RSS
poniedziałek, 28 października 2013

            Dziś, 28.10.2013 zmarł pierwszy Premier powojennej RP, Tadeusz Mazowiecki. Jeden z najskuteczniejszych negocjatorów Polski XX wieku, który miał swój udział w najtrudniejszych porozumieniach transformacji ustrojowej. To ludziom takim, jak On, zawdzięczamy pokojowe przemiany i to dzięki takim ludziom, dziś każdy może głośno mówić to, co myśli nawet, jeżeli w czasie, gdy Tadeusz Mazowiecki był internowany, spał pod ciepłą pierzynką wynurzając się dopiero na mamusiny obiad. Nie wahał się narażać wolności, nie wahał się narażać zdrowia i życia. Dla Polski i dla Europy. Jeszcze długo będziemy żałować, że proponowana przez Mazowieckiego polityka porozumienia i współpracy została w Sejmie zastąpiona polityką walki i konfrontacji, ale nikt nam nie odbierze wolności, którą pierwszy Premier RP nam podał na talerzu, nie pytając się, kto czynnie zmieniał nasz Kraj, a kto pozostawał bierny. Pamiętajmy o Mazowieckim!


12:04, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 października 2013

            Czy pamiętacie losy Antygony? To córka legendarnego króla Teb, Edypa, która zginęła, zamurowana przez swego wuja, Kreona, gdy ten wstąpił na tron. Jej winą było to, że sprzeniewierzyła się zakazowi Kreona, konkretnie zakazowi pochówku Polinika, brata Antygony. Kreon wybrał dla niej tak okrutną śmierć, gdyż bał się splamić zabójstwem krewnej. Ponieważ pokrętność ludzka nie zna granic, przyjął popularną wówczas teorię, że nie można mówić o zabójstwie, jeśli nie przeleje się krwi, a zamurowana żywcem Antygona przecież "sama umrze".


            Dokładnie tę samą pokrętność widzę w uboju rytualnym zwierząt. Ponieważ religia zakazuje wyznawcom islamu i judaizmu spożywanie krwi zwierzęcej, więc ci wymyślili sobie, że jeśli zamęczą zwierzę, utaczając z niego żywcem krew, to obejdą zakaz. Może i ciemni ludzie w starożytności mogli w to uwierzyć, ale dziś wiadomo, że nie ma szans pozbyć się całej krwi, chyba że ścierwo poddamy dodatkowym chemicznym obróbkom, które niekoniecznie poprawią jakość mięsa. Ubój rytualny nie jest więc żadnym spełnianiem nakazów religijnych, to zwykła próba zrobienia "Boga" w bambuko (obstawiam, że "ustawodacy" chodziło raczej o zakaz żywienia się mięsem lub zakaz żywienia się krwią), powtarzana regularnie przez długie stulecia. A nawet, jeśli by był, to mnie prywatnie zależy na wykorzenieniu tak bestialskich nakazów religijnych, podobnie jak wykorzeniono ludożerstwo i krwawe ofiary z ludzi.

            Ubój rytualny, to bezsensowne zadawanie cierpienia zwierzętom. Nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia, proceder ten jedynie podnosi cenę żywności. Nie poprawia jakości mięsa, nie ma efektów zdrowotnych. To wymysł porąbańców. Gdybym był wierzący, powiedziałbym, że to szatański plan. Zakaz uboju rytualnego nikogo nie pozbawia mięsnego pożywienia- oszczędza tylko niepotrzebnych cierpień zwierzętom rzeźnym, jak i obniża cenę mięsa. Ludzie zajmujący się zawodowo tym haniebnym procederem mogą zająć się czymś pożytecznym, zamiast wyłudzać pieniądze za szarlatańskie usługi.

            Dlaczego wracam do tego tematu? Pisałem o tym przecież w notce "Ubój rytualny" z ósmego grudnia 2012. Otóż dowiedzialem się, że nie tylko Roman Giertych na drodze sądowej postanowił bronić "prawa" do rytualnego bestialstwa. Ubój rytualny poparł również polski Episkopat (info z 14.10.2013). Znamienne, że ostatnio ci panowie stają się rzecznikami zbrodni. Nie przebrzmiały jeszcze echa zwyrodniałych słów abpa Michalika obarczających ofiary pedofilii odpowiedzialnością za zbrodnie sukienkowych zboków, a tu mamy nowe kwiatki. Michalikowi się nie dziwię, bo ma już na koncie jawną obronę pedofili przed odpowiedzialnością karną i jeśli się trzymać tego w co ekscelencja wierzy, to będzie się smażyć w "Piekle", albowiem "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieście uczynili", innymi słowy, pedofile gwałcili samego Chrystusa, którego potem Michalik raczył obarczyć winą za ten gwałt. Ba, obarczył winą również rodziców dzieci (więc i rodziców Chrystusa) oraz ideologię gender, o której mało kto do niedawna słyszał, a już na pewno nie myśleli o niej pedofile w momencie gwałcenia dzieci. Jak po ludziach pokroju przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski spodziwać się empatii w stosunku do bezsensownie męczonych zwierząt, skoro zbrodnie w imię wiary ich najwyraźniej podniecają!

