RSS
czwartek, 30 października 2014

            Choroby społeczne zajmują dużo miejsca na łamach tego bloga. Choćby uzależnienia. Jest jednak jedna z nich, która napawa mnie tak dużą odrazą, że zniechęca mnie do pisania. Tym bardziej, że temat jest o tyle niewygodny, że grozi łatwizną, która może skutkować tandetą. Mam na myśli nienawiść bez powodu, taką „na wszelki wypadek”. Nie za czyny, lecz za to, kim dana osoba jest. Kiedyś w tym kontekście pisałem o Kasi Tusk, której jedyną winą jest bycie córką Donalda Tuska i uczciwe zarabianie pieniędzy tworzeniem bloga- paradoksalnie, nienawidzą jej najbardziej ci, którzy tworzą jej zarobek, hejtując każde info o Kasi, więc podnoszą cenę jej marki jeszcze zanim da się ocenić, czy jest tego warta, czy nie. Dziś jednak będzie o kimś innym.

CHODZI O AUTORKI BLOGA „eWKratkę”- kliknij tu, by poczytać.

            Trafiłem kiedyś na tekst reklamujący ten blog na portalu, do którego należy platforma blog.pl", na którym autorki publikują. Pod krótkim tekstem znalazło się jedynie sto komentarzy (moderator miał pełne ręce roboty), a i te, które przeszły, miały w sobie coś, co sprawia, że pomyślałem o raku patologicznej nienawiści drążącym nasze społeczeństwo.

            Pierwsza sprawa, która rzuciła mi się w oczy, to łatwość z jaką nasze katolickie ponoć społeczeństwo pluje swemu Bogu w twarz, depcząc jego przykazanie „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Prym wiodły bowiem komentarze polegające na zmyślaniu zbrodni, których miały się dopuścić autorki bloga. Nie wyobrażam sobie, jaką trzeba być mendą życiową, by spędzać czas na wymyślaniu fałszywych oskarżeń wobec nieznajomych, których w dodatku najprawdopodobniej nigdy w życiu nie spotkamy. Doliczyłem się raptem osiemnastu dziewczyn- autorek, którym zboczona fantazja fałszywych oskarżycieli przypisała, co tylko się dało. A dało się wiele, tylko chyba bym się porzygał, gdybym to spisał i opublikował.

            Tak, tak..., wiem że blog jest prowadzony przez kobiety osadzone w zakładzie karnym. Tylko jaki sens ma zmyślanie ich rzekomych zbrodni. Czy to towarzystwo o patologicznie skrzywionej wyobraźni uważa, że przypisując tym dziewczynom swoje niepowodzenia życiowe sprawi, że będzie mu się lepiej powodzić? Do roboty trzeba się wziąć, a nie pierdoły wymyślać! Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że olbrzymi odsetek tych oburzonych przynajmniej raz w tygodniu z wypiekami na twarzy ogląda thrillery ze zmyśloną fabułą, zmyślonymi zbrodniami i zmyślonym życiem więziennym, a gdy mają możliwość poczytać o prawdziwym życiu i prawdziwej cenie, jaką za łamanie prawa, płacą osadzone i ich rodziny, to nagle oderwani od telewizora gogusie dostają ataku niekontrolowanej wścieklicy.

