RSS
niedziela, 31 sierpnia 2014

            Cóż za miła sobota: Wiedziałem, że szykuje się ciekawy dzień, ale obowiązki nie pozwalały zbytnio się tym ekscytować. Miałem drobne zlecenie w Irlandii Północnej, którego nijak nie dało się załatwić śledząc jednocześnie media. Odkładając sprawy narodowe na bok, musiałem się zadowolić małym osobistym plusikiem, bo w pracy na dzień dobry dostałem dodatkowe zlecenie na bardzo przyzwoitych warunkach, więc dzień kończyłem w dobrym nastroju. Tymczasem największe niespodzianki miały dopiero nadejść. Pierwsza, to sms z Polski, że Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej. Wiadomość niezwykle radosna, bo kryzys ukraiński zaczyna przybierać dramatyczne rozmiary, a Rosja i Niemcy wyeliminowały z rozmów Polskę, co drastycznie zmniejszało możliwość zadbania o nasze interesy i sprawiało wrażenie, jakby sprawa nas nie dotyczyła. Teraz, siłą rzeczy, za każdym razem gdy Putin będzie chciał rozmawiać z Unią Europejską, będzie rozmawiał z najdłużej urzędującym premierem III RP. To naprawdę nie jest bez znaczenia!

            Po powrocie do domu odpaliłem internet, a tam kolejna radosna nowina. Polacy w absolutnie fenomenalnym stylu otworzyli światowe święto siatkówki. Wszystko było wyjątkowe: Młodzież bijąca rekord Guinessa w jednoczesnym podbijaniu piłki siatkowej i ponad 63 tysiące radosnych i rozentuzjazmowanych kibiców zgromadzonych na Stadionie Narodowym w meczu otwarcia Mundialu 2014. Chyba nikt przez długie lata nie przebije takiego wykonania Hymnu Państwowego. Do tego dostojni goście z Prezydentem RP na czele, wspaniały doping i wielka radość z wyniku sportowego. Jakby chcąc się wpisać w tę radosną atmosferę, wspaniałe sukcesy dorzucili kolejni polscy sportowcy: Startujący z dziką kartą młodziutki żużlowiec, Bartosz Zmarzlik wygrał Grand Prix Polski w Gorzowie Wielkopolskim, a w niedzielę medalami Mistrzostw Świata zasypali nas wioślarze: Magdalena Fularczyk- Kozłowska i Natalia Madaj srebro i po raz pierwszy w historii ósemka ze sternikiem: Zbigniew Schodowski, Mateusz Wilangowski, Marcin Brzeziński, Robert Fuchs, Krystian Aranowski, Michał Szpakowski, Mikołaj Burda, Piotr Juszczak, Daniel Trojanowski (sternik), stanęli na najniższym stopniu podium. Na deser zaś rekord świata Anity Włodarczyk. Jak tu się nie cieszyć?!


              Tymczasem dziś, śledząc dokładniej doniesienia i komentarze, zorientowałem się, że można się było nie tylko martwić, ale odebrać wczorajszy dzień, jako osobistą klęskę. Naprawdę, po prostu na forum zaroiło się od ludzi głęboko cierpiących z powodu "feralnej soboty". Oczywiście, głównym powodem cierpienia był wybór Donalda Tuska na szefa szefów UE. I tu "jaśnie oświecone patrioty" wyjaśniały, że zniszczył Polskę, a teraz idzie zniszczyć całą Europę- i ta Europa w nagrodę za zniszczenie Polski da mu się sama zniszczyć (to nic, że bez sensu, dajcie się wypowiedzieć patriotom)! A już nazwanie przez niemiecki „Der Spiegel” Tuska i Mogherini "piękną parą" wywołało prawdziwe apogeum szału. Normalnie, wyglądało to, jakby najpierw kto kręcił wora każdemu z komentujących osobno i po kolei, a potem wszystkim jednocześnie. A mogło być tak pięknie! Zanim Tusk się wziął za Polskę, a Hanna Gronkiewicz Waltz za Warszawę, pamiętny prezydent Lech Kaczyński zasilał budżet Warszawskiego Ratusza z centrum przestępczości detalicznej, jakim był Jarmark Europa, znany też jako Stadion Dziesięciolecia. Przez takiego Tuska odbywają się tam dziś takie sceny, jak powyżej, a było przecież tak swojsko: Można było kupić broń, zlecić Czeczeńcowi morderstwo lub pobicie, załapać syfa, wirus HIV i azjatycką grypę od taniej prostytutki, można było zjeść psa złapanego przez hycla z Nowego Dworu Mazowieckiego, przyprawionego, jak najprawdziwsza cielęcina z kuchni wietnamskiej, można było napić się oryginalnej "ŁYSKI" (bo przecież nie whiskey) zrobionej z bimbru i z pasty do butów, a jeżeli się miało pieniądze w torebce lub zewnętrznej kieszeni, to było tak, jakby się ich już nie miało (tak sprytne były palce użytkujących ten obiekt obywateli), jeżeli się zaparkowało samochód i nie opłaciło prywatnego ochroniarza, to również samochód zmieniał właściciela. No i przyszedł Donaldini z Bufetową i teraz ponad 60 tysięcy ludzi cieszy się na „Stadionie Narodowym” nie wiadomo z czego! A było tak pięknie! Sami zobaczcie!


