RSS
niedziela, 29 września 2013

            Dziś chciałbym napisać o różnicy pomiędzy wyjściem z patologii, a zastąpieniu jej inną patologią. Pozornie sprawa wydaje się być oczywista- tylko idiota zamieniłby dżumę na cholerę i twierdził, że wszystko jest w porządku. Niestety, tylko pozornie. Zauważmy, że społeczeństwo (nie tylko polskie) wykazuje duże przyzwolenie na picie alkoholu w dużych ilościach podczas imprez, regularne palenie marihuany, pracoholizm uznawany jest wręcz za cechę pożądaną, patologiczna religijność jest w wielu kręgach cnotą, lekomania jest chorobą przemilczaną, a hazard nazywany jest „rozrywką”. W takiej atmosferze ciężko wyjść z uzależnienia, ciężko jest wyjść z patologii.


            W ciągu stosunkowo krótkiego czasu wydarzyły się blisko mnie zbyt liczne katastrofy, których powodem było zastępowanie jednej patologii drugą. Właśnie dlatego w moich artykułach dotyczących uzależnień, tak mocno naciskam na fachową terapię i tak zdecydowanie odrzucam sugestie o „pomaganiu sobie samemu” z pominięciem fachowej pomocy. Pozwolę sobie w skrócie przytoczyć te, które mną wstrząsnęły najmocniej:

            Bohater poprzedniej notki. Pamiętam, jak jeszcze przed piętnastu laty pił bardzo ryzykownie, lecz na długie lata się to zakończyło, gdy podjął pracę zawodową. Robił po kilka rzeczy naraz, dzień miał wypełniony do granic możliwości, podróże służbowe, szkolenia, konferencje, odczyty. Od picia ryzykownego (nie wnikam, czy miało one kliniczne cechy uzależnienia, czy też nie, to bez znaczenia) uciekł w pracoholizm. Minęło kilka lat, coś w nim pękło, zaczął coraz częściej wracać do picia. Dziś stoi na krawędzi: rodzina, majątek, praca, to wszystko stoi pod znakiem zapytania. Przy czym nadal nierozwiązany jest problem pracoholizmu i alkoholizmu.

            „Chomiczek”- bohaterka cyklu moich felietoników. Alkoholiczka, która picie zamieniła na marihuanę, leki oraz patologiczną religijność. W efekcie przez długi czas (prawie rok) zwlekała z badaniem diagnostycznym guza, który jej wyrósł na karku. Zamiast tego pojechała na pielgrzymkę do Lourdes, a poza tym, jak zawsze od czasu wyjścia z picia, „podnosiła sobie nastrój” marihuaną i proszkami. Zmarła w cierpieniu z powodu rozległych przerzutów, dopuściła do rozprzestrzenienia się nowotworu na większość ważnych organów z żołądkiem, wątrobą i trzustką włącznie.

            Kumpel z klasy. Również nie wylewał za kołnierz. Pił ryzykownie odkąd na naszych imprezach pojawiać się zaczął alkohol. Po ślubie zaczął odchodzić od picia. Systematyczne opilstwo zamienił na opilstwo okazyjne (znaczy się, ponad normę, lecz dużo rzadziej niż co tydzień, średnio raz na miesiąc+ dość ostry urlop). Nikt się nie domyślał, że znalazł sobie inny środek na poprawę nastroju: zakłady sportowe, czyli hazard w najczystszej formie. Ma rodzinę: żonę, dwójkę dzieci. Niedawno przegrał 300 tysięcy złotych. Sfinansował to, powiększając kredyt mieszkaniowy. W tłumaczeniu na polski: Praktycznie do końca życia zawodowego będzie niewolniczo spłacał dług, który nad nim wisi. Pod warunkiem, że na tym zakończy swą przygodę z patologią. Nie słyszałem, by poddał się jakiejś terapii, więc różnie z tym może być. Oprócz długu, wiszą bowiem nad nim co najmniej dwa uzależnienia: alkohol i hazard.

            Cały czas mówię o ludziach, z którymi byłem blisko zżyty. Utrzymywałem stały, serdeczny kontakt. To ludzie wysoce inteligentni, otwarci, rodzinni.... Rodzinni do pewnego momentu- do chwili, gdy uzależnienia brały górę nad ich umysłami. Zgubiło ich to, że zamiast zwalczać patologiczne zachowania u podstaw, zamiast nauczyć się diagnozować mechanizmy nałogowej regulacji uczuć i eliminować je na korzyść konstruktywnych zachowań, oni zastępowali jedną patologię, drugą, którą uznali za mniej szkodliwą. Tak, zdaje sobie sprawę, że ostatnie zdanie nie musi być dla każdego zrozumiałe. Na przykładzie: Gdy jesteśmy przemęczeni, powinniśmy odpocząć (drzemka, spacer), a nie „relaksować się” alkoholem, bądź marihuaną, bo tylko potęgujemy wyczerpanie organizmu. Gdy uważamy, że wiecznie brak nam pieniędzy, staramy się lepiej planować budżet, wybrać najważniejsze potrzeby, zamiast karmić się złudną nadzieją na wygraną bukmacherską. Gdy uważamy się za nieatrakcyjnych, zadbajmy o siebie, a nie szlajajmy po imprezach, polując na otumanione środkami odurzającymi jednostki. Oczywiście tak prosto jest tylko w wypadku osób, które nie są uzależnione. Osobie uzależnionej potrzebna jest psychoterapia i przestrzeganie zaleceń terapeutycznych. W przeciwnym wypadku, wynajdzie sobie inny nałogowy sposób regulacji uczuć i tak będzie przeskakiwać- to tu, to tam, ale zawsze w bagno.




