RSS
poniedziałek, 29 października 2012

            Śmierć legendarnego kompozytora i wykonawcy poezji śpiewanej oraz muzyki filmowej, Przemysława Gintrowskiego przeszła prawie bez echa. Smutne to i tragiczne. Słowa „bard Solidarności” dziś straciły moc. Umierający w przededniu wybuchu wojny polsko- polskiej jego przyjaciel z zespołu, Jacek Kaczmarski, miał więcej szczęścia. Jeszcze nie było takiego uczulenia na słowo „Solidarność”, choć już jemu samemu nieźle się pośmiertnie zebrało od wszystkich, którzy "WIEDZĄ LEPIEJ". Jednak o jego śmierci mówiono dużo obszerniej. Dziś o Przemku jest cicho, a przynajmniej nie powiedziano nic ważnego. Ot, krótkie informacje z obowiązku dziennikarskiego.


            Nie chcę pisać typowej notki biograficznej, ale kilka spraw po prostu trzeba poruszyć. Przede wszystkim sprawę walki i odwagi. Wszyscy chyba wiemy, że trio Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński zasłynęło dzięki programowi „Mury” i to właśnie ten moment przesądził o tym, że Przemek będzie bardem, a zawód wyuczony inżyniera i fizyka, pójdzie nieco w odstawkę.


            Jeżeli komuś się zdaje, że oni po prostu grali, to tym bardziej jest mi przykro. To była mroczna komuna- za wykonywanie czegoś takiego groziły poważne kłopoty. Ot, władze uznały na przykład, że poziom artystyczny Teatru Na Rozdrożu, w którym wykonywano ten program, gwałtownie się obniżył i go zlikwidowano. Następny program, „Raj”, trio wykonywało głównie w kościołach, bo dyrektorzy scen i teatrów bali się przyjąć tych młodzików z wilczymi biletami. Radio, telewizja??? Zapomnijcie! A żyć z czegoś trzeba! Kolejny program, „Muzeum”, został przerwany stanem wojennym. Gdy dziś widzę jakiegoś gnoja typu tego przestępcy internetowego od strony „Antykomor”, który płacze że ma cenzurę i porównuje ją do komuny, bo mu do prezydenta nie pozwalają wirtualnie strzelać, ani gwałcić jego żony, to mam ochotę pas ściągnąć i tyłek mu publicznie złoić, a dodatkowo na przymusowe lekcje historii skierować. Wracając do tematu: Trio zawiesiło działalność- Jacek został na Zachodzie, a Przemek ze Zbyszkiem w Polsce. Dawali kameralne koncerty, często ich gościł Jerzy Popiełuszko, który później przez bezpiekę został zamordowany właśnie za „wrogą działalność”. Jego ulubioną piosenką był „Powrót”, co często podkreślał na późniejszych koncertach Przemysław Gintrowski. Na wszelki wypadek przypomnę różnicę, między buntem w tamtych czasach, a obecnie. Dziś mamy wolne, równe, bezpośrednie, tajne i powszechne wybory, a wtedy byliśmy niewolnikami, nie mieliśmy możliwości demokratycznego wyboru, więc opór był jedynym sposobem egzekwowania prawa do wolności. Dziś tę wolność mamy, choć niektórym się wydaje, że wolność, to ich widzi- mi się. Niestety, a właściwie stety, to coś zupełnie innego, gdyż państwo, to odrobinę więcej,  niż Zenon Manciula, który akurat ma jakiś kaprys i domaga się jego spełnienia od państwa.


            W stanie wojennym Przemek pracował nad bardzo ciekawym programem p.t. ”Kamienie”. I znowu, smutek mnie ogarnia, gdy myślę, że o autorze znakomitych tekstów z tego programu, Jerzym Czechu, nie można znaleźć w sieci żadnej sensownej notki. A on zrobił tam naprawdę kawał dobrej roboty.


           Wracając do Gintrowskiego: Po zawieszeniu działalności tria, działał solowo, komponował też muzykę do filmów. Zaczął od utworu dla Wajdy, „Ballada o Janku Wiśniewskim z „Człowieka z Żelaza”, to jego muzyka. W Wikipedii znajdziecie cały jego dorobek- kliknij, jeśli chcesz poczytać- ja tylko przypomnę, że muzyka do „Matki Królów”, muzyka do „Zmienników”, muzyka do filmu „Tato” z dość znaną kołysanką, muzyka do „13-go posterunku”, to jego partytury. W wolnej Polsce, po upadku PRL, Przemysław  Gintrowski tworzył głównie solowo, głównie muzykę filmową. Kończył też sam to, co zaczął z Kaczmarskim i Łapińskim, czyli muzyczne interpretacje poezji Zbigniewa Herberta. To bardzo istotny i ważny dla niego samego fragment jego twórczości. Z Kaczmarskim rozeszły im się drogi przez wizje artystyczne i chyba przez politykę, gdyż Jackowi bliżej było do liberałów spod znaku UW i PO, podczas gdy Gintrowski wolał środowiska PC i PiS. Mimo to, panowie utrzymywali kontakt, a Przemysław Gintrowski do ostatnich dni wspierał Jacka Kaczmarskiego w walce z chorobą nowotworową, przyłączając się do inicjatyw artystycznych organizowanych w tym celu. Przeżył Jacka nieco ponad siedem lat.


            Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę wszystkich tych, którzy mają kłopot z podawaniem ręki, jak szczęśliwie się złożyło, że Przemek tego kłopotu nie miał.


            Kto by wówczas poznał "Modlitwę o wschodzie słońca" „tego Żyda”, Natana Tennenbauma, którą zaczynała się każda msza święta (sic!) w strajkującej Stoczni Gdańskiej wówczas im. Lenina.


            Kto by znał programy Mury, Raj i Muzeum, stworzone z „innym Żydem”, Jackiem Kaczmarskim?


            Czy powstałaby ta przejmująca piosenka, napisana przez znienawidzoną w pewnych kręgach Osiecką i śpiewaną przez znienawidzoną w tych samych kręgach Jandę, co to się ośmieliła publicznie wspomnieć, że od dwóch lat słyszy tylko o samolocie.


            A czy Bareja byłby godny współpracy? Wszak śmiał się w swoich filmach z Polaków!


            Czy powstałaby Ballada o Janku Wiśniewskim napisana na potrzeby "tego Żyda", Wajdy?! Tak, tego Wajdy, który był jak chorągiewka na wietrze, ale jednak zrobił kilka filmów, których nikt inny zrobić by się nie odważył.


             Bo wiecie co??? Tak sobie myślę, że dzisiejsi „bohaterowie” nie dali Gintrowskiemu szansy. W tamtych czasach „bohaterski” Rymkiewicz miał pełno w spodniach i działał w komunistycznych organizacjach, na jego teksty Przemysław Gintrowski liczyć raczej nie mógł, jakoś tak odważniej zaczął wspierać „prawdziwych Polaków” gdy już mu nic nie groziło! Cała reszta dzisiejszych krzykaczy też nie miała nic do zaproponowania, bo albo nic nie potrafili, albo się bali, albo jedno i drugie.




