RSS
wtorek, 26 czerwca 2012

 

            Dziś, 26 czerwca 2012 odeszła Anna, znana też jako Anafiga (http://anafiga-taksobie.blog.onet.pl/), jedna z najcieplejszych i najżyczliwszych osób blogosfery, stawiła czoła chorobie i zostawiła po sobie najlepsze wspomnienia.



22:14, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (9) »

            -Oceniam jego badania (prof. Wiesława Biniendy - przyp.) jako bardzo przekonujące- rzekł prezes.

            -Nikt mnie nie nabierze, prezes jest tylko jeden. Ten z prawej bardzo się stara upodobnić, lecz mnie nie oszuka- rzekł Woland.

            Ten człowiek też ocenia badania jako bardzo przekonujące. Na zdjęciu, uczestnik brukselskiej manifestacji zwolenników ojca dyrektora.

             Możliwe nawet, że się przyczynił do powstania tego pomnika. Dzieło znajduje się obok sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Kałkowie-Godowie w województwie świętokrzyskim. Matka Boża będzie chyba jeszcze bardziej bolesna- co za widok! Styl zbliżony do stylu manifestanta ze zdjęcia. Czyżby bliskość Kielc???

JAK TO SIĘ WSZYSTKO PIĘKNIE UKŁADA W JEDNĄ CAŁOŚĆ!!!

niedziela, 24 czerwca 2012

 

„Jaskółka uwięziona”, Kazimierz Szemioth.

 

Jaskółka- czarny sztylet, wydarty z piersi wiatru,
Nagła smutku kotwica, z niewidzialnego jachtu.
Katedra ją złowiła w sklepienia sieć wysoką,
Jak śmierć kamienna bryła,
Jak wyrok naw prostokąt.
Jaskółka- błyskawica w kościele obumarłym
Tnie jak czarne nożyce lęk, który ją ogarnia .

Jaskółka- siostra burzy, żałoba fruwająca
Ponad głowami ludzi w których się troska błąka.
Jaskółka- znak podniebny, jak symbol nieuchwytna,
Zwabiona w chłód katedry przestroga i modlitwa.

Nie przetnie białej ciszy pod chmurą ołowianą,
Lotu swego nie zniży nad łąki złotą plamą.
Przeraża mnie ta chwila która jej wolność skradła.
Jaskółka- czarny brylant wrzucony tu przez diabła

Na wieczne wirowanie, na bezszelestną mękę,
Na gniazda nie zaznanie, na przeklinanie piękna.

 

 

 

            Jaskółka uwięziona w wiecznym chłodzie katedry, skazana na wieczny półmrok, wieczny niedostatek, na samotność i bogato zdobione ściany więzienia. Ostatniego dnia wolności stary dzwonnik zamknął przed nią okno na poddaszu, zabronił jej wejścia do katedry, lecz dwóch głupich ministrantów widząc to pomyślało „ona chce tu wejść, wpuścimy ją, gdy ten stary zgred pójdzie, niech sobie polata, niech się w tej pięknej katedrze spotka z Bogiem. Czy stary dzwonnik zabierał wolność jaskółce? Czy ministranci robili jej przysługę? Po krótkiej euforii przyjemnym chłodem, jakże różnym od letniego upału, nastąpiło otumanienie bogactwem wnętrza katedry, wielością komnat i zakamarków, bogactwem ledwo wyłaniających się z półmroku zdobień, witraży, przenoszących jaskółkę w inny świat. Potem była samotność, a chłodu robiło się dosyć, bogate freski, choć piękne, były tylko ścianami więzienia, ale mimo że dzwonnik próbował jaskółkę złapać, by ją wypuścić na zewnątrz, mimo że pomagało mu dwóch głupich ministrantów, ona się bała i znikała w przepastnym wnętrzu swej pułapki. Cierpiała coraz bardziej, a i ludziom brakowało do niej cierpliwości, gdyż w miejsce skupienia wprowadzała niepokój i zamęt, burzyła ciszę i brudziła. Nie dawała się jednak uwolnić. A wszystko było takie proste: Gdyby przyjęła ograniczenie narzucone przez dzwonnika, gdyby nie przekraczała granicy okna katedry, byłaby wolna.

            Czy stróż prawa, ograniczający możliwość handlu narkotykami odbiera wolność, czy raczej ją nam daje? Czy dealer, usłużnie za plecami stróża uchylający okno dostępu do narkotyków niesie tę wolność? Czy ministranci przynieśli wolność jaskółce???