11:54, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (19) »
piątek, 27 września 2013

            Najpierw była euforia. Oto wykształconej, ambitnej, spełniającej się zawodowo kobiecie trafił się wymarzony partner: wykształcony, świetnie zarabiający, inteligentny, pracowity, dowcipny, przystojny, wysportowany. Zamieszkali w jego ekskluzywnym apartamencie. Szybko mieli dziecko, jedno, potem drugie. On kupił dla teściowej mieszkanie w pobliżu swojego, by mogła wygodnie i niekrępująco opiekować się dziećmi. Niestety, był jeszcze alkohol...

            Żabcia i Misiaczek wydawali się być szczęśliwą parą, a ich życie pasmem sukcesów. Wydawali się! Jakiś czas temu zdesperowana Żabcia zadzwoniła do mnie, skarżąc się, że Misio pije na umór, małżeństwo im się wali i wszystko wymyka się spod kontroli. Niby prosiła o radę, lecz gdy udzieliłem jej najlepszej z możliwych („IDŹ Z TYM DO PORADNI UZALEŻNIEŃ”) odpowiedziała, że nie zamierza, bo „NIBY CO ONI TAM MĄDREGO POWIEDZĄ”. Nie wiem, czy wszyscy wyłapują tragicznie groteskową sytuację: kobieta jest naprawdę zdesperowana, sama nie potrafiła pomóc sobie i rodzinie wobec wroga, jakim jest uzależnienie męża, lecz do końca broni się przed fachową pomocą. Mało tego: Odniosłem nieprzeparte wrażenie, że ona ma do mnie żal za taką radę, jakby oczekiwała, że zamienię z jej mężem dwa słowa i „odczynię urok alkoholizmu”.

            Nie chcę naświetlać szczegółów tej sprawy. Sam jestem z tą rodziną bardzo związany, także emocjonalnie i nie chcę wyciągać pochopnych wniosków. Napiszę tylko o tym, co wiem na pewno: Akurat tej parce wielokrotnie opowiadałem o alkoholu i metodach walki z alkoholizmem. Jednak przez siedem lat, nie sygnalizowali żadnych problemów, wszystko zmiatali pod dywan. I nagle, gdy sytuacja jest tragiczna, gdy destrukcja rodziny jest posunięta tak daleko, że nie wiem, czy da się cokolwiek uratować, gdy pozostawienie Misiaczka w pracy jest bardziej kolejną szansą dla niego i wyrazem dobrej woli pracodawcy, gdy rodzinie grozi bankructwo finansowe, wtedy Żabcia się zwraca o pomoc, ale i tak nie chce słuchać, co jej mam do powiedzenia. Raczej chciałaby usłyszeć coś innego, czego ja jej nie powiedziałem i nigdy nie powiem. Żabcia jest niemalże zdecydowana iść do prawnika. Prawnika, czyli bandyty nastawionego na oskubanie klienta. Żabcia będzie miała fart, jeżeli trafi takiego prawnika, który będzie chciał sprawę dla niej wygrać, bo wobec finansowych atutów misiaczka, może trafić na takiego, który będzie pracować dla Misiaczka. Tak, czy inaczej, prawnicy najlepiej umieją skubać klientów i o to troszczą się w pierwszej kolejności. Tymczasem sprawa alkoholizmu dalej ma charakter rozwojowy.

            Gdyby Żabcia zechciała pójść do poradni uzależnień, otrzymałaby pomoc dokładnie w takim zakresie, jaki jest jej potrzebny. Jeżeli Misiaczek dokonałby jakiegokolwiek czynu zagrażającego jej bezpieczeństwu, terapeuci jako pierwsi by jej doradzili skorzystanie z pomocy odpowiednich organów bezpieczeństwa, gdyż jedną z podstawowych zasad przy leczeniu alkoholizmu jest nauczenie alkoholika, że każdy jego czyn niesie konsekwencje, które nikt inny, jak on sam powinien ponieść. Różnica między terapeutą a prawnikiem jest taka, że terapeuta będzie namawiał do interwencji (prawnej, czy policyjnej) wtedy, kiedy to jest konieczne, a prawnik (w najlepszym wypadku) będzie szukać słabych punktów przeciwnika, by w nie uderzyć. Za pieniądze klienta. Jest jeszcze coś: Terapeuta może nauczyć identyfikować manipulacje alkoholika, identyfikować jego kłamstwa i gierki. Nauczy też identyfikować postawy noszące cechy współuzależnienia, nauczy konstruktywnych zachowań.

            Dlaczego zatem ludzie boją się terapeutów? Myślę, że największą rolę odgrywają tu: wstyd, traktowanie zwracania się do poradni uzależnień, jako porażki życiowej, a także lęk przed przyznaniem się do własnych błędów i zaniedbań. Ofiary alkoholików wolą udać się do przyjaciółki, by ta się nad nią poużalała, niż pójść do terapeuty po realną pomoc. Terapia nie jest przyjemna (także ta dla współuzależnionych), bo dotyka spraw przykrych, wskazuje błędy. Co innego, rozmowa z przyjaciółką/ przyjacielem: wzajemne głaskanie się, użalanie nad sobą, przytakiwanie. Takie wsparcie też jest potrzebne, ale nie ma ono nic wspólnego z walką z alkoholizmem. To jest raczej zaspokojenie potrzeby więzi z drugim człowiekiem.

