga są wybierane przez młodych Polaków- przecież nie dlatego, że nie mają co robić z pieniędzmi! W prezencie pierwszokomunijnym, laptop staje się minimum.... W tym momencie moja rozmówczyni zwróciła uwagę na to, że przed wyjściem na taką imprezę, do rangi głównego problemu urasta pytanie „CO WYPADA DAĆ”? I wtedy otworzyły mi się oczy....

            Drodzy czytelnicy, to całe życie na pokaz, lans, czy jak to chcemy nazwać, to nie jest nic innego, jak tylko efekt braku poszanowania dla jednej z podstawowych wolności człowieka: PRAWA DO WŁASNYCH MYŚLI , UCZUĆ I PRAGNIEŃ. To właśnie dlatego ludzie wybierają nie to, czego pragną, co im się podoba, co lubią, lecz to, co im się wydaje, że powinni pragnąć, czy lubić, bo inni to lubią. I to już nie jest taki łatwy i przyjemny temacik do dyskusji, to bardzo poważna sprawa.

            Zaczyna się od tego, że dziecku wmawia się rożnego rodzaju bzdury: „nie można się gniewać”, „ciocię trzeba lubić”, „kaszka jest dobra”.... Zauważmy, że są to sprawy związane z emocjami: albo kogoś/ coś lubimy albo nie, albo coś nas cieszy, albo złości- na to nikt nie ma wpływu. Emocje się pojawiają, czy chcemy, czy nie i nikt nie ma prawa nam ich oceniać, czy ich dyskredytować. Nie można, zwłaszcza dziecku, wmawiać, że jest złe, bo przeżywa emocje. Emocje nie są ani dobre, ani złe, one nam mówią wiele ważnych rzeczy o nas- emocje to sygnał, na który powinniśmy zareagować. Oceniać możemy zachowania i czyny, a nie uczucia, odczucia i emocje. Jeżeli ciocię da się lubić, to pokażmy  dziecku za co, jeżeli dziecko w sposób niekonstruktywny (nie dający szans na rozwiązanie problemu) przeżywa gniew, pokażmy mu, co może zrobić, żeby złość została wykorzystana na korzyść dziecka. Jeżeli kaszka dziecku nie smakuje, to nie smakuje i już, możemy ponegocjować warunki zjedzenia, wytłumaczyć dlaczego chcemy, by dziecko zjadło jej choć trochę, ale nie dyskredytujmy samego faktu, że dziecko czegoś nie lubi. To drobiazgi, ale bardzo ważne.

            Rozejrzyjmy się wokół: Ile znamy osób, które zrezygnowały z pasji dającej im radość tylko dlatego, że pasja ta nie znajdowała akceptacji w otoczeniu, na ogół u rodziców, ale też i u przyjaciół. A może znamy kogoś, kto zrezygnował z miłości, bo otoczenie nie akceptowało obiektu uczucia? Ile osób zostało prawnikiem, nauczycielem, lekarzem, księdzem, bo rodzice wyśmiewali artystyczne zainteresowania dziecka?! Jeden z moich najbliższych przyjaciół, podobnie jak i jego brat, niezwykle utalentowani literacko, zostali zmuszeni przez rodziców do wyboru: prawnik, lekarz lub wojskowy. Dwóch z moich licznych kuzynów było z kolei zmuszanych przez matkę do wyboru pomiędzy lekarzem, nauczycielem i księdzem. Oni akurat opuścili matkę, zaczęli się sami utrzymywać- jeden został fotografem i handlowcem, a drugi inżynierem. Nie każdy ma jednak tyle samozaparcia, by ciężko pracować fizycznie, a w czasie wolnym od pracy uczyć się w wybranym kierunku. W sprawach uczuć bywa jeszcze gorzej: Jeden z moich znajomych, gdy był młody i głupi, zerwał ze swoją miłością, bo zaborcza mamusia uznała, że córka kierowcy TiRa nie jest godna jej synka. Znam też przeciwny przypadek- mój kumpel okazał się  być niegodnym córeczki jakiejś nadętej baby, bo pochodził z rozbitej rodziny. A religie?! Co znaczy „Bozię trzeba kochać”?! Co znaczy „trzeba wierzyć”?! Jak nie wierze, to znaczy, że nie wierzę i tym bardziej nie mogę kochać czegoś w co nie wierzę! To realny Świat- takie piekło rodzice gotują swoim dzieciom!

            Czasem takie pozbawianie prawa do własnych myśli i uczuć skutkuje autentycznym obłędem. Kilka lat temu miałem okazję poznać człowieka, który ba się podjąć samodzielnie jakiejkolwiek decyzji. Nawet jeżeli chciał sobie kupić zegarek, to pytał się znajomych o ich opinię na temat „czy kupowanie zegarka jest słuszne, czy niesłuszne”. Bał się kupować butów i ubrań, czekał aż jakiś znajomy kupi coś, co jest mu potrzebne, dowiadywał się, gdzie to kupił i kupował identyczny towar.

            Spójrzmy też na ważne, lecz wstydliwe społeczne problemy, jak uzależnienia, czy przemoc. Ileż kobiet cierpi, bo nie wypadało wyjść na sztywną i postawić nadużywającemu alkoholu mężczyźnie ultimatum: „albo używki, albo ja”?! Ile ofiar przemocy po latach stosuje przemoc, bo nie wypada przyznać, że rodzice byli zwykłymi tchórzliwymi zbrodniarzami wyładowującymi swoje frustracje na bezbronnych dzieciach?! Że facet kocha? Że jest taki dowcipny i pracowity?! Świetnie, ale gdy pije, zamienia się we wrak lub w potwora więc niech natychmiast zajmie się trzeźwieniem, bądź niech spada! Że rodzice kochają i chcą dobrze?! Jeśli nie potrafią poradzić sobie z przemocą wobec dzieci, niech udadzą się na terapię, bądź niech spadają, choćby do piekła, bo bicie niema nic wspólnego z wychowaniem, ani miłością! Nie ma nic złego w tym, że dziecko nienawidzi bijącego rodzica, nie ma nic złego, że dziecko brzydzi się rodzica pijącego lub ćpającego. To uczucia będące naturalną konsekwencją chorych zachowań tych osób odpowiedzialnych za uzależnienia, czy przemoc, czyli pijących, ćpających lub znęcających się, to te zachowania są chore, a nie uczucia dziecka!

 

            Na zakończenie przedstawiam pięć podstawowych wolności obowiązujących w zdrowej i funkcjonalnej rodzinie. Zapoznałem się z nimi w części dotyczącej współuzależnienia, a prowadzonej przez Centrum Konsultacyjne dla Uzależnionych w Dublinie (kliknij tu, jeżeli szukasz więcej informacji o uzależnieniach), jak znam życie, nie jest to jedyne fachowe miejsce, gdzie można się z taką klasyfikacją spotkać. W każdym razie, powyższa notka nie opiera się na moim widzi mi się- moje obserwacje są tylko ilustracją wiedzy gromadzonej przez psychoterapeutów przez lata ich praktyki.

