RSS
sobota, 27 września 2014

            Szukałem prezentu- zabawki dla siedmiolatki. Przez długi czas nie miałem wątpliwości- nic ze sklepu się nie nadawało. Wpadła mi wreszcie w ręce gra, która sprawiła, że zacząłem się wahać: „Zostań top- modelką”. Dla mnie już sam tytuł brzmiał obrzydliwie- jakoś modelka kojarzy mi się z erotyzmem, a dziecko z kruchą, naiwną istotą, którą trzeba chronić. Obrazek z opakowania gry też był obleśny- jakby ktoś próbował narysować lalki Barbie w kilku różnych strojach i fryzurach. Paradoksalnie, ten obrazek kazał mi spojrzeć na sprawę z innej strony.


            Rysunkowe modelki właściwie niczym nie różniły się od rysunkowych księżniczek, elfów i innych dziecięcych bohaterów, mających uosabiać ich marzenia. Czy dorośli powinni się w nie wtrącać, odbierać je dzieciom? Każdy potrzebuje marzeń! Od razu uświadomiłem sobie, że gra by się spodobała, bo w prosty sposób, choć tylko „na niby”, spełniałaby odwieczne marzenie dziewczynek- być piękną księżniczką, po którą na białym rumaku przyjedzie przystojny i odważny królewicz. Modelka przecież jest jak księżniczka: piękne stroje, przystojni i bogaci faceci, a wszystko za to, że się jest kim się jest. Nie wierzę, by dziecko było w stanie uzmysłowić sobie całą ciemną stronę bycia modelką: Intensywna praca, bezsenność, napięcie, pośpiech, nagość sprowadzona do zawodowego obowiązku, przedmiotowe traktowanie (ruchomy manekin, który zamiast stać na wystawie, spaceruje po wybiegu), maniacy seksualni równający modelki z prostytutkami, chorzy z zazdrości, natrętni wielbiciele (stalkerzy), etc..


            Znowu ogarnął mnie krytycyzm, przypomniałem sobie kuzynkę, która w przeszłości przeszła przez anoreksję i do dziś płaci emocjonalne odsetki od tej choroby. Przypomniałem sobie też dziewczynę, którą poznałem jako 27- latkę, a która mimo wieku sugerującego dojrzałość, zupełnie nie ogarniała, czym jest seksapil- była przekonana, że można go zmierzyć i zależy od zbliżenia do magicznego ciągu wymiarów 58-88-58 (zdaje się, że wtedy taki był najbardziej „trendy”) i kilku innych mierzalnych parametrów. Ta dziewczyna, to jedna z ofiar kolorowych czasopism dla nastolatek i dyskusji z bywalczyniami dyskotek. Bladego pojęcia nie mam, co dziś kształtuje popkulturę w tej grupie wiekowej, ale z pewnością nie chciałbym się przyczynić do takiego zwichnięcia psychiki dziecka. Cały czas mam w pamięci wspomnianą kobietę, jej znajomość tabeli właściwych wag i wymiarów dla modelek i modeli wraz ze sposobami na szybkie zbliżenie się do „ideału”. Tak, bo ponoć i modele mają jakieś pożądane wymiary! Że to się ma nijak do rzeczywistości? Ale jest z tego kasa!

            Tak to sobie ważyłem wszystkie „za" i „przeciw". Wszystko przez wspomnienie zdarzenia sprzed kilku lat, gdy doprowadziłem do płaczu, zupełnie nieświadomie i wbrew własnej woli, uroczą pięciolatkę (A może miała wtedy lat cztery, albo sześć? Nie przypomnę sobie!). Kupiłem jej wtedy dwie (lub nawet trzy) pary markowych spodni. Niestety, w ciemnych kolorach- nie pomyślałem o tym, że dziewczynki marzą o ubrankach różowych, błękitnych, a najlepiej tęczowe (na Jowisza, mam nadzieję, że posłanka Pawłowicz mnie za to nie namierzy). Wtedy obiecałem sobie, że wybierając prezent, będę miał na uwadze dziecięce pragnienia. W końcu jednak zwyciężył we mnie stary piernik i kupiłem dziewczynce grę w kalambury, słodząc ją zestawem cukierków i czekoladek z baśniowej krainy słodyczy- rodzimej firmy „Wawel” (reklama zamierzona, choć zupełnie bezinteresowna). Nie jest łatwo wychować dziecko, skoro zwykły prezent przysparza tylu rozterek!

 

20:35, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (3) »
piątek, 26 września 2014

            Gratulując trenerowi Antidze oraz prowadzonej przez niego reprezentacji Polski wspaniałej walki zakończonej  zdobyciem mistrzostwa świata, nie sposób nie pokusić się o refleksję. Podczas tych mistrzostw otrzymaliśmy wszystko: Najwspanialszą w historii tej imprezy oprawę, najliczniejszą rzeszę świetnych kibiców i wywalczony po najcięższej z możliwych drodze tytuł mistrza świata. Gdy o tym myślę, dłonie składają mi się do braw, a usta do podziękowania. Tymczasem w Polsce....

            Stephane Antiga poddany został krytyce od samego początku. Że młody, że bez pojęcia, że odstawił Kurka i w ogóle, że Polak jak kogoś nie zgnoi, to mu owsiki na tyłku wysiedzieć nie pozwolą. Podobnie, krytyce poddane zostały same mistrzostwa i ich umiejscowienie w Polsce. Bo drogo, bo po co to, bo są inne, ważniejsze potrzeby. Te "inne, ważniejsze potrzeby", to ulubiony zwrot krytykantów, bo można go zastosować do wszystkiego, nawet do pełnego sukcesu wizerunkowego, finansowego i sportowego, czy jakiegokolwiek innego. Przecież zawsze można sobie wymyślić coś pilniejszego. Że to sprawa dyskusyjna? O to właśnie chodzi! Przecież to właśnie wtedy można zająć twarde stanowisko i robić za eksperta, a nikt i tak się nie dowie "co by było gdyby...", bo nastąpiło coś zupełnie innego. To jednak jest mały pikuś, idziemy dalej....