            Wracając do tego konkretnego przypadku: Najbardziej obawiam się takiego rozwoju wydarzeń: Wobec braku fachowej pomocy terapeutycznej, Misiaczek ma wszelkie szanse, by dalej pić, co zaskutkuje utratą pracy i możliwości spłat kredytów. Mieszkania zajmie bank, rodzina zostanie na lodzie, a dodatkowo toczyć się będzie walka w sądzie. Zyska tylko prawnik. Jak bym chciał, żeby się sprawa rozwinęła? Żeby Misiaczek poszedł na terapię uzależnień (być może ma inne uzależnienia, jak choćby pracoholizm). Żabcia powinna odbyć terapię dla współuzależnionych. Wszelkie zagrożenia ze strony Misiaczka powinny być zgłaszane we właściwe miejsca, a Misiaczek, jeżeli chce się zmienić, po prostu nie będzie stwarzać takich zagrożeń. Jeżeli przetrwają dwa lata takiej próby, będą mogli spokojnie, bez emocji, podjąć decyzje dotyczące dalszego życia. Problemem podstawowym jest jednak to, że żadne z nich nie wyraża zgody na taki scenariusz, oboje są wspólnikami mimo woli, wspólnikami uzależnienia.



13:17, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (21) »
wtorek, 17 września 2013

 

            Na teren Rzeczpospolitej Tworeckiej dochodził rurociąg z wodą. Byłoby całkiem nieźle, gdyby Napoleon, Aleksander Wielki, Cezar, Nobel i Czyngis Chan nie wywiercili w nim otworków, przez które woda wyciekała do podstawionych przez nich korytek. Ciśnienie zaczęło spadać i niektórzy mieszkańcy małych lokali na poddaszach, zaczęli odczuwać spadki ciśnienia. Mieszkańcy zaczęli się burzyć, więc Wielka Piątka postanowiła poszerzyć dziurki, by pozwolić pić co głośniejszym krzykaczom. Znowu zaczęło brakować wody, a krzykacze kradli całe jej hektolitry. Krzyczeli przy tym najgłośniej, jak potrafili: „ŁAPAĆ ZŁODZIEJA- LUDZIOM BRAKUJE WODY!”. Zamykali się jedynie na moment, gdy powiększano im dziurę, przez którą wyprowadzali z obiegu coraz więcej wody. Wreszcie jeden z lekarzy dyżurnych wydał polecenie załatania dziur i wprowadzenia limitu użycia wody do celów innych, niż spożywcze. Natychmiast przez całą Rzeczpospolitą Tworecką przetoczyła się fala demonstracji. Napoleon, Aleksander Wielki, Cezar, Nobel i Czyngis Chan zgodnym chórem krzyczeli, że są ludzie, którym taka ilość nie wystarcza i mają prawo za swą ciężką pracę dla Rzeczpospolitej Tworeckiej, mieć dostęp do swojego korytka. Taka słusznie należna gratyfikacja. Lekarz dyżurny powiedział, że dobrze, zmiany będą postępować stopniowo, na razie załata tylko część dziurek, zaznaczając,  że i tak trzeba będzie załatać resztę. I zaczęło się: Wielka Piątka wyprowadziła na plac apelowy wszystkich, którzy czerpali z korytek. Darli się wniebogłosy: „LEKARZ DYŻURNY NAS OSZUKAŁ- NIE ZAŁATAŁ DZIUREK”, „ODWOŁAĆ LEKARZA DYŻURNEGO”, „ZWIĘKSZYĆ DZIURKI, POWIĘKSZYĆ KORYTKA, ZWIĘKSZYĆ CIŚNIENIE WODY, BY JEJ NIE ZABRAKŁO NIKOMU NA PODDASZU”, „MIESZKAŃCY PODDASZY, JESTEŚMY Z WAMI”. A że to nie miało najmniejszego sensu…? Od kiedy to w Rzeczpospolitej Tworeckiej ktoś się tym przejmuje?!




12:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 września 2013


Czynnik ludzki.

            Statystyki są nieubłagane: Główną przyczyną większości katastrof i wypadków, jest tak zwany „czynnik ludzki”. Wynika to z tego, że czynnik ów rzadko kiedy sięga wyobraźnią poza chwilę obecną i czubek własnego nosa, a na dodatek, ma skłonność do tzw. „owczego pędu”. Wygląda to mniej- więcej tak:

            Siedzę sobie wygodnie w poczekalni portu lotniczego w Dublinie, tuż pod ostatnią bramką, tą wejściową na płytę lotniska. Do planowego odlotu jest jeszcze dobrych dwadzieścia minut, a samolotu jeszcze nie widać. Mimo to w pewnym momencie „czynnik ludzki” ustawia się w kolejkę, zamiast czekać w pozycji zapewniającej minimum komfortu. Na tablicy świetlnej pokazuje się informacja o opóźnieniu samolotu, lecz czynnik ludzki ją ignoruje, jakby uważał, że kłębiący się pod zamkniętą bramką tłum przyspieszy podstawienie maszyny. Niestety, „czynnik ludzki” posiada również małe dzieci. Pół biedy bowiem, gdy sam „czynnik” się męczy i denerwuje z powodu chronicznej niechęci do używania mózgu. Najgorsze jest to, że bezsensownie maltretuje dzieci, dla których sam trzygodzinny lot w ścieśnionych do granic przyzwoitości rzędach siedzeń tanich linii lotniczych jest nie lada męczarnią. „Czynnik ludzki” uparł się bowiem zirytować własne dzieci na długo przed wejściem na pokład. Do kolejki- z kolejki- ubrać- rozebrać- ubrać- rozebrać- do toalety- biegiem- z powrotem- biegiem- ubrać- rozebrać. Święty by dostał korby, a co dopiero dwulatek. Ostatecznie czynnik ludzki przestał w kolejce pod zamkniętą bramką CZTERDZIEŚCI MINUT, bo nie docierało między uszy, że dopóki nie ma przygotowanego samolotu, nikt przez bramkę nie przejdzie. Czterdzieści minut stania na baczność, by jak najszybciej wejść na pokład, gdzie miejsc i tak starczy dla wszystkich.

