RSS
sobota, 29 września 2012

            Awersję do zasiłków na dzieci miałem od zawsze. Jakoś kojarzy mi się to z rodzeniem za pieniądze. Jeśli zaś rodzenie za pieniądze, to kto zamawiał to rodzenie. Ja sobie nie przypominam, bym u kogokolwiek takie zamówienie składał. Po mojemu, to jedynymi zamawiającymi dziecko są kopulujący. Poza tym w jakim celu tatuś z mamusią mają brać zasiłek opłacany ze swoich podatków? I przy okazji opłacać pośrednika, czyli hydrę urzędniczą? No..., chyba że nie pracują, ale w takim wypadku, powinna to być zapomoga..., jałmużna..., ona nie ma prawa być wysoka, żeby nie zniechęcała do podjęcia pracy.

            Cały czas  po głowie chodzi mi przykład mojej koleżanki, która nie należała do osób szanujących pracę. Było to w Irlandii- w okresie boomu gospodarczego. Mimo deficytu pracowników na ryku, ona była wywalana z pracy, jednak nie była skłonna się chwalić, co było powodem, a ja nie jestem skłonny do zgadywanek. Gdy znalazła pracę w stabilnej firmie, popracowała tam miesiąc i okazało się, że na jej dawno temu złożoną aplikację odezwał się jeszcze ciekawszy pracodawca. Po ustaleniu terminu  rozpoczęcia pracy, dziewczę przestało przychodzić do dotychczasowej, choć termin był za kilka tygodni. Po prostu od zarabiania ważniejsze było zbijanie bąków. Z tego powodu nie miała z czego zapłacić za mieszkanie, które wynajmowała z dość ciemnym typkiem, który dorabiał sobie przestępstwami (narkotyki, haracze za załatwianie pracy, cholera wie, co jeszcze, bo jemu żadna kasa nie śmierdziała), ale to szczegół. Gdy dorobiła się z nim kinder- niespodzianki, olała najnowszą pracę. Jej manager- naiwna i dobrotliwa kobieta, myślała że popadła w jakieś kłopoty, więc próbowała się z nią skontaktować proponując pomoc. Wiem to, bo zadzwoniła do jej koleżanki, mojej znajomej i prosiła, by ją przekonać, że ona jej pomoże, żeby nie rzucała pracy. Księżniczka jednak miała taką alergię na pracę, że wolała zostać utrzymanką drobnego przekręciarza i Irlandii, bo po zasiłek była pierwsza. Z manager nawet się nie skontaktowała- nawet nie powiedziała "dziękuję", ani "do widzenia". Żeby wyłudzić wyższy zasiłek, zrezygnowała ze ślubu, by występować jako matka samotnie wychowująca dziecko. Była żarliwą katoliczką, lecz do diabła z Kościołem, ślubem kościelnym, „bożym błogosławieństwem”, skoro można ukraść nienależny zasiłek. Siusiak z przykazaniami, siusiak z „nie kradnij”, toż to „dla dobra dziecka”. Ładne mi „dobro dziecka” – utrzymanka drobnego handlarza narkotyków, ćpuna i oszusta. Alleluja, chwalmy Pana!!! Na ćpunie nie ujechała daleko, bo się nie nadawał, za to państwo i owszem, swoją działkę płaciło regularnie! A mogła mieć dobrą, stabilną pracę.


            To nie jedyna moja znajoma, która tak sobie życie ustawiała, ale zatrzymam się na tej jednej, żeby sobie nerwów nie szarpać. Podobnych historii znam wystarczająco wiele, by stanowczo protestować przeciw zasiłkom na dzieci. Żadna z tych historii nie dorównuje jednak historii pewnej łotewskiej emigrantki, która w 2008 przyjechała do Bostonu (wschodnia Anglia) z trójką dzieci. W międzyczasie dorobiła sobie jeszcze siódemkę (płodna niewiasta, nie powiem, prosta arytmetyka ciąży wskazuje, że trafiały się ciąże mnogie). Od państwa pobiera 34 tysiące funtów rocznie zasiłków na dzieci. Dodatkowo, państwo dało jej mieszkanie socjalne z obniżonym czynszem (utrzymanie mieszkania też na koszt publiczny- remonty, przeglądy, ubezpieczenie). Lekko licząc, ta pomoc, to jakieś 45- 50 tysięcy funtów rocznie. Średnie zarobki w Wielkiej Brytanii, to 26 tysięcy funtów, a ludzie pracujący muszą sobie wynajmować mieszkania, bądź spłacać kredyty mieszkaniowe. I co zrobiła ta pani??? Zażądała większego mieszkania, bo obecne jej się nie podoba i jest za małe. Mało tego. Ona nie widzi w tym nic złego, ona uważa, że jej się należy, bo jest obywatelką państwa UE. Cholera, choćby i była obywatelką UK, to zapomogi są tylko i wyłącznie dobrą wolą państwa, za którą ma psi obowiązek być wdzięczna, bo jako matka, to ona ma obowiązek zapewnić utrzymanie i wychowanie swoim dzieciom.

             Mamy tu idealny przykład zboczeń umysłowych, do jakich prowadzi nadmiernie rozdęty socjal. Oczywiście uważam, że pomoc państwa bywa niezbędna, jednak ta pomoc musi być  pomocą minimalistyczną- nie może być tak, żeby ktoś za sposób na życie przyjął robienie sobie dzieci i czekanie, aż pozostali obywatele sfinansują taką drogę życia. Osobiście, tej kobiecie odpowiedziałbym, że ma prawo zrezygnować z państwowej pomocy, nie musi też mieszkać w Wielkiej Brytanii.

             Odnoszę wrażenie, że nasze rozpieszczone społeczeństwa, mylą to, co im się należy z tym, co z łaski, przez litość, ludzie pracujący im fundują. Świadczenia należne, to WYPRACOWANA emerytura, WYPRACOWANA renta, samodzielnie opłacane ubezpieczenie zdrowotne i inne (ważne, by były opłacane samodzielnie), zasiłek dla bezrobotnych (na okres ustawowo określony po ustawowo określonym obowiązkowym okresie pracy). To są świadczenia NALEŻNE.


             Renta socjalna i cała reszta różnego rodzaju zasiłków, mieszkania socjalne, dofinansowania, to świadczenia, które ludzie pracujący wypłacają z dobrej woli i mają pełne prawo w każdej chwili, dowolnie i według uznania te świadczenia obciąć. Oczywiście odbywa się to za pośrednictwem Parlamentu. Dlatego też uważam, że niegłupim rozwiązaniem byłoby wprowadzić dla pobierających świadczenia socjalne obowiązek corocznego wysyłania oświadczenia, w którym świadczeniobiorca prosiłby o przedłużenie wypłaty zapomóg na następny rok i zapewniałby o swojej wdzięczności za jej przyznanie. Tak, uważam, że każdy wyciągający rękę po pomoc, powinien jasno i wyraźnie powiedzieć „DZIĘKUJĘ”, jeżeli wyciąga rękę po pomoc regularnie, to i dziękować powinien regularnie- na piśmie, żeby nie zapomniał, że występuje po prośbie, a nie jako strona przedstawiająca żądania. Urzędnik miałby obowiązek z automatu przyjąć to podanie, ale byłoby ono niezbędne. Że to niepotrzebna biurokracja??? Świadczenia socjalne, to też biurokracja, a zasrane „DZIĘKUJĘ” się należy tym wszystkim, którzy się na to zrzucają!!!



22:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (48) »
środa, 26 września 2012

            Od kiedy pamiętam, zawsze można się było spodziewać jaj, gdy przedstawiciele Watykanu wypowiadali się na temat sztuki. Mam tu na myśli zwłaszcza wypowiedzi niechętne, żeby nie powiedzieć „wrogie”. Tak to już jest, że gdy jakiś organ kościelny zabiera się za recenzje, to od razu mi się kojarzy indeks ksiąg zakazanych. Dlaczego się tak kojarzy? No przecież nie dlatego, że sobie coś ubzdurałem, tylko dlatego, że Watykan się tym parał. Przez litość nie dopowiem, kto jeszcze tworzył takie indeksy.

            Jak się domyślacie, jest powód takiego wstępu- organ Stolicy Apostolskiej ani chybi trzasnął jakąś recenzję. A jakże! Nie spodobał się „Prometeusz” Riedleya Scotta. Każdemu może się podobać, bądź nie podobać- to jest chyba oczywiste. Jednak po recenzencie oczekuję raczej oceny jakości użytych środków wyrazu: fabuły, intrygi, ukrytych odniesień, porównań, zdjęć, muzyki, wszystkiego co się wiąże z artyzmem. Co zrobiło „L’Osservatore Romano”??? Krytykuje filmową ideę przeciwstawiania się bogom! Wymiękłem! Od niepamiętnych czasów boska władza jest alegorią despotyzmu i tyranii i w takiej formie była wykorzystywana w sztuce, podobnie jak wykorzystywany był motyw walki z boską władzą, walki teoretycznie skazanej na niepowodzenie, walki heroicznej. Nawet Biblia posiada takie motywy, nie mówiąc już o mitologii chrześcijańskiej, bardzo rozwiniętej w krajach nawiedzanych przez misjonarzy chrześcijańskich w czasach wczesnego średniowiecza, na przykład w Irlandii. Według podań z tamtego okresu, ówcześni święci co i rusz zmagali się z jakimiś pogańskimi bogami i innymi mrocznymi siłami. I nagle walka z bogami jest be! „L’Osservatore Romano” sugeruje,  że podróż załogi powinna być poszukiwaniem nadprzyrodzonego, a nie walką z nim. Prawdę mówiąc, nie wiem dlaczego, skoro to filmowe nadprzyrodzone jest bezwzględną, tępą siłą. Poza tym- tak już się kojarzą bogowie, tak byli przedstawiani przez ludzi, tak byli wykorzystywani w niezliczonych przekazach z biblijnym włącznie. No, sorry, Winnetou, taki sobie obraz bogów przez wieki ludzkość nakreśliła i do dziś się tego trzyma.