            Po zakończeniu MŚ, zakończenie kariery ogłosili Paweł Zagumny, Mariusz Wlazły, Krzysztof Ignaczak i kapitan, Michał Winiarski. Jak można się było spodziewać, nikt nie zamierza pozostawić ich w spokoju z tą ciężką przecież dla nich decyzją. Paradoksalnie, najwięcej zrozumienia i akceptacji wyraża trener Antiga, dla którego oznacza to przecież kłopot i mozolną budowę nowego zespołu. Najwięcej zaś do powiedzenia mają ci, co piłki odbić nie potrafią. Mało tego, padło nawet oskarżenie o to, że Fabian Drzyzga dostał miejsce w reprezentacji, bo komentujący w Polsacie tatuś mu to załatwił. Żeby rzucić taką potwarz, trzeba być tępym burakiem, który sam nie potrafi C.V. napisać, skoro wydaje mu się, że wszystko jest załatwiane przez znajomych! Tu brak mi jakichkolwiek słów.


            Żeby jednak nie było tak grobowo: Dopóki Stephane Antiga ma pogodną twarz, życzliwe usposobienie i potrafi zarazić tym całą reprezentację, dopóty nie mam obaw o kondycję piłki siatkowej w Polsce. Każdemu, a przede wszystkim sobie życzę wypełniania swoich codziennych obowiązków tak, jak ten człowiek- uczciwie, rzetelnie i z uśmiechem rozjaśniającym Świat.

 

12:36, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (1) »
czwartek, 25 września 2014

            Pośród objawów osiowych uzależnienia od alkoholu jest jeden, który brzmi dość łagodnie i bardzo łatwo go omówić, pomijając całą okropność tego właśnie czynnika. Mam tu na myśli koncentrację życia wokół picia. Można powiedzieć po prostu, że osoba uzależniona dobiera znajomych wśród pijących, organizuje sobie życie tak, by mogła się napić, nawet zarobione pieniądze w pamięci przelicza na ilość alkoholu, jaką można za nie zakupić. Tyle tylko, że to nie oddaje grozy i szaleństwa tego zachowania. Spróbuję je zatem przybliżyć na przykładzie dnia z życia alkoholika. To dzień dość szczególny, urodziny chrześnicy bohatera, który za wszelką cenę stara się obrócić go w swój tradycyjny rytuał spojenia do nieprzytomności.

            Byłem z nim umówiony. Odwiedziłem go, ale już w drzwiach usłyszałem tekst "Przepraszam, że jestem trochę nie w formie, ale córeczka mojego kolegi zmarła i żeśmy się z tego żalu z nim napili". Ponieważ z osobą nietrzeźwą nie ma o czym, ani po co rozmawiać, zapowiedziałem się na dzień następny- wspomniane urodziny i dość szybko opuściłem mieszkanie. Jednak w głowie pozostało mi olbrzymie poczucie zniesmaczenia. Wyobraźcie sobie: W jakiejś rodzinie zdarza się tragedia, umiera niemowlę. Głowa rodziny, ewidentnie uzależniony mężczyzna, ma kłopot z udźwignięciem tej straty. Zamiast jednak, jak przystało na mężczyznę, wesprzeć małżonkę i drugie dziecko, odchodzi się upić z "przyjacielem"- sępem, który tylko czyha na to, by oferować swą "pomoc" w przepiciu pieniędzy potrzebnych na pogrzeb, potrzebnych rodzinie do dalszego życia. Za sprawą takiego "wsparcia" w tak tragicznym momencie zniknął z rodziny ojciec, znikły też pieniądze. I właściwie nie było tu nawet sposobu, by wyrazić swoje oburzenie, gdyż nasz bohater był pijany.


            Następnego dnia stawiłem się, zgodnie z obietnicą. Babcia przyprowadziła chrześnicę, by chrzestny (syn babci) mógł dziewczynce wręczyć prezent, kupiony przez babcię, a wręczany jako jego własny, by małej jubilatce nie było przykro, że o niej zapomniał. Ale on nie zapomniał, po prostu dla niego jedynym codziennym celem jest organizacja picia: zarobić, ukraść, wyłudzić, czyli "zakombinować", a potem przepić. I tu wrzucę komentarz: Dla tego człowieka organizacja pieniędzy na picie (ewentualnie samego picia) wydaje się najważniejszym sensem każdego dnia- nie ma tu krzty przesady. Osobie, która nie zetknęła się z problemem uzależnień, łatwo jest go ocenić, jako ostatnie dno bez sumienia. Tymczasem on w takim momencie naprawdę robi to, co mu dyktuje mózg ogarnięty obsesją zdobycia alkoholu. Każda inna myśl jest spychana na bok, żaden problem się nie liczy, chyba że jako pretekst do picia. To nie jest planowanie z zimną krwią, to jest zaplanowane, ale pod wpływem obsesyjnej żądzy zaspokojenia głodu alkoholowego. Alkoholik głęboko wierzy w to, że w tym momencie MUSI zająć się piciem, a wszystko, co mu staje na przeszkodzie, jest przeciwko niemu. Każdy człowiek, każda okoliczność.