            Tak, naniszczył ten Donald, naniszczył. Nabudował autostrad, które się blokują!!! Na co czekasz, ludu?! Wypad z tych tuskowych autostrad i obwodnic, jedźcie niekorkującymi się drogami krajowymi imienia braci Kaczyńskich! Niech każde miasteczko i każda wiocha będą wasze! Co..., podeszła was ta Hanna Gronkiewicz Waltz i ponieważ Lech Kaczyński obiecał wam, że nie będzie autostrady przez Warszawę, to Bufetowa nazwała ją drogą ekspresową S8, S7 i S17 i teraz, zamiast wam TIR-y walić z Niemiec do Ruskich, jak za Lecha Kaczyńskiego przez środek miasta, jadą jego obrzeżami i to na dodatek w tunelach dźwiękoszczelnych?! Buuuuu.....!!! Jak źle!!! Wrocław można objechać z obu stron, buuuu.....!!! Z Jeleniej Góry do Warszawy jedzie się w 6 godzin, zamiast dziewięć, buuuu...!!! Ale naniszczył ten Donald! Do tego jak zabrał wolność!!! Na drogach fotoradary, zajarać blanta nie można, a młodzież, która nie demonizuje marihuany oblewa maturę, buuuu.....!!! I wyobraźcie sobie, że można wejść teraz do knajpy, zjeść obiad, posiedzieć przy nim godzinkę i się nie śmierdzi dymem, choć 80% klientów to palący, buuuu....!!! A tak było fajnie, gdy siekierę można było w pubie zawiesić!!! A na murku, to już browara nie można wypić, bo Tusk zabrał wolność!!! Kiedyś człowiek wziął jabola, odbił, rozpił, poszedł do sklepu po następnego, wysikał się pod blokiem, a jak był bardzo wyzwolony, to i kupę posadził lepszą niż dorosły rottweiler, a teraz policja patriotów ściga! Gdzie tu wolność, skoro żeby poczuć smród starej uryny, trzeba na przedmieścia się wyprowadzić?! No i w ogóle..., siedzi człowiek w domu, mamusia naciągnęła mu na pupcię nowe Levisy, klepie się w klawiaturkę laptopika, co tylko do łba strzeli, sprawdza na smartfonie drogę do najbliższej knajpki i taka jest ruina!!! Buuuu...!!! Posłuchajmy i poczytajmy chociaż tych, co to głęboko cierpią i postanowili zarwać niedzielę dla zamanifestowania swego bólu istnienia- kliknij w tym celu tutaj.


            To zrobimy tak: Kto chce wyrazić ból i cierpienie, ten niech wyraża. Koniecznie, niech to z siebie wyrzuci. Ja tymczasem skorzystam z przyzwoitej pogody i się przespaceruję po plaży. I pamiętajcie: Tak było fajnie przed Tuskiem! Człowiek se w waciaku i gumofilcach wszedł na Stadion i się nie odróżniał nawet od pracujących tam panienek. No, może jedynie tym, że one nie miały majtek, za to okrywały się tureckim futerkiem. A spróbuj dzisiaj wejść na luzie na ten „Narodowy”?! Toż to Sodomia i Gomoria, jak bystro zauważył jeden ze słuchaczy pewnej toruńskiej rozgłośni!