22:53, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
niedziela, 28 października 2012

            Kropla wody jest śliczniutkim przykładem ideału. W stanie nieważkości jest idealną kuleczką. W atmosferze ziemskiej, spadając, przybiera kształt gwarantujący jej najmniejszy opór. Słowo honoru, takie to zmyślne jest. I mimo, że opór będzie wzrastać, to kropelka będzie przybierać kształt dobrany idealnie do tego oporu. Naprawdę! Na całym Świecie inżynierowie w biurach projektów mozolnie głowią się nad kształtami gwarantującymi najmniejszy opór: Liczą, rysują, zawracają głowę laboratoriom, każą odmuchiwać i opomiarowywać zadane modele, a kropla w jednej chwili kic- i jest najmniejszy możliwy opór. Aż chciałoby się rzec: „O, Wielka Węglowodanowa Istoto, o, Latający Potworze Spaghetti, jakże idealnie to urządziłeś nam, maluczkim, dzięki Ci, mackosławiony między posiłkami”!


            Chociaż z drugiej strony patrząc, to ta idealna kropla, po prostu nie ma innego wyjścia. Siła oporu na nią naciska (w każdym miejscu odrobinę inaczej), a ona musi ustąpić i się przemieścić. Ale nie przemieści się dalej, niż do kształtu gwarantującego minimalny opór, bo jakby chciała przybrać kształt inny, to większy opór, jak sama nazwa wskazuje, naciskałby z większą siłą i nie pozwalał na przyjęcie tego kształtu. Rzeczona kropla, chcąc- nie chcąc, choć ciągle jest ściskana ze wszystkich stron oporem, to oporem najmniejszym. I nie potrzeba inteligencji żadnego projektu. Nawet, jeżeli miałaby to być Wielka Węglowodanowa Istota. Kropla doskonale obywa się bez niej, bo załatwi to tępa siła.


            Pocieszę Was, że doskonałość kropli niekoniecznie by nam odpowiadała. To na wypadek, gdyby się komuś marzyło podróżowanie kroplą. Żaden to komfort, gdyby w imię mniejszego oporu kropla wgniatała się w naszą twarz tworząc jedną maskę. W dodatku reagowałaby też na inne siły, więc w zakrętach przyjmowałaby bardzo dziwne kształty, niekoniecznie dostosowane do kształtu naszych ciał. Dlatego chwilowo pozostajemy przy naszych inżynierach, spożywając makaron. Ramen.

 



12:07, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
środa, 24 października 2012

            Od jakiegoś czasu zacząłem mieć problemy z komunikacją telefoniczną ze znajomymi- po prostu rachunki zaczęły mnie przerażać. Gdy zbadałem sprawę, okazało się, że mniej- więcej od roku, Polacy w Irlandii, kierowani odruchem stadnym, przenoszą numery do pewnej sieci, nazwijmy ją Fiu- Bździu. No i połączenie z tą siecią kosztuje dużo więcej, chyba że i ja się tam przeniosę, wtedy w jednej z opcji mogę mieć nawet rozmowy w obrębie tej sieci gratis. To jest do rozważenia, ale muszę znać taryfy opłat do innych sieci i za granicę. Telefon jest mi potrzebny do dzwonienia tam, gdzie chcę, a nie tam, gdzie mam gratis. Dotychczasowy operator mocno mi podpadł i chcę wyjść zarówno z broadbandu, jak i z telefonii, więc nadarza się okazja zwłaszcza, że jeden telefon mi siada i chętnie ten numer przeniosę. Próbowałem zrobić rekonesans na stronie internetowej Fiu- Bździu, ale nie znalazłem tabeli opłat, tylko nazwy poszczególnych planów (bez wyjaśnienia, co to oznacza). Ponieważ napatoczył mi się znajomy Polak, postanowiłem go podpytać.

-Cześć, w jakiej jesteś sieci?- Spytałem.

-Fiu Bździu- odpowiedział.

-Opłaca się przenieść?

-Jasne, to jeszcze się nie przeniosłeś?- Okazał zdziwienie, a ja nie wyjaśniałem mu, dlaczego pytanie uważam za głupie.

-Jakie tam są opłaty?

-Za darmo.

-Chyba w sieci.

-Wszyscy tam teraz są.

-Wydaje ci się, mnie tam nie ma. Ile kosztują rozmowy do Polski?

-To se na skype wejdź!

-Nie każdy ma, to ile?

-Wiesz, że nie wiem, ale opłaca się, bo jak przenosisz numer to na przykład (tu pada nazwa modelu telefonu) kosztuje tylko 150 euro, a wszędzie musisz dać co najmniej 350.

-Ja nie chcę dać 150 za telefon.

-Ale on ma (tu pada zestaw nikomu niepotrzebnych funkcji).

-Człowieku, mnie interesuje telefon z mocną baterią i aparatem z matrycą ok. 2Mega, bo gdybym miał stłuczkę, to chcę zrobić zdjęcia.

            Potem kolega uświadamiał mnie, że jak gdzieś jadę, to sobie mogę wejść na net. Ja go uświadamiałem, że na net wchodzę, gdy mam wygodne siedzenie, laptop i kawę pod ręką- telefon służy do rozmowy, tak się, kurwa, przyzwyczaiłem. No to on mi na to, że „se mogę ściągnąć muzykę”, ja mu na to, że od tego mam wieżę, mam wrażliwe uszy i nienawidzę „pierdziuchy” z telefonu.


            Ponieważ niewiele się dowiedziałem od kolegi, udałem się do autoryzowanego punktu sieci. Zgarnąłem wszystkie prospekty i wróciłem do domu pewien, że znajdę szukane informacje. Myślicie, że znalazłem? A taki ptaś! Komu potrzebna tabela opłat, skoro jest wielka informacja, że ja od nich dostaję 100 minut gratis?! Cholera, no mnie jest potrzebna, bo 100 minut to sobie mogą wsadzić, gdybym tyle rozmawiał, to wystarczyłaby mi budka telefoniczna (cholera, z budkami ostatnio w Irlandii krucho- polikwidowali). Dobrze, że znalazłem dokładny opis telefonów, bo chyba bym zeżarł te prospekty z wściekłości. Postanowiłem wrócić do punktu. Spytałem o tabelę opłat.

-Mogę dostać tabelę opłat?

-Mamy promocję, dostajesz 100 minut gratis.

-Wiem, wszędzie to piszecie, interesuje mnie tabela opłat.

-29 centów za minutę.

-Nie macie tabeli?

-Nie, ale jest 29 za minutę, napiszę ci.

-Wszędzie?

-W sieci za darmo.

-Tak, wiem, ile do UE, a ile do USA?

-Do UE 35.

-Bez różnicy, na stacjonarne, czy komórkowe?

-Właściwie nie wiem, Ciara, czy 35 do Europy jest wszędzie, czy tylko na stacjonarne?- Spytała koleżanki.

-To powinno być na stronie- odrzekła koleżanka.

-Nie ma na stronie- odpowiedziałem.

-To nie wiem, „SORRY FOR THAT”.

            Uwielbiam tę magiczną formułę. W tym kraju kończy się nią wszystkie dyskusje. Gdy ktoś coś schrzani, to wygłasza te magiczne słowa i wtedy niegrzecznie jest dalej drążyć temat, bo wyjdzie się na psychopatę. Gdy chciałem odejść, pani jeszcze próbowała mnie zatrzymać specjalną ofertą superświetnego telefonu, na którym mogę bardzo komfortowo łączyć się z internetem. Powiedziałem, że lubię swój laptop i odwróciłem się na pięcie. Pani jeszcze krzyczała, że mogę łatwo ściągać muzykę, ale nie wiedziałem, jak jej przetłumaczyć słowo „pierdziucha”, której przecież nie lubię, gdyż szanuję wrażliwe uszy.