            Z innej beczki: Jakiś czas temu zauważyłem, że poskarżył mi się zbanowany przeze mnie komentator. Najpierw miał ostrzeżenie, że jeśli jeszcze raz porówna polskich żołnierzy do wojsk hitlerowskich, zablokuję mu możliwość komentowania. Nie usłuchał, więc dostał to, co wynikało z zasad u mnie panujących. Dziś mi się skarży, że nie mam kultury, bo mógłbym go poprosić o zaprzestanie komentowania u mnie, a on by przestał. Tak??? A przestał porównywać polskich żołnierzy do żołnierzy hitlerowskich? WOLNOŚĆ, TO PRAWO DO ROBIENIA WSZYSTKIEGO WRAZ Z PRAWEM DO PONIESIENIA KONSEKWENCJI ZA SWOJE CZYNY. Prawdziwie wolny człowiek zna swoje ograniczenia i konsekwencje ich złamania. Jeśli ktoś nie respektuje ograniczeń, mimo tego, że nie chce ponieść konsekwencji ich łamania, nie jest prawdziwie wolny. Jest jak ta jaskółka, która mimo że była wyganiana z katedry przez dzwonnika, wpakowała się tam. Jest jak narkoman, który mimo zakazu posiadania narkotyków, nabywa je i zażywa wpadając w sidła nałogu, bądź w ręce policji lub psychiatrów. Człowiek wolny zna swoje ograniczenia. Jest wolny, choć przez ograniczenia może być kulawy.

 



środa, 20 czerwca 2012

            Tytuł wydaje się być jednoznaczny: Sugeruje żal po utracie czegoś, co jest dla nas ważne, dobre lub chociaż przyjemne. Nie będzie to jednak notka o różnych odcieniach przeżywania straty (od żalu po rozpacz), choć będzie o ten temat zahaczać.

            Arek i Tomek byli kolegami z klasy, dobrymi kolegami. Pochodzili z jednej wsi, razem poszli do technikum budowlanego, razem je ukończyli, razem rozpoczęli pracę w tej samej firmie. Wolny czas też spędzali podobnie i często wspólnie. Razem chodzili na dyskoteki, razem podrywali dziewczyny, razem pili alkohol i palili marihuanę. Razem też chodzili kąpać się w rzece, razem się popisywali skokami do wody..., aż do feralnego dnia, gdy po niefortunnym skoku Arek został sparaliżowany i przykuty do wózka inwalidzkiego na resztę życia. Tomek początkowo odwiedzał go często, potem coraz rzadziej, aż w końcu spotykali się tylko przypadkiem.

            Tomek tracił kontakt z Arkiem, gdyż sam był zżerany przez chorobę: Uzależnił się od alkoholu i marihuany. Po piętnastu latach takiego bujania się między chmurą a szkłem, stał się wrakiem człowieka: stracił pracę, stracił zdrowie, został finansowo uzależniony od pomocy społecznej i starych znajomych, którzy od czasu do czasu za parę groszy zlecą mu skopanie ogródka lub pomoc przy zbiorach owoców, podrzucą mu stary telewizor albo dadzą dwa złote, które zaraz przepije. Tomek próbował rzucać picie- nie rezygnował jednak ani z marihuany, ani z towarzystwa kolegów od imprez, więc nic z tego nie wyszło i nie wyjdzie, dopóki się to nie zmieni. Tomek cały czas odstawienie alkoholu traktował jak stratę, z którą nie mógł się pogodzić. Żal po stracie był jednym z głównych czynników, dla których wracał do picia, „odzyskując” w swoim mniemaniu stratę.

            Otoczenie bardzo pomagało Tomkowi wrócić do picia. Przyjaciele od kielicha po prostu kusili go, „zamartwiając się”, że tak „siedzi, biedny, o suchym pysku”. Nawet ludzie, którzy potępiali jego picie, nieświadomie go wpychali w nałóg, zwracając się do niego tak, jakby działa mu się krzywda z powodu abstynencji, mówili „trzymaj się, wiem że ci ciężko, ale musisz wytrzymać- nie można całe życie się bawić”. Znowu przedstawiali mu picie, jako coś fajnego, jako zabawę, natomiast życie bez alkoholu ukazywali jako wysiłek, wymagający samozaparcia. To „trzymaj się” brzmiało, jakby robił coś ciężkiego, ponad siły. Jakby stracił lekkie i łatwe życie, podczas gdy w rzeczywistości, przestając pić zyskiwał szansę na powrót do życia w przyzwoitych warunkach. Oczywiście musiałby również przestać palić marihuanę, gdyż jest zupełnie nieistotne, czy był niezdolny do pracy i życia społecznego z powodu odurzenia alkoholem, czy marihuaną. W każdym razie zarówno on, jak i jego otoczenie, traktowali odstawienie picia, niczym wielkie poświęcenie, choć była to normalność i jedyna szansa na szczęśliwe życie.

            Wróćmy do Arka: On też przeżywał stratę, tylko że realną. Stracił możliwość poruszania się na własnych nogach, możliwość wykonywania dotychczasowej pracy, możliwość takiej zabawy, do jakiej się przyzwyczaił. Stracił wielu znajomych, stracił dziewczynę, która nie była gotowa na życie ze sparaliżowanym partnerem. I nieskończoną ilość razy przywoływał w marzeniach tamten tragiczny dzień skoku, wyobrażając sobie, że zamiast wskakiwać do wody, ubiera się i wraca do domu. On żałował tego, co stracił i żałował tego, co stało się przyczyną straty- skoku do wody. O ileż inaczej zachowywał się Tomek, który na dobrą sprawę stracił to samo: możliwość wykonywania dotychczasowej pracy, stracił znajomych, stracił miłość, stracił również możliwość dotychczasowej zabawy, bo nie miał już tyle środków finansowych, by szaleć na dyskotekach robiąc za króla towarzystwa. Jednak on nie żałował przyczyny tej straty i dalej pragnął pić alkohol i palić marihuanę. On tylko chciał mieć wszystko naraz: Picie, palenie, pracę, dziewczyny, lokale, znajomych. Życie jest jednak takie, że nie można mieć wykluczających się wzajemnie rzeczy.

