RSS
wtorek, 15 maja 2012

            Polacy przez lata komuny przyzwyczaili się do idiotycznego systemu refundacji “wszystkiego”, co jest związane z leczeniem. Cudzysłów jest zamierzony, bo oczywiście NIGDY ta refundacja nie miała miejsca. ZAWSZE na coś brakowało! Z niewiadomych przyczyn Polacy wkręcili sobie, że ponieważ “TYLE PŁACĄ”,  to “POWINNI” mieć wszystko gratis. Ile płacą, łatwo wyliczyć, gdyż to 9% pensji brutto, więc bez przesady z tym ogromem. Ile mają, to wiemy, gdyż do specjalisty czeka się w kolejce od pół roku wzwyż. Dlaczego? Bo wyżej dupy nie podskoczysz. Więcej specjalistów, niż jest zatrudnionych w służbie zdrowia nie ma, a nie wystrugamy ich z kory. Trzeba ich wykształcić i zatrudnić. Ewentualnie przyjąć specjalistów wykształconych gdzie indziej, zaoferować konkurencyjną pensję, by opłaciło im się zostawić kraj rodzinny i wtedy zatrudnić. Polak jednak z uporem maniaka będzie powtarzał, że ci specjaliści “POWINNI BYĆ”, nie chce na nich płacić, ale chce ich mieć.

            Z tym samym problemem stykają się mieszkańcy wszystkich krajów Świata. Wbrew temu, co próbuje wmawiać Janusz Korwin Mikke, kraje rozwinięte płacą obowiązkowe ubezpieczenia zdrowotne, a zbawienną medycynę bezpodatkową stosuje się chyba tylko we wspólnotach plemiennych, gdzie leczy się ludzi przez pocieranie skórą węża, bądź spożywanie sproszkowanych dziobów papuzich. Wszędzie tam, gdzie jest rozwinięta medycyna, istnieje system obowiązkowych ubezpieczeń. Różny jest tylko ich zakres.

 

            Ponieważ za dość ciekawe uważam rozwiązanie irlandzkie, z którego korzystam, chciałbym je skrótowo przedstawić:

            Nie wnikając w niuanse algorytmu obliczeń, powiem tylko, że moje obowiązkowe ubezpieczenie społeczne (zdrowotne+ emerytalne) kosztowało od 3100 euro rocznie do ponad 5 000 euro rocznie (w zależności od zarobków, które plasowały się w strefie średnich dochodów- wyższych zdecydowanie od płacy minimalnej, natomiast oddzielonych przepaścią od dochodów klasy “S”). W zamian za to otrzymałem bezpłatne leczenie, jednak ta bezpłatność obwarowana jest kilkoma warunkami. Po pierwsze, wszystkie wizyty kontrolne są płatne. Dopiero, gdy lekarz pierwszego kontaktu uzna, że to coś poważnego i zleca dalszą diagnostykę, bądź leczenie, jest ono bezpłatne. Koszt wizyt u lekarza pierwszego kontaktu można odliczyć od dochodu, jednakże dopiero, gdy przekroczy on sumę określoną ustawą, nie chce mi się szukać, jaka jest obecnie, ale gdy pracowałem, wynosiła ona ok. 300 euro rocznie- nigdy jej nie przekraczałem, więc płaciłem pełną odpłatność za wizyty.

            Co system na tym zyskuje? Oczywiście zyskuje to, że fundusze, które w Polsce wydaje się na wizyty symulantów i hipochondryków, w Irlandii pozostają w systemie opieki zdrowotnej. Pozostaje więc więcej środków na naprawdę skomplikowane i drogie terapie. Dopiero poważne choroby, których leczenie kosztuje więcej, niż 300 euro rocznie są refundowane. Skala refundacji zależy od dochodu. Bogatszy może liczyć na mniej, choć płaci więcej podatków, a biedniejszy na więcej. Osoby, których dochód jest poniżej minimum socjalnego, mają opiekę refundowaną w całości, co nie oznacza że całkiem bez sensu. Nie wszystkie leki są refundowane, a na odpowiednie leczenie wymagane jest skierowanie.

            Malkontenci mogą płakać, że to niesprawiedliwe. Rzeczywiście, osoba zarabiająca dużo, więc płacąca dużo, niejako “za karę” za swoją pracowitość, płaci za swoje choroby więcej, niż osoba, która zarabiała mniej, bądź nie zarabiała wcale. Irlandia wyszła jednak z założenia, że bogaty nie zbiednieje, natomiast dzięki finansowaniu leczenia ludzi ubogich, unika się napadów rabunkowych, których celem miałoby być zdobycie pieniędzy na leczenie- leczenie osób bezrobotnych, bądź ich dzieci. Zgadzam się z tym tokiem myślenia. Jak już napisałem, ubezpieczenie społeczne i zdrowotne nie jest takim znowu wydatkiem, by nad nim płakać, a zabezpiecza obywateli przed rozbojami, czy w skrajnym wypadku, rewolucją, poza tym KAŻDY może wpaść w kłopoty finansowe, więc każdy ma chroniony tyłek. Jeśli ktoś myśli, że nie, to najzwyczajniej w Świecie, NIE ZNA ŻYCIA. Mantra Janusza Korwin Mikke “chcącemu nie dzieje się krzywda”, charakteryzuje się niezwykle ograniczoną wyobraźnią. Ponieważ ja miałem okazję zarabiać bardzo przyzwoite pieniądze, by chwilę później stracić źródło dochodu z powodu choroby, mam nie tylko wyobraźnię, ale i WIEDZĘ na ten temat. Znam to zarówno z teorii, jak i z praktyki. I to zarówno od strony ubezpieczenia obowiązkowego, jak i dodatkowego.

            Co śmieszne, system zdrowotny Republiki Irlandii odrzuciłby nie tylko Janusz Korwin Mikke, ale i Leszek Miller, Grzegorz Napieralski, czy Jarosław Kaczyński. Dlaczego? Bo za wizyty u lekarza pierwszego kontaktu trzeba płacić, co wywołuje panikę o komunistów, kryptokomunistów i narodowych socjalistów. Mało tego, Irlandia ma zróżnicowany standard leczenia, gdyż osoby decydujące się na dodatkowe ubezpieczenie, są uprawnione do wygodniejszych sal komercyjnych, a także do szpitali prywatnych. Jak pamiętamy, taka propozycja rządu Tuska, wywołała zdecydowany sprzeciw PiS i SLD, bo to podobno “NIESPRAWIEDLIWE”. Jak widzimy, sprawiedliwość jest jak DUPA, inną ma Janusz Korwin Mikke, inną Leszek Miller, inną Donald Tusk, a jeszcze inną Waldemar Pawlak, Renata Begger, czy Zbigniew Ziobro. Dlatego osobiście nie uznaję pojęcia “sprawiedliwości”, gdyż jest ono naciągane, niczym guma w gaciach.