 



23:02, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 22 października 2012

            Pod notką „Alkohol, wola i kontrola” mieliśmy dość ciekawą dyskusję. W pewnym momencie ktoś z komentujących, bodajże była to Deva, napisała że przekonuje się po raz kolejny, że nie powinna zabierać głosu w sprawie alkoholizmu, gdyż zbyt mało wie. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek tak stawiał sprawę. Po prostu powinniśmy mówić o tym, co wiemy, co widzieliśmy- wtedy nie grozi nam zagonienie w kozią uliczkę. A całą resztę informacji możemy zgarnąć od tych, co wiedzą więcej, przy czym ja rekomenduję terapeutów uzależnień i bezpośrednią rozmowę, ponieważ można się na bieżąco dopytywać o wątpliwości. Inną dobrą  metodą jest lektura fachowej literatury- ostrożnie z informacjami z internetu, ostrożnie z informacjami prasowymi- szczerze mówiąc, nigdy nie zdarzyło mi się widzieć rozmowy rzetelnie przygotowanego dziennikarza z terapeutą uzależnień- dziennikarze przychodzili sobie, jak na rozmowę o tabliczce mnożenia, wydawało im się, że coś na ten temat wiedzą, a potem sadzili takie babole, że aż strach. Jeżeli taki koleś postanowi samodzielnie napisać artykuł, to wychodzi z tego stek bzdur. Wracając do tego, co każdy z nas może mówić na temat alkoholizmu: To historie, których byliśmy świadkami. Pod jedną z notek jakiś dzieciak napisał mi, że to „kolejna łzawa historyjka według tego samego schematu” sugerując, że historia musi być zatem nieprawdziwa. Właśnie o to chodzi, że schemat zawsze jest ten sam. Różnią się tylko detale. I można się o tym przekonać, opowiadając historie osób uzależnionych. I właśnie dlatego, że schemat ZAWSZE jest ten sam, żeby pomóc alkoholikowi, należy go skierować na terapię.

            Dziękując Ikce za obszerne wyjaśnienia w komentarzach (to dla mnie bardzo ważne, gdy osoby wykształcone w kierunku walki z nałogiem, udzielają swoich opinii, bo widać wtedy, że to nie tylko Woland się mądrzy, ale są i inne osoby, które potrafią podać spójny ciąg przyczynowo- skutkowy o podobnym wydźwięku) zamieszczam link, który Ikka przesłała, a jest to krótka informacja o wysoko funkcjonujących alkoholikach- kliknij, tu jeśli chcesz poczytać). Na tej stronie znalazłem jeszcze jeden link, który ja z kolei polecam, bo wiąże się z tematem ściśle i w sposób nad wyraz bolesny- kliknij, by poczytać i obejrzeć, bo filmik reklamowy też jest istotny.


            Wysoko funkcjonujący alkoholicy, podobnie jak marihuaniści, są skłonni do bagatelizowania problemu, bo potrafią się nieźle kamuflować przed społeczeństwem. No i wydaje im się, że skoro tego nie widać, to tego nie ma. Jest jednak pewien obszar życia, gdzie alkoholik, tudzież marihuanista, daje dupy na całego i jest to widoczne, jak na dłoni. Jest to WYCHOWANIE DZIECI. Tu nie potrzeba wielkich umiejętności, zakres pierwszej klasy szkoły podstawowej. Doba ma 24 godziny. Człowiek śpi 8 godzin, 8 godzin spędza w pracy. Jakieś 4 godziny, to czynności takie, jak dojazdy do pracy, zakupy, jedzenie, utrzymanie domu, higiena osobista. To kiedy, do cholery, osoba uzależniona może się zająć swoimi dziećmi, jeżeli pozostałe 4 godziny poświęci na zbetonienie się marihuaną, alkoholem, bądź inną substancją do rycia beretów?! Dziecko, to nie zwierzę hodowlane, nie wystarczy mu żreć rzucić do koryta, choć wiem, że są ludzie, którzy do zapewnienia dóbr materialnych chcieliby sprowadzić obowiązki rodzicielskie.


            Moja dobra znajoma, małżonka kumpla, którego znam od ogólniaka powiedziała mi przed którymś z moich przylotów do Polski, że ich córka bardzo się ucieszyła, gdy usłyszała, że ich odwiedzę

–Jak to możliwe, że dziecko mnie pamięta i lubi, przecież bywałem u was tak rzadko- spytałem. Koleżanka odpowiedziała mi coś w stylu:

-Nie bój się, dziecko wyczuje. Jak ma do porównania takiego Radzia albo Cinasa, to cię lubi i pamięta.

            Początkowo mnie to mile podłechtało, ale nie zastanawiałem się nad przyczynami. Cinasa nie widziałem od 15 lat, a o Radziu wiem, że zrobił się cholernie mrukliwy i wręcz agresywny, więc pomyślałem, że z Cinasem jest podobnie. Dopiero później skojarzyłem, że obaj są takimi żłopami, że gdyby była w tym Liga Mistrzów, to by się na pewno kwalifikowali. Oczywiście, jeżeli oni ich odwiedzają, to malizny nie ma. Nie chcę tutaj podawać ilości alkoholu, jakie ci panowie potrafią w siebie wlać, żeby nie wywoływać niezdrowego podniecenia wśród dzieci będących na etapie zachwytu nad swoimi możliwościami w piciu i chwalenia się osiągnięciami, czy też rekordami. Powiem tylko, że to, co zwykłego śmiertelnika przyprawia o utratę świadomości, moich znajomych nastraja do wyjścia na podbój miasta. Możliwe, że każdy z nich, cała trójka, czyli mój kumpel, Radzio i Cinas, są wysoko funkcjonującymi alkoholikami. Biedy u nich nie ma, żyją w nowych apartamentach, mają stabilne prace. Tyle, że dziecko boi się ich wizyt.


            Spróbowałem przypomnieć sobie, jak ja reagowałem w dzieciństwie na alkoholików. Ponieważ moi rodzice nie pili (powiedzmy, że mieli inne poważne odstępstwa od normy, ale nie pili, ani nie urządzali pijackich imprez), przypomniałem sobie moje wizyty u szeroko pojętej rodzinki (rodzinka za to prawie w całości miała problemy z alkoholem, konkretnie męska część rodzinki). Były takie momenty, gdy byłem naprawdę przerażony, bo jacyś wujkowie ogarnięci przypływem serdeczności spowodowanym kilkoma głębszymi, obiecywali mi rower albo inne cuda na kiju, by po kilkunastu minutach upaść, rozbić sobie łeb i wyglądać jak monstrum z filmiku z linka. To naprawdę dość przerażające, gdy obok dziecka pada dorosły facet. Widok takiej masy padającej bezwładnie, grzmotnięcie o ziemię, to robi wrażenie. Nie musi być upadku, wystarczy, jeśli dorosły się zatacza i dziecko cudem uniknie staranowania przez takiego nieszczęśnika. Sięgnąłem sobie też pamięcią do tego, jak wygląda wspomniany przeze mnie kumpel, gdy mocno przedawkuje alkohol. Bardzo siada mu na mowę, niewiele jest w stanie powiedzieć, kiwa się bezładnie przy stole i jego twarz zaczyna wyglądać niesłychanie tępo, zupełnie jak człowieka upośledzonego psychicznie. On na szczęście nie gania wtedy po mieście, tylko idzie spać, lecz zanim się położy, walczy do końca przy stole, a jego wycieczki do kibla są prowadzone takim krokiem, że Monty Python mógłby go skopiować do skeczu o Ministerstwie Głupich Kroków. Nie dziwię się, że dziecko boi się wtedy ojca.