            Podczas lotu, dla własnego bezpieczeństwa, obserwowałem „czynnik ludzki”, który po kolejkowej pracy nad zmęczeniem i zdenerwowaniem potomstwa, postanowił się go pozbyć, skutkiem czego dwu i trzyletnie dzieci biegały BEZ OPIEKI w tę i we w tę po pokładzie samolotu przez cały lot. „Czynnik ludzki” zajęty był swoimi laptopami i ipodami, konkretnie interesowało go, jak przejść na wyższy „level”. Pociechy zaś ganiały mimo ostrzeżeń o turbulencjach, najwyraźniej „czynnik ludzki” uznał, że to „głupia załoga” chce im przeszkodzić w kolejnych „osiągnięciach” na monitorach ich komputerów. Dopiero ogłoszenie o przygotowaniu do lądowania skłoniło „czynnik ludzki” do umiejscowienia swoich pociech na fotelach, choć już pasy bezpieczeństwa „czynnik” zapiął dzieciom tylko na czas kontroli przez załogę. Przy samym siadaniu widziałem bowiem trzyletnią dziewczynkę STOJĄCĄ na fotelu. „Czynnik ludzki” miał to w dupie (w tym wypadku, były to zarówno siedzące obok mama i babcia, jak też robiący z następnego rzędu siedzeń zdjęcia stojącej córeczki tatuś).

            W Stolicy zaś czeka już na mnie zalew „czynnika”. Ekonomia ekonomią, a na ulicach „czynnik ludzki”, co to do szkoły miał pod górkę, manifestuje niezadowolenie. Dlatego też odbędzie się seria wykładów ulicznych pod wspólnym tytułem „2+2=5”! „Czynnik ludzki” uważa bowiem, że im więcej bumeluje, tym więcej mu się należy i chociaż nie wie, czego chce, to jedno wie, że „NIE TAK, NIE TAK…” (z angielskiego, „NO YES”).

            Czynnik ludzki postanowił zademonstrować swoje jednomyślne oświadczenie, że poprze jedynie tego, kto mu naobiecuje takich pierdół, jakich żadna siła na niebie i ziemi nie jest w stanie spełnić, by później narzekać ze łzami w oczach i bąblem w nosie, że rząd ich oszukał. Czynnik ludzki domaga się reformy bez reformy, wprowadzenia oszczędzania przez wydawanie i… sprawiedliwości, jak zawsze. Parafrazując klasyka: „Ekonomia ekonomią, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie”!

14:40, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
wtorek, 10 września 2013

Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.

Albert Einstein.

            Einstein się mylił. Weźmy chociażby ludzką chciwość. Jest zdecydowanie nieskończona, ale nie o niej chcę pisać. Obciach- zjawisko bezgranicznie nieskończone! Najłatwiej by mi było, oczywiście, opisać polityków, na przykład pewnego depilowanego, pudrowanego prosiaka, który się urżnął i zachowywał, jak podpity leszczyk z podstawówki, a teraz się odgraża procesem sądowym przeciw tygodnikowi, który opublikował relację z tego żenującego wydarzenia. Okazuje się bowiem, że nie jest winny utrzymywany z publicznych pieniędzy prosiak, a ten, kto widzi, co prosiak robi, dokumentuje to i publikuje zarejestrowany materiał. To jednak by było zbyt proste, napiszę więc o czymś mniej znanym, dalekim od cuchnącego świata polityki.

            Szarmancki Łoś dobiegał czterdziestki. Był drobnym przedsiębiorcą i pędził ustabilizowany żywot u boku swej partnerki. Staż związku dobiegał osiemnastu lat, gdy Szarmancki zaczął odczuwać kryzys wieku średniego. Lekarstwem miała być dziś siedemnastoletnia (na początku łosiowej kuracji szesnastoletnia) lolitka. Prawdopodobnie, nazbyt restrykcyjnie wychowywana, co wywołało jej bunt. Na łosiowe nieszczęście, córka wojskowego. Robi się ciekawie...???

            Łoś, jak to Łoś, skorzystał z okazji podreperowania swojego szwankującego ego, nie bacząc na uczucia wieloletniej partnerki, ni (tym bardziej) lolitki. Ponieważ padło mu na mózg, nie rozumiał, jak żałośnie nieporadna jest ta jego przygoda. Szybko wyleciał z domu swojej kobiety, która błyskawicznie domyśliła się, co jest grane. Szarmancki brnął jednak w samoośmieszanie i udawał pokrzywdzonego. Przed kobietą, jej i swoją rodziną, wspólnymi znajomymi. Sam jestem facetem w podobnym wieku, więc raczej nie można mi zarzucić braku zrozumienia sytuacji. Moja ocena jest jednoznaczna: Trzeba mieć niezłe zaćmienie umysłu, by dobierać się do ponad połowę młodszej od siebie dziewczyny, która jeszcze się uczy i jest na utrzymaniu rodziców. Jeszcze większe zaćmienie trzeba mieć, by liczyć na to, że da się taki romans ukryć, a już pełne zaćmienie wymagane jest do tego, by nachodzić zdradzoną kobietę, narzucać się jej z towarzystwem i zgrywać pokrzywdzonego. Szarmancki Łoś, jeżeli już jest pokrzywdzony, to przez swoją własną głupotę. Na razie tylko przez głupotę, choć wkrótce to się może zmienić.