 

1. Wolność do postrzegania i słyszenia tego, co jest obecne tutaj i teraz, a nie tego, co było bądź być powinno.
2. Wolność do myślenia tego, co się myśli, a nie tego, co powinno się myśleć.
3. Wolność do czucia tego, co się czuje, a nie tego, co powinno się czuć.
4. Wolność do pragnienia i wybierania tego, czego się chce, a nie tego, czego powinno się chcieć.
5. Wolność do wyobrażania sobie swojej własnej samorealizacji, a nie grania sztywnej roli, czy ciągłego troszczenia się o bezpieczeństwo.



środa, 21 sierpnia 2013

            Jestem świeżo po rozmowie na temat ciężkiego porodu, w wyniku którego dziecko jest w stanie ciężkim z niejasnymi rokowaniami na przyszłość, a matka musiała zostać poddana trudnej operacji bezpośrednio po 24 godzinach porodu. Naturalnego porodu, bo tak zaplanował lekarz (być może konsultował to z pacjentką, być może nie) i zwlekał z decyzją o cesarskim cięciu. Jako, że wyobraźnię mam dobrą, wczułem się w rolę ojca. Pierwsze myśli i uczucia wyglądały tak:

            Patrzę na kochaną kobietę, która przed urodziła nasze dziecko. Jest wyczerpana, wygląda jak cień człowieka, a ja nie mam pewności, czy to przeżyje. Łzy cisną mi się do oczu, gdy pomyślę, ile wycierpiała, a mój mózg drąży wściekłe i natrętne pytanie: Dlaczego nikt jej nie pomógł?! Dlaczego zwlekano z „cesarką”?! Patrzę na dziecko w inkubatorze i wtedy już chyba nic nie jest w stanie zatrzymać łez. Żal  bezsilność zamienia się łatwo w gniew. Gdy pomyślę o tym, że dziecko może być kaleką do końca życia z powodu braku reakcji na przedłużający się poród, budzi się we mnie morderca....


            Nadchodzi moment, gdy próbuję sobie to wytłumaczyć: Może lekarz konsultował poród naturalny i zachowanie matki go uspokoiło, może nic nie wskazywało na kłopoty...? Nic...?! A czas porodu?! Znowu ogarnia mnie wściekłość, czytam historię dziecka Bartłomieja Bonka (brązowego medalisty w podnoszeniu ciężarów z olimpiady w Londynie), identyczny błąd, identyczne kłopoty. Wspominam historie kobiet, które spędzały noc na porodówce, charakteryzującą się tym, że pielęgniarki znikały nie wiadomo gdzie. Wspominam przedmiotowe traktowanie pacjentów, niczym maszyny, która potrzebuje tylko energii, smarowania i uwagi podczas obsługi. Nawet maszyna potrzebuje uwagi i ciągłego monitoringu. Człowiek potrzebuje dodatkowo ludzkiego traktowania, poszanowania godności, intymności....

            Mężczyzna już do końca życia, mówiąc o służbie zdrowia, będzie przypominać sobie o bezsensownym cierpieniu kobiety i dziecka zwłaszcza, jeżeli uszczerbek na zdrowiu któregoś z nich okaże się trwały. Małe są szanse, by myślał o pielęgniarkach i lekarzach życzliwie. Nie tylko z powodu samego przypadku jego dziecka.

            Niemal za każdym razem, gdy piszę o służbie zdrowia, przypominam o tym, jak może być, bo doświadczyłem tego w Irlandii. Przede wszystkim personel ma być życzliwy, pomocny i uprzejmy. Jeżeli ktoś tego nie potrafi, jeżeli ktoś ma problem z kontaktami interpersonalnymi, po prostu tam nie pracuje, wylatuje na zbity pysk. Druga sprawa, to opieka. Pielęgniarka jest cały czas na oddziale (nie ma go prawa opuścić, chyba że na wyraźne polecenie zwierzchnika), cały czas przy pacjencie, nie ma prawa nawet czytać gazety. Nie ma czegoś takiego, jak „pokój pielęgniarek” z kanapą, stołem, fotelami, telewizorem. Posiłki spożywa się na stołówce podczas ściśle wyznaczonej przerwy, a reszta czasu jest spędzana przy pacjentach, bądź przy stanowisku pielęgniarskim na korytarzu, gdzie jest dostęp do dokumentacji. Dzięki temu wiadomo, że personel robi wszystko, co w jego mocy, by zapewnić należytą opiekę pacjentowi. Całodobową! Gdy pacjent doświadczy takiej opieki, wykazuje się większym zrozumieniem dla błędów, traktuje je jak wypadek, a nie zaniedbanie.

            Największą dla mnie zagadką, jest zachowanie personelu na oddziałach ginekologiczno- położniczych w Polsce. W znakomitej większości jest to personel żeński. Pielęgniarki i położne same będą kiedyś rodzić, bądź już rodziły. Zdają sobie sprawę z jakimi emocjami jest to związane. Oprócz stresu związanego z bólem i obawą o zdrowie swoje i dziecka, dochodzi jeszcze sprawa intymności. Do tego potrzeba bliskości, właśnie w tym szczególnym momencie. Jak kobiety, zwłaszcza pielęgniarki, czy położne, mogą odstawiać takie numery, jak w przypadku porodu mojej bratowej (to akurat spraw sprzed kilku lat, lecz dobrze mi utkwiła w pamięci), gdy przez całą noc się nie pojawiały i dopiero lekarz przyszedłszy na poranny dyżur, podniósł alarm- lada moment byłoby po dziecku.

            Na zakończenie prośba: Zanim mi napiszecie, bym nie uogólniał, poproszę o KONKRETNY ADRES takiego szpitala, gdzie nie ma pokoju pielęgniarek, gdzie personel ma obowiązek być przez całą zmianę, za wyjątkiem zakontraktowanych przerw, przy pacjencie. Będę wdzięczny.

P.S.

             Dziecko zmarło wczoraj, gdy powstawała notka, a stan matki nie pozwalał na jej powiadomienie.



16:36, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (24) »
niedziela, 18 sierpnia 2013

            Motto:

            Po co mam chodzić do szkoły? Głupi się uczy, bo musi, bo głupi jest, a mądry się uczyć nie musi, bo mądry jest!

            Zanim usiadłem do pisania tego felietonu, szukałem sposobu przekonania wszystkich czytelników, że wbrew pozorom, nie jest on antyklerykalny. Po namyśle doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu. Kto będzie chciał tu dostrzec tylko antyklerykalizm, dostrzeże tylko to, choć temat jest dużo bardziej poważny.

            Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że na różne sposoby próbuję przekonywać, że w razie choroby, najlepszą z możliwych reakcji jest podjęcie terapii. Na ogół opisuję zachowania osób chorych, unikających terapii oraz konsekwencje ich uporu, czy strachu przed podjęciem leczenia. W zakresie terapii chorób somatycznych, sporo pisuję o nowotworach, natomiast w zakresie chorób dotykających sfery psychicznej- o uzależnieniach. Poświęcam temu sporo energii i krew mnie zalewa, gdy kogoś, kto nie jest lekarzem uważa się za lekarza, a kogoś, kto nie jest ani psychologiem, ani psychoterapeutą, uważa się za jednego i drugiego jednocześnie. Szlag mnie trafia, gdy pobożne życzenia podnosi się do rangi terapii.

            Ostatnio w związku z sezonem pielgrzymkowym zakończonym świętem maryjnym, sporo można było poczytać marzeniowo- życzeniowych teorii rzeczywistości, gdzie modlitwie intencyjnej przypisywano moc sprawczą (najgłośniejsza była teoria o zwycięstwie niejakiej „Matki Boskiej” nad bolszewikami w Bitwie Warszawskiej). Kroplą, która przelała czarę mojej cierpliwości, była jednak wypowiedź jednego z komentatorów, porównująca modlitwę do psychoterapii. Nosi to znamiona patologicznej religijności, o czym pisałem kiedyś tutaj- kliknij, by poczytać, jeżeli chcesz poznać moje podejście do tego zjawiska. Powiem wprost: modlitwa ma się tak do takiej terapii, jak do koziej dupy trąba. Można na siłę szukać podobieństw, ba, wirtuoz wygra na trąbie piękne dźwięki, ale nijak tym kozie nie zastąpi odbytu.

 

            W dużym skrócie: Wizyty u psychoterapeuty, mają na celu zdiagnozowanie problemu, uświadomienie pacjentowi szkodliwości dotychczasowego postępowania i pomocy w znalezieniu siły, by to postępowanie zmienić na takie, które da szanse pokonać problemy. Ma też nauczyć godzić się ze sprawami przykrymi, bądź bolesnymi, na które pacjent nie ma wpływu. Owszem, są modlitwy, które są niejako streszczeniem tego, do czego może doprowadzić psychoterapia, jeżeli jest umiejętnie przepracowana. Jedną z najbardziej znanych jest „Modlitwa o pogodę ducha”.

 

Boże, użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić,
odwagi,
abym zmieniał to, co mogę zmienić,
i mądrości,
abym odróżniał jedno od drugiego.

 

            Bez względu na to, czy jej autorem jest protestancki teolog, Reinhold Niebuhr, jak twierdzą niektóre źródła, czy też rzymski cesarz i filozof, Marek Aureliusz, jak twierdzą inne, oddaje ona istotę psychoterapii: znalezienie siły na codzienne, samodzielne podejmowanie mądrych i odpowiedzialnych decyzji oraz skierowanie energii na sprawy, które możemy zmieniać, by nie zatruwać sobie umysłu tym, co od nas nie zależy. Modlitwa ta mówi też o mądrości rozróżniania jednego od drugiego (na przykład mogę poinformować czytelników, że modlitwa nie ma mocy terapeutycznej, co właśnie robię, ale nie mam wpływu na to, co czytelnik zrobi z taką informacją, więc nie będę się zadręczać prywatnymi wyborami czytelników).

            Teraz zadajmy sobie pytanie: Ile jest modlitw intencyjnych, które w ten właśnie sposób uświadamiają człowiekowi, że nikt za niego problemów nie rozwiąże, że z niektórymi rzeczami będzie się musiał pogodzić, by energię skierować na to, co może w swoim życiu zmienić, a ile z nich jest zwykłym myśleniem życzeniowym w stylu „Boże spraw, bym zdał maturę”. A przygotuj się do matury, to zdasz, ośla łąko! Zamiast modlić się o zdrowie, sugeruję przestrzegać zaleceń lekarskich ze szczególnym uwzględnieniem zdrowego trybu życia. Zamiast modlić się o sukces w pracy, raczej doskonalmy się, współpracujmy z zespołem. Oczywiście nikomu tu nie chcę zabraniać uczestnictwa w pielgrzymce, czy modlitwie, ale to my jesteśmy kowalami swojego losu, a tak zwane „okoliczności” będą występować tak, czy inaczej, zmieniajmy to, co możemy zmienić! Niestety, modlitwy intencyjne, to na ogół zaprzeczenie psychoterapii, to marzeniowe podejście do rzeczywistości, zastąpienie realnej pracy nad sobą modlitwą, ofiarą, wszystkim, tylko nie tym, co może w nas wywołać zmiany na lepsze.

            Ze wszystkich obrzędów katolickich, najbardziej zbliżonym do psychoterapii, jest sakrament pokuty. Dokładnie opisałem to tutaj (kliknij, by poczytać, to naprawdę pożyteczne). W użytecznym przepracowaniu takiej terapii pomaga moderator, jakim w warunkach terapeutycznych jest psychoterapeuta, a w warunkach kościelnych, spowiednik. W zależności od tego, jaką wiedzą i umiejętnościami ci ludzie dysponują, na tyle mogą pomóc, bądź zaszkodzić. W zdobywaniu wiedzy pomaga nauka, a doświadczenie zdobywamy podczas praktyki zawodowej. Czy teraz już się wyjaśniło, dlaczego wybrałem takie motto (czy też raczej antymotto) felietonu?



15:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
piątek, 16 sierpnia 2013

            Na początek odrobina fantazji: Wyobraźmy sobie, że pływamy łódką po Mazurach. Sternik wydaje komendy, załoga je wypełnia, balansując i operując linkami od żagli. Wszystko idzie dobrze, dopóki jeden z członków załogi nagle nie dochodzi do wniosku, że sternik jest głupi, więc nie będzie wykonywać jego poleceń. W krótkim czasie ryzyko katastrofy tak wzrośnie, że sternik zdecyduje się odstawić krnąbrnego członka załogi do brzegu i tam go pożegna, jeżeli wcześniej łódka nie zaliczy wywroty.

            Inna sytuacja: Wyobraźmy sobie mecz piłki nożnej. Nasza drużyna gra nieźle, aż do momentu, gdy jeden z naszych graczy uznaje, że przepis o spalonym jest głupi i zaczyna go ignorować. Drużyna traci kilka okazji pod rząd na zdobycie bramki, bo sędzia za każdym razem odgwizduje spalonego z powodu naszego kolegi, który wie lepiej, że przepis jest głupi. Trener zdejmuje go więc z boiska  doradza mu powrót pod trzepak, gdzie nie ma spalonych, gra się do jednej bramki i bez autów.