 

            Za największą wadę systemu zdrowotnego w Irlandii uznaję brak kadry. Edukacja nie nadąża za potrzebami, poziom lekarzy ogólnych jest dużo niższy, niż w Polsce, dobrych jest jak na lekarstwo. Nie wynika to jednak z systemu ubezpieczeń, lecz z niskiego poziomu edukacji ogólnej.  Za to eksperci są światowej klasy, tyle że nie ma ich wielu. Choć i tak zdarzają się rzeczy, na które nie ma lekarstwa.

             Na zakończenie taka uwaga: Ciężko ten felietonik nazywać obiektywnym, skoro wyraźnie sugeruję czytelnikowi, że podoba mi się opcja irlandzka. Z satysfakcją odnotowuję jednak, że subiektywizm jest cechą felietonu i taki ma być. Mimo to, podałem elementy systemu irlandzkiego, które mogą się nie podobać zarówno komunistom, jak i skrajnym liberałom. Pocieszam się zatem, że i tak jestem o niebo uczciwszy, niż politycy, którzy ograniczają się do tępej krytyki pomysłów innych opcji politycznych, gdyż przyznałem, co może tutaj stanowić element kontrowersyjny. Poza tym, jakie to ma znaczenie??? I tak żaden z polityków nie oprze się na tym, co tutaj napisałem. Warto jednak wiedzieć, że są do wyboru inne systemy, niż finansowanie “wszystkiego”, bądź pełna odpłatność. To jeden z nich. Na Świecie są ich dziesiątki lub nawet setki. Rzut oka na to, co jest poza naszym grajdołkiem jeszcze nikomu nie zaszkodził.



wtorek, 08 maja 2012

            Zauważyliście ciekawą prawidłowość??? Polak, gdy robi coś zespołowo, zawsze uważa, że jest wyzyskiwany. Gdy pracuje, to okrada go prywaciarz- szef, który go wyzyskuje, a koledzy z pracy się obijają i tylko on ciągnie firmę. Gdy posiada firmę, to go okradają pracownicy, obijają się, ściemniają, oszukują. Gdy dokonuje transakcji kupna- sprzedaży, to druga strona chce go oszwabić. Tylko on jeden, jedyny, jest uczciwy.

            Nie inaczej jest z ubezpieczeniami. Ile to już razy spotkałem się ze stwierdzeniem, że “JESTEŚMY OKRADANI, a za taką kasę, to mielibyśmy takie ubezpieczenie, że w szpitalach by nam złote kaczki podawali”. Niby coś jest na rzeczy, jednak nie tak wiele, jak się to powszechnie uważa. Otóż  z całą pewnością, więcej niż wpłacimy na ochronę zdrowia (globalnie, jako obywatele RP), nie wyciągniemy. Pieniędzy w NFZ jest dokładnie tyle, ile wpłaciliśmy, minus koszty własne. Pewnie, jak wszędzie gdzie jest kasa, są też i złodzieje, jednak opowieści o tym, jak to byśmy leczyli się jak “pany”, gdyby istniało tylko prywatne, dobrowolne  ubezpieczenie, radziłbym włożyć między bajki. Zapytam tak: Dlaczego zatem ci wszyscy przekonani o tym królewskim leczeniu ubezpieczonych dobrowolnie, po prostu nie wezmę i się tak nie ubezpieczą, skoro to takie tanie i daje taką opiekę??? Wiecie dlaczego??? Bo to gówno prawda. Ja akurat byłem dodatkowo ubezpieczony i wiem, jak wyglądają profity z tego powodu. Co prawda w Irlandii, ale znam i cenę i to, co się w zamian otrzymuje.

 

Oto link do jednego z irlandzkich ubezpieczycieli, wybrałem jego, bo działa również w Polsce. Kliknijcie tu i sprawdźcie, jakie są ceny i co jest w pakiecie. Pamiętajcie, że oprócz tego, oni płacą ubezpieczenie obowiązkowe, więc te punkty o szpitalach publicznych są finansowane z trzech źródeł: ubezpiecznia obowiązkowego, ubezpieczenia dodatkowego i opłaty rządowej, zawartej w cenie ubezpieczenia. I nie dawajcie sobie wciskać kitów, że ubezpieczenie prywatne jest tanie i daje wszystko!!! Zwróćcie też uwagę, że to ubezpieczenie nie pokrywa wizyt u lekarza ogólnego, pokrywa tylko leczenie szpitalne.

 

            Do poruszenia tego tematu skłonił mnie jeden z komentatorów, który twierdził, że idąc na lewe zwolnienie on wcale nikogo nie okrada, a jedynie odbija sobie straty. Przede wszystkim bardzo ciekawe było to, że te straty sobie odbija, ale nie na tym, co go rzekomo okrada. To już jest fajne, bo o ile NFZ okradnie tylko na cenę konsultacji lekarskiej, ewentualnie na cenę badań dodatkowych zleconych przez lekarza, to cała reszta jest pokrywana przez pracodawcę, bądź ZUS. Ponieważ składka na NFZ wynosi 9% podstawy opodatkowania, to na drodze trywialnych przekształceń matematycznych obliczamy, że wystarczy wyłudzenie dwóch dni zwolnienia w miesiącu, by koszt tego wyłudzenia przekroczył wartość składki na NFZ (zakładając, że pracujemy 23 dni w miesiącu, dwa wyłudzone dni, to 0,87% wynagrodzenia brutto, do tego dochodzi koszt wizyty i już przekraczamy 9% składki. Oczywiście nie należy oczekiwać, że osoba kradnąca te pieniądze, zrezygnuje z przysługującej jej bezpłatnej opieki zdrowotnej w razie realnej choroby. Przecież się należy!!!

 

            Daleki jestem od gloryfikacji obecnego systemu opieki zdrowotnej. Ba, uważam, że tkwi on nadal w latach komuny, a zmiany są pozorne. Chcę tylko zwrócić uwagę na jedno: Leczenie kosztuje, potrafimy leczyć coraz więcej chorób, więc jego koszty się zwiększają. Wymagania mamy olbrzymie, ale płacić nie chcemy, mało tego, sami ten system okradamy. To czego my, do jasnej cholery, chcemy?!

 

            Następny post poświęcę temu, jak to się dzieje, że Irlandia znajduje środki na poważną diagnostykę i skomplikowane terapie. Już dziś zapraszam, bo jeżeli ktoś myśli, że to się bierze znikąd, to oczywiście jest idiotą. W systemie nie ma więcej pieniędzy, niż wpłacą obywatele!!!

            Na zakończenie taka mała dygresja: Ponieważ tak łatwo przychodzi obywatelom RP twierdzenie, że za taką kasę, którą płacą na NFZ, to oni by się tak świetnie ubezpieczyli, że sikaliby do złotych kaczek, zastanawia mnie dlaczego nie przyjdzie im NIGDY do głowy stwierdzenie, że za kasę, którą wywalają na wyroby alkoholowe, wyroby tytoniowe i narkotyki, to dopiero by się ubezpieczyli! Zważywszy jeszcze koszty dodatkowe, okołoużywkowe, jak dziwki, taksówki, wypadki i choroby spowodowane nałogami, degradacja społeczna i zawodowa, kłopoty z prawem..... Nie spotkałem się NIGDY z taką myślą. Wszyscy są biedni, bo okradani. Jeśli okradani, to przez kogo, jeśli biedni, to czy przez przypadek nie dlatego, że głupi???