            Nie bez przyczyny w opowieści tej pojawił się żołnierz- tatuś nieletniej. Jak łatwo się domyślać, on również dowiedział się o romansie córki i dał Łosiowi ultimatum. Łoś, choć trzęsie portkami przed wojskowym, lecz idzie na całość: Udaje przed małolatą dobrze prosperującego biznesmena, obwozi ją po drogich hotelach, a jednocześnie stara się, by go tatuś nie dopadł. Dopadnie, wcześniej czy później, ściga go, to i dopadnie, cudów nie ma! To będzie już jakaś krzywda, choć naszego zucha (o co mogę się założyć) czeka dodatkowo kuku ze strony lolitki- Łoś jest spłukany, firma mu padła, on sam nie ma pracy, wkrótce nawet nie będzie go stać na utrzymanie samochodu, nie ujdzie to uwadze nastolatki.

            Łosiowi ciągle było jednak mało obciachu. Okazało się, że inwigilował życie prywatne byłej partnerki i niedawno zaczął przychodzić do niej z pretensjami, że znalazła już sobie kogoś innego, choć właściwszym byłoby określenie, że to ona została odnaleziona. Jak pech, to pech, niedługo po tym, jak Szarmancki żalił się i zgrywał pokrzywdzonego przed zdradzoną przez siebie partnerką, ich wspólna znajoma odwiedziła ją i opowiedziała o przygodach Łosia z małolatą. Tak się bowiem złożyło, że Szarmancki, nie czując obciachu, pokazał się w swoim dawnym biznesowym towarzystwie razem z nieletnią, czym miast spodziewanego podziwu, wzbudził zażenowanie i obrzydzenie. Podsumujmy:

            1. Prawie czterdziestoletni Łoś Szarmancki zdradza wieloletnią partnerkę z nieletnią, tak młodą, że ledwie wyszła spod opieki prokuratorskiej.

            2. Łoś zostaje wywalony z domu przez zdradzaną kobietę, gdyż ta bez trudu domyśliła się, że pojawiła się inna.

            3. Łoś zdradza dalej, lecz jednocześnie pisuje do byłej już kobiety, raz że ją kocha, innym razem, że został przez nią pokrzywdzony. Właściwie nie wiadomo na co liczy i czego chce. Nie potrafił odpowiedzieć zdradzanej kobiecie na pytanie, „jakiej reakcji się spodziewa”.

            4. Szarmancki inwigiluje życie byłej, zbiera informacje o niej samej i jej nowym partnerze, by potem robić jej wyrzuty i odgrywać biednego pokrzywdzonego.

            5. Łoś trzęsie portkami przed ojcem małolaty, ucieka przed nim, ale ciągle spotyka się z nieletnią, pomimo ciężkiej sytuacji finansowej, trwoniąc resztki oszczędności na drogie hotele i zabawy.

            6. Na zakończenie nasz zuch zostaje całkowicie zdemaskowany, choć nie wiem jeszcze, czy on o tym wie. Dowie się wkrótce.

 

            Można narobić większego obciachu? Pewnie, że można, obciach jest nieskończony, choć po przekroczeniu pewnej granicy, oceniamy go podobnie: „bliski nieskończoności”. Obserwuję jednak historię z uwagą, bo interesuje mnie, czy nasz cudownie odmłodzony pan z kryzysem wieku średniego wreszcie dojrzeje do tego, by uczciwie przyznać, że zebrał jedynie owoce własnego łajdactwa i czy wreszcie zacznie brać odpowiedzialność za swoje życie na siebie, czy do usranej śmierci będzie płakać, że jest pokrzywdzony. To, że oszukał kobietę swojego marnego życia, oszukał i oszukuje niedojrzałą i nie do końca świadomą konsekwencji swoich czynów nieletnią, wydaje się go mało obchodzić. Dużo bardziej jest przejęty możliwością policzenia mu kości przez ojca nieletniej. Mnie samego ciekawi ten wątek sensacyjny: Pytanie nie brzmi „czy tatuś go dorwie?”, tylko „kiedy go dorwie tatuś małolaty i na ile go zmasakruje?”. Gdybym był sędzią, nie znalazłbym dla Łosia żadnej, absolutnie żadnej okoliczności łagodzącej. On nawet nie może powiedzieć, że był zaniedbywany. On po prostu zapragnął mieć znowu osiemnaście lat i próbować miodu z różnych pasiek.



17:50, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
czwartek, 05 września 2013

            Nazywa się Alek, ale tylko na potrzeby tego opowiadanka. W skrócie Al, jak alkohol, od którego jest uzależniony. Tysiące osób chciałoby się z nim zamienić na role: On, niesamowicie utalentowany pracoholik, jest wysportowanym przystojniakiem zajmującym dyrektorskie stanowisko w międzynarodowym koncernie. Zarabia tyle, że zwrot pieniędzy, którego rokrocznie musi dokonać z tytułu przekroczenia progu podatkowego jest wyższy, niż większość Polaków może zarobić. Ma żonę i dwie śliczne, zdrowe córeczki, mieszkają razem w modnym, całodobowo chronionym apartamentowcu. Oczywiście, takie życie kosztuje. Przede wszystkim, dużo pracuje i ma niewiele czasu na dom. Miałby więcej, ale zbyt często pije, a czas stracony na picie stara się nadrobić, pracując więcej i intensywniej. Zapewnia rodzinie wszystko, oprócz siebie. Zapewnia nawet więcej, niż chce, bo zapewnia także lęk, czy cały ten dobrobyt nie pryśnie, jak bańka mydlana. Wystarczy, że coś złego mu się przytrafi, a rodzina nie będzie w stanie spłacać kredytu. Jego Dzień Świstaka (*) nie jest jednym dniem, to dłuższy okres czasu..., cykl, który systematycznie ulega skróceniu. Przejdźmy jednak do opowiadania.