            Teraz jednak napiszę o czymś, co śmieszne nie jest. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ale już dwunastoletnie dzieciaki z patologicznych kręgów warszawskiej Pragi okolic Targowej, wrocławskiego „Trójkąta Bermudzkiego”, lubelskiej Lubartowskiej, gdańskiego Wrzeszcza i dziesiątków innych miejsc o podobnie złej sławie, mają w głowach głęboko zakorzenione poczucie, że są inni, niż reszta społeczeństwa, które według nich, toczy z nimi wojnę. Co ma myśleć taki dzieciak, gdy w domu przemoc, alkohol, narkotyki, stręczycielstwo i beznadziejna bieda, a w szkole piętnowanie kolejnej złej oceny, kolejnych nieodrobionych zadań. Kogoś obchodzi z jakiego powodu? A tymczasem wyznacznikiem pozycji koleżanek i kolegów z tzw. dobrych domów stają się komórki, tablety, wycieczki zagraniczne, kotki, pieski, cholera wie co jeszcze, ale na pewno nic, co może mieć dziecko z patologicznej rodziny. Najpierw jest wyraźny podział, potem bezmyślne docinki, a wkrótce w głowach mieszka permanentna wojna. Żeby przełamać taki mur nieufności, potrzeba długich miesięcy pracy, którą zniszczyć może jeden nieuważny krok, jedno nieprzemyślane słowo albo czyn. Wiem, bo mój kolega z podwórka kręcił o tym film dokumentalny. Wiem, bo moja były dziewczyna jest wieloletnim pracownikiem zakładu poprawczego dla dziewcząt. Wreszcie wiem, bo sam przebywając na emigracji spotykałem przeróżnych ludzi. I co ma niby pomyśleć autorka bloga przybliżającego prawdziwe życie i problemy osadzonych i ich rodzin, gdy oprócz złorzeczenia, czyta stek pomówień dotyczący czynów, których w życiu nie popełniła, jakieś chore domniemania o rzekomym zarobku za pomocą bloga (załóż jeden z drugim dochodowy blog, a później bzdury wyplataj, chociaż swoją drogą, jakim to niby jest grzechem uczciwie zarobiony pieniądz?), jakieś wmawianie, że autorki oczekują użalania nad sobą, wymysły o rzekomych więziennych luksusowych wczasach, czy inne pierdoły?! No jak myślicie? Jak zareagowałby każdy z nas, gdyby był fałszywie oskarżany? Kto tu ma chory łeb?!


            A teraz wisienka na torcie: Czy zdajecie sobie sprawę, ilu spośród komentujących wzmiankę o blogu „eWKratkę” może znaleźć się bez problemu w miejscu osadzenia? Przecież już publikowanie pomówień nie jest zgodne z prawem. Pal jednak sześć pomówienia, za kratki można pójść za niepłacenie podatków (nie mówiąc już o wyłudzeniach zwrotu niepłaconych podatków), za wyłudzenia ubezpieczeń (n.p. „załatwienie” renty), niepłacenie alimentów, posiadanie narkotyków, poświadczenie nieprawdy, gwałt (także na pijanej lub wyzywająco ubranej kobiecie, choć wielu siurkom się to nie mieści w głowie), demoralizację nieletnich (jesteście pewni, że komentatorzy sprawdzają przed seksem, czy idą do łóżka z koleżanką, której nie chroni prokurator, czy nie częstują nieletniej narkotykiem, alkoholem). I będą wtedy z płaczem narzekać na „NIELUDZKI SYSTEM” (wiem, co mówię, miałem kiedyś komentatora, który twierdził, że w więzieniach są „wczasy za nasze pieniądze”, ale jednocześnie płakał, że „nieludzkie Państwo” może mu zniszczyć życie, sadzając go do więzienia za marihuanę. Na marginesie, jeśli go już posadzi, to wcześniej za oszustwa podatkowe, gdyż uważał, że to nie przestępstwo, lecz „walka z systemem”). A jeżeli już nastąpi osadzenie takiego delikwenta, to kolejne pokolenie takich szczekających komentatorów będzie mu słać joby zza klawiaturki, bo póki co, mamusia grzeje kaszkę, kupuje w sklepie modne ciuszki, płaci za laptopa i inne przyjemności, a pieszczoszek się nudzi, więc zmyśla i publikuje.

            Jeszcze jedno: Jak możecie zauważyć, zamieściłem w bocznej szpalcie link do omawianego bloga. To tak w imię zasad, uważam bowiem, że każdy z nas ma coś ciekawego do powiedzenia. Tamte dziewczyny też. Jeżeli by prowadzenie bloga miało stać się kiedyś ich pasją- tym lepiej. „Powiedz mi, co robisz w wolnym czasie, a powiem ci, kim jesteś”. Jest w tym zdaniu dużo prawdy. Jeśli mam do wyboru tworzyć (choćby pisząc blog albo uczciwie pracując), czy niszczyć (choćby niszczyć życie nałogami, czy przestępstwami), wybieram tworzenie. A co najlepsze: Jeżeli twórczość przyniesie autorkom uczciwy zarobek, tym bardziej lepiej! I będzie to wartość dodana, choć zdaję sobie sprawę z istnienia chorobliwej zawiści wśród pewnej, niepomijalnej grupy naszych rodaków, której to będzie nie w smak.