            Na zakończenie powiem o jeszcze jednej rzeczy: Obaj, Arek i Tomek nabawili się poważnego uszczerbku na zdrowiu. Obaj z podobnej przyczyny: Zarówno wspólne skoki do wody, jak i wspólne picie alkoholu i palenie marihuany, były spowodowane chęcią doświadczenia wyjątkowych doznań, a jednocześnie imponowania rówieśnikom, zdobycia uznania w grupie, nawiązania relacji towarzyskich, a może nawet i uczuciowych. Zarówno niebezpieczna zabawa, jak i używki stanowiły zagrożenie. Arek stał się ofiarą tego pierwszego, Tomek drugiego zagrożenia, choć role równie dobrze mogły być odwrócone. W obu tych przypadkach, mamy do czynienia z wykonywaniem ryzykownych czynności, mimo informacji o ryzyku. Temat skoków do wody poruszany jest po każdej podobnej tragedii, temat uzależnień wałkowany jest okrągły rok. Mimo tej wiedzy, zrobili po swojemu. I co...??? Są wolni??? Jeden i drugi??? Różnica pomiędzy nimi jest taka, że Arek jest świadomy błędu, żałuje tego, że w ogóle skakał do wody, natomiast Tomek kompletnie nie rozumie, co go zniewoliło. Nie żałuje, że pił i palił, żałuje tylko, że stracił pracę, przyjaciół, zdrowie. Jednak gdy przestaje pić, nie cieszy się z tego, że nic mu nie stoi na przeszkodzie do powrotu do życia społecznego, lecz odczuwa stratę z powodu niezaspokojonego głodu alkoholowego. Rozmyślając o tym w takich kategoriach, nakręca głód do takiego stopnia, że nie może nad nim zapanować i z powrotem wpada w cug.

            Zazwyczaj tego unikam, ale tym razem chciałbym podsunąć Wam gotowy wniosek: Jedną z największych przeszkód w wyjściu z uzależnienia, jest interpretowanie abstynencji, jako straty. Żal po tej pozornej stracie (pozornej, bo abstynencja jest czystym zyskiem) jest jednym z najczęstszych powodów powrotu do nałogu. Dlatego należy unikać w rozmowach z osobami rzucającymi alkohol, bądź narkotyki, sformułowań typu „musi ci być ciężko”, „nie męczy cię to?”, „dobrze, że się trzymasz”. To tylko pogłębia głód i poczucie niezadowolenia z decyzji o wyjściu z nałogu, a w dodatku jest to nieprawdą, bo taka osoba dawno już nie czuła się tak dobrze, nie była tak wypoczęta, nie miała takiej poprawy finansów, a przede wszystkim trzeźwego spojrzenia na życie. Tej osobie było dużo ciężej w objęciach nałogu. Raczej skoncentrujcie się na pokazywaniu pozytywów. Owszem, trzeźwiejąca osoba uzależniona spotyka się z wieloma trudnościami, ale innej natury, niż się wszystkim wydaje. Często otoczenie nie akceptuje samodzielności wychodzących z nałogów, bo przyzwyczajone było do ich niskiego poczucia wartości i ugodowości- w zamian za poczęstowanie używką, czy umożliwienie zarobienia na jej zakup. Otoczenie nie ma zaufania do uzależnionych (czemu akurat trudno się dziwić, uzależnieni muszą to zrozumieć, że jest to konsekwencja długich lat nałogu), otoczenie zazdrości widocznej poprawy jakości życia uzależnionych. Najgorsi są oczywiście starzy znajomi-  przyjaciele od lufy, czy kieliszka. Nie podoba im się, że koleżanka/ kolega zaczyna żyć własnym życiem, zamiast się zabijać wraz z nimi. To są prawdziwe trudności, abstynencja zaś jest zyskiem, nie stratą. Jeśli chcecie być prawdziwymi przyjaciółmi takiej osoby, oferujcie swe towarzystwo z dala od używek, pomysły na pracę, relaks, dokształcenie, doceńcie zmianę na plus, dajcie to poczuć. Niech wie, że oprócz kumpli od wspólnego zeszmacania się, ma też prawdziwych przyjaciół.

"Przyjaciele, których nie miałem".

 



18:37, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012

            Spróbujcie sobie wyobrazić taką sytuację: Na wojskowej misji zagranicznej ginie bliska Wam osoba. Właśnie czytacie o tym informację, nie możecie uwierzyć, macie nadzieję, że może to pomyłka, chcecie się upewnić, zweryfikować, czytacie więc całą stronę, zaglądacie więc także w komentarze, a tam następujące wpisy: „Jednego gestapowca mniej”, „Won, bydlaku”, „A niech giną!”. Potraficie nazwać uczucia, jakie się w Was budzą???