            Nadszedł moment, by odprowadzić jubilatkę do domu. Poszliśmy ja i babcia, gdyż chrzestny uznał, że odbębnił swoje i może organizować swój "normalny" dzień. Zdecydował tak, pomimo tego, że każdy z nas wiedział, iż rodzicom dziewczynki byłoby miło, gdyby ich odwiedził, bo mieli w planie zorganizować mały, rodzinny poczęstunek z okazji tego święta. Ponieważ obydwoje byli zapracowani, miało to się odbyć w pobliskiej pizzerii. Rezerwacja była na określoną godzinę, więc korzystając z chwili czasu, chciałem się poszwendać z aparatem po pięknej okolicy. Gdy to usłyszała babcia, natychmiast spróbowała na mnie wymóc, bym wziął ze sobą chrzestnego (zwróćmy uwagę na element współuzależnienia- babcia stara się, by ktoś zorganizował czas uzależnionemu chrzestnemu tak, by nie zdążył się napić). Było na to cokolwiek za późno, bo nasz bohater poszedł pić, gdy tylko znikliśmy z pola widzenia. Babcia wyszukała go w jakiejś bramie tuż przed spotkaniem rodzinnym i zaprowadziła tam. Nie wiem, jak zakończył dzień, gdyż po imprezie, musiałem jechać w swoją stronę. Nie pojedyncze zachowanie jest jednak istotne.

            Na powyższym przykładzie wyraźnie widać, jak każde wydarzenie, nawet tak radosne, jak kolejne urodziny małej dziewczynki, jest odbierane jako przeszkoda do ominięcia, jeżeli tylko stoi na drodze do picia. A z drugiej strony, każde wydarzenie, nawet tak tragiczne, jak śmierć kilkumiesięcznego dziecka, może być wykorzystane, jako pretekst do picia. Nie liczy się nic, nie liczą się uczucia bliskich, nie liczy się rodzina, nie liczy się tragedia, nie liczy się radość.

            Z pewnością każdy z czytelników miał okazję być zaczepiany przez pijących kolegów, żebrzących w różnych formach (czasem dość agresywnie) o umożliwienie im picia. "Pożycz dwa złote", "to weź no postaw piwo", "jest sprawa, bo nam zabrakło...", sposobów jest mnóstwo. Osoba trzeźwa odbiera to, jak upierdliwość, namolność, bezwstydność. Tymczasem umysł alkoholika widzi to zupełnie inaczej. Wstyd jest, bo wie, że musi się prosić i wie, że sam jest skazany na łaskę i niełaskę innych. Dlatego uruchamia setki mechanizmów. "Tak, tak, trzeba się wziąć za siebie, znaleźć pracę, tak, jasne, macie wszyscy rację, ale teraz dajcie mi się napić", "jak będę miał to przecież oddam", a tak w ogóle, to należy odłożyć wszystko na później, dziś, tylko dziś, liczy się picie. Niestety, już jutro, będzie znowu "dziś".

            Widzimy, że ładne, fachowe określenie "koncentracja życia wokół picia", wcale nie niesie za sobą niczego pięknego w rzeczywistości. To już nie jest zgrabna formułka. To jest beznadziejna, codzienna walka z poczuciem winy i wyrzutami sumienia, by zamiast zabrać się za problemy życiowe, skupić się na organizacji spożycia alkoholu. Tu można się upodlić do cna, zostawić rodzinę w tragicznym momencie śmierci córeczki lub przyczynić się do takiego porzucenia przez "kolegę", można zepsuć rodzinie urodziny dziecka, można zostawić wszystkich, na których alkoholikowi zależy, by znaleźć się wśród tych, dla których cel dnia jest ten sam: napić się. I nie jest ważne, że ludzie ci wcale nie są tymi, z którymi chciełoby się przyjaźnić, że drastycznie różnią się między sobą mentalnie, intelektualnie- alkohol wszystkich zrównuje. Oczywiście tylko na moment wspólnego zorganizowania libacji i opróżnienia tego, co jest "do dna".

            Ponieważ podczas pisania tego artykułu najbardziej zależało mi na tym, by czytelnik poczuł, co się kryje za zgrabnym określeniem "koncentracja życia wokół picia", jeszcze raz przypomnę: dobieranie pijących znajomych oznacza odrzucenie ludzi, na których alkoholikowi najbardziej zależy, do których ciągnie go serce i rozum, zainteresowania i uczucia. Planowanie zaś życia tak, by alkohol był zawsze na pierwszym miejscu, wiąże się z zaniedbaniem najważniejszych spraw, które dają satysfakcję, dumę, radość. Można pogrzebać pracę, odtrącić rodzinę, miłość, porzucić wszelkie pasje i zainteresowania, dać się poniżyć, samemu zejść do poziomu żebraka, byle tylko mieć czym się odurzyć. Chociaż zaczyna się od niewinnej pamięci o tym, by idąc na imprezę zawsze mieć flaszkę dla gospodarza, by udając się na biwak, spakować "coś mocniejszego- na wszelki wypadek". Najcięższe w tym wszystkim jest to, że alkoholik czuje całe swoje szaleństwo, ale i tak nie chce z niego wyjść, nie chce nawet o nim mówić.