            Osobną sprawą jest to, że film Ridleya  Scotta w ogóle nie zebrał pozytywnych recenzji, bo okazał się być zwykłym gniotem. Czasem się zastanawiam, czy Watykan nie ma udziałów u dystrybutorów filmowych, że się uparł robić taką reklamę filmowi, nad którym wisi widmo klapy komercyjnej. Choć oczywiście za dużo bardziej prawdopodobną wersję uważam, że watykańska wścieklizna atakuje wszystko, co niezgodne z jej doktryną, nie patrząc przy tym na to, że skutki są wręcz odwrotne, a po owocach ich czynów ich poznacie!

            Tytuł tej notki brzmi: „...Bo tak się to kojarzy”! Skojarzenie nie bierze się znikąd. Skojarzenie bierze się z doświadczeń, wspomnień. Jeżeli ludzkość na wszystkich szerokościach geograficznych wyobrażała sobie bogów, jako wszechmocne istoty, przy których ludzie są tylko drobnym, nieznaczącym pyłem, to i ciężko się dziwić, że w twórczości dominuje takie właśnie wyobrażenie. A z czym Wam się kojarzy poniższe zdjęcie???

 

            Tak, to słynny Motyl z Łodzi, tym razem czeka, aż mijającym go ludziom się z czymś skojarzy. Podobno jakaś pani już lamentowała, że Motyl obraził jej uczucie religijne? Ciekawe co to za religia? Śmietanka i kolanka??? A przecież nie ma kluczowego elementu, brakuje nieletnich dziewcząt i lizanka w kolanka! I do kogo ma ta pani pretensje, że jej się coś kojarzy? Do Motyla??? A jakież to doświadczenie tej pani sprawiło, że jej się kojarzy? I kto za nie odpowiada?

            Dobrze, ktoś powie, że to tylko stereotyp, który powstał na podstawie pojedynczego, rozdmuchanego przypadku. Tak??? To ja przypomnę pewną historię: Festiwal filmowy w Wenecji, rok 2002. Gdy jako jeden z faworytów do „Złotych Lwów” został wymieniony irlandzki film „Siostry Magdalenki”, ówczesny papież, Jan Paweł II wpadł w szał i jak opętany, próbował wpłynąć na jury, by zignorowało ten film. Bezskutecznie, film zdobył „Złotego Lwa”, a Jan Paweł II znów osobiście i publicznie wylał żółć z tego powodu. Dlaczego? Film był oparty na autentycznych zeznaniach trzech kobiet, które jako nieletnie były więzione, wykorzystywane do niewolniczej pracy, terroryzowane fizycznie i psychicznie, niektóre z nich były wykorzystywane seksualnie, a ich katami były tytułowe siostry Magdalenki oraz duchowni u nich pracujący. Autor filmu był i tak dyskretny, bo pominął sposób w jaki prawda o zbrodniczych praktykach siostrzyczek wyszła na jaw: Momentem przełomowym było wykupienie przez jakiegoś developera części majątku Magdalenek, gdzie odkryto szczątki 155 mieszkanek złożonych w nieoznakowanych grobach- taką wartość miały dla swych oprawczyń niewolone dziewczęta, że nawet nie zasługiwały na imię i nazwisko. To był moment, który wstrząsnął Irlandią. Dopiero później przekopano dubliński kocioł zboczeńców. A co na to nasz papież? Nasz santosubito??? On się wściekł, że ktoś o tym zrobił film. On nie miał pretensji do tych ropuch w habitach, on miał pretensje do człowieka upamiętniającego ich ofiary!!! Wtedy Jan Paweł II pokazał swoją prawdziwą twarz. Do tej pory udawał takiego gapcia „nic nie widziałem, nic nie słyszałem”, ale tu zaangażował się osobiście i publicznie! Zawsze będę mu to pamiętał!

 

            Wracając do pana Motyla- myślę, że dość szczegółowo, by nie powiedzieć „drastycznie”, wyjaśniłem dlaczego śmietanka z kolanka salezjanka kojarzy się tak, a nie inaczej. Nie dlatego, że źli wrogowie Kościoła zrobili nagonkę, czy też prowokację. Dlatego, że dostojnicy kościelni po uszy są umoczeni w sprawę pedofilii. Jeśli nie jako sprawcy, to jako ci, którzy kryli zboczeńców. I dotyczy to dostojników najwyższych rangą. To z czym się ma kojarzyć śmietanka z kolanka?!

 

(...) A te dzieci, które oplułeś
Starające się zmienić swój świat
Są odporne na twoje rady
I świadome, tego co je czeka (...)

 

            To oczywiście fragment tłumaczenia tekstu „Changes” Davida Bowie.

 

            Na zakończenie, mam prośbę: Wiem, że dotknąłem sprawy nieszczęsnych otrzęsin salezjańskich, ale musiałem podać konkretny przykład, a ten jest świeży i najbardziej znany. Zaklinam jednak: Zostawmy już tego księdza z Lubina, bo to było wałkowane na tysiąc sposobów. Wnioskiem postawionym przeze mnie w tej notce jest to, że jeżeli powstają jakieś skojarzenia, czy stereotypy dotyczące Kościoła, to nie wzięły się one znikąd. Wzięły się z dobrze udokumentowanych działań duchownych, także najwyższych duchownych Kościoła. Od lokalnych watażków do samego papieża. To samo się tyczy bogów i demonów (z Bogiem chrześcijańskim włącznie)- jeżeli się kojarzą z tępą, bezwzględną siłą, to dlatego, że tak zostali przedstawieni nie tylko w głównych księgach religijnych Świata, ale także w podaniach ustnych, legendach krążących wokół miejsc kultu, mających spopularyzować dany ośrodek, czy też w historyjkach opowiadanych na kazaniach, czy katechezach. To się nie bierze znikąd. Jeżeli zatem ktoś ma pretensje wynikające ze skojarzeń, to proszę je właściwie ukierunkowywać.



piątek, 21 września 2012

            Ten temat swojego czasu był wałkowany w tę i nazad: Pracować na Zachodzie, czy w Polsce?! Swojego czasu wzbudzał skrajne emocje, bo oczywiście w dyskusjach prym wiedli frustraci, którzy koniecznie chcieli wykazać, że są lepsi od tych, którzy wybrali życie w innym miejscu, niż oni. Już, już, zapominałem jak takie dyskusje wyglądały, gdy znowu trafiłem w sieci na artykuł poświęcony powrotom. Przeczytałem z uwagą i doszedłem do następującej konkluzji:

            Z przykrością stwierdzam, że artykuły na temat emigracji, ewentualnie na temat powrotów do kraju, pisują zazwyczaj regularni debile. Przeczytałem ich dziesiątki, a żaden z nich nie zawierał jednej, prostej prawdy: Emigracja, to nie jest wakacyjna wycieczka. Kiedy to wreszcie gryzipiórki zrozumieją i przestaną robić wodę z mózgów czytelników? Owszem, można wyjechać na rok, żeby dorobić, jednak nie nazywajmy ludzi wyjeżdżających w takim celu emigrantami.


            Podstawową cechą odróżniającą emigranta od wakacyjnego dorobkiewicza jest to, że emigrant postanowił ułożyć sobie życie poza granicami kraju, a to wiąże się z czymś cokolwiek innym, niż tylko z zarobkami. Ale zacznijmy od początku.

            Pierwsze kroki za granicą, to po prostu jakakolwiek praca. Oczywistą sprawą jest to, że pracodawca zatrudnia gościa z zagranicy na niskim szczeblu. Nie wynika to z tego, że chce go upokorzyć, a z tego, że go nie zna, nie jest pewny na jak długo zostanie, nie wie jak się zaaklimatyzuje wśród pracowników. Dlatego gdy czytam o pracy poniżej kwalifikacji, to mnie mdli- ci ludzie są po prostu sprawdzani, sami też mają okazję zweryfikować pogląd na temat swoich umiejętności. Dopiero po takiej weryfikacji, emigrant podejmuje decyzje: albo postara się o miejscowe certyfikaty i wtedy będzie aplikował o pracę w zawodzie, zgodnie z kwalifikacjami, albo zignoruje naukę i będzie pracował tak, jak wszędzie na Świecie (z Polską włącznie) pracują ludzie bez wykształcenia, czyli fizycznie. Na ten akapit zwracam uwagę wszystkim, którzy uwielbiają zmyślać, że Polak będzie na Zachodzie tylko niewolnikiem. Gówno prawda, będzie pracował na takim stanowisku o jakie się postara. Jeżeli przekona pracodawcę, że może być kimś więcej, niż pomocnikiem, może zacząć myśleć o asymilacji.