 

19:00, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
wtorek, 26 sierpnia 2014

            Uzależnienie i współuzależnienie. Najtrudniejsza ponoć do uzdrowienia konfiguracja: matka i syn. Ojciec zmarł przed wejściem dzieci w pełnoletność, jeden z synów, niezwykle przedsiębiorczy i zapracowany, wiele lat temu opuścił dom. Pozostał drugi. Również pracowity, ale zawsze w cieniu pierwszego, który był największą dumą rodziny. Różnica między ich pracą polegała na tym, że o ile ten od sukcesów, dokonywał rzeczy spektakularnych, ale służących głównie jemu i jego karierze, ten drugi zajmował się pracami przyziemnymi, ale służącymi matce: działka, remonty mieszkania. To było kiedyś..., tak dawno, że już chyba każdy zapomniał.

            Matka była świadkiem przechodzenia przez wszystkie szczeble alkoholizmu u niedocenianego syna. Najpierw upijał się okazjonalnie, potem weekendowo, by w tym osiągnąć na kilka lat pewną regularność i pozorną stabilizację. Taką, określaną w małych miasteczkach, jako „lubi wypić, jak każdy, ale dobry z niego chłopak, co to zarobi na siebie, pomoże matce i ma tylko tę słabość, że czasem przeholuje z alkoholem”. Pozorną, bo uzależnienie ma ZAWSZE charakter postępujący. W każdym razie na początku, nie miał NIC z Januszka- to raczej on pomagał matce.

            Ci, którym się wydaje, że już o tym u mnie czytali, mają rację. Tak, opisywałem tych ludzi już wiele razy, jednak zawsze jest coś do dodania. Tym razem chcę zaproponować, byście swoją wyobraźnią uruchomili wszystkie zmysły, by nie tylko zdawać sobie sprawę z uczuć, jakie wywołuje ten opis, ale byście zobaczyli ten dom i poczuli jego zapach. Historię zakończyłem w momencie, gdy uzależniony czterdziestolatek znalazł się całkowicie na garnuchu matki: nie jest w stanie utrzymać się w żadnej pracy, nawet jako parobek. Ma wszelkie objawy fazy przewlekłej uzależnienia z padaczkami alkoholowymi i delirium tremens. W ciągach nie funkcjonują jego zwieracze, a na skutek zaburzeń równowagi i ostrych halucynacji, często jest poważnie poraniony. Matka daje synowi jeść, leczy go, wszystko pierze, myje, czyści,..., wejdźmy zresztą do ich domu!


            Jest skromnie, ale nadzwyczaj czysto. Kuchnia nawet po świeżym remoncie, w którym swój duży udział miał również uzależniony syn. Mieszkanie małe, ale meble spasowane i czyste. Jedynie w powietrzu unosi się delikatny, lecz wyczuwalny zapach wszelkich wydalin i wydzielin. Zapach narasta w pokoiku syna. Tak sobie wyobrażam wygląd pokoju w prywatnym hospicjum. Meble nie tak zimne i bezduszne, jak w szpitalu, mają coś z domowego ciepła, lecz są tak dobrane, by łatwo było utrzymać higienę. Wszelkie zbędne przedmioty zostały usunięte tak, jakby ktoś starał się, by nie tracąc domowego charakteru, utrzymać jak najwięcej gładkich, łatwych do czyszczenia powierzchni. To wszystko podczas pijackich ciągów poddawane jest działaniu wszelkich płynów ustrojowych. Nerki już nie radzą sobie z wszystkim, więc toksyny wydzielane są w dużych ilościach z potem, a nawet w wyziewach z ust uzależnionego. Do tego dochodzą wydaliny- mocz i kał, których zwieracze nie potrafią utrzymać podczas upojeń alkoholowych. Do tego krew, wymiociny, plwociny. Powierzchniowo można to zmyć, ale część zawsze wsiąka: w materac, dywanik, mam wrażenie, że nawet farba i tynk potrafią przyjąć część zapachów.