            Na zakończenie jeszcze jedna uwaga: Zauważyliście, że walczące ze sobą na śmierć i życie wielkie religie, potrafią zjednoczyć się jedynie w promocji łajdactwa? A to ubój rytualny, a to znowu obrona wyłudzania funduszy państwowych na cele kultu religijnego, a to znowu tępienie niewierzących. Wtedy czują się braćmi. Zjednoczone zło. Ale sojusz złych mocy trwa krótko. Nakazy różnych religii potrafią się wzajemnie wykluczać. I co wtedy zrobią fanatycy?! Ot, nie trzeba daleko szukać, właśnie agencje doniosły o tym, że w Iranie skazano czterech wyznawców jednego z kościołów protestanckich za spożycie wina w celu liturgicznym (każdy dostanie po osiemdziesiąt batów). Idiotyczny rytuał spożycia wina (kościół katolicki wycofuje się z niego, zezwalając na zastąpienie alkoholu napojem bezalkoholowym- zmiana została wywołana problemem alkoholizmu wśród duchownych) zostawi bolesne wspomnienia, gdyż starł się z tradycją religijną zakazującą spożycia alkoholu. A wystarczyło nie upierać się przy kompletnie bezsensownej czynności, mogącej mieć dodatkowo fatalne skutki zdrowotne (zwłaszcza w wypadku alkoholików). W interesie Episkopatu leży więc zastanowić się dziesięć razy, zanim się poprze zboczoną praktykę religijną. Ciekawi mnie, jakie stanowisko przyjmie PiS, deklarujące się przecież jako precyzyjni wykonawcy woli duchownych- w końcu większość posłów tej partii z prezesem na czele głosowała za zakazem uboju rytualnego.



12:54, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
sobota, 26 października 2013

Ni wyżyna, ni nizina,
Ni krzywizna, ni równina -
Taka gmina.
Ani piasek, ani glina,
Tylko lasek i olszyna -
Taka gmina.
Ani POM-u, ani młyna,
Krzyż, chałupy i krowina -
Taka gmina.
Od komina do komina
Wiater hula, deszcz zacina -
Taka gmina.
Taka gmina.

Ni wyżyna, ni nizina,
Ni krzywizna, ni równina -
Taka gmina.
Spotkasz chłopa - gęba sina,
Oj, nie wraca ci on z kina -
Taka gmina.
Miast kobiety, śpiewu, wina -
Wóda, czkawka, Gwiżdż Janina -
Taka gmina.
Nikt od ucha nie ucina,
Tylko czasem chrząszcz brzmi w trzcinach
Taka gmina.
Ni wyżyna, ni nizina,
Ni krzywizna, ni równina -
Taka gmina.

Płacze dzieciak, wyje psina,
Gdzieś ktoś kogoś czymś zarzyna -
Taka gmina.
Jaki powód, czyja wina,
Czy to skutek, czy przyczyna -
Taka gmina?
Tylko urżnąć się na chrzcinach
l wziąć zwiać do Wołomina -
Taka gmina.
Taka gmina!

J. Przybora, J. Wasowski.

 

            I to właściwie tyle, co mam do powiedzenia w sprawie sekty smoleńskiej. Ja tylko przypomnę, tak dla formalności, że media nadal nazywają "ekspertów" od "blefu" i "dowodów" znalezionych na wycieraczce "zespołem parlamentarnym". A kogo nazywają "przedstawicielami rodzin smoleńskich"? Ano przedstawicieli pięciu rodzin, którzy od pozostałych dziewięćdziesięciu nie dostali nawet namiastki upoważnienia do ich reprezentowania w jakiejkolwiek sprawie. Ba, a kogo nazywali "obrońcami krzyża"??? Ano, krzykaczy, którzy ze łzami w oczach owijali się dookoła wspomnianego narzędzia tortur, krzycząc przed kamerami "nie zabierajcie nam krzyża", by olać krzyż ów dokumentnie, gdy został im on udostępniony w kościele św. Anny bodajże. Natomiast uroczystościami rocznicowymi katastrofy smoleńskiej nazywano zbiegowiska, podczas których śpiewano "Stoooo laaat" Jarosławowi Kaczyńskiemu. No to w Polskę idziemy, orły, sokoły....