            W obu przypadkach mamy do czynienia z typkiem, który albo uważa się za cwańszego od innych i myśli, że mu się upiecze takie kantowanie, albo jest przekonany o swojej misji, bo nie ma wiedzy na temat „jaki jest cel wprowadzenia danego przepisu”. Typ z łódki mógł nie zdawać sobie sprawy z zagrożenia, jakie stwarza dla całej załogi i sprzętu, a także dla innych użytkowników akwenu, a typ z boiska mógł mieć zbyt małą wyobraźnię w zakresie tego, czemu przeciwdziała przepis o spalonym. W obu przypadkach, łamanie przepisów kończy się źle, dobrze jeśli tylko wykluczeniem niesubordynowanej jednostki z zespołu. W rzeczywistych warunkach, najczęściej mamy do czynienia z połączeniem braku wiedzy z chęcią bycia lepszym cwaniakiem.

            Jak się domyślacie, nie o takich jednak pierdołach będę pisać, choć nawet na przykładzie rekreacji widzimy, że konsekwencje łamania prawa i działania według „własnych zasad” mogą być przykre i niebezpieczne. Pół biedy, gdy osoba łamiąca zasady robi to sporadycznie- w chwili słabości. Gorzej, gdy robi to notorycznie, a łamanie prawa próbuje przedstawić jako misję zbawiania ludzkości. Ćpun rozprowadzający narkotyki powie, że robi to w imię wolności,  przestępca podatkowy powie, że postępuje w zgodzie z własnym sumieniem, bo  lepiej, że oszukuje, niżby miał kraść, a złodziej powie, że frajerów trzeba kroić. Ot, nie tak dawno temu mieliśmy przykład drobnego przestępcy, który zaatakował Grzegorza Miecugowa, bo „TVN kłamie”. Na tym jednak nie koniec, bo zawsze znajdą się jacyś obrońcy, którzy dla zaistnienia w przestrzeni publicznej będą dowodzić, że dowolny bandyta zrobił dobrze, bo (tu jest cały szereg wersji do wyboru: od „bo był biedny i nie miał wyjścia” po „bo ofierze bandyty się należało”). Wydawać by się mogło, że na tym pokłady ludzkiej głupoty się kończą, ale nie..., można jeszcze zaproponować, żeby w ogóle znieść prawo. Oczywiście w imię wolności.

            Słyszeliście o propozycji PJN? W imię wolności zaproponowali, jak twierdzą, „wzorem Niemiec” znieść ograniczenie prędkości na autostradach. Wzór Niemiec jednak szybko im się skończył, gdyż chcą, przeciwnie do Niemiec, zwiększyć limit prędkości w godzinach nocnych w terenie zabudowanym do 70km/h, poza tym, również przeciwnie do Niemiec, chcą znieść obowiązek zapinania pasów oraz  zakaz rozmawiania przez telefon w czasie jazdy. Rzygać mi się chce, gdy widzę jak politycy dla zaistnienia medialnego rzucają propozycje przekładające się w warunkach polskich na tysiące ofiar śmiertelnych rocznie i miliardy złotych strat na koszty leczenia, renty dla ofiar wypadków, wypłaty zasiłków pogrzebowych, renty dla dzieci ofiar, straty materialne i społeczne. Mam propozycję: Zróbmy sobie w pamięci przegląd naszych znajomych- czy na pewno byśmy chcieli z nimi jechać samochodem, z prędkością powyżej 150 km/h ? Aktualnie tak szybko możemy jechać po polskiej autostradzie bez narażania się na mandat za przekroczenie prędkości. Do tego, gdy rozmawiają przez telefon? A czy chcielibyśmy, by jechało z nimi nasze dziecko, któremu sąsiad powie „co, zapinasz pasy, boisz się...”?! Jedyny pozytyw jest taki, że propozycja PJN jest tak kretyńska, że nie ma najmniejszych szans powodzenia... i oni sami dobrze o tym wiedzą!



01:10, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
niedziela, 11 sierpnia 2013

TO W TYM PIĘKNYM MIEŚCIE.

            Tak, to w tym mieście powstał piękny, oświetlany i całodobowo monitorowany pomnik, jeden z ponad 230 jakie za życia postawił sobie w Polsce Karol Wojtyła. Skromny ten człowiek był na tyle pokorny, że ani za niego nie zapłacił, ani nawet palcem nie ruszył przy jego powstawaniu-  zrobił to wdzięczny lud, tak wdzięczny, że nawet jeżeli nie wiedział, że jest wdzięczny, to wiedzieli za niego inni, więc i tak się do tego dokładał, bo najhojniejsi darczyńcy, to darczyńcy sięgający do publicznej kieszeni. No i.... Karolu..., jak to się stało...???

 

KAROLU, DLACZEGO?!

            „Wcześniej współpraca z Kościołem była bardzo dobra. Tak było przez wiele lat. Nie wiem, co się stało, że Karol mógł zdecydować się na takie zachowanie, tym bardziej że jest policjantem nowego chowu, przyjętym do służby po 1990 roku”- zastanawiał się w wywiadzie dla Naszego Dziennika anonimowy (oczywiście) kolega Karola z Policji. ...No tak..., nie tego Karola od pomników własnych przecież, lecz zwykłego Karola, który nawet nie wiedział, że tak jest wdzięczny tamtemu Karolowi, że się do pomnika w centrum swojego miasta dorzucić musi. O inspektora Karola Szwalbe bowiem chodzi, dziś Komendanta Miejskiego Policji w Radomiu, który stał się na Świat cały sławny z powodu grzechu przestrzegania konstytucyjnej zasady rozdziału Kościoła od Państwa. Ponieważ Woland jest kolegą z lat szkolnych grzesznego inspektora i wychowywał się w tym samym mieście, co Karol „Niesantosubito” Szwalbe, spróbuje on zatem odpowiedzieć na owo pytanie „Co się stało?!” z wywiadu w „Naszym Dzienniku”.

CUD PUŁAWSKI.

            Być może Karol zapamiętał „cud puławski”, zjawisko masowego występowania matek boskich nadrzewnych na terenie dzisiejszego szpitala powiatowego. Efektem cudu, był najazd sekciarzy i hochsztaplerów, którzy zdewastowali i zaśmiecili teren szpitalny, niszcząc płot, trawnik i drzewa mające nieszczęście być posądzonymi o miejsce występu jednej z rzeczonych matek. Cud nie został jednak uwiarygodniony niczym innym poza zniszczeniami i dziś mało kto o nim pamięta.

KSIĄDZ "KROPECZKA".

            Być może Karola do bierzmowania przygotowywał znienawidzony przez uczniów ksiądz „Kropeczka”, dzięki któremu setki młodych Puławiaków stwierdziły, że od psychopatów, to wolą się trzymać z daleka.

KSIĄDZ PUŁKOWNIK.