            Przejdźmy do pokoju matki: wygląda trochę, jak oranżeria, pełen pięknie utrzymanych, imponujących rozmiarów roślin. Nie znam się na tym, ale zawsze ten widok budzi mój zachwyt. Niepozorne, lecz schludnie utrzymane meble, całkiem nowoczesny telewizor... i tylko ten lekki zapach. Jeszcze coś: W fotelu siedzi matka o zmęczonym wyglądzie, blada i zapuchnięta. Doszło już do tego, że nie tylko niańczy syna. On zaciąga długi, ona je spłaca. Było podejrzenie, że daje się przebłagać i kupuje mu alkohol, potwierdziło się. Mało tego, prosiła drugiego syna, by wyprodukował na jej koszt większą ilość alkoholu domowego wyrobu dla brata- spotkała się z odmową. W rozmowie unika tematu alkoholizmu, lecz po dłuższym czasie sama nie wytrzymuje i go podejmuje, starając się przedstawić to, jako „jej krzyż”, który MUSI nieść. Potrafi się jednak gwałtownie zmienić. Za każdym razem, gdy ktokolwiek sugeruje jej podjęcie kroków wywierających nacisk na leczenie syna lub (jeszcze bardziej) gdy próbuje wysłać ją samą do poradni uzależnień, przybiera postawę zdesperowanej samicy kaczki walczącej z krokodylem o pisklęta. Z desperacją samobójcy atakuje autora takiej myśli. Więc syn będzie umierał, a ona z nim. Tylko, że jeśli nie zdąży umrzeć, dopadną go przewlekłe, nieuleczalne choroby psychiczne: halucynoza, której objawy już występują (omamy słuchowe i wzrokowe), paranoje (urojenia, chorobliwa podejrzliwość), zespół Korsakowa (upośledzenie pamięci świeżej, wypełniane przez chorego urojonymi informacjami), otępienie z zaburzeniami osobowości i cała gama pochodnych. To bardzo możliwe, gdyż matka zajmuje się dostarczaniem mu pożywienia i leczeniem jego chorób somatycznych, więc uzależniony syn ma szansę dożyć najcięższych zaburzeń psychicznych. Może też zostać kaleką w inny sposób- ma już zaburzenia ruchowe na skutek słabych mięśni, upośledzenia układu nerwowego, ma też wszelkie szanse na miażdżycę (ma już pewne symptomy mogące o niej świadczyć). Innymi słowy: wkrótce może być bardziej rośliną, niż człowiekiem. Tym bardziej, że jak już wspomniałem, matka broni tego stanu rzeczy z desperacją zwierzęcia, które nie widzi szansy na ucieczkę, więc podejmuje samobójczą walkę.

            Po każdym spotkaniu z nimi, czuję się jakbym ich zostawiał w piekle. Ich twarze mnie prześladują, a ja nie potrafię zrobić nic innego, jak tylko pokazać im, że tuż obok jest bezpieczna ścieżka, która ich stamtąd wyprowadzi. Jednak wtedy, oczy syna przybierają wyraz szaleństwa, a usta wypowiadają słowa „ja tam nie pójdę, nie dam się tam wziąć”. Matka przybiera postawę samicy broniącej młodych, a ja opuszczam ich prywatne inferno.


            A teraz o innej odsłonie tego samego piekła. Tym razem inna konfiguracja- o tyle nietypowa, że na krawędzi znajduje się kobieta, a współuzależniony jest mężczyzna. Ona, niegdyś przedsiębiorcza bizneswoman, dla której dochód 20 tysięcy złotych miesięcznie nie był niczym niezwykłym i facet, który ją przygarnął w momencie, gdy rozstała się z mężem (poszło o alkohol). Degradacja zawodowa prawie całkowita- dziś ta kobieta sprząta, dorywczo i na czarno. Żyje na jakimś poziomie jedynie dlatego, że jej facet utrzymuje dom, bo jest szefem kuchni, więc daje radę. Na dziś dzień kobieta, po wyjściu chłopa do pracy, włóczy się z pięcioletnim synem po znajomych, szukając miejsca gdzie mogłaby się napić (do żadnej knajpy z dzieckiem jej nie wpuszczą). Facet wróci zmęczony po północy. Jeżeli kobieta dotrze do domu, zanim mężczyzna wstanie, skończy się na drobnej awanturze. Jednak może się zdarzyć, że zalegnie nieprzytomna „w gościach”. Wtedy rankiem facet zrobi obchód znajomych, być może z kimś się pobije, ją pobije na pewno, ściągnie za szmaty do domu, a dzieciak będzie tego wszystkiego przerażonym świadkiem. Co ja piszę, on w każdym momencie jest przerażonym świadkiem: Nie ma wpływu na to, gdzie idzie, kogo spotka, co będzie robić, u kogo zaśnie.