            Zwróćmy uwagę, że cały czas mówię o wysoko funkcjonujących alkoholikach- dziecko ma tu o tyle dobrze, że ma swój pokój do nauki, ma ciepło, jest najedzone. Nie ma tylko tatusia. Jeżeli w tym miejscu marihuaniści się cieszą, że oni nie wyglądają tak strasznie i są w jakiś sposób lepsi, to od razu im mówię, że im się tak tylko wydaje. Dzieci doskonale wiedzą, że są w jakiś sposób zagrożone. Tatuś zamieniony w zbetonionego misia koalę po kilku chmurkach też nie wzbudza zaufania. Paradoksem jest, że pijanemu się wydaje, że jest trzeźwy, dopóki nim o glebę nie zamiecie, a zbakanemu się wydaje, że ma kontrolę cały czas, nawet większą, bo jest ostrożniejszy. Widział ktoś pacjentów szpitala psychiatrycznego na spacerze? Ja widziałem- mam znajomego mieszkającego przez płot z takim przybytkiem. Są nafaszerowani psychotropami, więc też są OSTROŻNI. Polecam ten widok każdemu marihuaniście.

            Na zakończenie chciałbym zwrócić na coś uwagę. Zauważyliście, że starałem się nie poruszać najbardziej drastycznych przypadków w relacji uzależniony rodzic- dziecko? Mimo to, notka nie napawa optymizmem. Zazwyczaj realia są dużo gorsze. Dzieci uzależnionych cierpią niewyobrażalny wstyd, nie zapraszają do domu znajomych, izolują się od rówieśników. Pewna znajoma, córka alkoholika, mówiła mi, że dlatego tak się zaprzyjaźniła z kuzynką, moją ówczesną dziewczyną, bo mieszkała w innym mieście. Choć ta kuzynka też była córką alkoholika, to dla tej znajomej, to już nie był jej ojciec. Nie było więc wstydu, tam czuła się swobodnie. Osobnym tematem jest przemoc i znęcanie się psychiczne nad dziećmi, podobnie jak osobnym tematem jest bieda wynikająca z nałogów. Cały rozmiar destrukcji jest ciężko objąć. Znajomi niewiele widzą (to tylko mały wycinek dokonań uzależnionego), nieco więcej widzi najbliższa rodzina, choć przed nią uzależniony stara się kryć, najwięcej powinien widzieć sam uzależniony, ale on przecież miewa urwane filmy, bądź wypiera przykre wspomnienia ze świadomości. Ciężko poskładać całość zdarzeń, a i tak to, co da się poskładać, jest przerażające.



Tagi: alkoholizm
23:34, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (12) »
środa, 17 października 2012

Motto:

            Wy nam mówicie: Europa. A tu, co postawimy mleko na kwaśne, to skądś wyłażą garbate karzełki i szczają nam do garnków.

Sławomir Mrożek, „Z ciemności”.

 

            No i mamy za swoje: Rozpoczęło się szukanie winnych po wczorajszym cyrku z dachem, co to go nie zamknięto, by nie zamókł w czasie deszczu. Gdy obejrzałem memy (kliknij tu, jeśli też chcesz obejrzeć), miałem taką polewę, że postanowiłem sobie nie komentować tego wydarzenia, bo po co psuć tak świetną robotę internautów. Nie wytrzymałem jednak długo, bo odezwał się PZPN i krew mnie jasna zalała.

            PZPN będzie się domagał odszkodowań od Skarbu Państwa. Za co? Swoje wyjaśnienia PZPN złożyło tu (kliknij, by poczytać). Ja komentarz do tych wyjaśnień składam poniżej:

            Wyobraźcie sobie, że o tym, czy dach zamknąć, czy pozostawić otwarty, decyduje KOMISARZ (nomen omen) meczowy FIFA. Gdybyście nie wiedzieli, jak działa KOMUNA I CENTRALNE PLANOWANIE, to mieliście przykład (przyjeżdża koleś z centrali, żeby zdecydować, czy dach zamknąć). Komisarz ten podejmuje decyzję w porozumieniu z sędzią oraz przedstawicielami obu drużyn. PZPN przezornie nie poinformowało, kto ma głos decydujący i jak się rozkłada odpowiedzialność. Podobnie, jak nie wiadomo, co oznacza termin „przed meczem”. Tydzień..., dzień..., pół minuty...? Mechanizm składania i rozkładania dachu posiada jednak ściśle określone założenia eksploatacyjne (i słusznie, bo gdyby się zwalił ludziom na głowy, to nikt by im życia nie zwrócił). Jednym z nich jest zakaz wykonywania tej operacji podczas obfitych opadów. Jednak KOMISARZ MA W DUPIE DANE TECHNICZNE i decyzję ogłasza, kiedy ma kaprys, a kaprys ma, gdy jest taki opad, że chyba ktoś modlitwę o deszcz cichaczem zamówił. I okazuje się, że chociaż to KOMISARZ podejmuje decyzje, to za stan murawy odpowiada operator Stadionu Narodowego, czyli działające w imieniu Skarbu Państwa, Narodowe Centrum Sportu. Innymi słowy: Dachu nie ruszać, kurwa, dopóki KOMISARZ nie pozwoli, ale jak zaleje, to po mordzie chłopca do bicia, czyli tzw. „PAŃSTWO”.

            Wygląda mi to trochę tak, jakby SOŁTYS z KOMPRACHCIC kupił pierwszy we wsi samochód z rozkładanym dachem, postawił go pod domem, żeby sąsiedzi widzieli i wrzasnął sołtysowej, żeby NIKT SIĘ NIE WAŻYŁ DACHU DOTYKAĆ. Potem poszedł z kompanami na gorzałę, oblać zakup. W międzyczasie niebo się zaciągnęło, lecz sołtysowa nie pozwoliła dzieciom dachu zamykać, żeby jej małżonek kości nie porachował. Gdy sołtys nawalony wrócił, zastał nowiusieńki samochód zalany, więc ściągnął pas i walić na oślep zaczął sołtysową, bo pilnować trza było: FOLIĄ NAKRYĆ ALBO CO?!

            Najgorsze jest jednak to, że jest jeszcze gorzej, niż w historyjce z sołtysową, bo tam sołtys przynajmniej za samochód zapłacił, natomiast FIFA za stadion nie płaciła, nie płacił tym bardziej żaden z jej komisarzy. I mimo to, prawo najprawdopodobniej jest po stronie FIFA, choć jest to prawo idiotyczne i wołające o pomstę do nieba. Nie przemogę się, by skomentować to rzymską sentencją „DURA LEX, SED LEX”, ponieważ nie jest to twarde prawo, ale debilne prawo! Skarb Państwa natomiast, najprawdopodobniej dostanie tu w dupę tak, jak dostaje w dupę obywatel od Urzędu Skarbowego, gdy urzędnik przedstawi mu inną interpretację prawa, niż urzędnik sprawdzający zeznanie tego samego obywatela.

            Czy można było coś zrobić? Cóż..., po aferze z zamkniętym dachem podczas meczu Polska- Grecja, wypadałoby się zastanowić, co zrobić, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Najwidoczniej zastanawiał się ktoś z upośledzeniem procesów myślowych. Na zdrowy rozum, po meczu otwarcia Euro 2012, należało słać monity do FIFA, by zmienić umowę, bo można się spodziewać dalszych konsekwencji idiotycznych decyzji.