            Możliwe również, że Karol zapamiętał co innego: Na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku proboszczem parafii garnizonowej był niejaki ksiądz pułkownik Kula. Któregoś pięknego dnia, dwóch wikarych ogłosiło podczas mszy świętej, że księdzu pułkownikowi mało było oficerskiej pensji, musiał bowiem utrzymać „niczego sobie gosposię” (cytat z wikarego) oraz nowiutkiego mercedesa wchodzącego wtedy na rynek modelu 190 (kto pamięta ceny i płace za komuny, ten wie, że to tak, jakby dziś postawić sobie prywatny basen olimpijski). Wikariusze poinformowali wówczas parafian, że zdefraudowane zostały pieniądze ze zbiórek celowych na KUL, a także na budowę domu katechetycznego (ksiądz Kula budowę zakończył na postawieniu sobie podwójnego garażu dla swojego mercedesa). Inspektor Szwalbe może pamiętać, że „na dzień dobry” ukarano wówczas wikarych, przenosząc ich w nieznane miejsca, ukarano również parafian, likwidując parafię. Samego zaś księdza pułkownika przeniesiono gdzieś również, by po dwudziestu latach od afery próbować go przywrócić Puławianom w roli proboszcza, a jakże! Dzięki protestom, ta bezczelność nie doszła do skutku, ale czy to mało jest w Polsce parafii??? Nie ta, to inna!

 

TY JUŻ SOBIE POŻYŁAŚ.

            Całkiem prawdopodobne, że Karol zapamiętał księdza „Świnię” (nazwanego tak przez nas z powodu widocznych puchlin głodowych, świadczących o bliskiej znajomości z „nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu”, czyli jednym z siedmiu grzechów głównych). Ksiądz ten podpadł nam nakazywaniem donoszenia ciąży nawet, gdyby powodowało to śmierć młodych matek w męczarniach, mówiąc naszym koleżankom słowa „ty już sobie pożyłaś” (było to w pierwszej klasie ogólniaka). Nie muszę chyba dodawać, że ten opasły wieprz sam nie kwapił się do oddania n.p. nerek młodszej osobie potrzebującej, jakoś najwidoczniej według księdza katechety „już sobie pożyły” tylko młode dziewczyny, a on jeszcze nie pożył sobie tak, jak chciał.

NOWA PARAFIALNA TRADYCJA.

            Być może Karol był na pogrzebie naszego wspólnego kolegi, gdy ksiądz prowadzący mszę nachalnie dopominał się o ofiary w intencji zmarłego, a potem miał czelność ogłosić „nową parafialną tradycję mszy w każdą miesięcznicę śmierci, na której datki zbierane będą w intencji zmarłego”. Wielu z nas, kolegów zmarłego, to rozwścieczyło!

SIOSTRY "ABORCJONISTKI".

            Jest szansa, że Karolowi w pamięci utkwił incydent z czasów debaty o ustawie antyaborcyjnej, gdy ksiądz podczas niedzielnej mszy z nazwiska ogłosił lekarza, który dokonał w poprzedzającym to wydarzenie miesiącu, pięciu zabiegów aborcji. Gdy to doszło do uszu wspomnianego ginekologa, ten wstąpił na kościelną mównicę po skończonej mszy, gdy już ksiądz wyszedł i dopowiedział brakującą informację: To prawda, że dokonał wtedy pięciu aborcji, ale trzy zabiegi były na zakonnicach. 60% legalnych wówczas zabiegów było na „pingwinach”. Oj, taki to los siostry zakonnej! Parafianie od brata Alberta mogą to pamiętać podobnie, jak mogą pamiętać konflikt między tą parafia, a przywróconą po latach przerwy parafią garnizonową o strefy wpływów.

"ZNIKNIĘTE" SAMOCHODY PARAFII.

            Za najbardziej prawdopodobną wersję antyklerykalnej postawy Karola Szwalbe uważam jego bezradność wobec niemożności ścigania zbrodni polskiego duchowieństwa. Ot, w takiej na przykład parafii p.w. brata Alberta w naszych Puławach ściągnięto „na parafię” 150 samochodów osobowych, wyłudzając ulgi celne i handlując potem tymi autami. Jako kozła ofiarnego wybrano wikarego, natomiast w wersji oficjalnej uznano, ze ksiądz proboszcz Aleksander Zeń nie miał z tym nic wspólnego. „Gapcio” taki, rozumiecie, nie zauważył, że parafia nie posiada 150 samochodów- przecież tak łatwo o taką pomyłkę, zwłaszcza będąc proboszczem! Mało tego, czujna redakcja „Gościa Niedzielnego” nagrodziła go za ten przekręt tytułem „proboszcza roku”. Jak znam życie, taka bezradność wobec przestępców w koloratkach mogła wpłynąć na niechęć Karola do tej sekty. Policjantowi, zwłaszcza szkolonemu po upadku komuny, może być ciężko przełknąć wpływy czarnej hydry w wymiarze sprawiedliwości. Przysięgał obronę obywateli przed przestępcami, a nie pomoc w ukrywaniu przestępców. Zwłaszcza, jeżeli okazało się podczas czynności służbowych, że nie może ścigać pedofila, bo to człowiek Karola od pomników własnych.

SEKRET GRZECHU.

            Sekret „grzechu” Karola pozostaje tajemnicą. Choć to mój kolega z lat szkolnych, nie będę się za niego wypowiadać. Jego antyklerykalna postawa jest dla mnie jedynie pretekstem do przedstawienia tych postępków kleru puławskiego, które sprawiły, że ja sam nie chcę mieć nic wspólnego z tą mafijno- sekciarską grupą zorganizowaną. Karol wykazał się odwagą, mam nadzieję, że uda mu się wybronić przed zmasowanym atakiem wpływowych członków sekty, choć zajęty przez PiS Radom nie jest najszczęśliwiej dobranym miejscem do obrony.

 

 



sobota, 10 sierpnia 2013

            Oj, nie ma ostatnio łatwego życia frajerstwo. Siara goni siarę, a mamy epokę internetu: obciach pozostaje w spadku dla potomnych. Ponieważ media mają kłopot z wykrztuszeniem tego, co mnie się samo ciśnie na usta, wyręczę je.


            Woodstock- „Szkło kontaktowe”- na scenie Artur Andrus i  Grzegorz Miecugow, pełna widownia. Nagle pojawia się bohater wieczoru. Minę ma, jakby mu ktoś matkę rodzoną zabił i paraduje z uprzednio przygotowanym na jakiejś tekturce hasłem wyjaśniającym powód furii- otóż kolega dostał szału i śmiertelnej obrazy, bo TVN kłamie. Najwidoczniej nie wystarcza to do osiągnięcia orgazmu i nasz chłoptaś, nieświadom tego, że dojrzały  mężczyzna satysfakcję seksualną osiąga w zgoła inny sposób, popycha swoimi chudymi witkami zdziwionego Miecugowa. Innymi słowy: Nasz bohater lubi atakować „z partyzanta” siedzących, więc nieprzygotowanych na atak. Pojawia się pierwszy ochroniarz, nogi bohatera miękną i zaczyna fruwać w powietrzu: Zanim ochroniarz zdąży go porządnie uderzyć, on już leci, niczym worek kartofli. Heros- kupa w majtkach prawicy! Sprawdzał mu ktoś zawartość pampersa? Warto by było się podzielić taką informacją, podobnie jak tym, czy mamusia z tatusiem szybko zdążyli synka odebrać i mu kaszkę podsunąć oraz nosek wytrzeć.