            Gdy już mamy satysfakcjonującą pracę, zaczynamy żyć jak ludzie, a nie jak turyści zarobkowi. Wiąże się to z takimi nabytkami, jak meble, naczynia, pościel, artykuły AGD i RTV. Często ludzie zakładają na emigracji rodziny, posyłają dzieci do szkoły, kupują własne mieszkania, meblują je po swojemu, czasem urządzają ogród, czasem urządzają jakieś swoje domowe warsztaciki, biblioteczki, kolekcje płyt CD i DVD, a czasem siłownie- to zależy od upodobań i możliwości finansowych. Tak wygląda normalne życie. I teraz wyobraźcie sobie, jak musi reagować taki emigrant po ośmiu, czy dziesięciu latach życia na emigracji, gdy czyta na Onecie artykuł, w którym autor decyzję o powrocie do Polski sprowadza do analizy porównawczej zarobków i kosztów życia. Co ja mam myśleć o takim autorze?!

            Gdyby ktoś jeszcze nie łapał o co mi chodzi, to służę dalszymi wyjaśnieniami: Mieszkam sobie na Zielonej Wyspie. I niech mi nagle strzeli do łba wracać do Polski. Co zrobię z samochodem z kierownicą po prawej stronie, używanymi meblami, pralką, lodówką, kuchenką, pościelą, zasłonami, firankami, czajnikami, garnkami i całą resztą tego szmelcu? Sprzedam??? Świetnie, tylko za ile??? Wracając do Polski będę chciał kupić nowe. I co, czy autorom takich artykułów wydaje się, że nie mam pilniejszych wydatków, tylko wydawać małą fortunę na nowe wyposażenie mieszkania, nowy samochód. Przecież na takiej operacji emigrant traci roczne, a może nawet dwuletnie oszczędności!!! Do tego dochodzą kłopoty formalne, typowo biurokratyczne, żeby mieć wszystko w porządku w papierach w związku z ewentualną emeryturą. W moim prywatnym przypadku dochodzi sprawa przeniesienia renty oraz sprawa przeniesienia dokumentacji leczenia poważnej choroby. Dokumentacja po angielsku, sporządzana według tutejszych norm i zwyczajów. Wyobraźcie sobie pierwszą lepszą panią z polskiej służby zdrowia, która na taką dokumentację trafia, czujecie jej minę??? A dla mnie to dość poważna sprawa! Czort ze mną, a co ma powiedzieć rodzina, która przenosi do Polski dzieci z innego systemu edukacji?! Czy widzieliście kiedyś w internecie artykuł, który wspomina o tych „drobnych szczegółach”??? Ja osobiście nie widziałem. Wyjątki stanowią artykuły poradnicze, dotyczące pewnych bardzo konkretnych spraw, jak n.p. przeniesienie lat pracy, aplikacji o zasiłki, odzyskiwanie zaliczki podatkowej itd.. Jednak przeciętny artykuł na popularnym portalu słowem nie wspomina o kwestii rozwiązania innych problemów, niż tylko znalezienie satysfakcjonującej roboty.

            Dopiero, gdy sobie skalkulujemy wszystkie koszty przeprowadzki międzypaństwowej, możemy zacząć rozmyślać o szukaniu pracy. I znowu, jeżeli zrobimy to bez pomyślunku, po prostu wracając do Polski, to będziemy musieli zaczynać od zera, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy założyć, że pracodawcy będą chcieli podważyć nasze doświadczenie i umiejętności wynikające z pracy za granicą, by móc nam płacić mniej. Dlatego każdemu, kto myśli o przeprowadzce, sugerowałbym rozpoczynać negocjacje, zanim się przeniesie do kraju, żeby nie wdepnąć w gówno. Wiem, że negocjacje na odległość kosztują, ale i tak wyjdziemy na tym do przodu, bo powrót w ciemno jest chyba jeszcze bardziej ryzykowny, niż wyjazd w ciemno. Chyba, że ktoś nie ma ambicji i planuje powrót na kaszkę do mamusi i tatusia- zdarza się, ale nie rozmawiajmy o patologiach.


            Prawdę mówiąc, mam dosyć rozpowszechniania przez media obrazu emigranta, jako współczesnego koziołka- Matołka, który, jak to Matołek, wziął tobołek i wędruje na kraj Świata. W efekcie takiego uproszczenia, nadal pomimo tak udoskonalonej komunikacji, mamy tysiące, setki tysięcy, a może nawet miliony obywateli, którzy raczą nas radosnym „JAK JESTEŚ TAKI MĄDRY, TO CHODŹ TUTAJ DO POLSKI I ŻYJ”. No właśnie może nie jestem aż tak mądry, jak autorzy takich słów, ale wystarczająco mądry, by wiedzieć, że przeprowadzka o 1500 kilometrów do innego kraju, to nieco więcej, niż spakowanie plecaka. To nieco więcej nawet, niż porównanie cen i potencjalnych zarobków. To naprawdę kiepski interes, przeprowadzać się z państwa do państwa co pięć- osiem lat i nie ma to nic wspólnego z tym, że ktoś potrafi, bądź nie potrafi gdzieś żyć. To po prostu czysta strata i nie widzę powodu, by komukolwiek, cokolwiek udowadniać. Chyba, że nowa oferta pracy rekompensuje poniesione koszta. I nie ma to nic wspólnego z tym, że mieszkający w Polsce lub Irlandii są lepsi lub gorsi jedni od drugich. Tu chodzi o zwykłe koszta, o cały chaos, bałagan, zaczynanie od nowa.



22:44, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (34) »
środa, 19 września 2012

            Wakacje sejmowe dawno za nami, a przed nami proza życia: Kryzys wymusza cięcia budżetowe, a opozycja czując szansę, wyskakuje ze stekiem komunistycznych bzdur, sprowadzających się do tego, że skoro brakuje pieniędzy, to trzeba je szybciej wydawać. Oczywiście absolutną palmę pierwszeństwa dzierży PiS, a o czerwonych propozycjach tej sekty, pisałem tutaj- kliknij, jeśli chcesz sobie przypomnieć. Pozostałe partie sprytnie ograniczają się do nic nieznaczących ogólników. Pomyślałem sobie, że na wszelki wypadek dobrze by było przypomnieć, jak działała komuna i dlaczego musiała upaść, bo odnoszę wrażenie, że rośnie społeczne poparcie dla magicznych sztuczek. Przykładem była sprawa Amber Gold, gdzie klienci jak ten Pinokio gonili ze swymi oszczędnościami, by mieć szybki zysk, to i zarobili, jak ten sympatyczny, drewniany pajacyk.

            Żeby ruszyć z miejsca, komuniści musieli zdobyć pieniądze, więc zrobili to jedynym znanym sobie sposobem, mianowicie rabunkiem. Majątki stałe obywateli zrabowali ustawą o nacjonalizacji, a oszczędności zrabowali wprowadzając wymianę pieniądza po złodziejskim kursie. W dzisiejszej Polsce można zrobić to samo: Można zrabować wszystkie prywatne firmy, wszystkie prywatne majątki i prywatne oszczędności. Za zrabowane pieniądze można dokonać inwestycji, które przyniosą jakiś dochód. To proste i tak zakładali komuniści: Na początek zrobią jeden wielki bandycki napad na własny Naród, kapitał zainwestują, a potem pieniądze będą się robić same. Ponieważ komuniści to debile, nie wiedzieli, że zarządzać majątkiem trzeba umieć, inaczej wszystko obróci się w ruinę.

            Dlaczego system musiał upaść: Okraść obywateli można tylko raz, potem już nie mają majątków, więc finansowanie komuny musiało się odbywać z gospodarki. Jednak gospodarka była niszczona przez najbardziej zboczone ekonomicznie z założeń komunizmu: Przez permanentne dofinansowanie tych, którzy na siebie nie zarabiają. W efekcie, zakład przynoszący zysk, zamiast go przeznaczać na modernizację i inwestycje, przeznaczał go  na ratowanie zakładu przynoszącego straty. Kierownictwo rentownego zakładu szybko zauważało, że lepiej rozkraść zysk i czekać na dotacje, niż dobrze kierować firmą. W gospodarce rynkowej, zakład by splajtował i byłoby po sprawie, lecz w komunie, czy też w socjaliźmie, złodziej dostawał nagrodę od państwa za złodziejstwo, a nieudacznik dostawał nagrodę za nieudacznictwo. To jednak nie koniec zła. Ponieważ zakłady rentowne oddawały zysk na ratowanie zakładów nierentownych, to w efekcie żaden zakład, tak rentowny, jak i nierentowny, nie był wystarczająco modernizowany, wobec czego produkcja stawała się droższa i mniej konkurencyjna, więc z czasem, nawet gdy zakład rentowny był prowadzony uczciwie, to i tak stawał się wkrótce przestarzały i w efekcie, nierentowny. Wszystko, cała tajemnica. Nawet, gdyby komunistyczne władze nie były bandytami, to i tak gospodarka socjalistyczna nie miała szans, bo się sama zżerała. I nigdy nie będzie miała szans. Jedynym wyjątkiem są państwa o małej liczbie ludności z bogatymi złożami ropy naftowej i gazu- one mogą te bogactwa naturalne przejadać w najbardziej arogancki sposób i jeszcze przez długie lata włos im z głowy nie spadnie.