19:48, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (94) »
niedziela, 06 maja 2012

            Chomik ma kolejny kłopot... i kolejny poważny. Nazywa się nowotwór złośliwy. Pierwszym objawem, którego nijak nie dało się zlekceważyć i udawać, że go nie ma, był obrzęk szyi. Guz od ucha do ucha na jej grzbietowej części. Mimo to, Chomik zastosowała (to kobieta) metodę “na strusia” i odwlekała badania mające orzec, czy to guz złośliwy, czy też nie. Po roku takiej igraszki ze zdrowiem, okazało się, że guz jest złośliwy, na tyle złośliwy, że odnaleziono przerzuty na wątrobie i tylnej ścianie żołądka (informacje mam z trzeciej ręki, więc nie znam ani liczebności odkrytych ognisk, ani dokładniejszych danych).

 

Kliknij tu, jeśli chcesz poznać wcześniejsze losy Chomika.

 

            Jakie są efekty gry na zwłokę? Nowotwór rozprzestrzenił się w organiźmie, co pozbawiło sensu zastosowania takich metod leczenia, jak radioterapia. Jedna operacja też sprawy nie załatwi, a kilku, pacjentka może nie przeżyć. Chomik nie ma na chwilę obecną zbyt wielkiego wyboru: albo chemioterapia, albo kapitulacja i czekanie na śmierć.

            Próbuję się skontaktować z Chomikiem. Chciałbym ją zmotywować do podjęcia leczenia i stosowania się do zaleceń lekarskich. Z tym może być problem... i to poważny. Chomik kiedyś doradziła swojemu ojcu odrzucenie chemioterapii i zgodę jedynie na radioterapię. Ojciec zmarł. Jeśli Chomik podejmie chemioterapię, będzie musiała wewnętrznie uznać, że pozbawiła ojca innej szansy na wyzdrowienie, że przez nią ojciec nie spróbował wszystkiego, co było w arsenale medycznym Irlandii. Myślę, że Chomik nie jeden i nie dwa razy uciekała przed tą myślą, jest z zawodu pielęgniarką, musiała nieźle udawać, by jakoś zagłuszyć wyrzuty sumienia.

            Mam jeszcze jedną wątpliwość: Chomik jest niepijącą alkoholiczką- mam obawy, by nie wykorzystała choroby, jako pretekstu do powrotu do picia. Problem stanowi nie tylko ona, ale i rodzina, która jak dotąd skwapliwie pomagała Chomikowi łamać zalecenia dla trzeźwiejących alkoholików. RODZINA CZYNNIE PRZESZKADZAŁA JEJ TRZEŹWIEĆ- piszę to wielkimi literami, gdyż i w Polsce powszechne jest przeszkadzanie w trzeźwieniu, a gdy się stanie coś złego, to wtedy jest umywanie rączek- NIE MA WINNYCH! Ta rodzina wspierała Chomika w życiu obok alkoholu, organizowała w swym domu z udziałem Chomika imprezy z alkoholem, akceptowała przerzucenie się na inne uzależnienie (marihuana, antydepresanty), ta rodzina akceptowała ignorowanie guza. Bo dla tej rodziny od zdrowia Chomika, ważniejsze było, co sobie Chomik o nich pomyśli. TCHÓRZE, bojący się konfrontacji z prawdą.

 

            Nie wiem, czy uda mi się skontaktować z Chomikiem, tym bardziej nie wiem, czy podejmie leczenie i czy przestanie się zarzynać nałogami. W każdym razie spróbuję. Chodzą mi po głowie słowa wyśpiewane kiedyś przez Pawła Kukiza, gdy był członkiem grupy Aya RL, a napisane przez raczkującego wówczas na rynku muzycznym Roberta Gawlińskiego.

 

„...Gdy mówisz: NIE!
Wiesz co to znaczy: być albo nie być
kochać i kląć
Gdy mówisz: NIE!
Wiem, że nie czekasz na przeznaczenie
walczysz o los!
Gdy mówisz: NIE!
To jesteś gotowy, zawsze gotowy by odejść stąd
Gdy Mówisz: NIE!
Nigdy nie przegrasz - choćbyś miał zginąć...”

 

            Nie ten umiera, kto naprawdę umiera, lecz ten, kto bezczynnie czeka na śmierć. Czasem bowiem takie czekanie może trwać całe lata i być prawdziwą udręką dla oczekującego i jego otoczenia. Jeśli jednak człowiek do końca robi swoje i walczy o swój los, staje się NIEZWYCIĘŻONY.

 



czwartek, 03 maja 2012

 

 

            Trzeciego maja z wiadomych względów myśli kierują się ku państwu, także ku zasadom ustrojowym, określonym w Ustawie Zasadniczej. Wspominana dziś Konstytucja III Maja była próba ratowania Rzeczpospolitej. Próbą storpedowaną przez sojusz magnaterii z najwyższymi hierarchami kościoła katolickiego, którzy dopuścili się haniebnego aktu wystąpienia przeciw legalnym władzom Rzeczpospolitej i wezwania na pomoc wojsk Rosji. Jak się to skończyło, pamiętamy wszyscy: król Stanisław August Poniatowski wbrew zaklęciom  wodzów armii królewskiej, generała Tadeusza Kościuszko i księcia Józefa Poniatowskiego, poddał kraj i przystąpił do Targowicy, w konsekwencji czego nastąpił II rozbiór Polski. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że głównym powodem, dla którego Stanisław August skapitulował, była zapaść finansów państwa- nie zaryzykował wojny przy takim stanie skarbca. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej powieszono większość prowodyrów Targowicy, lecz na ratunek dla Rzeczypospolitej było już za późno.

 

            Dzisiejsza Rzeczpospolita również wymaga pilnej reformy, przede wszystkim reformy finansów publicznych.  Reformy służby zdrowia, reformy emerytalnej. Państwo nie wytrzymuje obciążeń finansowych. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że obecne próby reformy są torpedowane przez współczesną Targowicę: sojusz najwyższych urzędników administracji państwowej, hierarchów kościelnych i związkowców. Każda próba oszczędności lub uzyskania dodatkowych wpływów jest oprotestowana, opóźniana, czy wręcz uniemożliwiana. Uniemożliwiana dlatego, że tak wielka jest liczebność głównych beneficjentów takiego stanu rzeczy.

 

            Nie wiem czy pamiętacie wypowiedź posła Niesiołowskiego, którego zbulwersowały zarzuty, że posłowie są nieobecni w Sejmie, według niego nie na tym polega ich praca. Otóż pan poseł niechcący zdradził, jak wygląda prawdziwa “praca” posłów, a mianowicie mają to być (według niego) ich pogaduchy na korytarzach i w kawiarniach. Nieco bardziej enigmatycznie w tym temacie wypowiedział się poseł Kaczyński, który na takie zarzuty odparł, że on nie ma czasu na pracę w Sejmie, bo on “działa”. Aż się prosi obu panom podziękować za taką współpracę. Żeby podatnik musiał płacić, bo towarzystwo w kawiarni sejmowej przy gorzałce rozkminia problemy Rzeczpospolitej?! Ten wydatek jest absolutnie bez sensu! Dlaczego nie weźmiemy pana żula, on zrobi to samo w zamian za wino proste! W dzisiejszych czasach posłowie i tak muszą zatrudniać ekspertów, bo sami nie mają szans posiadać wiedzy potrzebnej do pracy nad ustawami. To już nie czas renesansu, gdzie człowiek, który liznął wszystkiego po trochu by uznawany za wykształconego. Po co w takim razie tylu NIE- ekspertów?! Żeby sobie gadali na korytarzach albo w kawiarniach? Niech gadają, ale za swoje!