            Czy wyobrażacie sobie co by było, gdyby z takich frajerów składała się polska husaria pod Kircholmem? Najpierw by pomachali proporcami, wpadli na pole bitwy, a przy pierwszym starciu 3 tysiące luźnych zwieraczy dałoby sygnał do odwrotu, a przerażone towarzystwo w panice dałoby się spętać i sponiewierać, by czekać bezradnie na nadejście mamusi ze świeżą pieluchą. Na szczęście Polacy mają jaja, a takie frajerstwo jak fruwający mazgaj ze sceny Woodstock, zostawało podczas wojen w domu pod opieką niańki. Najgorzej się działo, gdy tacy pędzeni instynktem stadnym gamonie, wymyślali że będą bronić Rzeczpospolitej. Henryk Sienkiewicz opisał bandę takich rozpieszczonych maminsynków, którzy jako pospolite ruszenie pod Ujściem „czekali na Szweda”. Gdy ten nadciągnął, frajerom się zdało, że bitwa polega na tym, że pojadą się popisywać jako harcownicy. Pierwsze kule armatnie spowodowały ugięcie kolan dzielnej młodzieży patriotycznej od mamusi i tatusia, która bez walki dała się wydymać. Jeżeli macie możliwość, obejrzyjcie sobie jeszcze raz tego nadętego buraka, który fruwał w powietrzu zanim go ochroniarz zdążył uderzyć i przyjrzyjcie się, jak dał się spętać, niczym prosię. I najważniejsze: Polska młodzież wygwizdała tego obszczymurka i miała na tyle odwagi cywilnej, by przeprosić Grzegorza Miecugowa za ten nieprzyjemny zgrzyt. Zdrowy organizm odrzucił tkankę nowotworową- bez zbędnych ceregieli. Chłoptaś chciał być bohaterem tłumu, stał się pośmiewiskiem, a wszyscy mogą obejrzeć na filmie z youtube, jak z miękkimi kolanami robił za latający worek kartofli- strach nakazał mu odfrunąć zanim ochroniarz się porządnie zamachnął. Latający Czestmir z Białostocczyzny- największy konkurent Kononowicza!


            Jeszcze większą żenadą zakończył się pokaz zbiorowego frajerstwa podczas meczu Lech Poznań- Żalgiris Wilno. Mamusie zrobiły swoim synalkom wielki transparent z napisem „LITEWSKI CHAMIE, KLĘKNIJ PRZED POLSKIM PANEM!”. Nie wiem tylko, jak można klęknąć przed kimś, kto wystawia jedynie tyłek do rżnięcia. Najmniej istotne jest, że ów „cham” sponiewierał niemiłosiernie wypięty „pański” zwieracz, a sami wzywający „chamów” do klękania pod koniec meczu skandowali „panom” ze swojej drużyny prosty w przekazie tekst „dość pośmiewiska, wypierdalajcie z boiska”. Mnie interesuje, jak to jest, że ten olbrzymi, haniebny transparent mógł być rozpięty na takim obiekcie, a ochrona nie zareagowała, natomiast klub postanowił nagrodzić kiboli wejściem na następny mecz za złotówkę. Naprawdę nie wiem, jak mam spojrzeć w oczy moim litewskim przyjaciołom, gdy zapytają mnie o ten prostacki incydent, do którego przyłożył łapę również klub. Oczywiście ze swej strony przeproszę wszystkich Litwinów i zapewnię, że to żałosny margines. Mam również nadzieję, że władze PZPN zamkną co najmniej na rok stadion przy Bułgarskiej albo zrobią z niego to, czym był Stadion Narodowy za rządów PiS. Wreszcie „patriotyczny” kibic będzie miał gdzie się tanio zaopatrzyć w kebab z kota, maczetę, berbeluchę podejrzanego pochodzenia, a nawet w onucki, bamboszki i słomiane wkładki do butów!



Tagi: tchórze
12:42, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
wtorek, 06 sierpnia 2013

            Wschód słońca w literaturze i sztukach plastycznych bywa używany, jako alegoria nadziei na szczęśliwą odmianę losu... i właściwie się temu nie dziwię: Jest piękny, a przy okazji daje nam światło, a promienie słoneczne rozgrzewają nas. Nie bez przyczyny, pieśni powstańcze z różnych stron Świata, zagrzewały do walki słowami o JUTRZENCE WOLNOŚCI, czy też ŚWICIE NADZIEI. Ich autorzy mobilizowali nimi tłumy do czynu, bo nadzieja nadzieją, ale los trzeba sobie wykuć.


            Jest w centrum Dublina takie miejsce, zwane „Temple Bar”, zamknięte na małym obszarze modne puby, gdzie przez większą część doby tętni życie towarzyskie (przymiotnik „towarzyskie”, niekoniecznie w tym wypadku oznacza coś pozytywnego, to zależy od „towarzystwa”). Cała irlandzka prowincja z zapartym tchem słucha opowieści o magii tego miejsca, każdy młody Irlandczyk chciałby się przekonać na własnej skórze, jak to jest- spędzić tam szaloną noc, często długo zbierają pieniądze, by tego zaznać, ten jeden raz.


            Niedzielne poranki, to jedyna pora, gdy w świetle dnia można pospacerować po centralnym Dublinie i nie być narażonym na przeciskanie się w tłumie ludzi. Dlatego też chętnie odwiedzam stolicę Irlandii właśnie wtedy. Zazwyczaj przechodzę również przez „Temple Bar” i spotykam zaspanych, podnoszących z krawężników swe ciężkie tyłki tych, którzy poimprezowali bardziej, niż tego chcieli. Dla nich jutrzenka nie jest łaskawa: chłód poranka, kac, ból głowy, rozdygotane ciała, puste kieszenie..., a tu trzeba wrócić do domu. Nie ma nadziei, jest poczucie porażki i chęć zapomnienia o tym, co się stało.


            W moim mieście pani Maria prowadziła najpodlejszą spelunę w okolicy: Wcale nie najtańszą, za to zaopatrzoną we wszystkie rodzaje alkoholi (w tym wino proste sprzedawane na „setki”). Klienci chętnie chodzili „do Marychy”, gdyż obsługiwała każdego, kto płacił, a lokal był otwierany jeszcze przed piątą rano. Zamykano go około północy. Chodziło o to, by zebrać sprzed nosa konkurencji wszystkich klientów, których zbudził kac. To tu mogli napić się najwcześniej, jeszcze przed 6.00, gdy planowo zaczynała się ich praca. Czego, jak czego, lecz nadziei mieli nadmiar, niewspółmiernie duży do realiów. Liczyli, że szef się nie domyśli, że są pijani, liczyli na premię pod koniec miesiąca, niektórzy liczyli, że załatwią sobie zwolnienie, jeszcze inni liczyli na wygraną w totolotka. Liczyli na wszystko, tylko nie na konsekwencje swojego picia, a te dopadały ich wcześniej, czy później.