Jego Dzień Świstaka.

            Dzwoni budzik. Al niechętnie podnosi się z łóżka. Pod czaszką ma niezłe zamieszanie- efekt kilku pod rząd popołudni z dużą ilością alkoholu. Alek w łazience stara się zatrzeć ślady kilkudniowych szaleństw: Prysznic, golenie, dobre kosmetyki, świeża koszula, garnitur i można jechać do roboty (tak przynajmniej sądzi). W pracy ma nieodparte wrażenie, że każdy na niego dziwnie patrzy, lecz szybko odpędza te myśli, sprawdzając w łazience swój stan. Byle do przerwy na lunch- zwykł ją przedłużać (ma nienormowany czas pracy), by odwiedzić popularny „leisure centre club”, sesja na basenie i siłowni zawsze przywraca pewność siebie. Potem obfity posiłek i wraca energia do pracy. Dzień, drugi, tydzień, dwa.... kolejny kontrakt, kolejny sukces, wyjazd na szkolenie i można sobie pozwolić na szklaneczkę whiskey..., butelkę...? Mało...? To się otworzy następną, choć już dokładnie nie wiadomo jak....

            Dzwoni budzik. Prysznic, golenie, gajer, dziwne spojrzenia, leiser club, lunch, praca, sukcesy, szkolenie. Szklaneczka whiskey, butelka, dwie. Po trzech dniach powrót i awantura- podczas wieczornych imprez, koleżanki z pracy były zbyt blisko, a małżonka zna dobrze wystarczająco wiele osób z branży, by się o tym dowiedzieć i zagrozić rozwodem. Al urażony pomówieniami, demonstracyjnie idzie się upić....

            Dzwoni budzik. Prysznic, golenie, dziwne spojrzenia..., wszystko jak zawsze. Czyżby znowu ten sam dzień? Nic się nie zmienia- za wyjątkiem coraz większego zmęczenia tymi powtórkami. Kontrakty, sukcesy, gratulacje..., tylko wewnątrz nieokreślone wyrzuty sumienia, że coś poszło nie tak. Że wszyscy wiedzą, co się działo wcześniej..., ale nie..., wszyscy się zachowują, jak gdyby nigdy nic. Znowu wyjazd, tym razem prywatny- ze starszą córką nad wodę. Wieczór ze szklaneczko- butelką whiskey, kolejny dzień..., plaża..., wieczór..., butelka..., kolejny dzień..., plaża..., nagle Alek zrywa się na równe nogi: Krzyczy na niego żona, która przyjechała po dziecko- dowiedziała się w jakim Al jest stanie. Koniec sielanki, groźba rozwodu, nasz bohater urażony idzie się upić....

            Dzwoni budzik. Prysznic, golenie, dziwne spojrzenia, sukcesy, etc.. Wyjazd nad wodę z córką, wieczór z whiskey, dzień, plaża, szarpanie za ramię. „Zbudź się pan, policja..., to pańskie dziecko...? Pan pójdzie z nami...” Alkomat, zeznania, sprawa z kodeksu karnego o spowodowanie zagrożenia życia i zdrowia dziecka..., a firma Alka nie lubi pracowników z kryminalnymi kłopotami, a strata pracy wiąże się z bankructwem rodziny. Bank przejmie apartament, skończą się prywatne przedszkola, nauki języków dla dzieci, skończy się pływanie i narty, a jeżeli do tego dojdzie rozwód, to już chyba tylko pozostaje zapić się na śmierć, choć to potrafi trwać latami....

            Dzwoni budzik. Prysznic, golenie, dziwne spojrzenia... Nic się nie stało? Chyba nic, choć moralniak jest prawie nie do zniesienia. Wszystko po staremu! Jednak coś trzeba zmienić, bo choć praca, sukcesy i uznanie finansowe pozostają, to coś głęboko w środku budzi lęk i przerażenie. Zero whiskey! Tydzień, dwa tygodnie, trzy, cztery..., a może jedno piwko po pracy. Jedno, dwa, trzy, cztery..., nigdy nie więcej! Wyjazd nad wodę z córką. Wieczór..., piwko..., dwa..., trzy..., cztery...., pięć..., sześć..., a kto by to zliczył...?! Poranek, browar na kaca, plaża, słońce, sen..... KRZYK!

            -LEKARZA..., JEST TU LEKARZ...?!

            -PROSZĘ SIĘ PRZESUNĄĆ, PROSZĘ ZROBIĆ MIEJSCE...

            Rosnący tłum wydaje koszmarny pomruk....

            -CO SIĘ STAŁO...?!

            -DZIECKO..., DZIECKO UTONĘŁO...!