14:07, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 września 2014

            To dopiero trzeba mieć zryty beret: Islamiści obiecują sobie w zamian za mordowanie niewiernych, 72 dziewice w niebie. Na ziemi zaś dają sobie prawo do gwałcenia kobiet.  W Polsce wcale nie jest lepiej, a im bardziej konserwatywny baniak, tym bardziej zboczone tkwią w nim fantazje. Dziś na przykład dowiedziałem się, że niejaki Ziemkiewicz "zażartował", iż "kto nigdy nie wykorzystał seksualnie nietrzeźwej kobiety, niech pierwszy rzuci kamieniem". Cóż, akurat to było do przewidzenia, gdyż podobne zaćmienia konserwatystom zdarzają się nader często: Krystyn, żartobliwie zwany Krystyną Pawłowicz twierdzi do spółki z Januszem Korwin Mikke, że wyzywająco ubrane kobiety chcą być zgwałcone, zaś nieżyjący już Andrzej Lepper, publicznie zastanawiał się "jak można zgwałcić prostytutkę?". Chyba szczytem bestialstwa wykazał się abp. Michalik twierdząc, że dzieci rozwiedzionych rodziców prowokują niewinnych księży do pedofilii. Chociaż nie, cofam to "największe bestialstwo"- doświadczenie uczy, że nie ma takiego bandyctwa, którego by się nie dało przebić. To jest wnętrze konserwy: mięcho, tłuszcz, skórki, wypełniacze i cały badziew, który da się tylko w niej zamknąć. Pamiętajmy jednak, że konserwa ma też swoje zewnętrze, a na nim kolorową etykietkę z pięknie wykaligrafowanymi literami, czasem nawet ozdobioną uśmiechniętą świnką, wesołą kurką lub kogucikiem, ewentualnie gąską.


            Etykietka jest prześliczna. Konserwa głośno domaga się wstrzymania edukacji seksualnej, tak się boi o biedne dzieci. Nie bała się przenoszenia księży pedofili do kolejnych parafii, ona się boi edukacji. Wiedza..., szkoła, być może rzeczywiście dla niektórych były one traumatycznym przeżyciem, ale przecież konserwa na zewnątrz boi się nie tylko wiedzy. Boi się sztuk teatralnych, boi się koncertów, boi się dekoltu i odsłoniętego uda, boi się nawet tego, że w zoo można zobaczyć kopulujące osły. Tak, tak..., poznańska radna PiS, Lidia Dudziak wyznała, że zgłosiły się do niej matki oburzone widokiem kopulujących na wybiegu osłów.  Jak zatem może dziwić opinia nadpapieża Terlikowskiego, który wydumał, że artystyczne ukazywanie piękna ludzkiego ciała (na przykładzie aktów polskich sportowców), to grzech. Swoją drogą, ciekawe, co by powiedział Myronowi?!


            Zastanawia mnie jak to jest, że im bardziej zaczadziały łeb, im intensywniej wymyślający, jak to kobieta powinna być zasłonięta, do kiedy winna być nietknięta i od towarzystwa płci przeciwnej (a nawet wiedzy o niej) odcięta, tym bardziej jest przekonany o tym, że w zamian za głośne rozpowszechnianie tych bredni, jemu akurat należą się wyzywająco ubrane, młode dziewice ("hard-cory" marzą o liczbie 72). Ogiery, cholera, co to mają problem z przygruchaniem takiej, co ich po prostu chce!

            Na zakończenie pytanko do czytelników: Czy orientujecie się, czy ktokolwiek badał wzajemną zależność między konserwatywnością poglądów a przyzwoleniem na przemoc seksualną? Pytam poważnie, bo moje pobieżne obserwacje wskazują na korelację!


23:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
sobota, 20 września 2014

             Nic nie rozumiem! To co ma w końcu robić ten biedny Donald, żeby Jarek był zadowolony? Przekaz jakiś taki niejasny! Miał odejść od władzy, a teraz ma wracać, bo wróg u granic, a prezes taki bezbronny i tuskowej opieki potrzebuje! I Radka Sikorskiego! Nagle okazuje się, że był niezastąpiony, a tu taki Grzesiu Schetyna, który miał być przez Tuska odstrzelony, dostaje "pośmiertnie" taką tekę. Chyba jedyny taki przypadek! Próbują to rozgryźć dziennikarze, próbują blogerzy, a PiS płacze i zdaje się, że laskę chce robić Amerykanom, bo ma pretensje do Sikorskiego, że on nie chciał. Ale ja nie o tym.

            To już nowa, świecka tradycja, że po każdym wydarzeniu medialnym, sieć zalewa fala "demotywatorów". Nie inaczej było po ogłoszeniu składu rządu Ewy Kopacz. Moją uwagę zwrócił jeden z nich, którego autor chciał być złośliwy wobec nowej ekipy, a niechcący wyśmiał sam siebie. Spójrzmy na obrazek poniżej.

 

"JA TEŻ BYM MOGŁA SFORMOWAĆ TAKI RZĄD W POLSCE".

            Odpowiadając: Tak, krowo, mogłabyś, bo mamy demokrację. Musiałabyś poświęcić na to pół życia, bez żadnych gwarancji, ale rzeczywiście, MOGŁABYŚ. Ponieważ jednak łazisz po łące, trawę żresz, a potem srasz, to masz to, co masz.

            Mieszkając na co dzień w Irlandii, odzwyczaiłem się od tego narodowego marudzenia na wszystko. Widzę, ile się  w Polsce zmieniło i najzwyczajniej w Świecie, zniesmacza mnie to wieczne szukanie dziury w całym. Niedawno miałem przyjemność odwiedzić Świeradów Zdrój. Kurort zmienia się nie do poznania, a w dodatku pomimo że nie jest to miejsce szczególnie oblegane, organizowane są regularnie ciekawe imprezy muzyczne. Krok po kroku odnawiane są zabytkowe pensjonaty, a i sam dom zdrojowy nabrał blasku. Widziałem także podniesiony z totalnej ruiny pałac w Pakoszowie i pałac w Wojanowie. Nawet w małych, biednych miejscowościach dzieje się to samo. Mam w planie przybliżyć wkrótce jedną z nich. Widziałem również całkiem sporo takich krów z demotywatora. Chwiejnym krokiem podążały w kierunku sklepu z winem prostym. To właśnie udając się za nimi, jesteśmy w stanie odkryć Dolny Śląsk widziany oczami prezesa Kaczyńskiego, tyle że akurat ja nie jestem zainteresowany podążaniem w tym kierunku.