            Szczerze mówiąc, chciałbym dożyć czasów, gdy Unia Europejska dostrzeże, jak jest dymana przez FIFA oraz jej europejską przedstawicielkę, UEFA i zrobi z tym porządek: Albo ukróci bezkarność tego molocha polubownie, na drodze negocjacji, albo stworzy konkurencyjną federację z konkurencyjnymi Mistrzostwami Europy. Świat się prędzej, czy później przyłączy, póki co, to Europa w temacie piłki nożnej nadal rozdaje karty.



21:19, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
niedziela, 14 października 2012

            Jedną z podstawowych pomyłek popełnianych w ocenie postępowań związanych z używaniem alkoholu jest powiązanie z tą czynnością woli. Nie jest to zgodne z prawdą: Używający alkoholu mogą posiadać nad spożyciem trunków KONTROLĘ, bądź jej nie posiadać. Wola ma znaczenie tylko w wypadku posiadania kontroli. Gdy tej kontroli nie ma, wola jest niczym innym, jak marzeniem.

            Wyobraźmy sobie świetnego kierowcę. Niech to będzie Robert Kubica, który niedawno wrócił na trasy rajdowe. Wyobraźmy sobie, że dobieramy panu Robertowi taką trasę OS, by przy maksymalnej koncentracji, pokonał ją w godzinę. Zazwyczaj, przy normalnym ruchu, pan Robert jeżdżąc tamtędy na treningi, pokonywałby ten odcinek w trzy godziny, jednak przy pozbyciu się innych uczestników ruchu, może przejechać tę trasę trzy razy szybciej, gdyż potrafi w poślizgu kontrolowanym pokonywać z prędkością 150 km/h takie zakręty, które pan Jan Kowalski, fryzjer i kierowca z dziesięcioletnim stażem, pokonuje z prędkością 50 km/h. Robert Kubica, mobilizując SILNĄ WOLĘ, potrafi się tak skoncentrować, by osiągnąć czas równej godziny. Przy natężonej uwadze, wchodząc w ostre zakręty z prędkością 120- 150 km/h, pan Robert tego dokona, gdyż umie kontrolować jazdę z taką prędkością. Jednak gdy w ten sam samochód posadzimy Jana Kowalskiego, gdy na tej samej trasie usuniemy ruch, przejedzie on ten dystans w dwie godziny, gdyż chociaż na prostej będzie mógł jechać dużo szybciej, niż zazwyczaj, to Jan Kowalski nie posiada umiejętności pokonywania zakrętów w poślizgu kontrolowanym z prędkością 150 km/h, jak Kubica. Nie ma takiej KONTROLI. Pan Jan pokona je z prędkością 50 km/h. Jeżeli pan Jan będzie uważał, że to kwestia SILNEJ WOLI i przyciśnie pedał gazu tak, by wchodząc w zakręt, miał na liczniku grubo powyżej setki, ROZBIJE SIĘ.


            Dokładnie to samo jest z piciem alkoholu. Osoba zdrowa posiada KONTROLĘ nad tym, kiedy zaczyna pić i kiedy kończy, dlatego robi to zgodnie ze swoją WOLĄ. Alkoholik NIE POSIADA KONTROLI czasu rozpoczęcia, ani zakończenia picia. Pijący alkoholik MOŻE zacząć pić, choć wie, że nie powinien, gdyż za cztery godziny idzie do pracy albo ma pod opieką dziecko. On NIGDY NIE WIE, kiedy zacznie pić. Podobnie jest z zakończeniem picia: pijący alkoholik też NIGDY NIE WIE, czy uda mu się przerwać picie zanim straci kontrolę nad tym, co robi, czy też nie. Bardzo często uważa się, że pijący ma kontrolę do momentu urwania filmu. Nic bardziej mylnego. Jeżeli pijący bierze udział w bójce z trzema napastnikami, zamiast wziąć nogi za pas, jak by to uczynił na trzeźwo, to znaczy że on tej KONTROLI JUŻ NIE POSIADA. Jeżeli kobieta na imprezie wchodzi na stół i robi striptease, a później kocha się przy wszystkich uczestnikach z trzema kolegami po kolei, to choć nazajutrz może pamiętać to zdarzenie, lecz nie można mówić, by podczas niego miała KONTROLĘ.

            Zdarza się, że Robert Kubica utraci kontrolę nad pojazdem- miał kilka poważnych wypadków. Na ogół wynika to z dodatkowych okoliczności, będących poza wiedzą Roberta. Nie oznacza to, że nie umie kontrolować pojazdu w poślizgu. Zdarza się również, że fryzjer, Jan Kowalski, wyprowadzi samochód z poślizgu. Nie oznacza to jednak, że pan Jan posiada umiejętność kontrolowania pojazdu w poślizgu. Jemu się udało, miał fart. Podobnie osoba nieuzależniona, może utracić kontrolę: Przeceni swoje możliwości, będzie bardziej zmęczona, nie ważne z jakich powodów, lecz może się zachować jak ta kobieta od nagich tańców na stole. Ona jednak tego nie powtórzy, przeżyje wstyd uzna, że nie warto przesadzać, lepiej wypić jednego drinka mniej. Jej uzależniona koleżanka powie „raz się żyje” i pod wpływem alkoholu będzie robić to, czego nie chce, tłumacząc się później przed samą sobą, że to było fajne, szalone, zabawne, każdy tak robi i cholera wie, jakich jeszcze będzie szukać wymówek.


            Terapeuci uzależnień często porównują picie alkoholika do rozwolnienia. Chory może mieć wystarczającą siłę woli, by dojść do toalety. Nic jednak nie może poradzić na to, że jest tam pięćdziesiąt razy za często, odwadnia się i jest skrajnie wyczerpany.

            Jan Kowalski pomimo braku kontroli nad samochodem w poślizgu, nie jest skazany na śmierć w wypadku. Powiem więcej, to Robert Kubica jest bardziej zagrożony śmiercią. Jest jednak jeden warunek: Jan Kowalski MUSI JECHAĆ ZGODNIE Z PRZEPISAMI. Oczywiście, może się przypadkowo udać wyjść cało z opresji, mimo że złamie przepisy, ale wtedy naraża siebie, naraża innych uczestników ruchu. Podobnie jest z alkoholikami. Alkoholik wcale nie musi zginąć z powodu picia, MUSI JEDNAK ZACHOWAĆ ABSTYNENCJĘ I PRZESTRZEGAĆ ZALECEŃ DLA TRZEŹWIEJĄCYCH ALKOHOLIKÓW. Może złamać zalecenia i może mu się udać nie ponieść najgorszych konsekwencji, czyli powrotu do ciągów pijackich i drastycznie przyspieszonej śmierci, ale każde złamanie zaleceń, to narażanie siebie i otoczenia na niebezpieczeństwo. Zauważmy, że w tym wypadku znowu, ALKOHOLIK, KTÓRY NIE PIJE I PRZESTRZEGA ZALECEŃ DLA TRZEŹWIEJĄCYCH ALKOHOLIKÓW JEST MNIEJ NARAŻONY, NIŻ OSOBA NIEUZALEŻNIONA, PIJĄCA SPORADYCZNIE. Niepijący alkoholik nie spowoduje żadnego nieszczęścia wynikającego z nadużywania alkoholu. Tymczasem jego kolega, jego NIEUZALEŻNIONY kolega może wyjść do pubu, wypić o jedno piwo więcej, niż zawsze, wdać się w bójkę z agresywnym zbirem, który go tak pobije, że do końca życia będzie jeździć na wózku inwalidzkim. Ten nieuzależniony kolega byłby całkowicie bezpieczny, gdyby tego dnia nie pił, bo po prostu na zaczepki agresywnego bandyty by nie odpowiedział, lecz oddalił się w bezpieczne miejsce. NIEPIJĄCY ALKOHOLIK JEST BEZPIECZNIEJSZY OD OSOBY NIEUZALEŻNIONEJ, KTÓRA PIJE SPORADYCZNIE!!!