 

            Dzwoni budzik. Prysznic, golenie, świeża koszula, dziwne spojrzenia.... Leisure club, basen, siłownia, dobry posiłek.... Praca, lecz tym razem Al kończy po przepracowaniu ośmiu godzin. Punktualnie o osiemnastej zaczyna się terapia. To teraz najważniejsze. Poświęcić na nią jeden wieczór w tygodniu, to żadna tragedia. Poza tym nigdy więcej nadgodzin! To praca ma służyć nam, a nie my pracy! Zero wyjazdów integracyjnych i szkoleń wyjazdowych! Dla osoby na tym stanowisku da się znaleźć inne rozwiązanie. Jest jeszcze rodzina. Córki się cieszą, że mają ojca w domu. Małżonka się miota: Niby wszystko jest dobrze, lecz gdzieś głęboko jest strach. Czasem jest szczęśliwa, a czasem drży, że gdy jutro się obudzi, wszystko będzie po staremu. Jego Dzień Świstaka. Jednak nie..., zmiany postępują. Nie wiadomo, czy cieszyć się, czy płakać.... Teraz Al we wszystko się wtrąca, zawsze jest w pobliżu..., chociaż..., czy nie o to chodzi w rodzinie? I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Mija rok, mija drugi..., tak się kończy Dzień Świstaka!

 

            (*) „Dzień Świstaka”- Tytuł filmu, w którym bohater codziennie ma szansę zacząć nieudany, wczorajszy dzień od nowa. Phil (Bill Murray) początkowo jest zaskoczony, zachwycony, a później przerażony pętlą czasu, jaka go pochwyciła i nie chce wypuścić. Próbuje się nawet unicestwić, by to przerwać. Sytuacja trwa, dopóki bohater nie zacznie się zmieniać. Uwalnia się, gdy wreszcie zaczyna się zachowywać, jak istota społeczna, a nie zaślepiony swoimi problemami głupiec. W rzeczywistości Dzień Świstaka się nie zdarza, choć bywa że dni są podobne jeden do drugiego i aż się proszą o zmianę postępowania. Każdy kolejny dzień, zostawia jednak trwałą ranę, każda następna może być śmiertelna.



wtorek, 03 września 2013

            Po takim wykładzie, jaki nam zaprezentował kabaret Mumio, właściwie ciężko zabłysnąć, zwłaszcza w temacie tabelek :), mimo to, postaram się przywołać  trochę wspomnień z lat szkolnych i studenckich. Sprawa dotyczy bowiem przekazywania wiedzy, czyli informacji.

            Podobnie, jak członkom kabaretu, utkwiło mi w pamięci kilkoro nauczycieli i wykładowców, którzy mieli niezłego fioła na punkcie tabelek. Gdy coś, co miało być tylko narzędziem i pomocą do zebrania i utrwalenia wiedzy rosło w ich interpretacji do absolutnej podstawy nauki, rzeczywiście stawało się to groteską- symbolem nudnego, suchego przekazu. Postanowiono go zatem uatrakcyjnić... i to jak...! Coraz częściej, gdy sięgam po nowe podręczniki, bardziej przypominają one bogato ilustrowane opowiadania, niż kompedium wiedzy. Coraz rzadziej jest zachowana chronologia (nawet w wypadku podręczników do historii i języka polskiego), a w bardziej wyspecjalizowanych podręcznikach ciężko znaleźć strony zawierające n.p. zwięzłą analizę porównawczą (n.p. zastosowań rożnych typów tych samych urządzeń). Nawet kodeks drogowy potrafi już wyglądać nie jak zbiór paragrafów dotyczących poszczególnych zagadnień ruchu, lecz staje się komiksem. Mówię tu o irlandzkim kodeksie drogowym, gdyż ostatni polski kupiłem jakieś 15 lat temu i nie mam bladego pojęcia, jak wyglądają nowsze wydania. W każdym razie, czyta się to przyjemniej, ale gubi się wiedza. Ot, choćby nie wiadomo, co jest ostrą regułą, a co jest tylko zaleceniem.

            Szczytem wszystkiego jest ewolucja masowych nośników informacji, jakimi są media. Niedawno się zorientowałem, że na odwiedzanym przeze mnie portalu, już nawet nie podają tabeli ekstraklasy i zebranych wyników ostatniej kolejki obok sprawozdania z meczu, tylko trzeba się do nich odpowiednio „doklikać”, przez co więcej stron zanotuje moje wejście i wzrosną wpływy z reklam. Stratą jest jedynie mój czas, a dodatkowo wymuszany jest bezsensowny transfer niepotrzebnych danych. Mistrzostwem w tym temacie jest zastąpienie krótkiej wiadomości tekstowej filmem poprzedzonym reklamą. Z innych zmian wprowadzonych na tym portalu: Znikła rubryka „kiosk” (właściwie nie rubryka, a jej zawartość), czyli przegląd najciekawszych artykułów prasowych z głównych polskich periodyków, gdzie mogłem się zapoznać z felietonami, reportażami i wywiadami autorstwa publicystów różnych opcji. Dziś w tej rubryce znajduje się tylko i wyłącznie radosna twórczość dziennikarzy własnych portalu. Ja wiem, że gdzie indziej było tak od dawna, ale co to zmienia z mojego punktu widzenia (zważywszy, że wybrałem kiedyś ten portal ze względu na łatwość dotarcia do różnych informacji). Metamorfoza przebiegła więc następująco: Po stronie cięcia kosztów, zrezygnowano z przedruków z uznanych periodyków, zastępując je własną radosną twórczością, a po stronie zwiększenia wpływów, upstrzono każdą stronę reklamami (w tym najbardziej wkurzającymi, które zasłaniają cały ekran i nie można ich wyłączyć, bądź które ryczą na cały regulator) i zmuszono czytelnika do generowania pustych wejść, przekierowując go bez potrzeby na nowe strony, jeżeli chce uzyskać interesującą go informację. Internet przestał być miejscem, gdzie można oszczędzić czas w poszukiwaniu informacji- tego samego, znacznie szybciej, dowiemy się w telewizyjnym serwisie informacyjnym.