            Jestem świeżo po pierwszym dniu jeleniogórskiej "Barejady"- corocznej imprezy nawiązującej do legendarnego reżysera, dokumentującego absurdy rzeczywistości. Stąd te refleksje. Polska się zmienia, ale niektórzy ludzie nie bardzo. Podczas piątkowych seansów, był jeden, który mną wstrząsnął szczególnie. "Jak to się robi", to dokument o tym, jak Piotr Tymochowicz robi wśród młodych ludzi casting na polityka. Wybiera takich, z których w jego ocenie, da się zrobić ostatnią mendę bez zasad. Takich współczesnych obywateli Piszczyków, konformistów zdolnych do każdej podłości. Widzimy, jak cynicznie podłącza ich pod inicjatywy w obronie chorych, czy też przeciw wojnie, mając cały czas na uwadze jedynie ćwiczenie swojej sfory w manipulowaniu ludźmi. Powoli podopieczni się wykruszają, bo sumienie nie pozwala im przekraczać kolejnych barier. Do końca decyduje się dotrwać jedynie największa menda. Akcja, niczym w dobrym thrillerze politycznym. Miejscami tak absurdalna, że gdyby to był film fabularny, zarzucilibyśmy autorowi scenariusza, że ma chore fantazje. Cały wic polega na tym, że to nie fabuła. To działo się naprawdę, nic nie zostało "ustawione" na potrzeby filmu. Ta menda została w końcu politykiem "Samoobrony", choć początkowo deklarowała ideowość oraz sympatie centroprawicowe (konkretnie, ówczesny PiS). Koniecznie obejrzyjcie ten film, a już nigdy tak samo nie spojrzycie na politykę. Zwróćcie uwagę, że Tymochowiczowi udało się bez problemu wciągnąć go na trybunę oficjalnych spotkań partyjnych, jako "przedstawiciela partyjnej młodzieżówki, mówiącego w jej imieniu" zarówno w partii Milera, jak i Leppera- nikogo tam nie obchodziło, że żadna młodzież nie widziała typa na oczy. Zamieszczam część pierwszą, całą resztę znajdziecie również na Youtube.

 

            "Dotykaj..., nie dotykaj", to oczywiście moja parafraza sceny ze słynnej "Seksmisji", gdzie Emma Dax (Bogusława Pawelec) nie może się zdecydować, czy chce, by ją Albercik (Olgierd Łukaszewicz) dotykał, czy nie dotykał. Prywatnie zachęcam wszystkich, by zauważać fakty, a nie pierdoły wciskane nam przez polityków i już dziś zapraszam na notkę o małej miejscowości Wleń, gdzie ponoć "nic się nie zmienia". Ukaże się ona pod koniec miesiąca (po moim powrocie do domu- dziś nie mam możliwości technicznych wyselekcjonowania i wykadrowania zdjęć). I raz jeszcze rekomenduję obejrzenie całego filmu "Jak to się robi".


13:11, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 września 2014

            Konsekwencje patologicznego nadużywania alkoholu lub środków odurzających dla rodziny osoby uzależnionej są dość dobrze znane. Problemem jest jednak uświadomienie społeczeństwu, że konsekwencje te dotykają (i to bardzo mocno) wszystkich, którzy się z osobą uzależnioną stykają. Zatem żadne "szkodzi sobie sam", tylko "szkodzi wszystkim, choć sobie i rodzinie najdotkliwiej". Ot, jeden zaledwie przykład z wczorajszego dnia.

            Czekałem na lotnisku w Cork na lot do Wrocławia. Do planowego odlotu była dobra godzina, gdy nagle usłyszałem jakiś bełkot, z którego zrozumiałem tylko "poczekajcie, chłopaki". Okazało się, że facet, który to wypowiedział, siedział sam i widział właśnie rzeczy, których inni nie widzieli, a to za sprawą nadmiernej ilości wypitego alkoholu. Chwilę później człowiek ten sięgnął do torby po butelkę whiskey, otworzył ją, pociągnął dobry łyk, który natychmiast zwrócił pod siebie. Pociągnął jeszcze raz i nawet nie zamykając butelki, postawił ją przy nodze, by odejść w objęcia Morfeusza. Mnie to wystarczyło.

            Każdy w zasięgu wzroku widział to samo, każdy z oburzeniem, niedowierzaniem, bądź politowaniem komentował zdarzenie, lecz nikomu nie przyszło do głowy zareagować, wobec czego ja, choć siedziałem wystarczająco daleko od podróżującego inaczej bohatera, by go móc zignorować, poinformowałem obsługę o zagrożeniu. Nie, nie robię tego wobec każdego pijanego, jednak ten już nie kontaktował, a przy nim stała otwarta butelka zawierająca 0,7 litra mocnego alkoholu. Zwlekanie z zawiadomieniem mogło jedynie pogorszyć sytuację. Tak, wiem, mogłem ja się nim zająć, ale skoro facet czuje się na tyle dorosły i wolny, by pić na umór, jest również wystarczająco dorosły i wolny, by przyjąć na klatę konsekwencje picia, a ja nie po to opisuję szkody, jakie wyrządza współuzależnienie i przejmowanie na siebie konsekwencji picia członka rodziny, by robić dokładnie to samo wobec obcego faceta. Poza tym mam wystarczająco dużo wyobraźni, by przewidzieć, że typ może kogoś zarzygać, upaść na dziecko, uderzyć kogoś swoim bagażem (przecież nie potrafi ustać na nogach), może też wywołać taką awanturę, że przez kilka lat będzie spłacać jej skutki (pamiętajmy, że to teren lotniska, już na części terminalu dla podróżnych po kontroli celnej, gdzie każdy wybryk jest traktowany jak zagrożenie bezpieczeństwa). Wzywając ochronę, pomogłem temu człowiekowi, choć zdaję sobie sprawę, że nie każdy to rozumie, zwłaszcza on.