            Zdaję sobie sprawę, że na dzień dzisiejszy, to czysta utopia, ale uważam, że prawdziwa reforma państwa nastąpi dopiero, gdy ujarzmimy trzy hydry:

            -urzędniczą,

            -kościelną,

            -związkową.

            Wyobrażam to sobie mniej- więcej tak, że na każdym poziomie administracji powinna nastąpić drastyczna redukcja etatów, a obowiązki opracowywania aktów prawnych powinny być zlecane niezależnym ekspertom (co najmniej dwóm zespołom, by móc porównać i przedyskutować wnioski). Posłowie (czy na niższych szczeblach administracji, samorządowcy), powinni tylko wybierać zadania, którymi się zespoły ekspertów mają zajmować. Natomiast, co do związków wyznaniowych i związków zawodowych, to powinien być konstytucyjny zakaz finansowania ich przez kogokolwiek innego, jak przez osoby prywatne. Dlatego też podatek dochodowy powinien zostać obniżony procentowo tak, by ulga w przybliżeniu dawała kwotę, jaką państwo wydaje na te cele i jeśli osoby prywatne miałyby ochotę sponsorować związki wyznaniowe, bądź związki zawodowe, to wolna droga- dostaliby nadwyżkę finansową do ręki, mogliby z nią robić co chcą. Państwo mogłoby służyć pomocą, odtrącając z poborów zadeklarowane na te cele kwoty i przekazując pod wybrany adres. Widziałbym też ewentualność refundacji kosztów prawnych działalności związkowej, ale tylko tej w obronie pracowników, czyli prowadzonych w ramach działalności statutowej. Jestem głęboko przekonany, że takie osłabienie tych pasożytów, wymusiłoby na nich bardziej racjonalne działania, a Polsce przyniosłoby realne wzmocnienie. I tak bym sobie wyobrażał nową Konstytucję RP. Możliwe, że niezbędne będą w niej zmiany dotyczące opieki zdrowotnej, ale to osobna bajka.

            Na zakończenie, ciekawostka z Puław. W Z.A. “Puławy”, grupa 100 pracowników zirytowanych obstrukcyjną działalnością Związków Zawodowych Pracowników Ruchu Ciągłego blokujących podpisanie układu zbiorowego, zabiła deskami wejście do ich siedziby, a pod drzwi postawione zostały taczki. Powoli ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że związki zawodowe dawno przestały być ich obrońcami, a stają się pasożytami.

Link do artykułu.



poniedziałek, 30 kwietnia 2012

            Podtrzymując nastrój majówki, postanowiłem przedstawić coś lekkostrawnego. Zapraszam na minidramat, publikowany już na moim starym blogu. Przypomnę tylko genezę jego powstania:

            W zeszłym roku gwiazdą pierwszomajowego weekendu w Raciborzu miał być Kazik Staszewski z grupą Kult. Nie spodobało się to pewnemu, nie bójmy się użyć tego słowa, idiocie, będącemu jednocześnie radnym. Wyobraźcie sobie bowiem, że pierwszy maja, to według niego, ani nie Święto Pracy, ani nie św. Józefa Robotnika, lecz dzień beatyfikacji Jana Pawła II. W związku z powyższym uznał, że grupa Kult nie jest godna grać tego dnia, gdyż ma „wydźwięk sekciarski”. Cokolwiek to znaczy. Na wieść o tym, wyobraziłem sobie, że Bóg istnieje i jakoś się do tego wszystkiego musi ustosunkować. Tak powstała poniższa jednoaktówka.

 

Niebieskie przyjęcie.

Osoby:

Pan

Głos JPII

Archanioł

 

Scena Pierwsza.

            Na scenie korytarz pomalowany na jasnoniebiesko, widzimy szereg zamkniętych drzwi. Ukryty chór na okrągło i do zarzygania, przeraźliwie głośno śpiewa  “Barkę”. Na korytarzu żywego ducha. Z drugiej strony drzwi ktoś się donośnie dobija. Trwa to jakiś czas, aż do nadejścia uskrzydlonego strażnika.

 

Archanioł:

            No idę już, idę, co się tłuczesz, człeku?

            Pamiętaj, żeś w niebie, tu nie ma pośpiechu.

            (Walenie w drzwi ucichło).

Głos JPII:

            Jaki tam człowieku, już szósty rok mija:

            Umarłem i w celi czas muszę zabijać.

            Co złego zrobiłem, że mnie tu trzymacie?

            I że do znudzenia “Barkę” mi śpiewacie.

Archanioł:

            Każdy to dostaje w co wierzy, człowiecze,

            Wierzyłeś, że ważne, co papież orzecze.

            Ustali, żeś święty, świętym cię zrobimy.

            Powie, żeś przeklęty, do piekieł strącimy.

Głos JPII:

            Benedykt? On przecież mnie w pełni podlega.

Archanioł:

            Nie tobie, lecz Panu, zapomniał kolega?

Głos JPII:

            No dobrze już, dobrze, przestańcie choć śpiewać.

            “Barka” też się nudzi, a nie mam gdzie zwiewać.

Archanioł:

            Nie da rady, chłopie, wspomnij swoją Polskę,

            Gdzie się nie obrócisz, da się słyszeć ton ten.

            Kościelne kuranty i kościelne chóry,

            Wyśpiewują “Barkę” na życzenie z “góry”.

            Każdy telewizor oraz radio każde,

            Grają wciąż ten przebój, bo to bardzo ważne.

 

            Brak odpowiedzi, słychać tylko chór, choć bardziej wprawione ucho wychwycić może zza drzwi celi coś jakby “....AAAAAAAA.......”.

 

Scena druga i ostatnia.

 

            Na scenie Archanioł i potężnie zbudowany mężczyzna tańczą radośnie w rytm muzyki. Za nimi na podwyższeniu da się dostrzec coś, jakby olbrzymi tron. Tańczący są uśmiechnięci i zrelaksowani, jeden tryska ANIELSKĄ, a drugi BOSKĄ RADOŚCIĄ. Zaczynają śpiewać w duecie.

 

Pan:

            Czuję się tak świetnie, że tańczę i śpiewam,

            A to wszystko przez to, że problemów nie mam.

            Kiedyś sam musiałem wszystko zaplanować:

            Kogo zbawić- kogo w czeluści pochować.

            Sądzić ostatecznie każdego musiałem,

            Przez te obowiązki nie jadłem, nie spałem.

            Ciężko bardzo było, lecz teraz odżyłem,

            Wszystkich obowiązków naraz się pozbyłem.