            Takie właśnie teksty miał okazję przeczytać sierżant Jacek Żebryk w dniu śmierci sierżanta Pawła Poświata, który zmarł wyniku ran odniesionych podczas wybuchu miny- pułapki. Nie przeszedł obok tego obojętnie: Złożył doniesienie do prokuratury, która namierzyła pięćdziesięciu sześciu trolli. Grozi im do 30 dni aresztu i grzywna.

            Uderz w stół, a nożyce się odezwą: Rozległo się kwilenie trolli. Ujawniła się łajdacka solidarność. Oczywiście, jak na trolli przystało, żaden nie wypowiedział się w sprawie nazywania poległego na służbie żołnierza gestapowcem i bydlakiem. Za to nagle trolle poczuły się władne do dysponowania podatkami i wypowiadania się w imieniu NARODU. Leszcze bagienne, którym mamusia kaszkę pod nosek podsuwa i markowe porcięta na pupcie zakłada, zaczęły coś bredzić o podatkach i polityce międzynarodowej- przebieram z niecierpliwości nogami, by się dowiedzieć ilu z nich pracuje i zapłaciło choćby złotówkę podatku. Sami poczytajcie, jeśli macie siłę przebrnąć przez ten nawał bzdur- kliknij tutaj, jeśli Cię interesują komentarze w tej sprawie. Ja nie mam ochoty wnikać w to zawracanie kota ogonem, gdyż sprawa jest banalnie prosta: Można być przeciwnikiem interwencji wojskowych za granicami kraju, można mieć dowolną wizję obronności kraju, ale NIKOMU nie wolno żołnierza poległego na służbie nazywać gestapowcem, ani bydlakiem, jeśli jedynym „zarzutem” jest udział w misji stabilizacyjnej. Mam nadzieję, że każdy z tych 56 tchórzy wylewających anonimowo pomyje na jeszcze dobrze nie ostygłe ciało polskiego żołnierza, odczuje finansowo cenę swojego łajdactwa.

 



20:45, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (43) »
sobota, 16 czerwca 2012

            Minął tydzień sportowych emocji. Nie narzekam i chyba mało jest osób pod tym względem zawiedzionych. Ekspertów piłkarskich mamy tylu, że odpuszczę sobie uwagi na temat sportowej strony mistrzostw. Strona pozasportowa  znowu kojarzy się z chuligańskimi burdami. I tu znowu nie znajduję nic ciekawego, bo dla mnie sprawa jest prosta: Banda kretynów zamiast uprawiać jakiś sport typu walki w klatkach, próbuje swych sił na ulicach, bo im się wydaje, że kogoś reprezentują. Problem w tym, że już kołek ciosany albo tłuczek kuchenny reprezentują większą liczbę osób, niż ci przestępcy.

            Jest jeszcze jedna grupa osób głośno dających podczas takich imprez znać o swym istnieniu. To wszelkiej maści komentatorzy. Nie miałem w ostatnim tygodniu zbyt wiele czasu, ale podczas krótkich wizyt w sieci robiłem przegląd prasy, głównie pod kątem Euro. Spośród wielu komentujących, trzech zrobiło na mnie wrażenie szczególne, a to dlatego, że mają w sobie coś z BORATA. I to raczej więcej, niż mniej cech pochodzi od tego obleśnego- było nie było, bohatera filmowego. Mam nawet pewne podejrzenia: Uważam, że gdzieś za naszymi plecami odbywa się konkurs: Wybory Borata Euro 2012. Nie mam pojęcia na jakich zasadach jest rozgrywany, kto zasiada w kapitule konkursu, ale z całą pewnością chodzi o zrobienie z siebie idioty, któremu Borat mógłby buty czyścić. Zidentyfikowałem na razie trzech uczestników konkursu:

            1.      Tomaszewski Jan, były bramkarz reprezentacji Polski, obecnie poseł na Sejm z ramienia PiS.

            2.      Maciejewski Maciej, radny miasta Warszawy z ramienia PiS.

            3.      Wąsowicz Jarosław, ksiądz, salezjanin, nieformalny kapelan kibiców.

            Z czystym sumieniem nominuję tych panów do tytułu Borata Euro 2012. Uzasadnienia nominacji:

 

            Ad 1. Janek otrzymuje nominację za maniakalną nienawiść do wszystkiego, co się wiąże z polską piłką nożną, a w szczególności z reprezentacja narodową. Za wypowiedzi o tym, że się brzydzi koszulki z orłem i tego, że ją nosił oraz za szczególną nienawiść do selekcjonera, Franciszka Smudy którego nie tytułuje inaczej, jak „trener bez matury”. Nie zostawię żadnego linku: choćbyście nie chcieli, to nalana, czerwona twarz posła Tomaszewskiego zaatakuje Was przy okazji przeglądania serwisów sportowych.

 

            Ad 2. Maćka nominuję za to, że bandycki napad zinterpretował jako obronę honoru Polski. Taki to honor, że Świat zamiast oglądać święto europejskiej piłki nożnej, był zmuszony do oglądania tępych zbrodniarzy napadających na ludzi dlatego, że są Rosjanami i maszerowali w zorganizowanej grupie. Może oni reprezentują Maćka, ale nie mnie. KLIKNIJ TU, jeśli chcesz poczytać o maćkowych wynurzeniach.