 

22:08, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (27) »
wtorek, 28 października 2014

            Jesień w Irlandii potrafi zaskakiwać. I bynajmniej nie sztormową aurą, która nie zaskoczy tu nikogo. Ponoć to właśnie październik jest najbardziej stabilnym miesiącem w roku, jeżeli by wziąć pod uwagę pogodę.

            Paddy żył w Dublinie. Październik był jego miesiącem. Chwytał chciwie ostatnie w roku ciepłe promienie słońca. Później słońce będzie jedynie oślepiać- nikogo nie ogrzeje. Widywałem go często na schodkach pod zabytkowym gmachem Izby Celnej. Wyróżniał się spośród bezdomnych. Tak sobie wyobrażam bohaterów powieści Londona- wygląd trapera, ale takiego, który starannie dobiera ubranie i nie zadowoli go byle łach, choćby i najcieplejszy. Myślę, że mógłby zawrócić w głowie każdej kobiecie, gdyby nie jego tryb życia. Nie tylko przystojny, ale i sprawny. Nie każdy potrafiłby się wgramolić do jego „mieszkania”- zadaszonej wnęki Izby Celnej, oddzielonej od nadrzecznej ulicy dwumetrową barierą z zaostrzonych prętów. Do dziś się zastanawiam, jakiej mógł użyć techniki, by tam wejść. Wnęka zamieniona była w barłóg z tektury, kilku koców i śpiwora. Paddy był tam jedynym mieszkańcem.


            Po raz pierwszy zwróciłem na niego uwagę, gdy chwiał się na szczycie schodów w charakterystyczny dla odurzonych narkotykami sposób. Nieprzytomne oczy, wiotkie kolana i gumowe nogi wróżyły rychły upadek. Zatrzymałem pierwszy lepszy patrol „Garda” (tak się tu nazywa policja), by mu pomogli. Później widywałem go w różnych sytuacjach: Spał jak zabity, otoczony pootwieranymi puszkami po piwie lub całkiem przytomnie wygrzewał się na słońcu. Którejś październikowej niedzieli minąłem go około południa- obaj cieszyliśmy się wtedy pięknym, bezchmurnym i bezwietrznym dniem. Wracałem ok. siódmej wieczór, już po zmroku. Nagle poczułem mroźny powiew znad rzeki. Popatrzyłem na wtulającego się w śpiwór Paddy'ego i pomyślałem, że tej nocy złapie go pierwszy tegoroczny przymrozek. On też to przeczuwał- idę o zakład!

            Gdy rankiem zeskrobywałem szron z szyb mojego samochodu, myślałem o nim i o innych bezdomnych. Czułem się bezradny: tutaj, gdzie każdy kto chce znaleźć pracę, znajdzie ją i godnie przeżyje, oni marznąc marzą o ciepłym posiłku, ale nie chcą sobie pomóc.


            Tegorocznej jesieni również miałem okazję kilkakrotnie odwiedzić Dublin. Gdy tylko znalazłem się w pobliżu Izby Celnej, uderzył mnie nietypowy widok: Wnęka Paddy'ego wzbogaciła się o ścianę zewnętrzną- jej rolę spełniały tekturowe kartony uwiązane do stalowych prętów odgradzających niszę od ulicy. Widok szpetny, ale zawsze to jakaś ochrona przed wiatrem. Coś mnie tknęło i zajrzałem za ścianę”. To nie był on. Paddy odszedł, a jego „mieszkanie” natychmiast znalazło amatora. Ot tak, jak gdyby nigdy nic!

 


 

20:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 27 października 2014

            Pod koniec wojny, 3-go maja, przyszedł na świat chłopiec. Miał już trójkę rodzeństwa, a w wieku lat siedmiu doczeka się jeszcze jednego. Nie miał łatwego życia: bieda, zero perspektyw, a do tego piętno bękarta- mąż jego matki zmarł za sprawą niemieckiego okupanta w obozie koncentracyjnym, cztery bez mała lata przed przyjściem na świat naszego bohatera. Dla miejscowego proboszcza był to wystarczający powód, by prześladować dzieciaka, który garnął się do ministrantury i skutecznie od niej został przegoniony (chłopiec po pół roku zrezygnował). Nie był przesadnie zdolny, a i w domu nie miał najlepszych warunków, by pracą nadrobić zaległości. Świadectwo z podstawówki nie dało mu upragnionego liceum. Warsztatów ślusarskich w zawodówce nie cierpiał, więc zainteresował się seminarium, a nim zainteresował się ten, który się interesuje każdym zainteresowanym seminarium, a którego imienia lepiej nie wymawiać (a może interesował się nim już wcześniej, przez wspomnianego proboszcza- kto to wie?!). Nie przyjęli go, ale postanowił się tam dostać tylnymi drzwiami- przez klasztor. Droga dłuższa, ale okazała się skuteczna. Jakoś go przepchnięto mimo kłopotów w nauce, a w 1971 roku złożył śluby zakonne i został kapłanem. Ten, którego imienia lepiej nie wymawiać nasyłał na niego swych rogatych pomagierów z legitymacjami bezpieki. Ci, by mu przeszkodzić, szantażowali go, kazali podpisać cyrograf, lecz on wyszedł z tych prób zwycięsko. Tak mu się wydawało, choć wydawało mu się również, że z oddali dobiega go diaboliczny śmiech.


            Młody ksiądz był uwielbiany, pracował z młodzieżą, organizował jej rozrywkę: wycieczki, wypady w góry, świetlicę, stół do tenisa, „piłkarzyki”, zakładał też zespoły muzyczne i prowadził „msze bigbitowe”, a nawet współorganizował festiwal piosenki sakralnej. Działał najpierw w Grodzie Kopernika, potem pośród jezior i lasów Pojezierza Drawskiego. Rogaci go ścigali, a on im się opierał. Tak mu się przynajmniej zdawało. I nie wie nikt, jak to się stało, gdzie i kiedy podpisując jakiś papier, uronił na niego kroplę krwi, a temu, którego imienia lepiej nie wymawiać, aż czerwienią rozbłysnęły ślepia na ten widok. Odtąd rogaci służyć mu zaczęli, paszporty na wyjazdy zagraniczne bez oporów wydając, choć przecież nikt o takiej łatwości i swobodzie przekraczania żelaznej kurtyny w ówczesnej Polsce marzyć nie mógł. I wierzcie lub nie, ale dokumenty rogatych, dziś znajdujące się w archiwach IPN, nie zawierają znaczących wzmianek o tym księdzu (choć go rozpracowywali i musiały istnieć), jakby je ogień piekielny pochłonął! W każdym bądź razie, był 1986 rok, gdy ksiądz ów spotkał się z szefem szefów (tym samym, który wyświęcił Wesołowskiego na biskupa i postawił sobie za cudze pieniądze 234 pomniki za życia), a było to tam, gdzie niegdyś imć Twardowski zobowiązał się duszę swą diabłu oddać. Ksiądz już po tym spotkaniu do zakonu nie wrócił. Został na Zachodzie- w Niemczech ponoć, choć diabli to wiedzą. Potem był 4 czerwca 1989, runęły mury i już nikt nikomu nie przeszkadzał swobodnie podróżować tam, gdzie chciał. W każdym razie ksiądz był już innym człowiekiem i nigdy już nikomu nie pomógł.


            Na początku lat dziewięćdziesiątych- z niczego, powstało radio. Nie tak całkiem z niczego: Ktoś dał pieniądze niewiadomego pochodzenia, a rogaci w sowieckich mundurach użyczyli swoich nadajników i częstotliwości. W eter poszły chaos, nieufność, impulsywność, antysemityzm i dzielenie Polaków na lepszych (prawdziwych) i gorszych. W Sejmie siedmioro posłów przekabaconych przez księdza sprzeciwiło się wejściu Polski do NATO i Unii Europejskiej i od tamtej pory ksiądz robił już jawnie wszystko, by wepchnąć kraj w łapy Rosji. Czasami się wyciszał, ale wtedy pojawiał się u niego czerniawy jegomość w garniturze i kapeluszu na głowie, machając mu splamionym krwią dokumentem. Ksiądz z miejsca gorliwiej dzielić poczynał Naród, naigrywać się z prawa, pluć na przykazania, a wtedy czerniawy uchylał kapelusza odsłaniając dwa zrogowaciałe wyrostki. Dziś księdzu posłuszni są co słabsi duchem biskupi, całe partie polityczne i kluby poselskie trzęsą przed nim portkami, a tych, którzy mu służą gorliwie i łaska jego jest przy nich, zaprosił na jutrzejsze imieniny.