            Myślę, że nadzieja o świcie jest fajna, ale pod warunkiem, że nie jest mrzonką, że nasze czyny dają nam szanse spełnienia marzeń. Nie zazdroszczę ani budzącym się bez grosza i nadziei na udany dzień biedakom z Temple Bar, ani też podnieconym złudną nadzieją klientom Maryśki. Wiecie, co jest jednak najważniejsze? By nie przegapić tego świtu. By móc podziwiać poranne zorze wiedząc, co one oznaczają. Zaczyna się kolejny dzień, w którym to my decydujemy o swoim losie.

***

            Uchwyciłem obiektywem swojego aparatu wschód słońca w mojej wsi. Jest piękny, poranne zorze i odcinające się na ich tle Góry Mournes, aż żałuję, że znikła z sieci Kawa z Chili (dzięki której prowadzę bloga), spodobało by jej się, zna się na kolorach. Ze względów technicznych, publikuję je w kiepskiej rozdzielczości, ale i tak widać urok tego zjawiska. Naprawdę, widząc to na własne oczy, można poczuć się szczęśliwym, podobnie jak widząc zachód słońca. Ale do tego uczucia, potrzeba spokoju ducha, trzeba być zadowolonym z wykonanych obowiązków i nowych planów. I nie jest ważne, czy to wschód, czy zachód, ważne jest, by to zauważyć.


            Widziałem wiele wschodów słońca. Widziałem też noc. Potrafi być piękna. Już  od drugiej w nocy, północno- wschodnia część nieba zaczyna mienić się światłem. Niedawno miałem okazję widzieć niewyraźną, ale jednak, zorzę poranną. Myślałem, że widzę coś innego, ale gdy później poszukałem informacji o zorzy polarnej, okazało się, że nie jest ona niczym dziwnym na szerokościach powyżej pięćdziesiątego równoleżnika, zwłaszcza podczas wzmożonej aktywności Słońca.

            Gdyby jedna okazało się, że nie każdy podziela moją fascynację obserwacjami wschodów i zachodów Słońca oraz nocnego nieba, przyszykowałem jeszcze jeden niezawodny sposób na poczucie szczęścia. Mężczyźnie wystarczy dostrzec kochaną kobietę- ważne, by jej nie przegapić, czego wszystkim życzę. A czego życzę kobietom? Oczywiście, miłości!

            P.S.

            No i ciekawe, jak skomentujecie tę notkę, bo ja miałbym problem :)



01:57, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
sobota, 03 sierpnia 2013

            Kilka lat temu mój brat szukał dla swojej córki przedszkola. Ponieważ ma spore dochody, chciał takiego z językiem angielskim, zajęciami z pływania oraz kilkoma innymi możliwościami rozwoju. Na Ursynowie polecono mu dwa takie miejsca. Jedno z nich odpadło, gdyż było to przedszkole prowadzone przez zakonnice. Brat byłby skłonny tam posłać dziecko, ale zakonnice znalazły problem: Brat był rozwiedziony, a dziecko wychowywał ze swoją obecną żoną. To się ponoć nazywa „rodzina patchworkowa” i żeby zakonnica przyjęła dziecko z takiej rodziny, trzeba dać łapówkę zwaną „co łaska”- bez żadnych gwarancji oprócz tej, że wpłaconych pieniędzy już nigdy nie odzyska. Moja bratanica poszła, na szczęście, do cywilnego przedszkola, bez łaski, dość obfita kasa przeszła siostrzyczkom koło nosa.

            Wybór przedszkola przyjąłem z ulgą, nie chciałbym, by moja bratanica była poddawana indoktrynacji sfrustrowanych kobiet żyjących w kręgu swojej chorej, antyludzkiej sekty. To ostatnie określenie jest oczywiście tylko moją oceną, którą jednak postaram się umotywować.

            To nie był incydent, gdzie jakaś pojedyncza placówka dyskryminuje dzieci. Dziś przeczytałem wywiad z niejaką Nataszą Dembińską- Urbaniak, liderką Kongresu Kobiet  Konserwatywnych- kliknij, by go również przeczytać. Z tego wywiadu wynika nie tylko to, że ta pani jest psychopatką. Znajduje się w nim bowiem potwierdzenie informacji, że istnieją placówki szkolne i wychowawcze nazywające siebie „katolickimi”, gdzie dyskryminuje się niewinne dzieci za to, że pochodzą z rozbitych rodzin. Pogrzebałem w sieci i znalazłem kolejne potwierdzenie: Reportaż z rozmowy (nie wiedziałem jak to nazwać, bo to nie jest typowy wywiad) z Małgorzatą Terlikowską (tak, żoną TEGO Terlikowskiego). Państwo Terlikowscy również posłali dzieci do szkoły, która nie przyjmuje dzieci z „rodzin patchworkowych” i głośno oraz bezwstydnie wymieniają ten obrzydliwy akt dyskryminacji niewinnych dzieci w szkołach mieniących się „katolickimi”, jako powód decyzji powierzenia im swoich dzieci- kliknij tu, by poczytać.

            Placówki zarządzane przez podmioty kościelne chciwie wyciągają swe łapska po wszelkie możliwe dotacje państwowe argumentując, że prowadzą działalność edukacyjną i KAŻDY ma prawo z niej skorzystać. Okazuje się jednak, że nie każdy, że od lat prowadzona jest zbrodnicza, faszyzująca dyskryminacja dzieci ze względu na pochodzenie. To już nie pozbawianie praw dorosłych osób, które mogą się jakoś bronić, ze względu na związek nieformalny, czy orientację seksualną. To atak na bezbronne dzieci, atak który wcale nie rozpoczął się pogardą wobec dzieci z in vitro, ten atak trwa od lat!


            A teraz o innych dzieciach, stokroć bardziej pokrzywdzonych przez tę zbrodniczą sektę, bo znajdujących się w jej łapach. Zauważyliście, że z sieci dziwnie szybko znikają artykuły o dzieciach duchownych? Od czasu do czasu zdarzało mi się coś na ten temat poczytać w necie, jednak gdy dziś wpisałem w wyszukiwarkę hasło „dzieci księży i zakonnic”, jedyną pozycją podpartą jakimś źródłem (w tym wypadku, niemieckojęzyczną książką „Gottes heimliche Kinder”- klinij tu, by zobaczyć) był skromny wpis na nieznanym mi portalu. Jak mam ocenić ludzi, którzy udają, że się kochają, płodzą dzieci, by skazać je na życie bez rodziny, wychowywanie w sierocińcach prowadzonych przez przedstawicieli swojej sekty. Nie tylko z piętnem dzieci z sierocińca, lecz również z nakazem milczenia na temat swoich rodziców?! Jak można, zamiast zachęcać do wzięcia odpowiedzialności za życie swoje, osoby, którą się rzekomo kocha i wspólnego dziecka, naciskać na skazanie niewinnego, małego człowieka na wyrastanie bez rodziny, w zboczonej indoktrynacji religijnej, z wymazaniem pamięci o rodzinie?! Antyludzka, antyrodzinna sekta!!!