            Na zakończenie odniosę się do trochę innej sprawy, jaka wynikła w komentarzach pod poprzednią notką. Chodzi o rzekomą alienację osób, które nie uczęszczają na imprezy z alkoholem. Odrzucenie następuje tylko w wypadku osób uzależnionych, które szukają do towarzystwa ludzi akceptujących ich picie. W każdym innym przypadku, nie ma czegoś takiego i łatwo się o tym przekonać, proponując znajomym zamiast wieczornych spotkań w pubach, popołudniowe wyjście na obiad do restauracji. Krótkie pogawędki przy piwie można bez problemu natomiast zastąpić rozmową w dobrej cukierni, przy aromatycznej kawie lub w stylowej herbaciarni. Zapewniam, że osoba wolna od uzależnienia nie będzie mieć przed taką odmianą żadnych obiekcji. Rynek rekreacji w Polsce dopiero się buduje, lecz na Zachodzie jest pełno miejsc bez alkoholu, które pękają w szwach od nadmiaru gości. Są to kawiarenki w dobrych punktach turystycznych, przy polach golfowych, klubach fitness, kortach tenisowych, stadninach koni. Jeżeli tylko wykażemy się minimum inwencji, bez problemu znajdziemy miejsca spotkań towarzyskich wolne od alkoholu, bądź przynajmniej wolne od pijanych klientów, gdzie alkohol jest tylko skromnym dodatkiem. Wystarczy tylko odrzucić stare przyzwyczajenia i przekonać się, że Świat się zmienia.



środa, 10 października 2012

            To dość świeża historia, która tak mnie zaskoczyła, że przez ostatnie dni nie byłem w stanie się skupić na innych sprawach. Dotyczy dobrze znanej mi rodziny, a właściwie nie do końca znanej, skoro jestem tak zaskoczony.

            Głowę rodziny znam niemalże „od zawsze”, nazwę go „pan X”. Swojego czasu sporo brykaliśmy, bo to tygrysy lubią najbardziej :-). Potem każdy zajął się swoimi sprawami, lecz kontakt się nie urwał. On od kiedy pamiętam, był mistrzem organizacji czasu i tytanem pracy. Wszystko, czego się nie tknął, było na najwyższym poziomie. Gdy się wziął za sport, to zostawał wielokrotnie finalistą mistrzostw Polski, gdy się wziął za naukę, był delegatem uczelni na światowe kongresy naukowe od strony studentów, a w pracy szybko (w czasie krótszym, niż 10 lat) został ekspertem w tak ciężkiej dziedzinie wiedzy, że wszystkich Polaków znających problemy, którymi on się zajmuje, zna osobiście. Oczywiście wiąże się to z pieniędzmi. Korzysta z milionowego majątku, spłaconego w ok. 30% (reszta jest na kredyt, który spokojnie jest w stanie obsłużyć), a rok w rok musi więcej dopłacać Urzędowi Skarbowemu, niż wynoszą roczne średnie pobory brutto w Polsce. I to wszystko dzięki własnej pracy, wiedzy i zdolnościom- żadnych znajomości, bogatych tatusiów. Zaznaczam to, bo w Polsce panuje jakieś dziwne przekonanie (zwłaszcza wśród mazgajów i nieudaczników), że dobre pieniądze zarabiają idioci, tylko dlatego, że mają bogatych tatusiów. Całkiem sporo byłoby tych bogatych tatusiów i musieliby się uprzeć, wręcz zmówić z bocianami, by dostarczały im same głupie dzieci.

            Niedawno zostałem poproszony o pomoc przez rodzinę bohatera opowieści w sprawie, której bym się nie spodziewał. Szykowali się na rozmowę w temacie niezwykle poważnym, gdyż pan X wykazywał, według nich, symptomy uzależnienia od alkoholu. Nie mogłem w to uwierzyć, gdyż (za wyjątkiem czasów studenckich i szkolnych) nie widziałem go spożywającego alkohol, ani razu w jego domu nie widziałem choćby butelki piwa lub butelki po piwie. Gdy mnie odwiedzał w Irlandii, a zrobił to dwukrotnie, nigdy nawet nie próbował, jak smakuje słynny Guinness, czy niemniej słynne irlandzkie whiskey lub jeden z najbardziej znanych i popularnych na Świecie likierów, Baileys- jakoś nie mieściło mi się w głowie, żeby alkoholik mógł przepuścić taki świetny pretekst do napicia się. To prawda, że w moim towarzystwie raczej nie da się napić, gdyż po prostu opuszczam osoby przywiązujące większą wagę do spożywanych płynów, niż rozmówców, on o tym wiedział, ale inni z moich znajomych radzili sobie z tym inaczej: Po prostu podczas gościny u mnie, robili sobie wyjścia do pubów. Pan X tego nie robił. Jednak, gdy poprosiłem jego rodzinę o opis przykładowych zachowań, znalazłem w nich sześć z ośmiu objawów osiowych alkoholizmu, a przecież usłyszałem tylko kilka historii.

            Rodzina była spanikowana, wynikało to z tego, że już wcześniej mieli tragiczne doświadczenia z alkoholizmem. Kruczek tkwił w tym, że nigdy nie chcieli zapoznać się z problemem kompleksowo- przy pomocy specjalistów. Owszem, porozmawiać ze mną, obejrzeć sobie jakiś film o alkoholiźmie- to robili chętnie, lecz nie chcieli stałego kontaktu z terapeutami. W efekcie mają cały bagaż doświadczeń, a wiedzy prawie wcale- zastępują ją tym, co im się wydaje, bardzo często są to, niestety, popularne mity. Ja też się przeraziłem, bo postanowili zrobić panu X nalot w jego własnym domu, podczas gdy on był na kacu, czy też jeszcze pijany po sobotnim piciu. Przeraziło mnie, gdy sobie spróbowałem wyobrazić reakcję mężczyzny, któremu do jego własnego domu, zwala się na łeb grupa nieproszonych gości, wyciągających oskarżycielski palec w jego stronę, wołających „przestań pić, pijaku”. Na szczęście, byłem świeżo po konsultacji w podobnej sprawie z blogerem- terapeutą uzależnień, którym jest Alw, jak i z kilkoma innymi znajomymi terapeutami. Dotyczyło to kogo innego, lecz przydało się tutaj. Zdążyłem uczulić rodzinę, by zaopatrzyli się w olbrzymi bagaż współczucia i zrozumienia, bo nawet jeśli spotkają się z agresją, to muszą wiedzieć, że znajdują się na jego terenie, występują w roli nieproszonych gości, a ewentualna agresja jest obroną picia- alkoholik potrzebę picia odczuwa, jak najważniejszą potrzebę życiową- taka jest natura alkoholizmu. Jeżeli więc ktoś próbuje mu wejść w paradę, broni się- to wynika z istoty choroby, a nie z tego, że stara się być złośliwy. On broni czegoś, co wydaje mu się jednym z filarów jego życia.