 

            Ad 3. Jarek otrzymuje nominację za nazwanie „Starucha” (stadionowego bandyty aresztowanego pod zarzutem wprowadzenia do obiegu kilograma amfetaminy i przygotowania kolejnych pięciu kilogramów) „więźniem politycznym” aresztowanym za hasło „Donald, matole, twój rząd obalą kibole” oraz za stwierdzenie, iż Euro 2012 jest bojkotowane przez kibiców, bo to impreza rządowa, a także za arcyciekawą teorię, iż konflikt władz z kibicami został zainspirowany przez sodomitów. Jako wisienkę na torcie pozostawię wyliczenia salezjanina, według których stadiony kosztowały dziesięć razy mniej, niż zapłacono. KLIKNIJ TU, żeby poczytać więcej.

            Jestem głęboko przekonany, że choć tajny konkurs na Borata Euro niejednokrotnie jeszcze wykrzywi nasze twarze w głębokim niesmaku, to jednak górę wezmą sportowe emocje i zabawa, która staje się coraz bardziej emocjonująca. Pozdrowienia z Zielonej Wyspy- Irlandia za burtą, ale taki jest sport, przynajmniej zwiedzili Gdańsk i Poznań.



sobota, 09 czerwca 2012

          Irlandia, to kraj dla łowców pogody: kto nie wykorzysta kilku dni lub nawet godzin słońca, ten musi się liczyć z tym, że przez kilka kolejnych, będzie więźniem zimnego deszczu i wiatrów. W minionym miesiącu było kilka interesujących dni, które skwapliwie wykorzystałem. Wśród licznych ciekawostek, dostrzegłem i takie:

          Przede wszystkim bardzo mi miło, że wśród  Polaków jest stosunkowo dużo ludzi ciekawych świata na tyle, że polska mowa w miejscach będących atrakcjami turystycznymi, nie budzi zdumienia. Jest jeszcze milej, gdy spacerując po szlakach wymagających minimum wysiłku, odsetek ludzi porozumiewających się po polsku wzrasta. W praktyce sprowadza się to do tego, że Polacy przyjeżdżając w ciekawe miejsce, starają się je zwiedzić, a Irlandczycy bardzo często ograniczają się do rozłożenia kocyka i rozstawienia grilla turystycznego. Nie znaczy to, że nie ma aktywnych turystycznie Irlandczyków- są, ale ich odsetek jest mniejszy, niż wśród Polaków.

          Jest mi, dla odmiany, niemiło, że dobre wrażenie, jakie pozostawiają Polacy, jako ludzie ciekawi Świata, potrafi zepsuć kilkoro festyniarzy. Mam tu na myśli grupkę czworga rodaków, którą spotkałem na szlaku- odniosłem wrażenie, że pomylili góry z plażą w Międzyzdrojach. Nie będę się znęcać i oceniać ich "ekwipunku", wystarczy że wspomnę o panach, niosących po reklamówce. Nie będzie niespodzianką dla domyślnego czytelnika, gdy powiem, że prześwitywały w niej znajome puszki z wielkim, czerwonym napisem "TYSKIE". Niektórzy przybysze znad Wisły wciąż mają kłopot z obserwacją miejscowych zwyczajów, a należy do nich zakaz spożywania alkoholu poza miejscami do tego przeznaczonymi. Łamią go tylko osoby mocno zdegenerowane wieloletnim nadużywaniem alkoholu i tak też jest postrzegany każdy, kto pije choćby piwo poza pubem. Irlandczycy za kołnierz nie wylewają, wręcz potrafią się sponiewierać gorzej, niż można by się było spodziewać po Europejczykach, jednak zakazu picia poza lokalami do tego przeznaczonymi, przestrzegają dokładnie. Jako goście, powinniśmy się dostosować, a jeśli tego nie zrobimy, pomoże nam "Garda", czyli irlandzka policja, a mandaty za spożywanie alkoholu w miejscach do tego nie przeznaczonych, potrafią przekraczać nawet pół tysiąca euro.

          Ostatnia refleksja jest taka: Aktywny wypoczynek oprócz miłych przeżyć i wspomnień, daje coś dla mnie bardzo ważnego. Za każdym razem, gdy znikam z życia codziennego, pozostawiając je samemu sobie, mogę się przekonać, że Świat doskonale sobie radzi beze mnie, nic się nie zawali, nie będzie żadnej katastrofy, nie jestem niezastąpiony. Myślę, że taka terapia by się przydała kilku nadętym burakom ze świata polityki- wysłać ich na miesiąc w góry, niech zażyją świeżego powietrza, a ja gwarantuję, że żadnej tragedii bez nich nie będzie. Bez najmniejszego problemu zostaną zastąpieni, zupełnie tak samo jak ja, gdy gdzieś wyjeżdżam.

          Ponieważ właśnie jestem na jednej z takich wycieczek, pozdrawiam wszystkich ze słonecznego dzisiaj hrabstwa Kerry. Wiem, że blogosfera doskonale sobie poradzi beze mnie.