            Po tych emocjach lotniskowych przyszła kolej na usterkę samolotu, która spowodowała opóźnienie lotu. Gdy wreszcie weszliśmy na pokład, myślałem że teraz już wszystko odbędzie się normalnie, tu jednak ukazało się w pełnej krasie szaleństwo tanich linii lotniczych. Po pierwsze, zgodzili się przejąć od policji lotniskowej pijanego podróżnika z mojej opowieści, który dzięki opóźnieniu lotu zdążył lekko oprzytomnieć i był w stanie samodzielnie zająć miejsce. Przyznam, że mnie to zbulwersowało, gdyż służby lotniskowe ewidentnie pozbyły się kłopotu, przekazując go polskim służbom, które czekały we Wrocławiu  poinformowane o kłopotliwej przesyłce. Moje zdziwienie wzbudził zwłaszcza fakt, że bezpieczeństwo podróżnych zostało tutaj ewidentnie zepchnięte na dalszy plan. Tymczasem okazało się, że to nie wszystko....


            ...Miałem miejsce przy oknie. Obok mnie siedziała zadbana, dojrzała kobieta, a miejsce przy korytarzu zajął osobnik wizualnie przypominający Artura Szpilkę. Gdybym powiedział, że przypominał go również z gadki, byłby to eufemizm, gdyż w jego monologu zawierało się znacznie więcej przekleństw oraz noszących zaśpiew przechwałki informacji, że "jara zioło", "kocha się bawić" i że jeszcze "musi dokupić piwo". Nie byłby to pełny obraz, gdybym nie zaznaczył, że wypowiedzi te były bardzo nerwowe, szybkie, składające się z niezliczonej ilości krótkich zdań. Jeżeli ktoś miał kiedyś do czynienia z ludźmi, którzy sporą część życia spędzili za kratkami, wie o czym mówię- łysy jegomość rozmawiał w charakterystyczny dla pospolitych kryminalistów sposób, a w dodatku odnosiłem wrażenie, że jest na speedzie lub innym pobudzającym środku (choćby na czaju). Gdybym należał do obsługi pokładowej, obserwowałbym go uważnie i stanowczo odmówił podania mu jakiegokolwiek alkoholu. Jednak szaleństwo tanich linii okazało się większe, niż przypuszczałem: do tej pory byłem świadkiem odmawiania podawania choćby piwa osobom zachowującym się podejrzanie, bądź zwyczajnie będących pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających. Tymczasem jemu przez cały czas lotu donoszono kolejne browary. Na moich oczach zakupił i opróżnił siedem puszek i naprawdę tylko czekałem, aż wda się z kimś w awanturę. Skończyło się na drobnym konflikcie z obsługą, która raz zawróciła mu uwagę na to, że nie zezwala na palenie e- papierosa. Nasz pasażer schował go, by po jakimś czasie go wyjąć i palić "z rękawa", jak smarkacz z podstawówki. Oczywiście załoga go przyłapała drugi raz i zagroziła poważniejszymi konsekwencjami, jeżeli nie przestanie. Przestał i nie zdąży zacząć na nowo, bo wylądowaliśmy. A..., z ciekawostek, oprócz tego że walił browara za browarem, zaczął żreć palcami makrelę wędzoną. Mój rząd siedzeń przemienił się w jakąś metę, gdzie koleś pije, pali i żre rybę. A wszystko to na oczach dość biernej obsługi.

            Na lotnisku miałem okazję jeszcze raz zobaczyć w akcji łysego, którego zgubiłem z oczu podczas kontroli paszportowej. Najpierw usłyszałem głośne otwarcie drzwi toalety, a potem wulgarny okrzyk głoszący mniej- więcej "teraz, kurwa, oddajcie mi jeszcze bagaż i spierdalać!"- tak, to był on, gadający sam do siebie (nikt mu nawet nie towarzyszył, więc nie popisywał się przed znajomymi). O dziwo, gdy zobaczył kilka trzyosobowych grup uzbrojonych strażników celnych (czekających na pijanego kolegę z początku opowieści), nagle oprzytomniał i zamknął jadaczkę. Szczęśliwie, był to koniec dodatkowych atrakcji związanych z tym lotem.


            Teraz siadam do pisania skargi do tanich linii lotniczych. To dla mnie niewyobrażalne, by dla drobnego zysku ze sprzedaży kilku dodatkowych puszek piwa, podawać podczas lotu alkohol jakiemuś niezrównoważonemu obywatelowi. Przerobienie ciasnych rzędów siedzeń na tanią knajpę, gdzie pozwala się pijaczkom pić alkohol bez limitu, żreć łapskami rybę wędzoną, ignorować polecenia obsługi, zakłócać lot wulgarnym, głośnym monologiem, to raczej jakaś scena z taniej komedii. Tymczasem zdarzyło się to 11.09.2014r., podczas lotu FR8856 na trasie Cork- Wrocław. I co, rzeczywiście osoba odurzająca się bez umiaru szkodzi tylko sobie?


15:20, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
wtorek, 09 września 2014

            Na temat depresji wiem niewiele, choć i tak więcej od przeciętnego człowieka. Ten fakt mnie przeraża, bo pomimo dochodzących z różnych stron wieści o kolejnych ofiarach tej strasznej choroby (ostatnio choćby Robin Williams, który oprócz niej, cierpiał również na alkoholizm), nadal niewiele się o niej mówi. Nie mam do powiedzenia nic od strony medycznej, ale opowiem Wam historyjkę.