            Rodzina miała prawo być spanikowana. Strach był w tym wypadku jak najbardziej uzasadniony. Alkoholizm, to groźba rozpadu związku małżeńskiego, a X ma dwójkę małych dzieci. Przy jego pracy (wychodzi, gdy dzieci śpią, wraca najwcześniej o 18.00), każda godzina zmarnowana na picie, to olbrzymi odsetek niewielkiego czasu jaki może poświęcić dzieciom. Oprócz dzieci ma żonę, ona też go potrzebuje, choć się o tym często zapomina, gdy w grę wchodzą dzieci. Ewentualny rozpad związku, to byłyby horrendalne alimenty od strony finansowej, a od strony duchowej- pustka i poczucie winy- idealny mikst do gwałtownego pogłębienia nałogu. Nałogowe picie, to ciągłe ryzyko utraty pracy. A stracić pracę może choćby tracąc prawo jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu. Wątpliwe, czy sprawdza z rana zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu. Utrata pracy wiąże się z utratą wszystkiego: straci milionowy majątek, bo jest spłacony tylko w 30%, takich pieniędzy nikt z rodziny, ani znajomych, nie będzie w stanie wygospodarować, by go ratować. Mało tego, nieuregulowane zobowiązania finansowe (zwłaszcza ewentualne alimenty), to groźba więzienia, które rujnuje karierę- możliwe, że już nigdy by mu nie zaproponowano tak poważnej pracy. To nie są żarty, to wszystko może nastąpić w ciągu krótkiego okresu czasu. Upadek z takiej wysokości grozi śmiercią.

            Dosyć rozważań teoretycznych, wróćmy do rzeczywistości. Okazało się, że małżonka X również zasięgnęła porady psychologa, gdyż przed główną rozmową, poprosiła rodzinę na słówko i wyjaśniła, że psycholog odradzał wszelkie oskarżenia podpowiadając, że trzeba się ograniczyć do wskazania problemu i próby jego rozwiązania. Rodzina stanęła na wysokości zadania i rozmawiała na tyle rzeczowo, na ile można było oczekiwać po ludziach będących w tak wielkim stresie. Gorzej było z małżonką, która mimo ostrzeżeń psychologa, wykorzystała to zgromadzenie do publicznego oskarżenia męża o problemy małżeńskie. Nie wnikam, czy oskarżenia były prawdziwe, czy też nie. Nie jestem sędzią, ani nie aspiruję do tej roli. Wiem jedno: Ta kobieta, pomimo wiedzy o możliwych skutkach źle poprowadzonej rozmowy, dała upust swojej złości, zamiast próbować konstruktywnie rozwiązać problem.

            Pod koniec lat dziewięćdziesiątych w internecie bardzo popularną stronką były autentyczne ponoć fragmenty raportów sporządzanych przez funkcjonariuszy milicji obywatelskiej. Jeden z nich brzmiał mniej- więcej tak:

            „ (...) Obywatel Kowalski zeznał, że nie chciał bójki z obywatelem Nowakiem, więc powiedział mu, żeby się odpierdolił. (...)”- tak mniej- więcej oceniam reakcję małżonki pana X. Miała rację, czy nie miała racji, ale pogorszyła sytuację.


            Cóż..., czekam z niepokojem na rozwój sytuacji. Oczywiście, moim zdaniem pan X we własnym dobrze pojętym interesie, winien się zgłosić na terapię dochodzącą. Zajmuje to nie więcej, jak cztery- pięć godzin tygodniowo- tyle czasu można wygospodarować. Na szczęście nie nastąpiła jeszcze faza chroniczna, więc terapia dochodząca w połączeniu z mocnym postanowieniem trzeźwości mogłaby być środkiem wystarczającym. Na nieszczęście, pan X na razie skłania się ku udokumentowaniu swojej silnej woli poprzez niepicie „na zaparcie”. Rzadko kiedy to się udaje i jest pozbawione racjonalnych przesłanek, gdyż ryzyko jest olbrzymie (pan X ma co tracić: od strony rodzinnej zbyt wiele polskich rodzin już to straciło, co on jeszcze posiada, a od strony materialnej, niewielki odsetek rodzin jest w stanie zgromadzić to, czego on dziś używa i może z dnia na dzień utracić). Idąc na terapię, nie traci nic- pięć godzin tygodniowo, to naprawdę niewygórowana cena za tak potrzebną wiedzę i umiejętności.



czwartek, 04 października 2012

            Dokładnie dwadzieścia lat temu, będąca u progu światowej kariery irlandzka wokalistka Sinead O’Connor zrobiła coś, co przeszkodziło jej w osiągnąciu statusu kolejnej irlandzkiej megagwiazdy na miarę U2: Podczas amerykańskiego programu na żywo „Saturday Night Live” podarła wizerunek ówczesnego papieża Jana Pawła II. Po tym incydencie zniknęła z mediów, została pozbawiona telewizyjnej promocji, właściwie żadna jej nowość nie doczekała się czegoś więcej, niż tylko iluzorycznej obecności w najważniejszych mediach. Została zdegradowana do roli gwiazdy jednego przeboju- w dodatku napisanego przez Prince’a, choć była jedną z najlepiej zapowiadających się wokalistek, obdarzonych wyjątkowym głosem i olbrzymim temperamentem. Nie sądzę by dziś poniosła aż takie konsekwencje, ale wtedy zarówno USA, jak i Irlandia znajdowały się w punkcie, w którym dziś znajduje się Polska- nie dowierzano w zboczone praktyki duchownych katolickich, nie dowierzano w udział papieża w tuszowaniu pedofilii i afer finansowych dostojników kościelnych. Kościół był zbyt słaby, by zniszczyć taką osobowość, jak Sinead O’Connor, lecz wystarczająco silny, by zepchnąć ją do muzycznego undergroundu. Niech to będzie wstęp do mojej odpowiedzi na pytanie, zadane mi na blogu Elizy: Jak to jest z sytuacją Kościoła Rzymsko Katolickiego w dzisiejszej Irlandii.


            Sinead pospieszyła się o dziesięć lat. Dokładnie dziesięć lat później, wybuchł skandal pedofilski w USA, a papież Jan Paweł II chroniąc przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości najpotężniejszego pomocnika pedofili- arcybiskupa Bostonu, ściągnął go do Watykanu. Po tym wydarzeniu Ameryka z większym zrozumieniem przyjęłaby demonstrację Irlandki z Belfastu. Ale kto wówczas za oceanem wykazywał zrozumienie dla młodej dziewczyny, która wychowywała się wśród wybuchów bomb podkładanych przez katolickich separatystów z IRA, którzy nie doczekali się jakoś od papieża zagrożenia ekskomuniką? Irlandzkiej buntowniczki, do której już docierały pierwsze informacje o pedofilii w diecezji Dublińskiej. Gdyby choć poczekała ze swą demonstracją rok dłużej, gdy na terenie posiadłości odkupionej od sióstr Magdalenek odkryto zwłoki 155 kobiet w nieoznakowanych grobach- kobiet niewolniczo wykorzystywanych i bezprawnie więzionych przez zakonnice, kobiet, które dla zakonnic nie warte były nawet tyle, by pamiętać ich nazwiska. To był rok 1993, to wtedy zaczęła się załamywać pozycja Kościoła Katolickiego w Irlandii. Co było w polskich mediach??? CISZA!!! Strach przed zemstą Santo Subito był tak wielki, że w polskich mediach szum na ten temat zrobił się dopiero po roku 2002- 2003. Zauważcie, że w polskiej świadomości dopiero koniec życia Jana Pawła II był czasem wychodzenia na jaw afer pedofilskich. Nic podobnego! W Irlandii ten temat został porządnie ruszony w roku 1993.