            Ponieważ zawsze staram się znaleźć jakieś konstruktywne rozwiązania zaistniałej sytuacji, dla zaoszczędzenia czasu, zamiast śledzić sieć, wychodzę na spacer, co wszystkim czytelnikom gorąco polecam!


            Dla chcących łatwo się nachapać, robię przysługę i za kompletną darmochę przedstawiam algorytm na dochodowy portal przeznaczony dla tak szerokiej, jak i szarej (by nie rzec ciemnej) masy:

            Nie wydajemy zbędnie pieniędzy na zbieranie rzetelnych informacji. Wystarczy, że prześledzimy doniesienia agencyjne i ruszymy z nimi do najbliższej knajpy. Resztę załatwią tytuły. Już tłumaczę, jak: Dowiadujemy się z doniesień agencyjnych, że Polska zwiększyła import niemieckiej wołowiny i dzielimy się informacją ze stałymi bywalcami pobliskiej knajpy i przysłuchujemy się reakcjom. Po powrocie przed redakcyjny komputer, dajemy tytuł „NIEMCY NAS TRUJĄ?!”, który trzeba kliknąć, by przeskoczyć  na zapełnioną kolorowymi reklamami stronę, gdzie znajduje się materiał filmowy. Czytelnik klika, przysparzając nam wpływu z reklam, po czym odpala film, a tam już czekają kolejne reklamy. Nareszcie dochodzimy do materiału filmowego, w którym sołtys Cipiór z Bździnówka, stały bywalec knajpy „Pod gnuśnym capem” tłumaczy, że „Niemce”, to „Żydy” i „masony” i nas wytrują napromieniowanym mięsem”, a Józek Dupa z kopalni Makoszowy dodaje, że on na weselu rzeźnika Mańka zatruł się tatarem z takiej wołowiny i przez to na drugi dzień miał kaca, jak nigdy dotąd. Konieczne jest też zamieszczenie zdjęcia dupy (może być goła, może być przesłonięta minispódniczką) z podpisem w aktywnym linku „Ona wie, jak zwrócić na siebie uwagę”. Czytelnik klikając w link, jest przenoszony na kolorową od reklam stronę, na której odczytuje zapytanie: „Nowa kreacja Krystyny z Komprachcic- hit, czy kit”?! Głosuj (tu jest przekierowanie na stronę z sondą i kolejnymi reklamami). Dla chcących się dowiedzieć, kim jest owa Krystyna z Komprachcic mamy informację, że „Więcej informacji w galerii” (tautologia zamierzona). Patrzymy na link: „Galeria- zdjęć 8”. Na kolejnych zdjęciach omawiane są sznurówki, buty, pończochy, majtki, spódniczka, top i dekolt Krystyny, a pod ósmym zdjęciem mamy wreszcie wytęsknioną informację: „Panna Krysia jest siostrą byłej partnerki pana Zdzisia- odtwórcy roli Misia- Patysia z nowego serialu w telewizji Fiu- Bździu- CYFERSAT”. Zauważmy, że nadal nasze koszty wynoszą zero złotych, bo Krystyna prywatnie jest blacharą, której się spodobał nasz nowy samochód, ma poza tym duże parcie na szkło, więc chętnie nam towarzyszy i pozuje do zdjęć. Nasz portal możemy też okrasić modnym szlagierem wieczoru....

 

            ...A co sobie będziemy żałować..., zróbmy również kącik poezji śpiewanej....

 

            Dla tych wszystkich, którzy dotrwali aż do tej części felietonu, mam finał z nutką optymizmu: Czy nie czujecie się, jakby ktoś w mediach zapomniał o nas? Jakby zapomniano o ludziach, którzy mają zbyt wiele do roboty, by całymi dniami przesiadywać przed telewizorem, bądź komputerem? Którzy chcieliby uzyskać możliwość szybkiego dostępu do interesujących informacji, bez straty czasu na reklamy i bezużyteczne materiały? Czy nie chcielibyście w wiadomościach zamiast komentarzy pana i pani znanych z telewizora, wyjaśniających przez pięć minut, co mamy myśleć o faktach, dostać po prostu dziesięć razy tyle faktów? Odnoszę bowiem wrażenie, że z dnia na dzień zwiększa się ilość osób całkowicie zniechęconych do mediów: Już nie tylko bojkotujących telewizję (jak ja sam od 2007 roku). Coraz częściej napotykam na deklaracje osób prywatnych (na przykład blogerów), że bojkotują dotychczas odwiedzane portale internetowe, bądź też ograniczają drastycznie czas, jaki dla nich poświęcają. Wygląda na to, że otwiera się coraz większa NISZA RYNKOWA. Coraz więcej obywateli ma dosyć medialnej papki i chciałoby zwykłej, przejrzystej informacji, a w zakresie kultury, chciałoby czegoś, co nie kojarzy się z popcornem i coca colą, lecz raczej ze smakiem i wyczuciem. Może nareszcie ktoś dostrzeże tę niezagospodarowaną grupę odbiorców?! To może być naprawdę wystarczająca ilość, by odnieść sukces finansowy. Popatrzmy na takiego Rydzyka, który zagospodarował lekceważonych przez media emerytów.... Może nadszedł czas, by dla odmiany odnaleźć tych, którzy lubią wysilić umysł lub chcieliby coś naprawdę odczuć i przeżyć. Niechby nawet ten przekaz miał formę zbliżoną do nudnej, szkolnej tabelki, byleby miał przejrzystość informacji i łatwą drogę dotarcia do tego, czego taki odbiorca szuka.



16:03, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
Tagi