            Mam w dalszej rodzinie rówieśnika, który od kiedy pamiętam, wydawał mi się dziwny. Zawsze budził moje współczucie, gdyż był półsierotą, a do tego jego matka wykazywała cechy osoby bardzo despotycznej, a jednocześnie uciekającej od życia w religię. Nie chcę się wdawać w oceny jej osoby, przytoczę tylko jeden znamienny fakt: W jej pogrzebie uczestniczyło 7 (słownie- „siedem”) osób. Nie przyciągała przesadnie ludzi, prawda...? Pochodzę z dość licznej rodziny, a to za sprawą rodzin obojga dziadków- na tym poziomie drzewa genealogicznego znajdowało się ok. 20 osób (rodzeństwo babci+ rodzeństwo dziadka), więc samego kuzynostwa na moim poziomie drzewa jest tyle, że nie sposób się znać każdy z każdym. Tymczasem ta śmierć zgromadziła osób siedem!

            Wracając do mojego bohatera: Współczułem mu, ale całym sobą od niego uciekałem, gdyż leżała komunikacja między nami. Człowiek ten uciekał od matki w jedyne miejsce, gdzie miał od niej przyzwolenie (oprócz szkoły, rzecz jasna)- do jednego z krakowskich klasztorów i chyba tam, bądź ze starych pism religijnych (nie mam pojęcia, gdzie indziej by mógł się tego nauczyć), nabył umiejętność posługiwania się językiem, którego nikt postronny nie rozumiał. Brzmiało to bardzo filozoficznie, ale słowo daję: bladego pojęcia nie miałem, co oznaczało. Jestem osobą komunikatywną, a mój zasób słownictwa jest raczej duży, a tu człowiek mówił do mnie polskimi słowami, ale zaczynając tyle wątków naraz, a w dodatku większość z nich używając w formie pytającej, że w efekcie nie wiedziałem, co powiedział. Mieliśmy wtedy po 16- 18 lat, potem zacząłem go unikać, a ostatni raz go widziałem, gdy mieliśmy lat 33 (ponad 10 lat temu). Już wtedy zwracałem uwagę rodzinie, że z nim coś jest nie tak, że normalny facet w jego wieku umie mówić zrozumiale, nie spędza czasu z mnichami, że porusza się wśród rówieśników. Wtedy byłem strofowany, gdyż człowiek ten był inżynierem, a większość mojej rodziny taką religijność uważa za DAR. Co się okazało na pogrzebie jego matki? Przez tych 10 lat z powodu depresji był bezrobotnym, który nie był nawet zarejestrowany- nie szukał pomocy, nie szukał pracy, uciekał od życia, gdzie tylko mógł. Facet przebywał w swoim świecie, który zamieszkiwany był również przez panią depresję. Gdy zmarła matka, został z chorobą, bez przyjaciół, bez więzów rodzinnych, z nieopłaconymi rachunkami i stu złotymi w gotówce. Nie wiem, co będzie dalej, bo wieść o tym wywołała w rodzinie mobilizację i podjęta została próba pomocy, więc jest jakieś światełko w tunelu, tyle tylko, że nie wiadomo, co ono oznacza.

            Przez dłuuuugie lata w tym mężczyźnie rozwijała się choroba, na którą nikt nie śmiał zwrócić uwagi, gdyż była przykryta religijnością- tabu, które każe udawać, że to, co jest chorobliwe i nienormalne jest normą, tyle tylko, że zbliżoną do boskiej doskonałości. Oczywiście bez problemu mógłbym teraz napisać, co o tym wszystkim myślę, tylko akurat uważam, że napisałem dokładnie tyle, ile z moją wiedzą trzeba. Całą resztą powinni się zająć ludzie, którzy doświadczyli depresji: jako chorzy, jako rodziny chorych, czy też jako lekarze.


 

00:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
piątek, 05 września 2014

ZŁOŚĆ PIĘKNOŚCI SZKODZI, A NIE BARDZO JEST CZYM SZASTAĆ!

            Pani ProfesÓr Poseł Pawłowicz (w skrócie PPPP) nie ma lekkiego życia: Jej język tolerują jedynie w najtańszych mordowniach, a ona przecież w Sejmie robi (za partyjnego głupka, ale robi i nawet jej za to płacą). Postanowiła więc od kogoś ściągnąć gotowy tekst. Jest! Manifest Marysi Sokołowskiej! Pani Profesór bez żadnej żenady zrobiła sobie "kopiuj- wklej" i poleciała z dziełem swej idolki umysłowej do redakcji "Super Expressu"- kliknij tu, by poczytać- podając je za swoje głębokie przemyślenia (wstyd, "naukowiec" rżnie od licealistki). I widzisz, Marysiu, do czego prowadzi organiczna wściekłość?! Jak będziesz dalej tak się nakręcać, to będziesz jak PPPP- nieszczęśliwa i samotna. To się przełoży na wygląd, spójrz na panią profesÓr! Ta kobieta przypomniała mi właśnie stary dowcip:

-Panie doktorze, chyba mam za dużo męskich hormonów!

-Po czym pani wnosi?

-Jestem agresywna, klnę jak szewc, łażę po knajpach, a ostatnio zaczęłam się golić, bo pojawia mi się zarost na twarzy, klatce piersiowej i tak w dół, aż do samego członka!


23:40, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (3) »
wtorek, 02 września 2014

            Dziś będzie temat oklepany, lecz kryjący pewien bardzo poważny mechanizm, który zdradzę na końcu notki. Nie wątpię, że zdajecie sobie sprawę, iż podczas dyskusji o uzależnieniach, bardzo często słychać takie stwierdzenia:

1. „Państwo nie jest niańką i nie powinno mówić zmuszać ludzi do leczenia”.

2. „Jak ktoś będzie chciał, o i tak się naćpa/ napije”.

3. „Na siłę jeszcze nikt nikogo nie wyleczył”.