            Do Irlandii przyjechałem w roku 2004. Był to czas, gdy tam już zrobiono porządek z bezkarnością kleru. Już wtedy zrzucono ze szkół obowiązek prowadzenia religii, choć nauka tego przedmiotu w szkołach pozostała, lecz już na zasadach pełnej dowolności. Znam kilku Polaków, którzy z powodu słabej znajomości języka, nie mieli bladego pojęcia, że posłali swoje dzieci na zajęcia religii, ale dla protestantów, bo dzieci zapisały się tam, gdzie szli ich koledzy. Po kilku latach rodzicom już nie chciało się robić zamieszania i nic nie zmieniali.

            Na chwilę obecną, Kościół jest w mediach prawie nieobecny. Wyjątek, to wszelkie podróże papieża- jest śledzony przez media, jak królowa brytyjska. Nie bez powodu zestawiam te dwie postaci: Obie są traktowane z szacunkiem, Irlandczycy noszą coś w sobie, co każe im uginać się przed majestatem, choć przecież pamiętamy (a jeśli nie, to ja przypominam), że królowa brytyjska nie była osobą ogólnie mile widzianą w Irlandii- protesty przed jej wizytą były dość głośne. I podobną rolę przychodzi teraz pełnić Benedyktowi XVI- papież jest traktowany z szacunkiem należnym majestatowi, ale już bez tej ślepej, fanatycznej wiary we wszystko, co powie. Wracając do mediów: Jeżeli akurat papież nigdzie nie podróżuje i nie ma wielkich świąt chrześcijańskich, to nie znajdziemy w wiadomościach żadnych panów w kieckach, ani tych w czerni, ani tych w purpurze. Chyba, że w roli tłumaczących się i przepraszających za pedofilię. Dla Polaka to nie do pomyślenia: przecież w Polsce cokolwiek nie zrobi rząd, to zaraz komentuje kler. Sprawy edukacji- komentuje kler, sprawy emerytów- komentuje kler, sprawy górników- komentuje kler, sprawy związkowców- komentuje kler, sprawy pielęgniarek i lekarzy oraz aptekarzy- komentuje kler, sprawy ręcznych zwijaczy sprężyn- też, kurwa, komentuje kler! W Polsce Kościół pełni rolę znaczącego recenzenta życia politycznego, podczas kiedy w Irlandii relacje Państwo- Kościół zepchnięte zostały do zakulisowych rozmów. Jedyne tematy polityczne, w które Kościół się tutaj angażuje, to aborcja, eutanazja i związki homoseksualne (nie wiem, jak tu jest ze sprawą in vitro- jakoś umknęło mojej uwadze, Polska przyciąga ją w tym temacie znacznie skuteczniej).


            To nie jest tak, że nagle Irlandczycy przestali być katolikami. Wystarczy wyjść w Środę Popielcową na ulicę, by zobaczyć, jak wiele osób paraduje po mieście umazanych popiołem (tu maże się czoło- nie posypuje się głowy, lecz robi znak krzyża sadzą na czole). Nadal ksiądz jest osobą zaufania publicznego i jego poświadczenie jest honorowane na równi z poświadczeniem policjanta w dokumentach państwowych dotyczących opinii o obywatelu. Jednak to już nie ten czas, gdy ksiądz mógł się wtrącać w politykę. Mało tego, to już nie ten czas, gdy ktoś może próbować narzucać innym swoje zwyczaje religijne. Ksiądz, czy zakonnica może wejść i wchodzi do sali szpitalnej, by udzielić chętnym komunii. Jednak już nie może stanąć na środku sali i zaproponować zbiorowej modlitwy- może się pomodlić indywidualnie z pragnącym tego pacjentem. To subtelna różnica, której beton katolicki w Polsce nie jest w stanie ogarnąć swoją percepcją. Do tego kraju brakuje nam dwadzieścia lat. A był to kraj surowych, konserwatywnych reguł. Zawsze, gdy widzę filmy o Irlandii lat siedemdziesiątych i starszych, stają mi przed oczyma obrazy Kutza o Śląsku. Irlandczycy mają w sobie coś ze Ślązaków. Ewoluowali podobnie jak Kutz, który przecież nie wyrzekł się korzeni, ale do wielu spraw podchodzi zgoła odmiennie, niż trzydzieści lat temu.

            W Irlandii istotną rolę odegrał jeszcze jeden czynnik: Długotrwała wojna domowa, której ogniska jeszcze do tej pory tlą się w nielicznych, na szczęście, chorych umysłach. Irlandczycy są naprawdę zmęczeni niepewnością i strachem. Nigdy nie zapomnę reakcji moich irlandzkich kolegów z pracy na zamachy w Belfaście: Oni byli zasmuceni, szczerze zasmuceni! Nie byli wściekli, nie dyszeli żądzą odwetu, oni byli smutni, że są jeszcze wśród nich idioci mordujący niewinnych ludzi w imię swoich poglądów. I ponieważ Kościół odegrał tak niechlubną rolę w tym konflikcie, również z tego powodu Irlandczycy chcą autentycznego rozdziału Kościoła od Państwa Irlandzkiego. Między innymi dlatego zbyt nachalna próba narzucania się z religią, spotyka się z agresywną odmową. Jakieś dwa, może trzy lata temu, moja irlandzka znajoma, która jest niepijącym alkoholikiem, skarżyła się, że na meetingu anonimowych alkoholików padła ofiarą napaści słownej. Z jej relacji wynikało, że w pewnym momencie nikt z zebranych nie miał ochoty zabierać głosu, a mieli jeszcze sporo czasu do końca. Zaproponowała zatem, by się wspólnie pomodlili, co spotkało się z ripostą, że „wy, katolicy, zajmijcie się lepiej swoimi pedofilami”. Jest to dla mnie o tyle dziwne, że akurat ta organizacja mocno odwołuje się do „siły wyższej” i w swoich ulotkach bardzo często kolportuje tekst, który w Polsce jest nazywany „Modlitwą o pogodę ducha”. Nie bardzo mi się zatem mieści w głowie taka reakcja, ale nie byłem tam i jedyna relacja, jaką znam, to z ust tej znajomej.


            To tyle, co mogę powiedzieć w temacie obecności Kościoła w życiu publicznym Irlandii. Jako osoba niewierząca, nie bywam na mszach, więc nie wiem o czym mówią księża na kazaniach i ile w tym polityki. Z Irlandczykami też nigdy nie zaczynam rozmów na ten temat, bo można się nadziać. Religia, to słaby temat do dyskusji towarzyskiej- budzi zbyt wiele sprzecznych emocji, zwłaszcza w kraju, gdzie podział polityczny odbył się dokładnie wzdłuż linii podziału religijnego. Tyle widać z mojego miejsca, jeśli ktoś siedzi na innym miejscu, być może widzi coś innego, ciężko by mi było polemizować. To jest po prostu moje pole widzenia.



poniedziałek, 01 października 2012

            Dla przeforsowania konstruktywnego wotum nieufności wymagana jest większość ustawowej liczby posłów, czyli 231. W obecnym układzie sił, może to nastąpić jedynie przy pełnej jednomyślności i 100% frekwencji opozycji oraz przekabaceniu co najmniej pięciu posłów koalicji rządzącej. Możecie mi zatem wytłumaczyć, dlaczego Napoleon Żoliborski nie skonsultował nazwiska kandydata Z NIKIM??? Nawet z SP?! Nie mówiąc już o SLD i Ruchu Palikota!

NAWET LEPIEJ, ŻE MNIE POJEBAŁO!

 

NAWET LEPIEJ, ŻE MNIE POJEBAŁO!

 

Tagi