 

 

            P.S.

            Przepraszam wszystkich zainteresowanych, lecz z powodów technicznych mam ograniczone możliwości publikacji i komentowania. Proszę o wyrozumiałość. Pamiętajcie, lepiej oglądać "Dudka", niż Macierewicza. Pozdrawiam.



Tagi: sekta
00:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
niedziela, 13 października 2013

            Dziś krótka historyjka o zakupach w jednym ze sklepów sieci „EMPIK”. Odkąd przeprowadzono w sieci rewolucję, przeobrażającą jej salony ze zwykłej księgarni w coś na kształt galerii książki, stałem się stałym i wiernym klientem. Podoba mi się, że w sposób niekrępujący mogę obejrzeć ofertę sklepu, a jeśli mam kaprys, mogę tam nawet przeczytać książkę i nikt mi złego słowa nie powie. W połączeniu z możliwością zakupów internetowych, czy sprowadzania wybranych pozycji do salonu, jest to mniej- więcej coś, o co mi chodzi. Mniej- więcej, bo jest też coś, czego nijak zaakceptować nie potrafię.

            Zawsze miejsca takie, jak księgarnia, czy księgarnia muzyczna, kojarzyły mi się z personelem, dla którego książka, muzyka, czy film są pasją. Znają się na tym, a ofertę sklepu znają na pamięć. Co z tego, że mnie się to tak kojarzy, skoro kierownictwo poszczególnych sklepów jest zgoła odmiennego zdania i zatrudnia tak uśmiechniętą i uroczą, jak i kompletnie niezorientowaną młodzież. Przykład z ostatnich zakupów: Oprócz kilku pozycji, na które polowałem, miałem w planie zakupić prezent dla pewnego miłego emeryta pochodzącego z Kresów. Pomysł był taki, by kupić mu lekką, humorystyczną pozycję związaną ze wschodnią rubieżą Drugiej Rzeczpospolitej. I o pomoc w tej sprawie prosiłem po kolei każdą napotkaną osobę personelu. Standardem była odpowiedź pytaniem na pytanie- „Ale o jaki tytuł konkretnie chodzi, bo muszę TU wpisać”- to był tekst, który usłyszałem od każdej pytanej osoby. Przy czym jedna z nich wpadła na pomysł, by wpisać w wyszukiwarkę „Lwów” i to był największy wysiłek umysłowy, na jaki stać było personel tego sklepu. Moją faworytką stała się panienka, która ze wzruszającą szczerością odpowiedziała mi, że z literatury polskiej, to nie jest najlepsza. Z litości nie pytałem, jak u niej jest z literaturą światową.

            Być może moja diagnoza jest przesadzona, ale odnoszę wrażenie, że fakt zatrudniania w największej polskiej sieci salonów wydawniczych młodzieży, która nie ma bladego pojęcia o literaturze, jest widocznym sygnałem powolnego upadku polskiego systemu edukacji. Ja to widzę tak: Elementarna edukacja powinna pozostawić w głowach młodzieży zatrudnionej w salonach EMPIK przynajmniej kilka haseł związanych z Kresami. Jeżeli nie konkretnych haseł, to przynajmniej słów- kluczy, od których można by było rozpocząć poszukiwania w ofercie internetowej. Mogą to być pojęcia geograficzne, jak Wołyń, Wileńszczyzna, Okręg Lwowski, mogą to być autorzy (Mickiewicz, Fredro, Herbert, to przecież nazwiska związane z kulturą kresową), można próbować szukać haseł w stylu „humor lwowski”, „humor kresowy”.... Nie jestem ekspertem, ale to nie moja praca, ja udałem się do księgarni prosząc o poradę osoby, które powinny cokolwiek wiedzieć. Tymczasem ja chyba łatwiej się doszukam czegoś w internecie, niż „przeszkoleni” pracownicy ogólnopolskiej sieci salonów wydawniczych. I fakt, że kierownictwu poszczególnych placówek nie przeszkadza ignorancja personelu świadczy o tym, że i ich wiedza jest tak nikła, że nie wiedzą, czego powinni wymagać. Znajomość literatury nie jest w Polsce niczym niespotykanym- w końcu rok w rok polskie uczelnie wyższe wypuszczają absolwentów polonistyki, czy bibliotekoznawstwa. Nie są to kierunki gwarantujące znalezienie zatrudnienia, więc chyba można się postarać o takich pracowników. Brak takich osób w salonach wydawniczych odczytuję, jako kompletną ignorancję zarządzających, tak wielką, że nie zdają sobie sprawy ze swoich własnych braków. Niewiele więcej mam tu do dodania. Może tylko to, że nie sądzę, bym wymagał nie wiadomo czego, bo nie chodzi tu o stosunkowo wąski temat, jaki zadałem pracownikom sieci. Chodzi o to, że oni nawet nie wiedzieli, jak się zabrać do szukania odpowiedzi. Czy księgarnia, to przez przypadek nie jest miejsce dla humanistów?!