            O ile są to chwytliwe i nośne hasełka, o tyle świadczą o kompletnym niezrozumieniu tematu. Zacznijmy od tej niańki.

            Przede wszystkim, nie schlebiajmy sobie zanadto. Człowiek uzależniony nie różni się wobec prawa od człowieka wolnego od nałogu i tak, jak państwo nie niańczy człowieka zdrowego, tak i nie niańczy osoby uzależnionej. Wyjątek stanowią osoby nieletnie lub ubezwłasnowolnione, ale to zupełnie inna bajka! Państwo zapewnia jedynie możliwość podjęcia fachowego leczenia i to jest pomoc. Można z niej skorzystać, bądź nie. Pewnie, że fajnie by było, gdyby korzystali wszyscy potrzebujący, ale skoro bronią się rękami i nogami, to nikt ich do pracy na terapii nie zmusi. Państwowe restrykcje dotyczą jedynie czynów karalnych, a odbycie terapii może być traktowane, jako okoliczność łagodząca.

            Skąd zatem zakaz handlu i produkcji narkotyków, a nawet uprawy roślin do tego celu służących? Skąd zakaz posiadania narkotyków? Skąd restrykcje dotyczące miejsc spożywania alkoholu, zwłaszcza w kontekście pracy, skąd wysokie akcyzy i specjalne zezwolenia na handel i produkcję alkoholu? Z pewnością nie po to, by niańczyć uzależnionych, lecz by chronić wolnych od nałogu- ze szczególnym uwzględnieniem nieletnich. Chodzi także o spokój, czystość, ciszę, bezpieczeństwo. Najbardziej jednak chodzi o to, że ponieważ uzależnienia są SILNIE ZAKAŹNYMI CHOROBAMI SPOŁECZNYMI (prócz kontaktu z samym środkiem uzależniającym, nałogom sprzyja kontakt z uzależnionymi, będącymi chorymi i nosicielami w jednym), ogranicza się dostępność tych środków i swobodę spożycia. Nie jest to niańczenie uzależnionych, a ochrona wolnych od nałogu.

            „Jeżeli ktoś będzie chciał, to i tak się naćpa/ nachla”. Właśnie, a państwowe restrykcje sprawiają, że wielu osobom się odechciewa na myśl o trudnościach, bo nie widzą sensu ich pokonywania. Ten sens widzą za to uzależnieni, ale jak już pisałem wyżej, pomocą dla uzależnionych jest terapia, a nie zakazy, ponieważ oni utracili już kontrolę.

            „Na siłę nikt nikogo nie wyleczył”. Tak, ale nie przeszkadza nam to pójść do lekarza z chorym dzieckiem, które się go panicznie boi. Uzależniony też się boi i też przymusza się go na różne sposoby, choć w większości, decyzja o użyciu przymusu leży w rękach współdomowników. Natomiast sama terapia, to taki rodzaj szkoły/ kursu/ treningu. Dziecko posyłamy do szkoły, pracownika na kurs. Jeżeli ktoś mówi „terapia komuś nie pomogła”, to cisną mi się na usta słowa „a tobie szkoła nie pomogła”. Terapia, podobnie jak szkoła, czy kurs, jest szansą. Stosując jej zalecenia, mamy 100% gwarancji skuteczności. Łamiąc zalecenia zmniejszamy szansę. Gdyby lekarz przepisał penicylinę, a chory jej nie wziął, czy miałby prawo używać stwierdzenia „lekarz mi nie pomógł”, „penicylina mi nie pomogła”? Identycznie dziecko, które się nie uczy nie powinno narzekać, że szkoła niczego go nie nauczyła.

            Zgodnie z obietnicą, obiecany mechanizm. Wymienione na początku trzy argumenty w ustach osoby uzależnionej nie są niczym innym, jak tylko próbą szantażu emocjonalnego. Takie „na złość babci, uszy sobie odmrożę”. Dziecko, któremu babcia każe nałożyć czapeczkę, najpierw mówi, że umie o siebie zadbać i nic mu się nie stanie. Gdy to nie robi na babci wrażenia, odgraża się, że i tak go nikt nie zmusi do noszenia czapeczki, a w ogóle to właśnie dlatego, że babcia mu każe ją założyć, to on nie założy i jeszcze się tak wytarza w śniegu, że na pewno uszy sobie odmrozi! Tymczasem czapeczka chroni nie tylko wnuczka, ale i rodziców przed zmartwieniami i wydatkami na leczenie oraz otoczenie dziecka, bo zdrowe dziecko nie zarazi innych swoją chorobą, więc mądra babcia mówi wtedy: „Ale to nie moja sprawa, wnusiu! Tato kazał tylko przypilnować, byś wziął tę czapeczkę. Jak zobaczę, że jej nie masz, to powiem tatusiowi, a on wtedy najpewniej da ci szlaban na telewizję, internet i smartfona. To twój wybór, wiesz co się stanie, nie mów, że nie uprzedzałam”. Historyjka jest błaha, ale szantaż emocjonalny już taką sprawą nie jest. Pamiętajmy, że w skrajnych przypadkach dochodzi do szantażowania samobójstwem, zdarzają się nawet udane samobójstwa z zemsty za nieugiętą postawę. Jeżeli szantażu nie zdławimy na początku, zwłaszcza jeżeli się przed nim ugniemy, zacznie eskalować i może naprawdę zakończyć się tragedią. Dlatego zawsze pamiętajmy: Dopóki nie faszerujemy uzależnionego narkotykiem, dopóki nie pomagamy w uzyskaniu komfortu spożycia, to nie my za to odpowiadamy. Odpowiadać będziemy dopiero, gdy się ugniemy przed szantażem i pomożemy uzależnionemu przyjmować środek uzależnienia. Choćby zwiększając komfort zażywania.


19:44, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
Tagi