            Widziałem to kiedyś, wraz z finałem. W moim bloku mieszkała kobieta, która za komuny była sekretarką w lokalnej placówce PZPR. W tej pracy pogłębiało się uzależnienie, które przez długie lata nie wyglądało tak strasznie”. Po przemianach ustrojowych, koledzy partyjni już jej nie chcieli. Były młodsze i ładniejsze- sami wiecie, że co jak co, ale dzisiejsza lewica ma dość urodziwą młodzieżówkę. Wbrew lewicowym hasłom, takie „stare rupiecie” ich nie interesują- pozbyli się jej. Zresztą praca by jej nie pomogła, jej była potrzebna terapia. Kobieta umierała latami. Jej schorowany organizm produkował tak niewyobrażalny smród, że gdy przechodziła klatką, co bardziej wrażliwy na zapachy człowiek mógł zwymiotować. Smród utrzymywał się przez kilkadziesiąt minut. Wystarczyło jej przejście, bądź otworzenie drzwi jej mieszkania. Sam doświadczałem tych zapachów i ręczę za ich nieznośność. Tuż przed jej śmiercią zmarł jej mąż i jej syn. Również z powodu alkoholu. Osoby współuzależnione często same wpadają w nałóg, a ona okazała się mieć wyjątkowo silny organizm. W ostatnim roku życia widziała śmierć najbliższych, których zaraziła swoją chorobą.

 

12:53, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (78) »
sobota, 23 sierpnia 2014

            Ostatni miesiąc na dobre wyrwał mnie z MATRIXA. Żadnych spekulacji politycznych, żadnych gorących polemik o tym co jest, co by było lub co być powinno, a jedynie odpoczynek, później doszło do tego trochę pracy. Początkowo tęskniłem za pisaniem, potem coraz mniej. Przynajmniej nie za takim jak tu- od pewnego czasu kusi mnie myśl o czymś poważniejszym. Powieść, a może dramat. W każdym razie, nie blog! Potrzebowałem odpoczynku od dyskusji. Zwłaszcza politycznych. Ten MATRIX mi nie służy!


            W mediach rozgrywa się wojna „wielkich” ideologii wspartych o politykę i filozofię (w tym religię). Zagrożenia, wrogowie, walka..., tymczasem ja pracuję, wypoczywam, kogoś kocham, kogoś darzę sympatią, a za kimś nie przepadam, więc go unikam. Na ogół współpracuję: czasem ktoś mi wyświadcza przysługę, czasem ja się rewanżuję. Drobiazgi nie kosztują wiele: odwiedziny, kilka słów, skromny prezent. Zupełnie nie czuję potrzeby konfrontacji. Owszem, staram się dbać o kondycję, zabezpieczam się, jak potrafię ekonomicznie, dbam o stosunki międzyludzkie, co nie pozostawia mnie bezbronnym. Jakiekolwiek konflikty, to raczej krótkotrwałe spięcia. Zdarza się: w pracy, w ruchu drogowym, nawet przy stole. Jednak nigdy żadnej ze stron nie zależy na długotrwałej wojnie. A już tym bardziej nikt nie wpisuje konfliktu interesów w ideologię polityczną, bądź religijną. Jest prosta umowa, która sprawia, że albo się dogadujemy, albo nasze drogi się rozchodzą. Czy rozumiecie, jak dalekie od mojego życia jest gówno, jakim nas karmią przywódcy polityczni, bądź religijni?! Gdzie te ich nadęte, pełne patosu „prawdy”?! Gdzie te jedynie słuszne ścieżki?! Każdy dokonuje wyborów i ponosi ich konsekwencje. Tyle!