            Tak naprawdę czuję się bardzo głupio, pisząc o tak oczywistych sprawach, a w dodatku na takim poziomie ogólności, bo przecież gdybym miał wszystko dokładnie opisywać, to czytelnicy by się pospali. Jednak podobnie, jak uznałem, że powinienem skomentować komunistyczne brednie Jarosława Kaczyńskiego, tak teraz chciałbym skomentować brednie popularyzowane przez pewną komunistyczną blogerkę, która na blogu zaczęła pouczać ministra Rostowskiego, że ponoć o czymś zapomniał w swoich kalkulacjach. Komentuję nie tyle, by wchodzić w polemikę, co by pokazać, jak wielkie są pokłady niewiedzy u komunistów. Otóż podstawowym założeniem, jakie uczyniła ta nieszczęsna niewiasta, jest to, że Polska ma potencjał, ponieważ Polska jest w tyle za Zachodem, więc Zachód ma już dobra, które Polska dopiero chciałaby mieć. Prawda, że słodkie rozumowanie? Czyli rolnik bez traktora ma większy potencjał od rolnika z traktorem, po prostu genialne. Tak sobie myślę, że skoro Kuba Wojewódzki jeździ Ferrari, a ja Volkswagenem Polo, to mam niesamowity potencjał i zastanawiam się, dlaczego jestem takim idiotą, że nie kupiłem jeszcze Ferrari. Podejrzewam, że rzeczona blogerka również nie ma Ferrari, więc też nie wiem na co czeka, że nie wykorzystuje swojego potencjału i nie kupuje tego samochodu. Drogie komuchy, potencjał, to nie to, co chcielibyście mieć, gdyż chciwość ludzka jest nieograniczona. Potencjałem jest to, co mieć możecie, bo potraficie to wyprodukować lub zdobyć środki na produkcję, a to naprawdę dwie różne sprawy. Drugą komunistyczną nowinką, jest teoria perpetuum mobile ekonomicznego, głoszona swego czasu również przez Leppera, że gdy rozdamy dodatkowe pieniądze na zasiłki i emerytury,  to ci ludzie zapłacą podatki i kupią towary, więc napędzą firmy. Aż dziw bierze, że głosiciele tych teorii nie rozdają pieniędzy ubogim, zastrzegając sobie, że zatrzymają 19% podatku od tych pieniędzy i będą mieć nadzieję, że być może ubodzy od nich coś kupią za pieniądze, które wcześniej od nich dostali. Jak to taki biznes dla państwa, to dla komuchów chyba też. Tyle, że komuchy akurat zawsze stały po stronie wyciągającej łapę po pieniądze, jakoś nie kwapią się do zarabiania. Sprawa jest banalnie prosta: Jeżeli KOMUKOLWIEK dajemy pieniądze za darmo, to znaczy, że on tych pieniędzy nie wypracował, nic nie wyprodukował, więc z dotychczasowego produktu krajowego ubywa pieniędzy, które dajemy za darmo. I tyle, cudów nie ma! Że niby on za te pieniądze coś kupi? Kupi od tego, komu przed chwilą zabrał! Mogę dyskutować o skali pomocy socjalnej, ale nienawidzę komunistycznych herezji mówiących, że rozdając pieniądze, tak naprawdę zarabiamy. Ostatnią radosną tezą, jaką zabłysnęła wspomniana blogerka, było to, że skoro firmy rekompensują wzrost podatków podniesieniem cen, oznacza to zmowę cenową. I znowu: Aż dziw bierze, że te wszystkie komuchy nie pozakładają zatem takich firm, które mają podnoszone podatki, a one same nie podnoszą cen. Wytłumaczcie mi, jak to jest, że komunistyczni geniusze zawsze narzekają na firmy, a sami swojej firmy nie założą. Narzekają na banki, a nie otworzą banku. Aaaaa...., przepraszam...,  był niedawno jeden komuch, co bank otworzył, na komunistycznych zasadach, obiecujący zysk znikąd, Marcin P. się ten jegomość nazywał!!!

            Przepraszam wszystkich za żenujący temat, ale chciałem sobie ulżyć. Ile można słuchać komunistycznych pierdół i trzymać język za zębami?! Wiem, że to post z gatunku niekomentowalnych: Równie dobrze można komentować tabliczkę mnożenia.



00:21, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
sobota, 15 września 2012

Słyszę synów miasta i bezmajętnych.

Na ziemię! Rozbieraj się!

Bądź piękna, bo ty i ja

Mamy królestwo, mamy klucz,

Mamy imperium, teraz i potem!

Nie mamy wątpliwości, nie przyjmujemy wskazówek.

Lukrecjo- moje odzwierciedlenie- zatańcz ze mną taniec ducha!

 

            Transowy, katastroficzny utwór z ciężkimi do interpretacji, bardzo niejednoznacznymi elementami sado- masochistycznymi, przemieszanymi z narkotycznymi odniesieniami. ”Lucretia” działa jak narkotyk, rytm wciąga słuchających niepostrzeżenie, a jedynym przykrym fragmentem utworu jest jego koniec- działa jak efekt odstawienia. Tomasz Beksiński, straceniec końca drugiego tysiąclecia zwierzał się na antenie, że często programuje odtwarzacz, by tę muzykę odsłuchiwać w pętli, czasem trwało to ponoć kilka godzin. Od kilku dni tak właśnie gra w mojej głowie.

            W szpitalu Beaumont w Dublinie umiera kobieta. Teraz- w czasie rzeczywistym. Pomimo podania chemioterapii pojawiają się coraz to nowe ogniska nowotworu. Zaatakowane fragmenty organów wewnętrznych przestają wykonywać swoje funkcje, obumierają, a w ich miejsce namnażają się wadliwe komórki rakowe, działające tak, jak ścięte pędy młodego bambusa podczas japońskiej tortury, powoli rozrastając się wewnątrz ciała, najpierw drażnią nerwy, potem sprawiają nieludzki ból, by na zakończenie zniszczyć napotkaną tkankę. A niszczą wszystko- nie tylko miękkie tkanki, potrafią rozsadzić kości, zniszczyć szkielet kręgosłupa.


            Pisałem o niej dwukrotnie. To „Chomik” z notek „W sprawie głaskania chomika” (kliknij tu, jeśli chcesz poczytać) i „Chomik” (kliknij tu, jeśli chcesz poczytać). Zamiast przeprowadzić badanie cytopatologiczne tuż po odkryciu guza, odwlekała je niemalże przez rok. Uporczywie uciekała przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie na siebie, wolała liczyć, że to nic poważnego. Nigdy nie dojrzała do odpowiedzialnych decyzji. W młodości razem z siostrą pędziły ryzykowne życie dublińskich imprezowiczek (obie wyrwały się tam ze swojej wioski). Uzależniła się krzyżowo od alkoholu, nikotyny, marihuany i leków (z zawodu jest pielęgniarką). Osiem, może dziewięć lat temu skończyła z piciem, lecz dalej ćpała marihuanę, oczywiście tasowaną z tytoniem, więc gdy nie miała zielska, zadowalała się papierosem. Roczna zwłoka w diagnostyce postawiła lekarzy pod ścianą: Do walki z licznymi przerzutami pozostała im tylko chemioterapia. Operacje nie miały sensu, bo by zabiły chorą, podobnie jak sensu nie miała działająca punktowo radioterapia, która co najwyżej by spaliła skórę, błonę śluzową i coś tam jeszcze przy okazji, a efektu i tak by nie dała.

            Siostra Chomika była również skażona absolutnym brakiem odpowiedzialności za życie, jednak ona miała więcej szczęścia- mimo ryzykownego trybu życia, nie uzależniła się, za to po którymś z kolei wypadku spowodowanym pod wpływem alkoholu i narkotyków, zastąpiła sobie środki odurzające inną zboczoną formą regulacji nastroju- patologiczną religijnością. Tak, to ta sama dewotka, która namawiała mnie do rytualnego samobójstwa, t.j. do wstrzymania leczenia nowotworu, by zamiast tego pojechać do Lourdes. Nie udało jej się mnie zabić, ale co nie udało jej się ze mną- udało jej się z jej siostrą. Namówiła Chomika na wycieczkę i przywiozły sobie wodę z cudownego źródełka. I tak obie czekały, aż będzie lepiej. Teraz siostra może codziennie patrzeć, jak Chomik umiera w niewyobrażalnych męczarniach i liczy na to, że anestezjolodzy dobiorą odpowiedni zestaw leków przeciwbólowych. Jest jednak za późno- oni nie są w stanie zlikwidować bólu- chyba że pozbawią pacjentkę całkiem świadomości. Jest za późno, podobnie jak za późno było na leczenie, ponieważ zamiast leczenia, siostrzyczki wybrały szamańskie szaleństwo.