 


 

20:22, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (10) »
niedziela, 26 października 2014

            Zanim przejdę do felietonu, kilka słów dla wyjaśnienia mojej nieobecności. Dobiega końca mój szalony październik. Niewiele miałem możliwości, by podziałać na blogu, a to z powodu przyjęcia przydużej liczby zleceń- zdaje się, że sytuacja się powoli uspokaja, więc wracam. Dodatkowo, miałem przyjemność brać udział w weselisku najmłodszego braciszka- w związku z czym, pokuszę się o małą dedykację poetycką- na moment oddam głos Wyspiańskiemu:

            Starszy pan na starość odkrył w sobie politycznego tygrysa i postanowił wystartować w wyborach samorządowych na radnego sejmiku mazowieckiego. W jednym z wywiadów rzekł był: „Hanna Gronkiewicz-Waltz pewnie nie zrobiła tyle dla tego miasta co ja, bo przez 40 lat poprawiałem nastrój Polaków. Ona się ode mnie odwraca przez osiem lat. Gdybym ja był prezydentem Warszawy - bez względu na opcje polityczne - i bym wiedział, że jest taki zdolny facet jak Andrzej Rosiewicz, pewnie największy showman w Polsce, to bym go wykorzystał. Tymczasem, choć miasto organizowało przez te lata setki koncertów, to ile zaproszeń było dla Rosiewicza? Zero - mówi zawiedziony”. Pomyślałem sobie: „może o czymś nie wiem” i korzystając z popularnego serwisu „Youtube” sprawdziłem, co ma artystycznie do zaoferowania ów „pewnie największy showman w Polsce”. Cóż..., więcej emocji wzbudził we mnie śpiewak z „Rejsu” Marka Piwowskiego.

            Cytując inżyniera Mamonia: „To mnie wzrusza..., jestem ożywiony..., pobudza...”. Andrzej Rosiewicz- facet, który był w szołbiznesie już w czasach, kiedy mnie jeszcze w planach rodziców nie było, nie orientuje się, że przynudza. Nie on jeden. Weźmy Janka Pietrzaka, również przekonanego, że „mainstream” go tępi. Nie chce mi się tłumaczyć dorosłemu człowiekowi, że jest spora różnica między kiepskim wiecem politycznym a dobrym kabaretem, więc może zademonstruję, co uważam za kabaret (choćby nawet polityczny).

            W moim prywatnym rankingu, na miano największej marudy szołbiznesu zasłużył jednak nie kto inny, jak Paweł Kukiz. Facet wchodzi z butami w politykę, startuje w wyborach do sejmiku dolnośląskiego, a pomóc mu w tym mają lamenty, że media nie puszczają jego autopromocyjnej płyty p.t. „Zakazane piosenki”. Tak, zadałem sobie trud, odnalazłem jego najnowsze "dzieło", wysłuchałem i podpowiem Pawełkowi w ten sposób: bluzgi na rządzących, ani na kler, czy jakąkolwiek inną władzę, nigdy nie cieszyły się poparciem mediów. Nawet lekkie, pozbawione wulgaryzmów, polityczne piosenki grupy Big Cyc, krążyły raczej w drugim obiegu, ale krążyły, gdyż kontestacja zastanej rzeczywistości zawsze była i będzie pożywką dla młodzieży. Wiedzieć o tym powinien i pan Paweł, gdyż jego „ZChN zbliża się”, czy „Rodzina słowem silna”, potrafiły znaleźć słuchaczy, mimo zakazu medialnego (i to w czasach, gdy nie było internetu). Tymczasem to, co wyprodukował ostatnio pan Kukiz, nie jest żadną kontestacją, lecz ordynarnym przyłączeniem się do sporu politycznego, którego Polacy mają po dziurki w nosie i stąd bierze się brak zainteresowania. Mamy przecież internet, mamy serwis Youtube, a szału nie ma, „dzieło” nie funkcjonuje ani na rynku, ani w podziemiu. Okładka płyty przedstawia zakneblowanego artystę, tyle że nasz „buntownik” zakneblował się sam, bo odbiorca bez trudu odróżni prawdziwie kontestującego Kazika Staszewskiego (poniżej) od nieudolnie próbującego zrobić karierę polityczną Pawła Kukiza.