            Tymczasem wpadł mi w oczy tekst o szczecińskim „wykładzie” niejakiego Janusza Korwin- Mikke, w którym ów człowiek przekonuje, iż agresję należy pielęgnować, uczyć jej w szkołach, gdyż według niego jest naturalna (swoją drogą, skoro jest naturalna, to po co jej uczyć)- kliknij tu, jeżeli chcesz przeczytać cały artykuł. Kilka tygodni zaś temu ten sam człowiek w felietonie w „Agorze” przekonywał, że wojna jest fajna, bo jest motorem ewolucyjnych zmian (coś tam pisał o zjadaniu chorych lub zanadto spasionych saren). Bladego pojęcia nie mam, jak można mylić rewolucję z ewolucją, ale pan Janusz to potrafi. Ja powiem tylko tyle, że jesteśmy w takim, a nie innym punkcie cywilizacyjnym właśnie ze względu na ewolucję, która rozwinęła współpracę. Oczywiście, nadal posiadamy zdolność zabierania dóbr siłą, ale dużo bardziej nam się opłaca energię, którą by pochłonęła walka, przeznaczyć na pracę i wymianę dóbr. To jedna z cech, które nas wyróżnia od dzikich zwierząt- dużo częściej niż one i z rozmysłem, wymieniamy środki materialne i usługi. W różnych rejonach Świata stosunek rywalizacji do współpracy jest różny. Tam, gdzie dominuje współpraca, jest i współczesna cywilizacja. Rywalizacja dominuje w dżungli, buszu, pustyni, czy na prerii. Nikt: ani despotyczny przywódca olbrzymiej Rosji, ani równie despotyczny przywódca małej Kuby, ani tym bardziej despotyczny przywódca marginalnej polskiej partyjki zwanej KNP, nie cofnie Świata do wspólnoty plemiennej. Prędzej sami będą spadać na drzewo, choćby i mieli banany tam prostować!


            I tym to sposobem, kolejny ciężki powrót mam za sobą.

 

23:32, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
piątek, 01 sierpnia 2014

            Wyobraźcie sobie, że psychopatyczny maniak seksualny i sadysta porywa Waszą Matkę. Gwałci ją, zmusza do niewolniczej pracy i usługiwania sobie. Za każdy sprzeciw trwale ją okalecza szpetnymi bliznami na twarzy. Czy uważacie, że to Matka jest winna otrzymanym bliznom, bo przecież psychopata ją ostrzegł, by robiła to, co on jej każe?


            Czy możecie mi zatem powiedzieć, do jasnej cholery, dlaczego dziś żołnierze AK oskarżani są o zrównanie z ziemią Warszawy i morderstwa dokonane przez Niemców i ich sojuszników na cywilnych mieszkańcach i wziętych do niewoli żołnierzach? Dlaczego obrońców Ojczyzny oskarża się o zbrodnie dokonane przez Sowietów i Niemców na Matce- Polsce?

            To Niemcy równali z ziemią Warszawę, a Sowieci zdradzili Polaków i pozwolili żołnierzom Hitlera na wymordowanie miasta. Powstanie Warszawskie nie było skierowane przeciw Stalinowi, lecz przeciw Niemcom. To, że Stalin miał w planach agresję i zabór Rzeczpospolitej, obciąża tego zbrodniarza, a nie Polaków próbujących wyzwolić swój kraj. Za zbrodnię odpowiada zbrodniarz, a za zdradę, zdrajca!


            Jaka jest zatem odpowiedzialność dowództwa AK? Czysto wojskowa! Podjęcie niemalże samobójczej misji w obszarze gęsto zaludnionym. Misji, która według danych wywiadu nie miała szans powodzenia, gdyż jasne było, że Stalin nie kiwnie palcem, choć z wojskowego punktu widzenia, z punktu widzenia walki aliantów przeciw państwom osi, zniszczenie niemieckich wojsk stacjonujących w Warszawie i okolicach oraz wzmocnienie się 40 tysiącami żołnierzy AK byłoby łakomym kąskiem. Tyle, że Sowieci nie wyzwalali, lecz zdobywali Polskę. Wiedział o tym, wywiad, wiedziało dowództwo wojsk sprzymierzonych, także dowództwo AK. Wobec takiej przewagi wroga, jedyną szansą była dalsza walka w konspiracji. Tylko tyle i aż tyle. A za zbrodnie na Polsce i Polakach odpowiadają Niemcy i Sowieci.


14:23, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (35) »
Tagi