Tagi: edukacja
23:21, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (17) »
niedziela, 06 października 2013

            Poznałem go w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Fizycznie wyróżniał się ponadprzeciętnym wzrostem i absurdalnie małą sprawnością, zwłaszcza w stosunku do warunków fizycznych. Jeśli zaś chodzi o zachowania, cechowała go uległość wobec dorosłych i brak kontaktu z rówieśnikami. Z czasem zwróciłem uwagę, że Marian (imię zmyślone) w ogóle nie jest wypuszczany z domu. Jego matka, nauczycielka, wymagała od niego ponadprzeciętnych wyników, które chciała osiągnąć za wszelką cenę. Posuwała się do presji na innych nauczycieli, by ci stawiali jej dziecku lepsze stopnie, bo przecież on się uczy i zawsze może to udowodnić. I to była prawda, uczył się i pracował. Był świetny z przedmiotów wymagających nauki pamięciowej, a całkiem niezły w dziedzinach wymagających logicznego myślenia, czy wyciągania wniosków. Owocowało to bardzo dobrymi wynikami w nauce. Brak kontaktów z rówieśnikami musiał mu zostać zrekompensowany przez uznanie nauczycieli, potem wykładowców, a na koniec, pracodawców. Spotkałem go w kawiarni, gdy mieliśmy około trzydziestki, akurat spotkało się tam kilka osób z naszego rocznika, jemu zaś towarzyszyła młoda kobieta. Rozpoczęły się rozmowy i wspomnienia. On też mówił o sobie. Już wtedy zarabiał krocie. Stać go było na to, by w Polsce kupić nowego mercedesa klasy E, którego używał kilka razy do roku, bo na co dzień mieszkał w USA. Miał status materialny o jakim nie mógł pomarzyć nikt z klasy. Nie miał tego za darmo- miał wiedzę i umiejętności. Jednak to, co powiedziała mi po cichu jego towarzyszka, gdy Marian oddalił się na moment, poddało w wątpliwość sens wszystkiego, co do tej pory osiągnął. Okazało się, że towarzyszy mu, bo poprosili ją o to jej rodzice, przyjaźniący się z rodzicami Mariana. Niewyobrażalna sytuacja: Prawie trzydziestoletni, majętny facet, potrzebuje pomocy własnych rodziców, by znaleźć sobie towarzyszkę na czas odwiedzin w rodzinnym mieście.

            W poprzednim felietonie, zatytułowanym “Upośledzacie ich na początku drogi” postawiłem tytułową tezę, mając na myśli księży. W dwóch komentarzach została ona podważona. Być może dlatego, że nie wyjaśnialem na przykładzie, na czym polega owo upośledzenie. Czy po lekturze przypadków mojego wieloletniego kolegi (w jednej klasie spędziłem z nim dwanaście lat) wyjaśniło się, jakiego rodzaju umiejętności zostały w nim zabite poprzez restrykcyjne wychowanie w izolacji od Świata? On robił tylko “pożyteczne” rzeczy. Zdobył cenne umiejętności. Stał się nieprzyzwoicie bogaty- w bardzo krótkim czasie. Na inwestycjach zna się lepiej, niż moi wszyscy znajomi razem wzięci, biegle włada angielskim, niemieckim i francuskim. Jednak rodzice, dokonując wyborów za swoje dziecko, pozbawili go jednej, ekstremalnie ważnej umiejętności, determinującej jakość życia społecznego. Pozbawili go odpowiedzialności. On robił to, co mu kazano. Najpierw w domu, potem przełożył to na pracę. W krótkim czasie on zaczął wydawać polecenia podwładnym. Jedyny rodzaj odpowiedzialności, jakiego się nauczył, to odpowiedzialność przed władzą. Władza jest zadowolona- jest dobrze. Pytanie tylko, co z odpowiedzialnością przed ludźmi, czy kiedykolwiek nauczył się jej, by wejść w jakieś pozazahierarchiczne stosunki międzyludzkie? Czy nauczył się zauważać oczekiwania innych, konsekwencje ignorowania, rozczarowania, czy ranienia innych. Bo dom uczył go tylko posłuszeństwa wobec władzy. Mało tego, decyzje strategiczne  podejmowała tylko władza, nie on. On, co najwyżej, planował taktykę realizacji narzuconych mu zadań.