 

14:05, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
niedziela, 12 października 2014

            Nie od dziś wiadomo, że najłatwiej gadać o tym, o czym się nie ma zielonego pojęcia do elektoratu, który ma jeszcze mniejsze pojęcie. Na przykład o zamówieniach publicznych. Najczęstszymi błędami w ostrzeganiu tych zamówień przez Polaka- szaraka są:

            - Przekonanie o tym, że podmiot państwowy może kupić co chce.

            - Przekonanie o tym, że podmiot państwowy pobiera fundusze z BRALNI PIENIĘDZY, może wziąć ile chce, tylko na złość Polakowi- szarakowi nie bierze.

            Jakże inaczej Polak- szarak myśli o swoich wydatkach. On MUSI, BO NIE MA WYJŚCIA, MUSI kupić towar najtaniej, jak się da, choćby był kradziony lub przemycany. Uczciwość i patriotyzm chowane są wtedy daleko w tyle. Za to państwo ma patriotycznie kupować nasze, choćby droższe, choćby wbrew prawu, za to tak, by kosztów nie ponosili Polacy.

            Dziś (właściwie jest już po północy, więc wczoraj) na wielkopolskiej konwencji PiS, pan prezes Kaczyński swoim narodowo- socjalistycznym zwyczajem, zrugał władze Warszawy za zakup chińskich autobusów zamiast naszych Solarisów, przedstawiając to jako brak patriotyzmu. Oczywiście nie powiedział, co ograniczało Warszawę. No to go wyręczę: Władze miasta składając zamówienie muszą określić warunki zamówienia i są zobowiązane do przyjęcia najlepszej oferty spełniającej wymogi, bo chodzi o FINANSE PUBLICZNE. Pomóc rodzimym producentom mogą jedynie ustawiając specyfikację pod nich. Jeżeli jednak Chińczykom mimo to udało się spełnić wymogi i zaproponować lepsze warunki, trzeba kupić od nich. Solaris może zakwestionować warunki oferowane przez Chińczyków i z pewnością zrobiłby to, gdyby miał się do czego przyczepić. Widocznie nie znalazł podstaw do protestu. Polska nie może postępować wbrew prawu, bo beknie przed każdym sądem, a dodatkowo narazi się na wojnę handlową. Mamy już taką z Moskwą i zupełnie nie leży w naszym interesie wchodzić w konflikt z Pekinem zwłaszcza, że ani Europa, ani USA nie kiwną palcem w naszej obronie, choćby dlatego, że to my stalibyśmy się wtedy agresorem, choć oczywiście dużo większe znaczenie mają ich interesy. Znaczenie ma też nasz, polski interes.

            Wyobraźmy sobie, że Warszawa ma do wydania na zakup autobusów określoną kwotę. Może za nią kupić 10 Solarisów. Nagle okazuje się, że Chińczycy oferują za to 14 autobusów, równie długi serwis gwarancyjny, co Polacy, a do tego zgadzają się na odroczenie płatności. Mało tego, dostarczą te autobusy szybciej, niż Solaris, który na brak zamówień nie narzeka i jest do niego kolejka. Dzięki odroczeniu płatności będzie można szybciej skończyć jakąś stację metra, dzięki czemu część warszawskich kierowców przesiądzie się z samochodu do kolejki, by zaoszczędzić czas. Zmniejszy się ruch uliczny, zwiększy wpływ za bilety komunikacji miejskiej. To dobra strona medalu. Zła jest taka, że prawdopodobnie po upływie terminu gwarancji, znacząco wzrosną koszty utrzymania chińskiego taboru, który nie jest przesadnie długowieczny. Polski Solaris nie zarobi, ale przecież mógł również pomyśleć o odroczeniu płatności, lecz widocznie mu się nie opłacało takie uatrakcyjnienie oferty. Nie da się mieć wszystkiego. Cały czas pamiętajmy, że to tylko zmyślone dane- nie mam bladego pojęcia, jakie były warunki konkurencyjnych producentów, chodzi mi tylko o to, by uświadomić czytelnikowi, że on sam mógłby się skusić na chiński produkt, gdyby go odpowiednio zachęcić, a zachęta z pewnością była.