 



15:24, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
czwartek, 01 sierpnia 2013

            Wczoraj przeczytałem informację o apelu polskich biskupów, by w sierpniu zachować abstynencję od alkoholu. Z formą tej wiadomości można się zaznajomić tu- kliknij, jeżeli to Cię interesuje. Dziś wróciłem pod ten artykuł i w oczy rzuciły mi się wyniki sondy- na południe 1 sierpnia tylko 21 procent uczestniczących w ankiecie zadeklarowało poparcie inicjatywy. A ja...? Mnie tego nie potrzeba, by trzymać się z daleka od alkoholu, za to w głowie zaczęły mi się kłębić następujące myśli:

            Na chwilę obecną, legalny rynek alkoholu w Polsce wart jest ok. 40 miliardów złotych. Oznacza to, że na każdego człowieka, bez względu na płeć i wiek, na kobietę i mężczyznę, na dziecko, emeryta i człowieka w wieku produkcyjnym, na chorego i zdrowego, przypada 1000 złotych wydatków na legalny alkohol rocznie. Trafiłem kiedyś na wyniki badań mówiące, że 90 % tych pieniędzy wydaje 10% uzależnionych i pijących ryzykownie. Gdyby posłuchano apelu biskupów, to w kieszeniach Polaków zostałoby między 3 a 4 miliarda złotych rocznie. Pieniądze te zamiast wspierać przemysł alkoholowy, wsparłyby przemysł samochodowy, turystyczny, meblowy, odzieżowy, czy jakikolwiek inny- zaznaczam to na wypadek, gdyby komuś przyszło do głowy twierdzić, że państwo by zbankrutowało. Wręcz przeciwnie: podatki płaciliby przedstawiciele innych gałęzi gospodarki, a oszczędzalibyśmy na zdrowotnych i społecznych stratach z powodu uzależnień. Miesięczna regeneracja dla wyczerpanych organizmów alkoholików też byłaby zbawienna. Dlaczego zatem jestem niezadowolony z takiej formy apelu?!

            Zastanówmy się, czy gdyby trwała wojna, apelowalibyśmy o wstrzymanie walk na sierpień? Bo ja apelowałbym o natychmiastowe zawieszenie broni i rozpoczęcie negocjacji pokojowych, gwarantujących stałą wolność od działań wojennych. Zaproponowałbym pomoc (negocjatorów, miejsce do rozmów, współpracę gospodarczą...) i nacisk kładł na korzyści wynikające z pokojowej współpracy. Podobnie jest ze spożyciem alkoholu: Apel, by miał jakieś szanse przynieść pozytywny skutek, powinien brzmieć: „Powstrzymajcie się od picia i wykorzystajcie wolność od alkoholu na podjęcie leczenia, prowadzącego do trwałej trzeźwości”. Postaram się przystępnie wytłumaczyć, dlaczego tak jest.

            Choroba alkoholowa charakteryzuje się między innymi tym, że mózg osoby uzależnionej każdą okoliczność chce wykorzystać jako pretekst do wytłumaczenia sobie, że picie, to nic złego. Wiecie, co się stanie w głowie alkoholika, jeżeli wytrzyma bez picia przez sierpień? Uzna, że nie jest alkoholikiem, bo przecież nie pił, gdy nie chciał, stwierdzi że w każdej chwili może bez problemów przestać, bo ma kontrolę, więc może bezpiecznie i bezkarnie pić. Z drugiej strony, czekając z utęsknieniem na koniec sierpnia, będzie traktować abstynencję, jak katorgę i poświęcenie. Marne są szanse, by bez terapii zwrócił się ku korzyściom, jakie mu dała abstynencja, choć to przecież takie istotne, by uznał, że warto żyć trzeźwo. To dlatego specjaliści odradzają stosowanie „wszywki”, czyli esperalu zaszytego pod skórą, by zmusić pacjenta do rocznej abstynencji. To dlatego terapeuci tak sceptycznie podchodzą do wielkopostnych postanowień wstrzemięźliwości. Chodzi o trwałą trzeźwość, a nie chwilową abstynencję.

            Jednym z zaleceń dla trzeźwiejących alkoholików jest oznajmienie otoczeniu, że podjął decyzję rozstania się z alkoholem i przedstawienia prośby o nieczęstowanie, nienamawianie do picia i wspieranie życia w trzeźwości. Chodzi tu o to, by alkoholik, który początkowo będzie bardzo podatny na głód alkoholowy, czuł w chwilach kryzysu presję i oczekiwanie otoczenia. Chodzi o to, by ewentualne zapicie zaczął tratować jako porażkę (zgodnie z prawdą zresztą). A co się stanie w głowie uzależnionego, gdy ogłosi znajomym, że nie pije w sierpniu? Oczywiście, jeżeli wytrzyma, triumfalnie wróci we wrześniu do picia mówiąc: „Widzicie, potrafię, a teraz się ode mnie odpierdolcie, za swoje, kurwa, piję!”. Lepiej mi uwierzcie na słowo. A swoją drogą, uważam że nic tak nie skutkuje, jak własny przykład. Czyż taki „Flasza”- Głódź nie miałby większych szans na trzeźwość, gdyby skruszony zapewnił wiernych, że udał się na terapię i prosi o wsparcie, a w szczególności o to, by mu wszyscy w chwilach słabości  przypominali, że picie dla niego jest zgubne.

            Jeszcze raz wrócę do porównania pijaństwa do wojny, bo naprawdę te zjawiska mają wiele wspólnych cech: Ilość ofiar, także ofiar niewinnych. To, że choć wypicie alkoholu nie musi zabić, ale jest skrajnie niebezpieczne, podobnie jak uczestnictwo w wojnie nie musi się równać śmierci, jednak zagrożenie jest ogromne, a poza tym niesie szkody ekonomiczne, społeczne, duchowe. Miesięczny rozejm na przegrupowanie wojsk poprzedzające atak, nie zapobiegnie stratom i zniszczeniom. Miesięczna abstynencja nie poprawi jakości życia, bo powrót do picia rozwali wszystko, co można było zyskać w ciągu miesiąca wstrzemięźliwości.


            P.S.

            Dziś pierwszy sierpnia. Pamiętam o rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, pamiętam o tej tragedii i o niej przypominam. Mam nadzieję, że uczcimy pamięć ofiar, a nie siebie samych i swoje poglądy.




15:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (4) »
Tagi