            Jest kilka zawodów, które w ten sposób pozbawiają człowieka umiejętności odnalezienia się w wolnym społeczeństwie, gdzie oprócz swoich oczekiwań i pragnień, liczą się oczekiwania i pragnienia innych. Nauczenie się asertywności, to duża sztuka. Jak negocjować, jak słuchać i być słuchanym, by nie poniżać i nie dać się poniżyć. Ciężko się tego nauczyć, jako ksiądz albo żołnierz. Cięzko się tego nauczyć, mając nadmiernie restrykcyjnych rodziców, a co dopiero mówić o przedłużeniu tej zależności na taki zawód, który czyni z człowieka półniewolnika. Robotnik, czy inteligent, może wybrać pracodawcę, może wybrać miejsce pracy. Żołnierz, czy ksiądz tego zrobić nie mogą. Oni nie decydują, oni co najwyżej proszą o przychylenie się do prośby. To jak mają się nauczyć planować życie, skoro nieustannie ktoś to robi za nich?!

            Chyba każdy widział bajeczkę o Rambo. Facet wiedział, jak przeżyć w najgorszych warunkach, a nie wiedział, jak żyć między ludźmi. Oczywiście, jako “dobry” bohater, był przedstawicielem “dobrych idei”. Tyle tylko, że w realnym życiu, należałoby przynajmniej szacunek dla innych idei, bo dobro, to pojęcie względne, jak każda ocena. Zazwyczaj się zdarza, że popałniamy błędy (wręcz z definicji człowieka są nam przypisane), więc należy się strzec “guru”, “wodzów” i “liderów”, którym się wydaje, że błędów nie popełniają. Wracając do Rambo, nawet wizje z takich bajek czasami się spelniają. W Polsce pamiętamy sprawę “człowieka gór”, komandosa, który zaszył się gdzieś w polskich górach. A schodząc bardziej na Ziemię, chyba każdy zauważył, że rodziny żołnierzy są dość specyficzne i trzeba włożyć sporo wysiłku, by się przestawić na ich zwyczaje. Zwyczaje księży są jeszcze bardziej specyficzne.


            Wolna wola, prawo wyboru postępowania wraz z prawem do ponoszenia konsekwencji swych czynów, to czynnik determinujący prawidłowy rozwój osobowości. Mówi o niej nawet Biblia, czyniąc z niej dar od samego Boga. Ksiądz, czy żołnierz, jako pozbawieni tej wolności, są okaleczeni przez system, jaki panuje w ich środowisku. Żeby się z tego wyrwać, musieliby zaczynać od nowa, niejako zanegować całe swoje dotychczasowe życiowe wybory. Murarz zmieni pracodawcę i dalej może wykorzystywać to, czego się nauczył, lecz jak pracodawcę może zmienić ksiądz lub wojskowy? Jest to co najmniej utrudnione!



Tagi: wolna wola
17:10, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
czwartek, 03 października 2013

            Znowu jest głośno o pedofilii w Kościele, tym razem w polskim jego odłamie. Zazwyczaj, jako przyczynę patologii wśród duchownych wymienia się samotność i celibat. Myślę, że nie bezpodstawnie. Ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na inną istotną rzecz, która rzadko kiedy jest poruszana publicznie. Zapraszam do czytania.

            Przeciętny człowiek uczy się, a potem opuszcza dom i krok po kroku coraz bardziej się usamodzielnia. Początkowo przyjmuje stałą pomoc rodziców, by z czasem przejąć odpowiedzialność za życie swoje i swojej rodziny. Pracuje więc i stara się być dobrym pracownikiem, by nie stracić źródła dochodu. Uczy się optymalizować swe wydatki, bo jeśli tego nie zrobi, nie będzie miał czego do garnka wrzucić. Uczy się oszczędzać, by być przygotowanym na wypadki losowe. Z tego samego powodu, ubezpiecza się w instytucjach do tego przeznaczonych. Dzięki temu po jakimś czasie ludzie nabywają odpowiedzialności. Nie wszyscy....

            ...Słyszeliście o dorosłych dzieciach z Włoch? Podobno prawdziwą plagą stają się chłopcy, którzy mieszkają u swej mamuśki nawet, gdy dawno przekroczyli czterdziestkę. Zamknięci w trójkącie „praca, mamuśka, bar”. Upośledzeni pod względem społecznym, nie potrafią znaleźć partnerki życiowej, gdyż mają kłopot z wyzwoleniem się z wpływu rodziców. W Polsce najbardziej znanym takim kawalerem jest Jarosław Kaczyński. Niczego sam porządnie nie zrobi: Nie ubierze się, nie zrobi zakupów, nie obsłuży konta, komputera, nie prowadzi samochodu (nie wiem, czy posiada umiejętność jazdy na rowerze). Mamusia za życia go chroniła, dziś robi to ochrona. Żyje? Pewnie, że żyje, ale kto z nas życzyłby takiego życia swojemu dziecku?!