11:35, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (18) »
wtorek, 05 czerwca 2012

            Nadchodzi Boże Ciało. Dla katolików w Polsce, dzień Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej, a dla polskich pastafarian, również dzień świąteczny. Pastafarianie, jako ludzie szanujący inne religie, rozumieją że nie każdy może mieć to szczęście, by akurat święta jego religii miały status dni ustawowo wolnych od pracy, więc aby uniknąć zamieszania, postanowili świętować w tym samym dniu, co katolicy zwłaszcza, że nazwa święta jest wyznawcom Latającego Potwora Spaghetti, Wielkiej Węglowodanowej Istoty  szczególnie bliska, gdyż kojarzy się ona ze świętą czynnością spożywania makaronu, czyli odpowiednikiem eucharystii. Jednocześnie pastafarianie wyrzekają się pretensji do ustawowego święta w najważniejszym dniu ich religii, którym jest DZIEŃ MÓWIENIA JAK PIRAT.

 

            Jako sympatyk pastafarianizmu, przybliżę Wam tę ciekawą religię: Otóż pastafarianie wierzą, że Świat został stworzony przez Jego Mackowatość, Złożoną, Wielką, Wszechwiedzącą, Węglowodanową Istotę dotykającą ludzi swoją macką, czyli mackosławiącą ludzkość- chrześcijanie interpretują to zjawisko, jako błogosławieństwo. Pierwszymi wyznawcami pastafarianizmu byli zaś piraci: Dobroduszni odkrywcy podróżujący po Świecie i rozdający dzieciom cukierki. Pastafarianie twierdzą, że za tą teorią przemawia to, że człowiek ma tylko 95,5% genów wspólnych z małpą, za to aż 99,9% genów wspólnych z piratami. Według ich wierzeń, współczesne nasilanie się klęsk żywiołowych ma związek ze zmniejszającą się liczbą piratów. Jednym z najbardziej znanych, był kapitan Mosey, który dostał od Latającego Potwora Spaghetti dziesięć kamiennych tablic z przykazaniami, jednak dwie upuścił, więc zostało osiem. Jako religia wolnej woli, pastafarianizm do niczego nie zmusza, a wszystkie przykazania zaczynają się od “WOLAŁBYM ŻEBY NIE...”, n.p.: “Wolałbym, żeby nie zabijano w moim imieniu i nie budowano mi drogich świątyń, a za zaoszczędzone pieniądze pomagano biednym i cięto koszty kablówki, albowiem choć jestem złożoną, wielką, wszechwiedzącą węglowodanową istotą, to cieszą mnie rzeczy proste”.

 

            Historycznie, początki pastafarianizmu sięgają 2005 roku, gdy Rada Edukacji Stanu Kansas zdecydowała, iż w szkołach oprócz teorii ewolucji, należy uczyć teorii inteligentnego projektu. Wtedy to niejaki Bobby Henderson napisał list otwarty i apel o wprowadzenie do szkół, prócz teorii inteligentnego projektu i teorii ewolucji, nauki o stworzeniu Świata przez Latającego Potwora Spaghetti. Prawdziwy jednak rozgłos nastąpił wkrótce po tym, gdy kreacjoniści ogłosili nagrodę pieniężną w wysokości 250 000 $  dla tego kto dowiedzie, że ewolucja jest JEDYNYM możliwym sposobem rozwoju życia. Wtedy to portal pastafariański Boing Boing ustanowił nagrodę pieniężną dla tego kto dowiedzie, że Chrystus NIE JEST synem Latającego Potwora Spaghetti. Można więc powiedzieć, że z kreacjonizmu zrodził się pastafarianizm, dlatego pozdrawiam starszych braci w wierze radosnym “ECIEPECIE, BRACIA”!

 

KONTROWERSJE.

 

            To, że sympatyzuję z pastafarianizmem, nie oznacza bezkrytycznego przyjęcia założeń tej radosnej wiary. Od początku pozostaję w SPORZE TEOLOGICZNYM z wyznawcami Latającego Potwora Spaghetti. Jedną z podstawowych prawd wiary pastafarianizmu jest bowiem wiara w obdarowanie nas przez Jego Mackowatość fontannami piwa po śmierci. Nie wydaje mi się możliwe, by Złożona, Wielka, Wszechwiedząca Węglowodanowa Istota obdarowała nas czymś, po czym jest kac, śmierdzi z ust, a ptaszek przestaje furczeć. Inną płaszczyzną mojego sporu teologicznego z wyznawcami pastafarianizmu jest interpretacja cięcia kosztów kablówki. Jako, że mnie również cieszą rzeczy proste, tnę koszty kablówki przez pozbycie się tego idiotyzmu, po prostu jej nie posiadam, a w zamian cieszę się górskimi wędrówkami, bądź choćby zwykłymi spacerami po plaży, czy innych malowniczych zakątkach Irlandii. Wielu, niestety, pastafarian uważa, że cięcie kosztów kablówki ma być niczym innym, jak tylko tańszym dostępem do tego gówna, co jest sprzeczne z moim poczuciem smaku.

 

 

UROCZYSTOŚCI.