            Pamiętam dokładnie, jak siostra Chomika zasypywała mnie literaturą o poziomie literackim „Harlequina”: książkami przygodowymi o cudach ojca Pio, halunach siostry Faustyny i innych wstrząsających tajemnicach. To całe gówno drukowane na diecezjalnych drukarenkach jest tłuczone i powielane do tej pory, a wierni łykają to, jak młode pelikany. Do tej pory szamani w takich ośrodkach, jak Lourdes, Fatima, Medjugorie, Częstochowa, zakładają swe śmieszne czapki, okrywają się w jakieś dziwne peleryny i nawiedzonym głosem witają nieszczęśników, którzy chcą wyleczyć raka. A pijcie sobie wodę do oporu: woda jest zdrowa, woda oczyszcza, ale pamiętajcie, że przede wszystkim natychmiast należy się poddać fachowej terapii, bo pan papież i cała reszta gówno wiedzą o nowotworach. Liczy ktoś pielgrzymów odwiedzających rok rocznie miejsca kultu? To policzcie sobie przypadki „cudownych uzdrowień” i porównajcie do liczby odwiedzających. Dalej sądzicie, że wykracza to poza rozkład prawdopodobieństwa opisujący ilość powrotów do zdrowia bez interwencji medycznej?


            W wielkim przybliżeniu- choroba nowotworowa polega na niekontrolowanym powielaniu uszkodzonych komórek, które występują u każdego człowieka. System odpornościowy zdrowego organizmu nie dopuszcza do takiej reprodukcji, a następnie zabija i usuwa chore komórki. Gdy nastąpi niekontrolowane mnożenie, ilość chorych komórek rośnie w postępie geometrycznym. Im dłużej zwlekamy z interwencją, tym mniejsze mamy szanse na opanowanie sytuacji. Chirurg, radiolog, specjalista od chemioterapii, mają za zadanie spalić, wyciąć, zatruć chore komórki, by zastopować ich powielanie, a pacjent musi zmienić tryb życia, bo najwidoczniej czynniki, na które do tej pory wystawiał swój organizm, powodowały osłabienie systemu odpornościowego i natężenie wzrostu komórek rakowych. To zbyt poważna choroba, by zaniedbywać jakąkolwiek szansę. Ja się natomiast pytam, czy doczekamy czasów, gdy namawianie do rytualnego samobójstwa zacznie być traktowane na równi z namawianiem do samobójstwa pospolitego?!

            P.S.

            Nie tak dawno pisałem o marzeniowym podejściu do rzeczywistości- kliknij tu, jeśli chcesz się z tym zapoznać.



13:49, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (23) »
środa, 12 września 2012

            Z pojęciem „inteligentny kretyn” zetknąłem się ponad dwadzieścia lat temu. Ten oksymoron został użyty przez moją koleżankę z roku dla oceny naszego wspólnego kolegi. Oprócz inteligencji, charakteryzowały go bowiem takie zachowania, jak bezmyślne niszczenie akademika, prowokowanie bójek, czy zażywanie amfetaminy w czasie sesji (dla efektywniejszej nauki). Określenie to nasuwa mi się zawsze, gdy robi się głośno o Januszu Korwin- Mikke. Niewątpliwie inteligentny facet, a zachowuje się jak kretyn.

            Ta pozorna sprzeczność ma swoją przyczynę: Inteligencja, to nie wiedza, a ani inteligencja, ani wiedza nie są jeszcze mądrością, będącą kombinacją tych dwóch elementów. Janusz Korwin- Mikke wiedzy posiada niewiele. Za wyjątkiem brydża i szachów, nie pracował nigdy na poziomie eksperckim, za to ma wiele do powiedzenia, to i wychodzi mu tak, a nie inaczej. Lansuje nam ten pan gospodarkę feudalną, starożytny system prawny (bliższy kodeksowi Hammurabiego, niż jakiemukolwiek nowoczesnemu systemowi) i wypiera ze świadomości fakt, że rozwój społeczeństw jest konsekwencją ewolucji tych systemów, a społeczności w nich tkwiące do tej pory liczą majątek w kozach, wielbłądach i żonach. Można i tak, da się, nawet uważam, że pan Janusz świetnie by wyglądał w przepasce biodrowej, naszyjniku z kojocich kłów  oraz dzidą bojową w ręku. Na pewno bardziej do niego pasują, niż wąs na przedzie, czasem kozia bródka i nieodłączna mucha.

 

            Sądzę, że większość czytelników domyśla się, co spowodowało ten wpis. To reakcja na paranoiczne urojenia, jakimi dzielił się pan Janusz ze swoimi czytelnikami na swoim blogu. Właściwie nie chciało mi się komentować tych jego kretynizmów, lecz gdy usłyszałem, że Januszek grozi procesami za nazwanie poglądów przedstawionych na jego blogu faszystowskimi, to nie wytrzymałem. Przecież JKM, to typ, który na prawo i lewo wyzywa ludzi od faszystów, bo mu się ubzdurało, że faszyzm, to nakaz zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodach, zakaz palenia tytoniu w zakładach pracy (w tym w lokalach gastronomicznych) oraz zakaz posiadania, nabywania i produkcji narkotyków. I bardzo dobrze, mam nadzieję, że sąd uzmysłowi Januszowi Korwin- Mikke jego niewiedzę, czas mu przypomnieć, że w faszystowskiej III Rzeszy nie obowiązywał ani nakaz jazdy w pasach bezpieczeństwa, ani zakaz palenia tytoniu w lokalach gastronomicznych, ani w środkach transportu, za to w periodykach faszystowskich roiło się od zachęty do budowy społeczeństwa idealnych, pięknych nadludzi i spychania na margines społeczny osób niepełnosprawnych. Mam nadzieję, że sędzia nie spęka i mając w ręku, jako materiał dowodowy, blog JKM, zdecyduje o wszczęciu postępowania z urzędu w sprawie głoszenia treści faszystowskich.

            Nie mogę się powstrzymać od powielenia prztyczka z mojego komentarza u Missjonash, gdzie przypomniałem, że Janusz Korwin- Mikke jest strasznie biednym człowiekiem, gdyż choćby nie wiem jak się starał, to nie jest w stanie zbliżyć się do rezultatów sportowców z paraolimpiady, którą to imprezę przyrównał do szachów dla debili. Naprawdę, choćby JKM trenował resztę swego życia, to nie popłynie 100 metrów motylkowym w czasie 1.06, jak nasza złota medalistka, Joanna Mendak, nie wygra w tenisa stołowego z naszymi srebrnymi medalistkami, choć to kobiety. Celowo porównuję go nie tylko do osób niepełnosprawnych, ale i do kobiet (z których JKM też lubi kpić odsyłając je do innych zajęć, niż myślenie), by pokazać, jak dalece niedorozwinięty jest Janusz Korwin- Mikke, zwłaszcza umysłowo, bo tylko kretyn może wyśmiewać sprawność osób, które są sprawniejsze od niego, mimo swoich ograniczeń fizycznych.


            Pomimo swojej inteligencji, Janusz Korwin- Mikke jest, oczywiście, idiotą (z premedytacją parafrazuję inną jego wypowiedź). Nie po to jednak pisałem ten felietonik, by z głównego bohatera zakpić. Ja chciałbym ukazać mechanizm sprawiający, że idiota sprzedaje swoim fanatycznym zwolennikom absurdalne poglądy, a oni je łykają, jak młode pelikany. Nie wiem, czy pamiętacie skecz Monty Pythona z „Holy Grail” o sprawdzaniu, kto jest czarownicą. Otóż wioskowy mędrzec przeprowadził, niczym Janusz Korwin- Mikke, takie rozumowanie: czarownice płoną- a co jeszcze płonie- drewno- a co robi drewno- pływa- a co jeszcze pływa- kaczka- a dlaczego kaczka pływa- bo jest lżejsza od wody- wystarczy więc na jednej szalce wagi położyć czarownicę, a na drugiej kaczkę i jeżeli będą ważyć tyle samo, to znaczy, że to prawdziwa czarownica. Na podobnej zasadzie wciska swoim wyznawcom ciemnotę pan Janusz. Pokażę Wam to na przykładzie jego najbardziej idiotycznych teorii.

            Jednym z najczęstszych chwytów stosowanych przez JKM, jest przedstawianie bzdury, jak dogmatu tak pewnego, że nie wymagającego udowodnienia. Ot, choćby w wypowiedzi o niepełnosprawnych, stwierdził między innymi, że (cytuję): „oglądanie paraolimpijczyków może przynieść przejściowe (na szczęście) zaburzenia w motoryce”. No, debilizm pierwszej wody (skąd ten kretyn go wytrzasnął, cóż to za korwinowe badania go odkryły?), ale JKM tak go podał, jakby to była prawda, z którą lepiej nie polemizować, by się nie narażać na śmieszność. Ja natomiast biję zakład, że gdyby taki salowy z oddziału ortopedii przestający na co dzień z niepełnosprawnymi wkurzył się na pana Janusza i chciał go pobić, to nasz bohater prędzej by się posikał ze strachu, niż skutecznie stawił mu czoła, nie sądzę by liczył, że salowy ma zaburzenia w motoryce na skutek kontaktu z osobami z zaburzeniami ruchu.