            Podobnie, jak wieczne maminsynki, wychowywani są duchowni. Miska i dach nad głową są, wystarczy być posłusznym. Ci ludzie nigdy nie mieli szansy nauczyć się, co zrobić, by godnie żyć. Od samego początku uczeni są postawy roszczeniowej, bo oni przecież „robią swoje”. Zero troszczenia się o rachunki, zaopatrzenie, zapasy, oszczędności. Jeżeli już, to w formie kasy ekstra na własne przyjemności, bo potrzeby życiowe mają zabezpieczone. Ci ludzie są upośledzeni już na początku swej drogi kapłańskiej. Mało tego, nikt nie pociąga ich do takiej samej odpowiedzialności, do jakiej się pociąga osoby cywilne. Oni muszą naprawdę narozrabiać, żeby poczuli to, co czuje zwykły człowiek łamiący normy.


            Dobra, powiecie że duchowni mają swoje obowiązki. Tyle, że nie są to obowiązki wolnych ludzi. Oni nie planują swoich obowiązków, biorąc za nie odpowiedzialność. Obowiązki są im odgórnie narzucane. Duchowny nie spotyka się z realnym skutkiem zaniedbania. Dotyka go, co najwyżej, kara hierarchiczna. Nie ma tak, że przepije kasę i nie będzie miał co do gęby włożyć- nie czuje bezpośredniego, realnego i adekwatnego skutku. Mało tego, postępowanie z kodeksu karnego przeciw osobom duchownym jest wyjątkowo trudne, często niemożliwe. Brak ponoszenia konsekwencji swoich czynów, to najlepsza droga do brnięcia w patologię. Nie taką, to inną!

            Czy taki system może trwać? Może, tak jak trwają armie, oparte na tych samych metodach. Dopóki będzie na nie zapotrzebowanie. Nie zmienia to faktu, że w tych systemach wychowawczych brak jest podstawowego elementu: odpowiedzialności za własne czyny.

 



18:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (27) »
wtorek, 01 października 2013

            Polki po osiedleniu się w Wielkiej Brytanii są bardziej rozwiązłe seksualnie i częściej angażują się w ryzykowane  sytuacje erotyczne. Dotyczy to zwłaszcza młodych kobiet, które w Polsce nie zachowywały się aż tak swobodnie. Jak twierdzi Grażyna Czubińska, autorka badań z Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie, nie chodzi tu tylko o większą częstotliwość uprawiania seksu. Młode polskie imigrantki dużo częściej angażują się w ryzykowne sytuacje seksualne takie jak seks grupowy czy swing. Są one też bardziej skłonne do oszukiwania partnerów.

Za serwisem „Onet” i „MojaWyspa.co.uk.”

 

            Przeczytałem ten króciutki artykulik i od razu naszła mnie ochota, by wtrącić swoje trzy grosze. Proponuję kliknąć TU i zapoznać się z jego treścią, to naprawdę nie zabierze dużo czasu.

            Pierwsza rzecz, jaka mi się rzuciła w oczy, to komentarze sfrustrowanych debili. Nie wiem, co chłopakom nie wychodzi: nie furczy im, nie mają bajery, a może nie lubią się myć i odstraszają kobiety, ale forum wypełniło się „znawcami” ograniczającymi się do pogardliwego w zamyśle stwierdzenia, że „Polki puszczają się z kolorowymi”. Nie jest rzeczą chwalebną gardzić konkurentem, zwłaszcza konkurentem wychodzącym z próby zwycięsko, bo oznacza to tyle, że w praktyce pogardzany rywal okazuje się o niebo lepszy od gardzącego „prawdziwego Polaka” (nie mylić z Polakiem- Polska zawsze chlubiła się, także na tle Europy, otwartością na emigrantów, jedynie fujary i niedorajdy bały się ich, jak wskazuje przykład lamentujących, sfrustrowanych leszczy nie potrafiących sprostać obcej konkurencji, strach był w ich wypadku uzasadniony). No, ale przecież nie o tych chłopcach miałem pisać. Pozwoliłem sobie na te kpiny, bo coś się we mnie przewraca, gdy na poważny problem, banda ćwierćinteligentów reaguje jakimiś rasistowskimi fobiami.

            Artykuł sugeruje, że stres i samotność Polek żyjących na Wyspach powoduje ich rozwiązłość. Potrafię sobie wyobrazić dojrzałą kobietę, która popada w tak liczne, jak i nietrwałe romanse z tego właśnie powodu, ale wybaczcie, nijak nie wydaje mi się on słuszny w wypadku niedojrzałych „nastek”, które na wyjazd zdecydowały się tuż po maturze. Ja zaobserwowałem zupełnie inne zachowania.