 

            Centralne obchody uroczystości Bożego Ciała dla wyznawców Latającego Potwora Spaghetti odbędą się w tym roku 7 czerwca pod szczecińskim pomnikiem trzech orłów w Parku Kasprowicza vis-a-vis Jasnych Błoni o godzinie 15.00. Organizatorzy apelują o przyniesienie bożego ciała, najlepiej miski pożywnego spaghetti oraz tradycyjnego stroju pirata, który może być symbolizowany przez opaskę na oku, choć oczywiście pełny rynsztunek jest mile widziany. W tym roku jedną z atrakcji dodatkowych będzie TURLANIE GRAPEFRUITA. Ramen.

P.S.

Wszelkie informacje na temat pastafarianizmu brałem z bloga Boski Ateista (kliknij) i stron polecanych przez ten blog.

sobota, 02 czerwca 2012

            Z ulgą przyjąłem wyniki referendum. Obywatele Republiki Irlandii zdecydowali się zatwierdzić Pakt Stabilizacyjny.

            Czym jest PS? Najkrócej mówiąc, jest to umowa, której sygnotariusze zobowiązują się do tego, by instytucje państwowe i samorządowe nie zadłużały się w ciągu roku na więcej, niż 3% PKB, a łączny dług tych instytucji nie może przekraczać 60% PKB. Strony zobowiązują się do automatycznego wprowadzania mechanizmów korygujących, jeśli istniałaby groźba przekroczenia tych poziomów.

            Jak można się było spodziewać, kampania przeciwników paktu opierała się na retoryce znanej z naszego podwórka: “Co nam będą obce (tu wstaw: rządy, banki, cokolwiek co brzmi niesympatycznie) mówiły, co mamy robić”?!

            No i zrobiło się wielkie halo, bo to "zamach na WOLNOŚĆ I NIEPODLEGŁOŚĆ". Zapobieganie temu, by żaden populistyczny złamas nie zadłużył państwa na więcej, niż jest w stanie spłacić, zostało nazwane podporządkowaniem się obcym bankom i rządom. Czyż to nie zabawne? Przecież to właśnie zapożyczanie się następuje na warunkach banków. Nie tak dawno temu te same płaczliwe gamonie narzekały na banki, że im pożyczyły tyle pieniędzy, że nie ma z czego oddać, a teraz narzekają przy próbie wprowadzenia mechanizmu chroniącego przed nadmiernym zadłużaniem. To o co tym, nie bójmy się tego słowa użyć, idiotom, chodzi?! Im się wydaje, że mogą pożyczyć i potem powiedzieć “nie mam, nie oddam”. Każdy może. Wiąże się to z tym, że tym razem już bez żadnych paktów stabilizacyjnych, żaden bank nie udzieli temu krajowi dużej, długoterminowej pożyczki. Czy może jest ktoś taki, kto myśli, że istnieją banki, które pragną pożyczać pieniądze komuś, kto ich nie odda? A my lubimy pożyczać komuś, kto nie oddaje?!

            Jest jeszcze jedna sprawa, którą uważam za największą słabość wspólnej waluty. Otóż gdyby którykolwiek z krajów strefy euro nie zgodził się przestrzegać ustalonych limitów zadłużenia i, co gorsza, zaczął je przekraczać, spowodowałoby to inflację w całej strefie euro. Z prostej przyczyny: Rzucenie na rynek tak dużej ilości pieniądza pochodzącego z kredytów niczym się nie różni od dodrukowania pieniędzy bez pokrycia w PKB i jest najskuteczniejszym mechanizmem inflacyjnym. Jednak za brak dyscypliny budżetowej jednego kraju, płaciliby obywatele wszystkich krajów strefy euro, gdyż używają tej samej waluty, której nadmiar znalazłby się na rynku.

            Za najważniejszy jednak zysk wynikający z PS uważam ochronę przed nadmiernym zadłużaniem. Nikomu na zdrowie ono nie wychodzi i chyba ciężko z tym dyskutować. Ponieważ “ciężko” nie znaczy “nie można”, przeciwników PS jest całkiem dużo. Cieszę się, że nie wygrali.



Tagi: Irlandia
20:53, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (13) »
czwartek, 31 maja 2012

            Zaczyna się od problemu. Niech to będzie niepokojąca ilość wypadków. W celu znalezienia sposobu rozwiązania problemu, określa się czynniki sprzyjające wypadkom. Później analizuje się możliwości redukcji tych czynników i wprowadza ograniczenia. Po każdym ograniczeniu do głosu dochodzą jednak demagodzy, buntujący się przeciw nim, twierdzący, że to ogranicza ich “wolność”. W cudzysłowiu, bo zachcianka nie ma nic wspólnego z wolnością.

            Zastanawiałem się, jaki przykład najlepiej zobrazuje ten mechanizm. Postanowiłem wybrać wypadek wózka widłowego. Nie dlatego, że ten rodzaj wypadków stanowi jakiś poważny problem, ale dlatego, że bardzo ładnie i przystępnie obrazuje ilość i różnorodność czynników wpływających na wypadki. Mam obawy, że większość czytelników teraz zrezygnuje z lektury, proszę zatem o cierpliwość, wiem że wózek widłowy nie jest fascynujący nawet dla mnie, a co dopiero dla pań, ale naprawdę ten przykład daje dobre pojęcie o rozwiązaniu problemu i dyskusji na ten temat.