            Innym równie często stosowanym chwytem, jest mówienie niepełnej prawdy. To tak, jakbym chciał Wam wmówić, że samolot nie poleci, bo jest ze stali i jest cięższy od powietrza, ukrywając przed Wami, niczym profesor Binienda i Antoni Macierewicz, istnienie siły nośnej. I tak jest w teoriach JKM o gospodarce- nie ma w nich czynnika społecznego, który w razie pozbawienia go zabezpieczeń socjalnych może spowodować, bagatela, rewolucję, co miało miejsce w ciągu ostatnich stu lat wielokrotnie. Innym przykładem ukrywania przez Januszka istotnych czynników, jest jego idiotyczna teoria o niezapinaniu pasów. Dyskretnie przemilcza takie drobiazgi jak ten, że w wypadku niezapiętego pasa można zginąć, bądź zamienić się w roślinkę przy stłuczce z prędkością 30 km/h, przy której osoba z zapiętym pasem nie zostanie nawet draśnięta. Mimo całego idiotyzmu jego wykładów, sekta JKM je łyka, bo skąd mają niedouczone dzieci wiedzieć, jak działa siła bezwładności, nie mówiąc już o wiedzy na temat działania poduszek powietrznych, które nieprzypiętej osobie skręcić mogą kark.


            Najskuteczniejszym jednak chwytem Janusza Korwin Mikke jest POCHLEBSTWO: roztaczanie przed swoimi zwolennikami wizji przynależności do grupy inteligentnych panów od myślenia, posiadających służących do wykonywania innych, przyziemnych obowiązków. Powiedzcie mi, który młody szczaw nie łyknie tekstu o tym, że on, jako inteligentny, będzie miał bez niczyjej łaski edukację, czy ochronę zdrowia. I roztacza sobie taki młokos wizję siebie, jako uzbrojonego Johna Wayne’a, który sam bez policji zabija na ulicach bandytów, sam zarabia takie krocie, że ma prywatnego lekarza i nauczycieli dla dzieci. Potem nadchodzi życie, młokos bronią prędzej się w pupę postrzeli, niż obroni, zarabia 2500 brutto, na kurs językowy szkoda mu pieniędzy, a co dopiero na całą edukację i schodzi na ziemię, choć w duszy z sentymentem wraca do marzeń z czasów fascynacji teoriami JKM, mówiąc „to nie było takie głupie, ale wszyscy dookoła są na to za głupi”. Innymi słowy, ewolucja nie nadążyła za JKM. Ziemia się za wolno obraca, czy jak...???

Sprostowanie. 

            Ponieważ komentator o nicku "Faszysta" podał mi link do wiadomości o polityce antynikotynowej III Rzeszy, z którego wynika, że w niektórych środkach transportu wprowadzono zakaz palenia (autobusy, szybka kolej miejska i tramwaje), uwzględniam tę informację- kliknij tu, jeśli chcesz poczytać. Nie mogę zatem zaprzeczyć, że III Rzesza wprowadziła dość niespójną, ale jednak, politykę antytytoniową. Ponieważ jednak ochrona zdrowia nie jest wynalazkiem faszyzmu, a wraz ze wzrostem wiedzy medycznej na temat palenia, każdy kraj wprowadzał politykę antytytoniową, stanowczo podtrzymuję twierdzenie, że trzeba być idiotą, żeby uznawać to za cechę faszyzmu.

piątek, 07 września 2012

 

            Najgorzej jest, jak ktoś ma manię wielkości. Ot, pewien mały nieudacznik, który „wygrał” szóste z kolei wybory, uważając się za premiera, wygłosił expose. „Hop- siup, wszyscy święci, co mi się tak we łbie kręci, hop- siup, hej mamuniu, kuku na muniu, kuku na muniu”, chciałoby się zaśpiewać. Nasz „premier inaczej” nie może się jednak zdecydować, czy ogłosić program narodowosocjalistyczny, czy komunistyczny. Przed ostatnimi wygranymi inaczej wyborami, jego partia za hasło wyborcze przyjęła narodowosocjalistyczny slogan „patriotyzm gospodarczy”. Dlaczego narodowosocjalistyczny? Bo to jedna z głównych cech gospodarki faszystowskiej: Przedsiębiorstwo nie było nastawione na zysk, lecz na dobro państwa (oczywiście o tym, co dobre dla państwa, decydował führer). Sposób finansowania „reform”, jaki proponuje nasz prawie premier też jakby z Niemiec lat trzydziestych ubiegłego wieku- zamierza sięgnąć do kieszeni niezbyt lubianych banków i dużych sieci sklepowych. Dojdziemy do tego, bo podczas „expose premiera inaczej” padać zaczęły propozycje czysto komunistyczne. Ot, na przykład wymyślił sobie nasz geniusz, że wprowadzi książeczki mieszkaniowe, które po odpowiednio długim okresie składkowym, państwo (czyli każdy obywatel) będzie premiować dofinansowaniem. No, typowy łańcuszek szczęścia, pierwsi dostaną, dla reszty kasy zabraknie. Ot, takie „Amber Gold” w wersji dla ludu. Że lud chętnie daje się dymać, gdy mu obiecać szybki zysk, to chyba potwierdziły stukrotne przykłady. Kij z tym, bo ta akurat propozycja, to wabik na idiotów, a idioci niemalże z definicji dadzą się wydymać jak nie jednemu, to drugiemu. Było jednak w „expose” coś, co sprawiło, że nogi się pode mną ugięły.


            Jaśnie Jarosław Kaczyński ogłosił nam zamiar powrotu do najbardziej zboczonego pomysłu gospodarczego komunizmu- do dofinansowania przedsiębiorstw. Konkretnie, dopłat do przedsiębiorstw otwieranych na określonych obszarach Polski. Powiem tak: O ile wszystkie inne propozycje Kaczyńskiego, to tylko kosztowne chwyty populistyczne, o tyle pomysł dopłat, to mechanizm prowadzący nieuchronnie do zniszczenia całej gospodarki. Nie dajmy temu niedouczonemu pyszałkowi zniszczyć Ojczyzny! Ładnie brzmi hasło „dopłaty do przedsiębiorstw na terenach ogarniętych bezrobociem”? Prześlicznie! A wiecie, co się za tym kryje? W praktyce oznacza to, że cały Naród będzie robił zrzutkę na przedsiębiorstwa otwierane tam, gdzie nie ma uzasadnienia ekonomicznego, by je otwierać. Przykładowo: Zamiast zbudować tartak i zakłady meblowe przy lesie uprawianym na drewno, będziemy się dorzucać do tartaku i zakładów meblowych zbudowanych 200 kilometrów dalej, bo tam pan prezes uzna, że potrzebne są dopłaty. Innymi słowy, będziemy płacić za bezsensowny transport surowca do stref objętych dopłatami prezesa. Mało tego: Nikt nie powiedział, że dopłaty nie pozwolą na wprowadzenie cen dumpingowych przez firmy z terenów wskazanych przez Kaczyńskiego, którymi wykoszą z rynku firmy funkcjonujące w odpowiednich lokalizacjach. Oznacza to, że zapłacimy za zarżnięcie film przynoszących zysk, a będziemy dopłacać do firm, których koszta produkcji są zbyt wysokie. Po reformie Kaczyńskiego możemy się spodziewać przetwórni dorsza w Bieszczadach, tartaków na Pustyni Błędowskiej, salonu jubilerskiego i butiku Armaniego w Godziszowie oraz elektrowni opalanej węglem brunatnym pod Suwałkami. Oczywiście karykaturalnie to przerysowuję, ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że dopłata może sprawić, że będzie miał rację bytu wiejski sklep z markową odzieżą, w którym zakupy robią dwie osoby, bo sprytnemu przedsiębiorcy może nie zależeć na sprzedaży, lecz na dopłatach. I my takiego przedsiębiorcę będziemy musieli sfinansować, zarzynając jednocześnie firmy, których lokalizacja została wybrana z głową, tak by obniżyć koszty! DOPŁATY DO PRZEDSIĘBIORSTW, TO ZBRODNIA NA GOSPODARCE!!!

            W celu rozwoju ubogich regionów stosuje się dwie metody stymulujące. Jedna, to specjalne strefy ekonomiczne, gdzie firmy mogą uzyskiwać ulgi podatkowe, a druga, to dofinansowanie inwestycji na tych terenach. Niby też sprowadza się to do pomocy finansowej państwa dla przedsiębiorstw, ale jakże innej! Ulga podatkowa oznacza, że pomoc państwa dostanie ten, kto otworzył sensowny biznes, przynoszący dochód- nie premiuje się nieudaczników, lecz ludzi przedsiębiorczych. Dofinansowanie inwestycji, to z kolei pomoc dla inicjatyw, które zyskają aprobatę urzędów. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to jest słaby punkt- decyzja urzędnika, jednak ktoś musi ocenić biznes- plan, żeby nie dofinansowywać inwestycji nie mających szans powodzenia.

            Nie mam czasu, by komentować każdy pomysł prezesa na rozdawanie pieniędzy, ale zaklinam na wszystko: nie dajcie się nabrać na dopłaty do przedsiębiorstw- to najkrótsza droga do zarżnięcia polskiej gospodarki!