Archanioł:

            Kiedyś sam musiałem na Ziemię zstępować

            I mieczem zagłady złoczyńców traktować.

            Dobrego musiałem wspomóc odrobinę,

            A złemu podłożyć sprytnie jakąś świnię.

Pan i Archanioł razem:

            Dziś ludziska głupie za nas wszystko robią:

            Świętych nam ogłoszą albo przeklną kogoś.

            Ryś powie, kto sekciarz, Jarek zaś kto zbrodniarz,

            A my tu tańcujem, co się będziem wtrącać?!

            Benek świętych wskaże albo dla odmiany,

            Ekskomunikuje, jeśli zmieni plany.

            Dzisiaj tu zabawa, miast ciężkiej harówy,

            Mamy swoje uczty oraz potańcówy.

Pan:

            Zrzućże Archaniele to przebranie głupie,

            Przecież ludzie Niebo i tak mają w dupie.

            Sami wiedzą lepiej, więc jak chcą, tak mają,

            Sobą się zajęli, więc nie przeszkadzają.

 

            Archanioł zrzuca nieporęczne skrzydła i przydługą szatę, oczom widowni ukazuje się ponętne ciało ognistej kobiety odzianej jedynie w brazylijskie bikini. Na scenie rozpoczynają się gorące tańce, jedynie z oddali dobiega jakiś niezrozumiały głos, coś na kształt “...AAAAAAAA....”.

 

 



niedziela, 29 kwietnia 2012

 

            Dziś będę czarować wiosnę. Irlandczycy mają na to swój sposób: po prostu ogłosili, że 1 maja zaczyna się u nich lato i naprawdę są o tym święcie przekonani. Mnie, jako Polaka, nie przekonuje to ich lato z ogłoszenia, podobnie jak i nie przekonuje mnie to, co oni klasyfikują, jako kiełbasa. Żebyście Wy to mogli zobaczyć! W Polsce wyglądałoby to tak: półka z kiełbasą, potem półka z podrobami, potem półka z jedzeniem dla czworonogów, potem półka z jedzeniem dla studentów i na samym końcu znajdowałoby się to coś, co Irlandczycy nazywają kiełbasą. Identycznie rzecz się ma z latem. W Warszawie przy takiej pogodzie, jaka jest normą 1 maja w Dublinie, ludzie by mówili “mogłaby się wreszcie zacząć wiosna”. W Irlandii jest ogłoszenie lata i już. Sami widzicie, że Polak bez czarów i zaklęć sobie tutaj nie poradzi. W dodatku Polak czuję się najlepiej, gdy lato poprzedzone jest wiosną.

 

            Wiosnę najlepiej się czaruje za pomocą smakowicie przyodzianych babeczek. I tu się zaczyna ból, ponieważ wśród mieszkanek naszej Ojczyzny zauważam jakąś niechęć do kobiecych sukienek. Dżinsy- top, dżinsy- top, dżinsy-top. Jasny gwint, czy nie ma innych pomysłów na czarowanie wiosny? To jeszcze nic, bo niech tylko kobieta uważa, że jej kształty są zbyt obfite, to przyobleka się “we worek”. I co się ukazuje mym oczom??? Tysiące worków, miliony worków, worków szarych, worków burych, a nader wszystko, worków czarnych, albowiem wieść niesie, że czarne wyszczupla. Niech sobie wyszczupla, ale jest również kolorem żałoby, a już czarny worek mówi facetowi: “Chcę się schować, chcę się głęboko schować, zniknąć, a wszelka próba pozbawienia mnie czarnego worka, w którym jestem schowana zakończy się histerycznym krzykiem i wołaniem o pomoc!!!” Jest to ostatnia rzecz, którą facet chce przeżyć. Dlatego zamieszczam to oto zdjęcie:

 

Onet, fot. Agencja BE&W.

            Widzicie, co Anja Rubik ma na sobie? Takie wdzianko mówi mi mniej- więcej coś takiego: „Jestem wesoła i figlarna, mam fantazję i zachęcam do zastanowienia się, a może nawet i zbadania, jak to wdzianko jest zrobione i dlaczego tak ładnie leży”. Wszystkim paniom, które chcą się wyszczuplić, zwracam uwagę, że to wdzianko ma tak poprowadzony wzór, że wyszczupla (akurat nie wiem, po jaką cholerę Anja chce się jeszcze wyszczuplić, ale to jej problem). I zupełnie, ale to zupełnie, strój ten nie jest czarny, ani nudny. Wszystko jest bardziej czarne i nudne. W dodatku można do tego założyć spodnie, czy legginsy i też będzie dobrze wyglądać, jeżeli ktoś się uprze, że nóg nie chce pokazywać i już! Wpisując w wyszukiwarkę „sukienki wyszczuplające”, każda pani znajdzie zatrzęsienie ilustrowanych propozycji... i nie będą to wcale czarne worki!!!

 

            Oczywiście, jak nam to ładnie wyśpiewał Wojciech Bellon, sposobów na czarowanie wiosny jest dużo więcej i nie ma co zwalać wszystkiego na babeczki, tylko samemu zadbać o wiosenny nastrój. No to spadam, dbać o swoją wiosnę :-)



Tagi: wiosna
15:19, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (14) »
piątek, 27 kwietnia 2012

            W środę byłem na konsultacji onkologicznej. Jako, że lekarz prowadzący przyjmuje tylko osoby będące w trakcie terapii, a osoby będące w trakcie obserwacji i rekonwalescencji przyjmowane są przez jego asystentów, stało się tak i ze mną. Trafiłem do młodego Chińczyka. Wizyta trwała może dziesięć minut, ale w jej trakcie nie moglem wyjść z podziwu. Facet był dokładnie zapoznany z historią mojej choroby, a jest to księga wielkości sporej encyklopedii. Wszystkie aktualne dolegliwości potrafił logicznie powiązać z danymi, które posiadał. Nie było nic, absolutnie żadnego faktu z mojej historii, który by go zaskoczył- zapoznał się z wszystkim, przygotowując się do przyjęcia przydzielonych mu pacjentów.

            Dlaczego jestem tak miło zaskoczony? Otóż dotychczas w takich sytuacjach, asystenci (Europejczycy) wykazywali się nieznajomością tematu, niekiedy skrajną, nie znali podstawowych faktów. Wszystkiego musieli dowiadywać się ode mnie, a gdy zadawałem im pytania, gorączkowo przeglądali moją kartę, by i tak ostatecznie mnie przepraszać na moment w celu konsultacji z lekarzem prowadzącym. Nie chodziło bynajmniej o decyzje w sprawie leczenia (zrozumiałe, że w takich sprawach decyduje główny konsultant), ale o zwykłe fakty z dotychczasowej terapii.