            Jeśli chodzi o usługi seksualne w zamian za mieszkanie. Mieszkałem przez jakiś czas w jednym domu z dziewczyną, która zdecydowała się wybrać spośród mieszkańców chłopaka, z którym będzie spać. Niby wyglądało to na zwykłe bycie parą, ale prawda jest taka, że towarzystwo niedwuznacznie jej sugerowało, że okres ochronny się skończył i albo zacznie płacić, jak każdy, albo zacznie płacić inaczej. Najbezpieczniejszym dla niej rozwiązaniem był romans. Zarówno ona chciała wierzyć, że to nie prostytucja, jak i on. Przykrywka była niezła, tak dobra, że sami w to uwierzyli. Potem dziewczyna znalazła pracę, poczuła się pewniej i zaczęła gwiazdorzyć, szukać sobie lepszego modelu, aż wpadła z jakimś ćpunem i jeszcze bardziej skomplikowała sobie życie. Najciekawsze (z punktu widzenia rozwiązłości) rzeczy, działy się w okresie, gdy nasza Gwiazdka czuła się pewnie. A tak się czuła, mając pracę i lekko licząc, dziesięciu chętnych, by zostać jej partnerami (była nie tylko urodziwa, była mistrzynią kokieterii). Dawno temu opisałem całą tę historię, ale ją przypomnę, gdyż wyjaśnia nieco mniej chwalebny powód rozwiązłości, który jest co najmniej tak częsty, jak samotność, stres i brak stabilności materialnej razem wzięte. Powodem tym jest zwykły brak odpowiedzialności.


            Dawno minęły czasy, gdy dziewczęta wstydziły się częstych zmian partnerów. Dziś uważają to za wyznacznik własnej atrakcyjności, co jest o tyle mylne, że chłopcy w okresie dojrzewania nie są przesadnie wybredni, gdy jakaś panienka podniesie kieckę- przygarną wszystko, co na drzewo nie ucieka. Najważniejszym czynnikiem ograniczających rozwiązłość, jest nie własna wola, a strach przed reakcją rodziców. Strachu tego nie ma, gdy nastolatka uda się na Wyspy. Tak też się działo z młodymi dziewczętami, które mogłem obserwować w początkowym okresie mojego pobytu w Irlandii, zanim się zdecydowałem samodzielnie wynająć mieszkanie. Oprócz wspomnianej Gwiazdeczki, mieszkała ze mną młoda kobieta, która nawet nie stwarzała pozorów. Po każdej imprezie wracała do domu z kimś innym. Gdy była zmuszona się wyprowadzić, jej miejsce zajęła koleżanka Gwiazdeczki, która nie chcąc być od niej gorsza, przygruchała sobie w ciągu kilku dni pierwszego lepszego typa. Dosłownie pierwszego lepszego- gdyby miała większy wybór, w życiu by na niego nie spojrzała, daję sobie rękę uciąć, ale w tamtym domu, pośród jej rówieśników, byli sami degeneraci, a ten wydawał się chociaż sympatyczny (taki śmieszny, ujarany „misiu”). W międzyczasie w gości do Gwiazdeczki wpadły na dwa tygodnie dwie nimfetki- one również, przecież nie w celu znalezienia stałego partnera, odstawiły taką ruję, jak zwierzęta, które mają tylko kilka dni na znalezienie samca rozpłodowego. U nich przecież zupełnie nie można mówić o jakimkolwiek stresie, czy samotności, przyjechały w gościnę (jedna do siostry, druga do kuzynki) na dwa tygodnie! To była po prostu kwestia taka, że tatuś zniknął za horyzontem, więc nadarzyła się szansa, by bezkarnie zaszaleć. I jeszcze coś: Złudne poczucie, że czegokolwiek tu by nie zrobiły, wrócą do Polski z czystym kontem, że nikt się nie dowie. W opisywanym przeze mnie wypadku, wiadomości z dalekiej Irlandii do rodzinnej Pipidówy naszych bohaterek przeniknęły niezwykle szybko, gdyż Gwiazdeczka po wpadce, kilka razy przywiozła swego niespodziewanego wybrańca w rodzinne strony, a ten przywiózł garść ciekawostek dotyczących życia seksualnego na emigracji.