            Co do pomysłów prezesa na finansowanie: Nic nowego- prezes żeruje na najniższych emocjach ludzkich. Ponieważ banki i sieci supermarketów nie należą do faworytów społeczeństwa, Kaczyńskiemu wydaje się, że nikt nie zaprotestuje przeciw obłożeniu ich dodatkowym podatkiem. A wiecie, co się wtedy stanie? Oczywiście..., banki podniosą ceny swoich usług- podniosą oprocentowanie kredytów. Czym to zaskutkuje? Już teraz kredyty są drogie, a po zwiększeniu ich kosztów, mało kogo będzie stać na ich spłatę. Zmniejszy się liczba klientów banku, więc banki zlikwidują większość oddziałów i miejsc pracy. Pozostawią siedziby tylko w największych aglomeracjach. Szefostwo banków będzie się miało dobrze, równie dobrze, jak ma się teraz, za to pracownicy polecą na bruk, a obywatele Rzeczpospolitej będą mieli droższe usługi bankowe- dzięki planowi Jarosława Kaczyńskiego! Co natomiast zrobią duże sieci sklepów. Ano, zależy, jak Kaczyński zdefiniuje te duże sieci. Potem sieci podzielą się na małe podsieci, których akcje będą w rękach tych samych ludzi, co do tej pory. Zarządzający sieciami nie są idiotami, którzy dadzą się okraść Kaczyńskiemu. Natomiast Jarosław Kaczyński i owszem, jest idiotą ekonomicznym. Zbyt długo otaczał się ludźmi głupszymi, niż on sam i wydaje mu się, że każdy jest cymbałem większym od niego. Przy czym WYDAJE MU SIĘ, to słowo- klucz!


            Pomijam już ewentualne procesy, jakie Polska musiałaby prawdopodobnie toczyć przed Trybunałem Europejskim, bo dopłaty do przedsiębiorstw mogą być niezgodne z prawem unijnym, a dumping jest prawnie zabroniony w większości cywilizowanych krajów. Podobnie specjalne stawki podatkowe dla supermarketów, mogłyby stać się przedmiotem sporu prawnego. Głowy za to nie daję, ale to śmierdzi dyskryminacją jednych podmiotów i faworyzowaniem innych. To sprawa dla prawników, mam zbyt małą wiedzę, by wydawać w temacie ewentualnych konsekwencji prawnych kategoryczne osądy.

            Z „expose” prawie premiera wyłowiłem jeszcze jeden smaczek. Otóż pan Jarosław chce uzyskać pieniądze przez likwidację kursów zawodowych, określając je, jako niepotrzebne. Typowa wypowiedź zarozumiałego buca, który nigdy nie wpadł na pomysł podniesienia kwalifikacji zawodowych. Zamiast tego, Kaczyński proponuje system stypendialny. Cóż, obecnie mamy trzykrotnie więcej studentów, niż za komuny. Problemem nie są stypendia. Problemem jest to, że poziom studiów został zaniżony, gdyż jest wielu chętnych do tytułowania się człowiekiem z wykształceniem wyższym, natomiast zbyt mało ci chętni mają możliwości intelektualnych. Przykładem jest sam pan prezes, który nie wiem jak zdał maturę, nie znając języków obcych, a obecnie ma tytuł doktora. I właśnie to jest klasyczny przykład buca, który nie odróżnia papierka od umiejętności. Wracając do tematu: Obecnie problemem nie jest papier, stwierdzający wykształcenie, a brak etatów w wyuczonych kierunkach. Rodzi to konieczność przekwalifikowania się absolwentów (i to jak najszybszego). Stąd i zasadność kursów. Dla uczciwości muszę powiedzieć, że prezes Kaczyński prawdopodobnie ma rację twierdząc, że większość kursów jest niepotrzebna. Tyle że to nie oznacza konieczności zlikwidowania kursów, a konieczność prowadzenia ODPOWIEDNICH szkoleń. Stąd też konieczność rozliczania szefów PUP-ów pod kątem trafności wyboru prowadzonych szkoleń- mam obawy, że dziś dobierane są one za pomocą koperty.

            Na resztę pomysłów Jarosława Kaczyńskiego nie mam siły i szkoda mi czasu. Zabierzcie tego komucha w cholerę!!!



niedziela, 02 września 2012

            Przy okazji sprawy Olgi (Kory) Jackowskiej sieć została zalana całą masą artykułów, głównie na temat „Skrzywdzona Kora, skrzywdzone ćpuny”. Wśród nich znalazł się jeden, który zbulwersował mnie szczególnie, ponieważ współautorem jest doświadczony dziennikarz, który był między innymi kierownikiem działu społecznego (SIC!) Newsweeka i nadal współpracuje z tym aspirującym do miana poważnego czasopismem.

            Gitara w celi 1- kliknij, by poczytać.

            Gitara w celi 2- kliknij, by poczytać.

            Gitara w celi 3- kliknij, by poczytać.

            Tekst „Gitara w celi” broni się tak naprawdę tylko jednym: Jest w nim sporo faktów, dotyczących Rafała Kwaśniewskiego „Kwaska”- gitarzysty współpracującego niegdyś z takimi gwiazdami, jak Kuba Sienkiewicz (Elektryczne Gitary), Maciej Maleńczuk (Pudelsi, Homo Twist), czy Kazik Staszewski (Kult, KNŻ i inne), a obecnie odsiadującego wyrok siedmiu lat więzienia (z prawem do ubiegania się o warunkowe zwolnienie po 3,5 roku). Niestety, komentarz do tych faktów jest wręcz przerażający.


            Za co jest ten wyrok? Autorzy artykułu z Newsweeka są przekonani, że jest to wyrok za to, że osadzony uzależnił się od narkotyków. Powtórzyli to wytłuszczonym drukiem na każdej stronie tego artykułu. Za co wyrok jest naprawdę? Rafał Kwaśniewski w ciągu pięciu lat dostał około dziesięciu wyroków w zawieszeniu za posiadanie narkotyków (pan Rafał twierdzi, że dokładnie nie pamięta, ile ich było). Dziesięć razy dostawał szansę poprawy, dziesięć razy dostawał możliwość podjęcia leczenia, dziesięć razy puszczano go wolno. Jak to komentują autorzy artykułu??? Przytaczają opinię dr Mateusza Klinowskiego z Wydziału Prawa UJ, członka Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej, członka Ruchu Palikota: „Bo prokuratorzy, zamiast człowieka złapanego z niewielką ilością narkotyków puścić wolno, proponują mu dobrowolne poddanie się karze. – To jest wykorzystywanie słabości ludzi uzależnionych. Osoba uzależniona chce jak najszybciej wyjść i skombinować sobie następną działkę” (za Newsweekiem- przyp. W.). Zwracam uwagę na HANIEBNĄ MANIPULACJĘ- „Kwasek” był DZIESIĘCIOKROTNIE PUSZCZANY WOLNO, jedyną karą była grzywna i obowiązek poddania się kontroli raz na jakiś czas. Miał przydzielanych kuratorów, a zawsze w sprawach o podłożu uzależnienia, sąd nakazuje podjęcie leczenia i zakazuje używania przedmiotu uzależnienia (niezależnie od tego, czy to legalny alkohol, czy nielegalne narkotyki). I wiecie, dlaczego Rafał Kwaśniewski trafił do więzienia? Oddajmy mu głos: „Każda kara była orzekana w zawieszeniu, do każdej sąd dodawał grzywnę, średnio 1000 złotych. Wszystkie za posiadanie narkotyków. – Za śladowe ilości marihuany i amfetaminy. Żadnego handlu ani produkcji” – opowiada Kwaśniewski. Za każdym razem dobrowolnie poddawał się karze. Ale... – „Po każdym wyroku pojawiali się kolejni kuratorzy, w pewnym momencie pogubiłem się, ilu ich mam, i przestałem spotykać się z jedną z tych pań. Ona wywnioskowała, że trzeba mi odwiesić jedną "pajdę" i w 2010 r. pojechałem na dwa lata do kryminału. Potem posypała się cała reszta. Zebrało się siedem lat” – opowiada (za Newsweekiem- przyp. W.). Znowu zachęcam do przyjrzenia się tej wypowiedzi. Po pierwsze, Kwasek jest betonem, który nie kuma, co to jest „śladowa ilość”. Ilość śladowa, to niezauważalne ślady substancji, mogące świadczyć o tym, że tu kiedyś znajdował się narkotyk. On zaś posiadał handlowe ilości detaliczne w liczbie kilku, bądź kilkunastu działek. Wielokrotnie. Mało tego! Mimo przydzielenia kuratora, on sobie uznał, że „przestanie się z jedną z tych pań (kuratorek) spotykać”. Mówimy o dorosłym człowieku, nie o pierdolniętym małolacie. NIKT KWASKA NIE WSADZAŁ DO WIĘZIENIA- ON SAM WYBRAŁ WIĘZIENIE!!! Dostał do wyboru: „Albo poddajesz się leczeniu i stawiasz na wezwania kuratorów, żeby można było skontrolować twoje postępy, albo SAM WYBIERASZ WIĘZIENIE”. On tam nie musiał iść. To był jego DOROSŁY WYBÓR. Jak mawiają narkomani: „szkodzę tylko sobie”, zaszkodził sobie. Chociaż nie tylko sobie. Jeśli poczytamy artykuł z Newsweeka, znajdziemy tam fragment następujący: „Co zrobił Rafał? Jak zgodnie (choć anonimowo) opowiadają jego znajomi, to nie jest bohater cukierkowej bajki. Narobił wielu ludziom potężnego bałaganu w życiu. Nawalał w pracy, pożyczał pieniądze na wieczne nieoddanie, niektórzy przebąkują, że wynosił im z domu cenne przedmioty. Ale siedzi przecież nie za to – dostał siedem lat za posiadanie niewielkich ilości narkotyków. Nie za handel, nie za produkcję. Wyłącznie za posiadanie”. Czyli mamy WYŁUDZENIA, mamy KRADZIEŻE. Znajomi bronią go, że przecież nie za to siedzi. Pewnie, że nie za to, gdyby siedział za to, dostałby KILKA LATEK EKSTRA. To dlatego, że prokurator potraktował go sprawiedliwie (niezwykle wprost wyrozumiale wykazując maksimum dobrej woli) i nie próbował go oskarżać o coś, na co nie zebrał dowodów, można mieć również pretensje??? Czy tu komuś się nie pieprzy pod czaszką?! Znam ludzi, na których popełniono przestępstwa sądowe, oskarżając ich o czyny, których nie popełnili, a potem skazując, tylko dlatego, że byli wówczas odurzeni. Oni mogliby mieć pretensje. Powiedzcie mi jednak o co ma pretensje ktoś, kto dziesięć razy otrzymywał ostrzeżenie ZA PRZESTĘPSTWO, KTÓRE POPEŁNIŁ i był puszczany wolno, pod warunkiem podjęcia leczenia i stawiania się u kuratorów?! Przecież z nim obchodzono się jak z jajkiem, a on to spieprzył. Zwróciliście uwagę na wyznanie biedaka, że „pogubił się ile ma kuratorek”? Nie wiem, co pan Rafał próbuje wmawiać, że nie był informowany o wyznaczonych terminach wizyt??? Nie róbmy kpin! Pytanie, dlaczego nie wychwycili tego autorzy artykułu?