 



            Cywilizacja europejska pyszni się osiągnięciami naukowymi i uzurpuje sobie prawo do miejsca na piedestale. Obserwując jednak tę sytuację, doszedłem do wniosku, że wkrótce możemy być w czarnej dupie. Europejczycy zaczynają zapominać, co oznacza słowo “obowiązek”. Jak ma konkurować z chińskim lekarzem lekarz europejski, jeśli ów Europejczyk nie zapozna się z historią choroby i w ogóle nie widzi w tym nic złego?! Na jak długo wystarczy nam tej mozolnie przez stulecia wypracowywanej przewagi intelektualnej, jeżeli dziś europejskie dziecko kopiuje prace z internetu i traktuje je jak swoje, a gdy zostanie przyłapane na plagiacie, nie rozumie dlaczego ma problemy prawne?! Potem to dziecko dorasta, zostaje lekarzem i przychodzi do pracy, czekając na pacjenta i nic o nim nie wiedząc, bo po co na zapas sobie wyszukiwać zajęcie. Jeżeli pacjent mu nie powie, to się tego nie dowie. A nie każdy pacjent, zwłaszcza pacjent onkologii, będzie mieć na tyle dużą jasność umysłu, żeby uprzedzić o ważnych rzeczach i zadać ważne pytania. To ludzie, którzy idą na konsultacje w napięciu spowodowanym niepewnością, co do wyników najnowszych badań. Gdy już otrzymają wyniki, cała reszta przestaje być dla nich istotna, bo myśli zdominowane są przez uczucia, jakie wywołały rezultaty badań. Często ci ludzie przyjmują leki zmieniające świadomość, głównie silne leki przeciwbólowe. Często schorzenia onkologiczne, to nie jedyny problem pacjenta, który jest skołowany tym wszystkim i jeśli nie spotka lekarza, który mu to usystematyzuje, to sam tego nie będzie w stanie zrobić.

            W środę chiński lekarz pokazał mi, na czym polega jego przewaga, nad lekarzami europejskimi. I podobnie będzie z każdą dziedziną wiedzy. Leniwy, zadufany w sobie Europejczyk nie ma szans w starciu z obowiązkowym Azjatą. Chyba, że zacznie rzetelnie podchodzić do swoich obowiązków..., że zda sobie sprawę z tego, że sam dyplom, to jeszcze nie wszystko, że musi cały czas pracować. Z mózgiem jest jak z mięśniami, jeśli go nie ćwiczymy, ma słabsze wyniki. Niektórzy nawet twierdzą, że identyczną przewagę posiadają chińskie dziewczyny, ale ja tego nie miałem okazji sprawdzić.

 

             Przy okazji: Pamiętacie posła Górskiego, który wieszczył po wybraniu na urząd Prezydenta USA Baracka Obamy, koniec cywilizacji białego człowieka? Gdy sobie porównałem Obamę i Górskiego, stwierdziłem, że wolę być taki, jak Obama. No, nie owijajmy w bawełnę, przy Baracku, Arturek wygląda jakby na tułów człowieka nawleczono łeb od ogromnego jaszczura, głupawy uśmieszek naszego posła nie poprawia mu wizerunku, jeśli chodzi o wysportowanie, też w tym porównaniu leży i kwiczy, a wykształcenie..., jeśli ktoś chce, to może na siłę porównywać Akademię Teologii Katolickiej (i to politologię) do prawa na Harvardzie, ja się pośmieję.

 

Poseł Artur Górski (z Wikipedii).

              W szeregach wszelkiej maści narodowców widać wyraźnie trzęsące się ze strachu porcięta..., ze strachu przed obcokrajowcami. Porcięta te jednak trzęsą się głównie leniwym niedojdom i myślę, że mają prawo się trząść. 

17:33, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
środa, 25 kwietnia 2012

piwko dla wojska

 

krwawi psina łapa sina

trzeba pomóc suce nieść

już nadchodzi ruda świnia

skomli wyje chora jest

 

tam za płotem kurzy totem

dwóch murzynów czuje krew

gospodyni wina piwa

dajcie wojsku dobrze zjeść

 

dajcie jeść, dajcie jeść, dajcie jeść, dajcie jeść...

 

na moczarach już zaczyna

merda węszy żabi seks

ty górniku musisz kopać

szkielet matki leży gdzieś

 

już wybija ta godzina

chata płonie bryka zwierz

gospodyni wina piwa

dajcie wojsku dobrze zjeść

 

dajcie jeść, dajcie jeść, dajcie jeść, dajcie jeść...


 Tomasz “Dzwon” Adamski (Siekiera).

 



            Tą  raczej ekstremalną i bardzo wyrazistą próbką poetycką wprowadziłem Was w temat. Wyobraźcie sobie, że jesteście rodzicami młodego, wchodzącego w dorosłość człowieka. I wyobraźcie sobie, że co chwilę byście spotykali w internecie teksty w stylu: “Zapraszamy do Legii Cudzoziemskiej, akurat jest nabór na kolejną interwencję w Afryce, rodzicu, wyluzuj, niech dzieciak pożyje, pojedzie na wojnę, nabierze charakteru, poużywa, gdzie wojsko tam i muszą być panienki, zostanie mężczyzną!!!” Czyż nie popukalibyście się w głowę? Przecież ostatnie, czego życzycie dziecku, to powrót w plastikowym worku, wirus HIV wprost od afrykańskiej prostytutki, czy frontowe przeżycia. W dodatku, służba w obcym wojsku, to przestępstwo, a kłopoty z prawem również nie należą do grupy życzeń, jakie się składa dziecku. To teraz coś z zupełnie  innej beczki.

 



“Radze razem z synem posadzić krzaczka marihuany i Sobie zapalić, syn zobaczy że jesteś luzna i nie będzie robione TABU”(*) ,

„Lol, no prawie kogoś zabił. Babo, poczytaj trochę, może zapal razem z synem. Co ty za bzdury wypisujesz. Z tego co piszesz wynika, że to ty stanowisz największe zagrożenie dla tej rodziny”(**).

(*),(**)-Pisownia oryginalna.

              Takie oto złote rady dawali marihuaniści blogerce z Onet (http://sfrustrowana1.blog.onet.pl/), która na swoim blogu pożaliła się, że mimo rozmów, znowu przyłapała syna na paleniu marihuany. Oprócz tak wyraźnych objawów zlasowania mózgu, w komentarzach można było znaleźć również nieco bardziej stonowane wypowiedzi sprowadzające się do tego, że nie każdy kto pali, uzależnia się. I tu wytłumaczę mój wstęp. Podobnie jest z wojną: Nie każdy, kto na niej walczy, traci życie, a jednak nie rekomendowałbym matkom wysyłania dzieci na wojnę. Wiecie jednak, co jest najlepsze??? Że nawet tak absurdalny pomysł, jak wysłanie dziecka do Legii Cudzoziemskiej jest pomysłem lepszym, niż posadzenie krzaczka (marihuany) i palenie z dzieckiem tego specyfiku. Dlaczego? Dlatego, że pobyt w Legii Cudzoziemskiej nauczy dzieciaka przynajmniej samodzielności i języka francuskiego oraz pozwoli na zgromadzenie sporych oszczędności (w trakcie służby żołnierz ma wypłacane tylko kieszonkowe, bo utrzymanie zapewnia mu armia, a reszta kasy trafia na konto żołnierza, do którego dostęp dostanie po zakończeniu kontraktu). Ćpanie nie da dzieciakowi ani wiedzy, ani umiejętności, ani też korzyści. Żadnych, oprócz kręcenia lolków, która to umiejętność raczej słabo wygląda w C.V..  Za to, podobnie jak na wojnie można zwariować, zabić się, zachorować, wpaść w kłopoty z prawem. I to by było na tyle, pozostając jednak w kręgu absurdu...