            Anonimowość na emigracji jest złudna. Zwłaszcza, jeżeli łączy się z seksem. Seksualne ekscesy są jednym z najwdzięczniejszych tematów na męskich popijawach, więc jeżeli tylko gdzieś pojawia się gościnne w kroku dziewczątko, to panowie sobie o nim opowiadają. Podniecone towarzystwo usiłuje dowiedzieć się, kim jest ta dawczyni rozkoszy w nadziei na podłączenie się pod ten miód. Gdy w Warszawie kilku panów się zgada o dziewczynie z Pruszkowa bawiącej w Stolicy, to będą co najwyżej się domyślać o kogo chodzi. Jednak, jeżeli o dziewczynie z Pruszkowa zgadają się w Dublinie, gdzie ta młoda dama właśnie przebywa, to szansa, że trafnie odgadną o kogo chodzi jest niewspółmiernie większa. Jednak młode dziewczyny wierzą w magię odległości. Dziś? W dobie samolotów i komunikacji cyfrowej? A jednak to prawda, naiwnie wierzą w anonimowość!

            Wracając do punktu wyjścia, czyli do artykułu o rozwiązłości Polek na Wyspach. Nie będę podważać tezy o samotności i stresie, jako jej przyczynach. Uważam jednak, że dotyczy ona kobiet już ukształtowanych, mających spójne potrzeby uczuciowe i seksualne. I właściwie tutaj niewiele można zrobić, bo od dawna samodzielnie zmagają się z życiem. Natomiast w wypadku kobiet młodych, niedojrzałych, główne przyczyny rozwiązłości, to panika związana z brakiem środków do życia i zwykły handel ciałem w zamian za wikt i opierunek (rodzaj sponsoringu, często zawoalowany, którego żadna ze stron nie chce nazwać po imieniu) oraz coś wręcz przeciwnego- poczucie bezkarności, chęć zaimponowania rówieśniczkom powodzeniem u mężczyzn, przekonanie, że wiadomości o seksualnych incydentach nie przedostaną się przez morze do Polski i złuda anonimowości. Ponieważ sprawa dotyczy młodych dziewcząt, świeżo po szkole, można temu przeciwdziałać, są jakieś metody prewencji. Można chyba w szkole wywołać dyskusję o tym, czy rzeczywiście seksualne wybryki mogą pozostać w tajemnicy i czy rzeczywiście nie wpłyną na późniejsze życie. Wystarczy pomyśleć o mnie, przecież ja w porównaniu do dziewcząt z mojego opowiadania byłem starym prykiem poza sferą ich zainteresowań (chyba, że jako sponsor). A jednak mimo to, miałem przegląd sytuacji jak na dłoni. Nie dlatego, że się bawiłem w detektywa! Ja byłem zajęty swoją pracą! Ja miałem przegląd tej sytuacji, ponieważ gdy tylko jakiś gówniarz umoczył pędzelek, to od razu się komuś tym pochwalił, a potem ta historia przekazywana była z ust do ust przy każdej okazji. Myślę, że każdy bez wyjątku, stary, czy młody, mężczyzna, czy kobieta, skorzysta, gdy nauczy się jednej prostej zasady: Postępować tak, żeby się później tego nie wstydzić, choćby nawet dowiedziało się o tym własne dziecko. To przecież nie oznacza ani rezygnacji z seksu, ani też z innych przyjemności. I myślę, że każdy wyczuwa różnicę między tym, czego się można wstydzić, a czego nie, co powiedziałby własnemu dziecku, a co chciałby za wszelką cenę ukryć. Nie mam tu, bynajmniej na myśli detali życia seksualnego, bo one z definicji są przeznaczone tylko dla partnerów. Chodzi o to, że chyba nikt się nie będzie wstydzić seksu z partnerką/ partnerem, za to może się wstydzić seksu za pieniądze albo służeniu za imprezowe pogotowie seksualne. Ja wiem, że w dzisiejszych czasach znajdą się nastolatki chwalące się tym swoim koleżankom, ale już nie pochwalą się tym ani swojemu mężowi, ani tym bardziej dziecku.

            Na zakończenie zaś informacja, która zdaje się w głowie nie mieścić, a jednak jest prawdziwa. Na ogół Polki wchodzą w identyczne relacje w jakie wchodzą i w Polsce. Zawierają małżeństwa, bądź tworzą wolne związki, pracują, wychowują dzieci. I to jest kolejny powód, dla którego osoby prowadzące rozwiązłe życie, szybko przestają być anonimowe: To są tak osobliwe zachowania, że każdy o nich mówi, jak o niezwykłej anomalii. Te młode dziewczyny z mojej historii, to po prostu niedojrzałe panienki, które jeszcze nie wiedzą po co jest seks. A to nie zależy od tego, czy się mieszka w Polsce, czy na Wyspach, lecz od rozwoju osobowościowego. Tym rozczarowującym miłośników sensacji akapitem, kończę.


13:42, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »
Tagi