            Nie pamiętam ile razy na tym blogu powtarzałem, że każdy uzależniony jest dealerem. Każdy, absolutnie każdy narkoman, częstował inne osoby narkotykiem. Mało tego, do rzadkości należą przypadki, by uzależnieni (czy to od narkotyków, czy to od alkoholu) pilnowali, by nie częstować nieletnich. Ja przynajmniej w życiu się nie spotkałem z praktyką wypytywania nastolatek o dowód osobisty przez przygodnych znajomych. W knajpie, dyskotece, przy ognisku..., nieważne gdzie. Mało tego, gdy się pojawia nastolatka, to zazwyczaj jest zachęcana do intensywnego zażywania (narkotyków, alkoholu), ponieważ w planach jest już dymanko, również bez względu na metrykę. Po raz kolejny powtarzam: PIERWSZYM DEALEREM, DAJĄCYM NARKOTYKI TWOJEJ CÓRCE/ TWOJEMU SYNOWI, NIE BĘDZIE BOSS NARKOTYKOWY, CZY ZNANY Z FILMÓW KRYMINALNYCH ANONIMOWY ZAKAPIOR SPRZEDAJĄCY NARKOTYKI NA ULICY, LECZ KOLEŻANKA/ KOLEGA WASZYCH DZIECI!!!  Jeżeli zatem znajdziecie swoją córkę naćpaną i bez majtek, to nie pomstujcie na bossów narkotykowych. To tylko ten „niewinny narkoman”, którego nie chcecie karać za posiadanie narkotyków, zrobił swoją robotę. Dlatego wszystkim marihuanistom i innym ćpunom, pozostawię pod rozwagę pytanie: „Czy wierzycie, że pan Rafał nikogo nie częstował narkotykami”? Dealerem jest ten, kto wprowadza narkotyk do obiegu, a nie ten, kto to robi za pieniądze. To tak, jak z mordercą: Mordercą jest ten, kto zabija z premedytacją, a nie tylko ten, kto zabija za pieniądze. Kwasek został skazany za posiadanie, nie za dealerkę, nie dlatego, że nie był dealerem, lecz dlatego, że nie dało mu się tego udowodnić.


            Nie mogę się nie odnieść przy tej okazji do sprawy Kory. Krzyk w jej obronie brzmi: „Grozi jej trzy lata więzienia za posiadanie 2, 83g marihuany”. Znowu, proszę by nie robić kpin. To jest tylko maksymalna możliwa kara i jeśli Olga Jackowska nie obrazi sądu i nie będzie promować przy okazji procesu narkotyków, to dostanie najwyżej wyrok w zawieszeniu. Nie to jest jednak istotne. Istotne jest, że Kora została potraktowana niezwykle łagodnie i wyrozumiale, ponieważ sprawa zaczęła się od przesyłki zawierającej ok. 60 gram marihuany- to już nie jest ilość mała. Poza tym, ta marihuana była przemycana. Ktoś (nie da się ukryć, że narzucają się dwie osoby: Olga Jackowska lub Kamil Sipowicz) zamówił przemyt, umówił się z większym dealerem, a teraz kryją tego dealera. Paczkę adresowaną do psa Kory nadano w USA, gdzie posiadanie marihuany i handel, również są przestępstwem. Nawet jednak, gdyby paczka nadana była w Holandii, to dealer by popełnił przestępstwo, bo to narkotyk nierejestrowany, nieakcyzowany, sprzedany poza wyznaczonym punktem, a ilość znacznie przekracza dozwoloną prawem ilość do handlu detalicznego. W każdym razie nie chodzi tylko o 2,83 grama. Ponieważ prokuratura poszła na rękę podejrzanej, przy aktualnym materiale dowodowym jest oskarżona tylko o posiadanie niewielkiej ilości narkotyku. Czy to się tak nie podoba protestującym? Kora znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, jak łagodnie jest traktowana- ona dobrze wie, kto zlecał przemyt.


            Na zakończenie muszę napisać, że miałem Piotra Bratkowskiego za uczciwego dziennikarza, jednak po lekturze w ten sposób zmanipulowanego artykułu, mam co do tego wątpliwości. Samo to, że redaktor Newsweeka dotarł do wielu osób, dotarł do osadzonego, jego przyjaciół, dawnych współpracowników, byłej żony, prawnika z Ruchu Palikota, a NIE DOTARŁ DO ŻADNEGO TERAPEUTY UZALEŻNIEŃ, świadczy o braku rzetelności dziennikarskiej. Zapewniam, że gdyby przedyskutował ten tekst z fachowcem od uzależnień, nie zaprezentowałby go w takiej formie. Najgorsze jest to, że już na tę chwilę mogę powiedzieć z przekonaniem graniczącym z pewnością, że Rafał Kwaśniewski nie przepracował terapii, jakiej się poddał w zakładzie karnym. Już z tych wypowiedzi widać, że on nadal nie ma pojęcia o tym, jakie szkody wyrządził sobie i otoczeniu przez swoje uzależnienie. W krytycznym momencie, momencie w którym się wszystko waży, podczas terapii, zamiast dostać wsparcie, osoby takie jak Piotr Bratkowski zniszczyły pracę terapeutów, wmawiając mu, że to nie on jest winny, że on jest niewinną ofiarą systemu. Czy ktoś z tak radośnie podpisujących w jego sprawie petycje, powiedział mu: „Stary, sam wiesz, że polskie prawo dało ci dziesięciokrotnie szansę, a ty za każdym razem ignorowałeś wyciągniętą w twoim kierunku pomocną dłoń? A czy pamiętasz o wszystkich wybrykach, o tym ile razy wystawiałeś koleżanki i kolegów do wiatru, nie przychodząc na próby, pożyczając pieniądze i ich nie oddając, kradnąc cudzą własność? Wiesz, przed jaką teraz szansą stoisz? Jesteś z dala od narkotyków, nadal jesteś świetnym muzykiem, możesz zacząć uczciwe życie. Tylko, że to zależy od ciebie. To nie wina prokuratury, że nabywałeś narkotyki. Ty za to odpowiadasz. To nie wina kuratorki, że zlekceważyłeś sądowy nakaz dozoru kuratorskiego. To ty zrobiłeś i ty za to odpowiadasz. Wiem, że robiłeś to, bo byłeś na głodzie, ale nikt cię do tego nie zmuszał. Teraz po przymusowej abstynencji masz szansę, być może ostatnią w życiu, by przypomnieć sobie wszystko, czego się dowiedziałeś na terapii i skończyć z marnowaniem życia przez nałóg.  Masz mnóstwo czasu i gitarę w celi, masz umiejętności i talent- wykorzystaj to”.  Niestety, nie sądzę, by ktokolwiek mu w ten sposób pomógł. Nie sądzę nawet, by ktokolwiek z protestujących przeciw osadzeniu Kwaska zastanowił się nad tym, że być może dzięki temu on jeszcze żyje.

             P.S. Jednym z częstych argumentów w dyskusji o depenalizacji narkotyków jest to, że restrykcje nie przynoszą rezultatów. Tak??? Nie sądzę, by osadzony posiadał narkotyki, handlował nimi za pieniądze, bądź bezpłatnie wprowadzał je do obiegu w formie poczęstunku. Z całą pewnością jego organizm odpocznie od narkotyku, a on nie będzie zasilał kieszeni handlarzy i producentów tego świństwa. Wiem, że zdarza się i przemyt do więzienia, jednak skala dostępności narkotyków jest nieporównywalnie mniejsza. Powiecie, że gdy wyjdzie, to zacznie ćpać? Jeśli nie popracuje nad terapią, to rzeczywiście, zacznie. Jego wybór, jest dorosły. Jeśli wybiera powrót za kraty, bądź cmentarz- w końcu na tym polega wolność- wybór postępowania i jego konsekwencji. Rafał Kwaśniewski dostał chyba wszystkie szanse, jakie można sobie wyobrazić: Od wielokrotnego zawieszania wykonania kary po terapię- co jeszcze można dla niego zrobić???

Tagi