 



23:11, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

            Na początek pragnę przestrzec przedstawicielki płci pięknej, gdyż dzisiejszy felieton będzie wyjątkowo obrzydliwy, bo co innego może wyjść z połączenia piłki nożnej i polityki?! Obiecuję jednak, że postaram się złagodzić tę obrzydliwość ot, choćby takimi wstawkami:

http://w566.wrzuta.pl/audio/2G9zRR6SQP8/piotr_bukartyk_polityka

            W minionym tygodniu selekcjoner reprezentacji Polski, Franciszek Smuda, dokonał czegoś, czego powinni się uczyć wszyscy posiadający jakąkolwiek władzę, a zwłaszcza prokuratorzy i sędziowie. Chodzi mi o konsekwencję: Ten wyśmiewany często za proste i dość choleryczne zachowanie trener, wykazał się konsekwencją i odsunął od gry w reprezentacji Sławomira Peszko, imprezowego recydywistę, który za nic miał przygotowania do Euro 2012. Franz zaimponował mi tym, że mimo szalonej presji, wręcz nagonki medialnej sugerującej, że osłabia zespół przed tak ważną imprezą, po zbadaniu sprawy podtrzymał swą decyzję. Nie można w zespole tolerować prowodyra, który za nic ma zasady. Żałosne jest tylko to, że tak często padało stwierdzenie, że to Smuda osłabia zespół. Co za bzdura! To Peszko osłabił zespół pijąc, balangując i niszcząc mozolnie budowaną przez trenerów i cały sztab szkoleniowy formę, to Peszko zasiał ziarno niezgody w reprezentacji. Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do selekcjonera, to zbyt emocjonalne podejście, zamiast stwierdzeń typu “ja tu rządzę i Peszko u mnie nie zagra”, powinno paść spokojne oświadczenie: “Peszko dostał szansę i swą recydywą ją zmarnował. Nie zagra na Euro 2012, lecz życie i kariera cały czas są przed nim. Jeśli zrozumie błąd, zmieni swe postępowanie i udowodni to czynem, będzie miał w przyszłości takie same szanse na kadrę, jak każdy inny piłkarz”.

            Tak się złożyło, że afera z Peszko w roli głównej nałożyła się na inne żenujące wydarzenia, ale związane nie z piłką, tylko z polityką. Wydarzenia, które dobitnie pokazują, co się dzieje, gdy nie wykazujemy konsekwencji w działaniu. W Polsce, najsłynniejszą instytucją mającą status świętej krowy jest kościół hierarchiczny (nie mylić z Kościołem, jako grupą ludzi wierzących w Boga). Tylko kwestią czasu było pojawienie się łajdaka, który nie zadając sobie nawet trudu zachowania pozorów, stworzy na bazie takiej bezkarności groźną sektę. Na nadejście Rydzyka nie trzeba było długo czekać, rok 1991, to rok założenia Radia Maryja. Gdy tylko jego sekta dała o sobie znać pierwszymi awanturami, zaczęło mnie intrygować, czy gdybym założył burdel i nazwał go “Burdel Maryja”, to czy z równym zaślepieniem sekciarze posyłaliby do niego swoje dzieci?! Problem tkwił jednak nie w członkach sekty, lecz w funkcjonariuszach prawa: zarówno prawa cywilnego (prokuratorzy odkładali sprawy karne Rydzyka na dno szuflady, nie rozpoczęto żadnego postępowania, wszystkie, co do jednego, odczekały do przedawnienia- RYDZYK NIGDY NIE ZOSTAŁ UNIEWINNIONY- to prokuratorzy pozwolili uciec potencjalnemu bandycie, bez rozpatrzenia sprawy), jak i prawa kanonicznego- hierarchowie kościelni wydali milczące przyzwolenie na zbrodniczą działalność Rydzyka. Mało było tego, że nikt go nie ścigał: Powstała ustawa (ust. o radiofonii i telewizji) napisana SPECJALNIE POD RADIO MARYJA, gdzie pojawił się zapis o nadawcy społecznym. O dziwo, jedynym podmiotem kwalifikującym się do tego miana, była rozgłośnia Rydzyka- jednoosobowego organu nadzorczego, jednoosobowego organu zarządzającego i jednoosobowego organu kontrolnego Radia Maryja. I tylko kwestią czasu było, gdy pojawi się inny łajdak, który zaoferuje temu ORGANOWI współpracę w celu przejęcia władzy w Rzeczpospolitej. Przejęcia bynajmniej nie w sposób zgodny z prawem, bo ci łajdacy depczą wszystkie prawa, zarówno boskie (Dekalog), jak i ludzkie (Konstytucję, Konkordat, Kodeks Karny).

http://sithena.wrzuta.pl/audio/583tgwx8lGU/1984_-_ferma_hodowlana



            W słynnej powieści “Animal Farm” (Folwark Zwierzęcy), George Orwell pokazał mechanizm powstawania państwa totalitarnego, mechanizm przekształcania zrywu wolnościowego w jeszcze gorszą niewolę. Ponieważ Orwell był nie tylko świetnym obserwatorem rzeczywistości, ale też osobiście uczestniczył w walkach (był z przekonania socjalistą, walczył podczas wojny domowej w Hiszpanii po stronie komunistów i był ścigany przez Stalina, który wydał rozkaz zamordowania działaczy POUM- hiszpańskiej partii marksistowskiej, ostatecznie przeżył postrzał snajperski i wrócił do Anglii), umiał postawić trafne diagnozy. Znakomicie wychwycił moment zamieniający wolność w niewolę, to moment, w którym jakaś grupa uważa się za kogoś ponad inne grupy, ponad prawo i ponad zasady. W “Folwarku Zwierzęcym”, tym momentem było zezwolenie świniom na wyłączność w korzystaniu z mleka i jabłek z folwarku. Dokładnie to samo jest z Rydzykiem i Kaczyńskim. Oni musieli nadejść, a zostało to przesądzone dawno temu, gdy zezwolono świniom na bezkarne przestępstwa pedofilii, przestępstwa finansowe, na wtrącanie się wbrew Konstytucji i Konkordatowi w politykę. Cała reszta wydarzeń, to tylko konsekwencja tej jednej decyzji: bezkarności prawnej hierarchów kościelnych. Sprawą drugorzędną jest, czy nadszedł by Rydzyk, Natanek, czy inny guru sekty. Najistotniejsze jest to, że on nadejść musiał!

            Nigdzie i nigdy na Świecie nie będzie bezpiecznie, dopóki zezwala się na bezkarność względem prawa. Dopóki nie zaczniemy przestrzegać konstytucyjnego zapisu o tym, że wszyscy obywatele RP są równi względem prawa, dopóty możemy się spodziewać najgorszego. A ja, choć wbrew temu, co śpiewa Dezerter, nie czuję się żadnym żołnierzem (nawet armii tego Świata) i w ogóle czuję odrazę do systemu rozkazów, to również chcę być kęsem, który zatruje ten organizm. Rekomenduję zasady i konsekwencję. 