            Oczywiście, że bym wolał, by po polskich miastach jeździły świetne, polskie Solarisy zamiast chińskich wynalazków. Podobnie wolałbym zamiast pstrąga z francuskiego stawu hodowlanego, zjeść pstrąga z polskiej rzeki. Tyle, że taka zachcianka niesie za sobą niemały koszt. Mógłbym go obniżyć łamiąc prawo (na przykład kłusując), ale odechciewa mi się ryzyka na myśl o tym, co się ze mną stanie, jeśli prawo dobierze się do mnie. I o tym przypominam prezesowi partii, która w nazwie ma rzeczone prawo. Nie można dla niczyjej zachcianki go łamać, zwłaszcza w rozgrywkach z silnym przeciwnikiem, który będzie wiedział jak to prawo wyegzekwować.

 

01:33, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (8) »
czwartek, 02 października 2014

Godz. 10.00.

Jestem tuż przed podróżą. Ubieram się do wyjścia. W ostatniej chwili decyduję się kupić coś w sklepiku pani Zosi.

Godz. 10.05.

Wchodzę do sklepu. Mówię „dzień dobry”. Pani Zosia odpowiada „dzień dobry”. Robię zakupy, płacę, pani Zosia przyjmuje pieniądze, mówimy sobie „do widzenia”.

Godz. 10.10.

Radio podaje, że zaskoczyłem wszystkich mówiąc „dzień dobry”, choć obiektywny spiker zauważa, że pani Zosia przytomnie odpowiedziała mi „dzień dobry”. Jeszcze większą sensacją okazał się być fakt, że wybrałem towar, zapłaciłem za niego, a pani Zosia przyjęła pieniądze i wydała resztę.

Godz. 10.15.

W telewizji jest pokazany na gorąco komentarz Krysi, koleżanki pani Zosi z godziny 9.50, gdzie Krysia twierdzi: „Woland nie ma moralnego prawa robić zakupów w sklepiku Zosi, bo wcześniej naprawiał samochód u pana Zdzicha, który w podstawówce ciągnął Zosię za warkoczyki”.

Godz.10.16.

Mój kolega mówi na konferencji prasowej transmitowanej przez radio i telewizję, że to mój pierwszy cud. Towar wybrałem, zapłaciłem za niego, a pani Zosia kasę przyjęła i wydała resztę.

Godz. 10.20- 24.00.

Wszystkie krajowe media z internetem i gazetką parafialną włącznie rozpisują się na temat mej przebiegłej strategii wybrania produktów potrzebnych mi w podróży i zakupienia ich w najbliższym sklepiku za gotówkę. Jednocześnie zwracają uwagę na pełen profesjonalizm pani Zosi, która mnie obsłużyła, wydając paragon i resztę. W kraju wybucha ogólnonarodowa dyskusja na temat zakupów. Koleżanki i koledzy pani Zosi twierdzą, że ja sobie robię spokojnie zakupy, a w Polsce głodują dzieci, na co moi koledzy wraz z koleżankami odpowiadają, że Zosia tu sobie czesze sałatę na sprzedaży, a gdzieś tam niedaleko głodują dzieci. Ludzie zaś, którzy nie są ani moimi, ani pani Zosi koleżankami, ni kolegami twierdzą, że my tu sobie robimy kółko wzajemnej adoracji, kupujemy, sprzedajemy, a tymczasem dzieci głodują. Lekarz dyżurny twierdzi, że to epidemia i na to nie ma lekarstwa.


            Tak, tak, moi drodzy, stało się! Znany polityk podał rękę równie znanemu politykowi! Sensacja! Rewelacja! Temat na pierwsze strony gazet! Na jutro przewidujemy stanowcze oświadczenia obu polityków, że postanowili srać odbytem, miast tyłkiem gwiazdy podpatrywać. Dziennikarze już dziś przygotowują stosowne materiały! Wojciech Młynarski już lata temu zilustrował tę sytuację w swojej "Balladzie o cyrku"- kliknij tu, by odsłuchać.

 

11:59, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
Tagi