 

            Wyobraźmy sobie taką sytuację: Operator wózka podniósł nierównomiernie rozłożony ładunek, jadąc na lekko pochylonej nawierzchni zrobił dość szybko ciasny skręt, w czasie którego podnosił maszt z ładunkiem, by go załadować na samochód dostawczy. Wózek podczas manewru się przewrócił. Przyczyny wypadku były takie:

  1. Człowiek źle ocenił sytuację.
  2. Nawierzchnia była nierówna.
  3. Ładunek był zbyt wysoko.
  4. Ładunek był nierównomiernie ułożony.
  5. Pojazd poruszał się zbyt szybko w ciasnym skręcie.

            Reakcją na wypadek szefostwa było wprowadzenie kontroli trzeźwości (zarówno na alkohol, jak i narkotyki) oraz wysłanie pracowników na dodatkowe szkolenia.

            Wśród pracowników podniósł się szum. Demagodzy zaczęli głośno krzyczeć. Mieli pretensje, że gdy jest wypadek, to cierpią pracownicy. Muszą chodzić na “głupie” kursy, zdawać “głupie” egzaminy, dmuchać w “głupi” alkomat i poddawać się “głupim” testom na narkotyki. A wypadku by nie było, gdyby plac manewrowy był równy, wózki większe i przystosowane do podnoszenia większych ładunków, a pracy mniej. I mało ich obchodzi, że wózki były sprawne, dostosowane do ładunku, tylko przepisy eksploatacji zostały naruszone przez obsługującego.

             Firma pozostała jednak niewzruszona. I..., co najważniejsze, miała rację. Podjazdów i zjazdów nie da się uniknąć, można wyrównać plac manewrowy kosztem olbrzymich nakładów finansowych, ale operatorzy i tak będą się stykać z pochyłościami i MUSZĄ WIEDZIEĆ, jak na nich się zachowywać. Można, również kosztem olbrzymich nakładów finansowych, kupić wózki większe niż potrzeba, ale operatorzy zaczną ładować więcej towaru jednocześnie, żeby nie robić 15 kursów, tylko 10. Nadal operator MUSI eksploatować wózek zgodnie z zaleceniami, o których nauczy się na kursach, a nader wszystko MUSI być trzeźwy, by ocenić prędkość, ciężar i rozmieszczenie ładunku, pamiętać o opuszczeniu masztu podczas jazdy i o innych regułach eksploatacyjnych. Bez TRZEŹWOŚCI I WIEDZY O ZAGROŻENIACH nie unikniemy zwiększonego ryzyka wypadków, a wydatki, których domagają się pracownicy w miejsce sprawdzania trzeźwości, mogą zarżnąć firmę i posłać wszystkich na bezrobocie.

             Zwrócę uwagę jeszcze na jedną rzecz: Im bardziej złożony jest problem, tym demagog więcej będzie mieć pseudologicznych argumentów. Na przykładzie tego wózka, może powiedzieć “odczepcie się od badania trzeźwości, wystarczy jak nie będziemy tak szybko skręcać, bo TRZEBA WIEDZIEĆ, jak jeździć”. Oczywiście  “trzeba wiedzieć”, ale uczyć się już nie trzeba, bo przecież szkoła jest głupia. Wracając do pseudoargumentów: To samo można powiedzieć o ułożeniu ładunku, podniesieniu go podczas jazdy, czy też  jazdy w poprzek nachylenia podjazdu. Pewnie, wszystko racja, tylko że to zależy od WIEDZY i TRZEŹWEJ oceny, nikt nie będzie tracić czasu na bezproduktywne roztrząsanie problemu, czy stan upojenia wpłynął w sposób decydujący na ocenę sytuacji, czy stało się to z innego powodu. Jest to zbyt uciążliwe, by nie powiedzieć “niemożliwe”. Po prostu eliminujemy stan nietrzeźwości i dostarczamy wiedzę, żeby załatwić kilka istotnych spraw naraz.

            Demagog powie: “Terefere, wystarczy że kierowca będzie zmęczony i będzie się zachowywał jak pijany i naćpany jednocześnie”. To prawda, odpowiem, ale nikogo nie stać na kontrolę czasu wolnego pracownika, by przypilnować jego snu, ani też nikt nie zamierza zamieniać go w niewolnika, który śpi na rozkaz. Testy na obecność alkoholu i narkotyków są dużo łatwiejsze do wykonania i nie ingerują tak w prywatność. A jeśli ktoś się nie potrafi powstrzymać od zażywania tych substancji, to jego miejsce jest na terapii odwykowej, a nie w pracy.

             Na finał pytanko: Zauważyliście, że demagog winą za wypadek obarcza wprowadzającego ograniczenia, a nie osobę te ograniczenia łamiącą??? Z czym się Wam to kojarzy???

 



Tagi: demagogia
14:34, baluwolanda.blog.onet.pl
Link Komentarze (49) »
Tagi