środa, 18 kwietnia 2012

            Czterdzieści cztery lata temu na Brodway trafił niszowy musical “Hair”, gdzie odniósł oszałamiający sukces- wystawiono 1750 przedstawień. Banalna, musicalowa fabuła została w 1979 roku zamieniona w arcydzieło filmowe przez Milosa Formana. Z prostej fabuły, będącej pochwałą hippisowskiego stylu życia powstał wstrząsający moralitet. Niby wymowa antywojenna pozostała, wojna została ukazana według klasycznej zasady dreszczowca, że najstraszniejsze jest to, czego nie widać. A widać było tylko to, że wojna domaga się krwawej ofiary i zupełnie jej nie interesuje kto to będzie, czy będzie to rekrut Bukowski, czy też chwilowo go podmieniający za sprawą sztubackiego żartu hippis Berger. Niby zachowana też została atmosfera beztroskiej narkotykowo- erotycznej sielanki. Niby, bo Milos Forman umieścił w swojej produkcji kilka drobnych elementów, które sprawiają, że przesłanie nie jest już takie proste, jak się to hippisom wydawało.

 



            Chyba każdy z nas słyszał utwór otwierający musical. “Aquarius”, to skrócona wersja mitycznej przepowiedni zwolenników New Age, czyli wróżba nadejścia ery miłości, harmonii i zrozumienia, ery pokoju. Gdy poczytałem o założeniach New Age, parsknąłem śmiechem. Otóż filozofia ta głosi, iż odchodzi era, która miała być erą miłości, lecz przez karykaturalne wykrzywienie nauki Chrystusa przez kapłanów była erą wojen i zbrodniczych ideologii. W jej miejsce ma nastąpić era  intelektualnego oświecenia, informacji i rozwoju techniki. Wszystko cacy, tylko, na Jowisza, gdzie tu jest to intelektualne oświecenie, skoro filozofowie New Age uważają, iż wynika to z tego, że jakiś dokładnie nie określony “punkt Barana”, czyli “punkt równonocy” znajdzie się przed gwiazdozbiorem Wodnika. Zauważę tutaj cynicznie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, więc w zależności od miejsca obserwacji, dowolny PUNKT może być przed, za obok, pod albo nad dowolnym gwiazdozbiorem i za chińskiego boga nie wiem, dlaczego miałoby to mieć wpływ na to, czy na Ziemi będą rządzić geniusze, czy małpy. Kto ma nas niby wprowadzać w erę oświecenia, magicy wierzący, że na zachowania ludzkie ma wpływ precesja naszej planety?!

 



            Wracając do Milosa Formana i jego dzieła: Zwrócił on uwagę dokładnie na to samo. W jego musicalu w świat miłości i harmonii mieliby nas wprowadzić naćpani i leniwi hippisi?! W filmie jest piękna scena rozprawiająca się z mitem hippisowskiej miłości. Jednego z młodzieńców, członka głoszącej miłość komuny hippisowskiej odnajduje żona, którą ów głoszący miłość człowiek zostawił wraz z dzieckiem, by móc ćpać i kopulować z kim popadnie. Jedna z hippisek, która nosi dziecko jednego z członków komuny, możliwe że tego uciekiniera od obowiązków rodzinnych, bierze go w obronę, pytając żony hippisa, czy ona nie widzi, że między nimi dzieje się coś pięknego. Kobieta wymownie spogląda w oczy ciężarnej małolacie, aż po twarzy przyszłej matki widać, że sama przestaje wierzyć w to, co przed chwilą powiedziała. Bo i jak ma wierzyć: Nosi dziecko, lecz nie wie czyje, a jedyne co wie, to że ojciec (ktokolwiek by nim nie był) ćpa, nie pracuje i wszystkiego można się po nim spodziewać: Wszystkiego, tylko nie sprawowania roli ojca.

 

            Wreszcie dochodzi do tragedii, gdy niedouczeni i niefrasobliwi hippisi zaczynają igrać z czymś przeraźliwie poważnym: z armią. Dla jednego dnia sztubackiej zabawy, pod pretekstem miłości, popełniają kilka przestępstw zakończonych tym, że na front jedzie nie ta osoba, która miała jechać i wraca w plastikowym worku. Końcowe kadry filmu, to waszyngtońska euforia protestujących przeciw wojnie hippisów. Jest w nich dużo optymizmu, lecz ja myślę o krwawej łaźni, jaka nastąpiła w Wietnamie i Kambodży po ustąpieniu Amerykanów. Armia Stanów Zjednoczonych ustąpiła nie przed siłą wroga, lecz przed protestem swojego narodu i efektem tego była masakra, która znacznie przekroczyła liczbę ofiar wojny. Warto o tym pamiętać, choć kto wie, może mimo tej rzezi, ustąpienie USA z Wietnamu uratowało Świat przed wojną nuklearną? Niewiele mam podstaw, żeby gdybać, co by było, gdyby Amerykanie tam zostali. Jedno jest pewne: Zakończenie interwencji Stanów Zjednoczonych było początkiem nieludzkiej masakry ludności cywilnej przeprowadzonej przez nowe władze.

 

             Co się zaś tyczy nadejścia Ery Wodnika: Korea Północna testuje kolejne rakiety zdolne do przenoszenia głowic nuklearnych, Iran również nie rezygnuje z nuklearnych ambicji, sytuacja w mocarstwach nuklearnych daleka jest od spokoju: Indie i Pakistan żyją pomiędzy incydentami granicznymi a wewnętrznymi walkami religijnymi, Chiny przeznaczają rekordowe sumy na zbrojenia, a ich kilka konfliktów (między innymi o Tajwan i Tybet) wciąż czeka na zakończenie. Izrael, tradycyjnie jest beczką prochu, a Rosja, Japonia, Norwegia, Kanada i USA przygotowują pozycje do eksploatacji niczyich jeszcze podlodowych złóż Arktyki. W Europie zaś, po krwawych łaźniach, jakie sobie wzajemnie urządzali chrześcijanie i muzułmanie (mam tu na myśli konflikt w byłej Jugosławii, szczególnie w Bośni i Hercegowinie), jakiś świr z Norwegii zabił z zimną krwią 77 młodych, nieuzbrojonych ludzi. Odebrał życie po życiu, po czym tchórzliwie poddał się, gdy tylko pojawił się uzbrojony przeciwnik- policja. W nie tak odległej Polsce na portalach internetowych, banda psychopatów krzyczy, że jeszcze będziemy Breivikowi pomniki stawiać, bo ponoć walczył z zalewem muzułmanów (w ciekawy sposób, strzelając do nieuzbrojonych dzieci- swoich rodaków). Era rozumu jednak nadejdzie. Nie przez układ planet, nie przez jednych oszołomów walczących z innymi. Nadejdzie za sprawą nierychliwej, acz konsekwentnej ewolucji. 

23:44, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (27) »
Tagi